Wróć do katalogu

Opowieść wigilijna

Tak zamiast życzeń. Luźna wariacja. Kaliope dziękuje za jabłuszka...Wesołych świąt!

diejdabliuajti, opublikowano , 20 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

###DZIEŃ### Ząb mnie boli. Nie, to chyba nie najlepiej opisuje to co teraz czuje. Napewno sami kiedyś czuliście ten ból który mimo, że pochodzi z jednego miejsca to promieniuje na całą szczękę. A nawet na policzek i ucho. I nic z tym nie mogę zrobić. Nic nie mogę zrobić z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że stoję za plastikowym, niebieskim uchwytem wózka z supermarketu. Supermarketu kolorowego od tandetnych, chińskich lampek i cuchnącego smażonym karpiem z degustacji. Drugim powodem jest brak kasy. Boję się poprosić rodziców o pięćdziesiąt złoty na dentystę, bo wiem, że tym mogę zepsuć im święta. Nie chcę ograniczać ilości potraw na wigilijnym stole, bo i tak jest ich niewiele. Tata pół roku temu stracił pracę. Do dziś nie może dostać innej, a zasiłek z trudem wystarcza na opłaty. Cóż takie czasy. Inni mają gorzej. W wózku leży karp. Najtańszy, pewnie odławiany z najbardziej zaszlamionej części stawu hodowlanego. Obok niego siatka pełna buraków, jajka i trochę przypraw. Wszystko najtańsze. Najważniejsze, żeby cena nie przekroczyła wartości bonu, bo nie będzie z czego dopłacić. Jeszcze tylko jakiś baleron i konserwa, i można zacząć przygotowania do świąt. Nie będą trwały najdłużej. Jedna sałatka, jedno ciasto, jakieś śledzie i karp. Ten sam który spoczywa w foliowej torbie na dnie wózka. Właściwie spoczywa dziwnie brzmi. Kojarzy się z odpoczynkiem, a on najwyraźniej nie odpoczywa, tylko miota się we wszystkie strony szukając czegoś co wypełniłoby jego skrzela. Na półkach z kawiorem zostało już tylko kilka słoiczków. Ciągle nie rozumiem kto to kupuje. Drogie i nikt się tym nie naje. A i pewnie mało komu smakuje, tylko nie passe jest o tym głośno mówić, albo nie mieć go jak przychodzą goście. Teraz do kasy. Obok czerwonego Mikołaja Coca-Coli, niebieskiego Pepsi, zielonego przypraw Kamis. I wreszcie można stanąć za rudym małżeństwem, starszą panią w moherowym berecie, matką z dzieckiem i juppie pod krawatem i z komórką w dłoni. Szpanerską do bólu, polifonicznym jingle bells i książką teleadresową na dwa i pół tysiąca nazwisk. Po godzince przed kasą- którą obsługiwała najwidoczniej nowo zatrudniona kasjerka, do tego blondynka, i wrzuceniu złotówki w prostokątny otwór puszki ZHP- można wreszcie iść na przystanek. Autobus jak zwykle załadowany do granic wytrzymałości, za to darmowy, dowozi nas tuż pod sam dom. Mojego kolegi. My musimy jeszcze dojść około kilometr. Mieszkanie wita nas otwartymi drzwiami. I milionem mieszających się zapachów. Jednak najlepiej wyczuwalna jest kapusta. Nie jadłem dzisiaj obiadu, więc zapach ten skusił mnie skutecznie. Zapełniłem żołądek i wszedlem do swojego pokoju. Szczelnie zamknięte drzwi i otwarte okno sprawiły, że jedzenia prawie nie było czuć. Uwielbiam tą świeżość która mnie wita ilekroć posprzątam pokój. Godzina dziewiętnasta. Wiadomości i zmęczony dniem rzucę się w pościel. Tuż przed pogodą przychodzi sms. "Wpadniesz?" W wigilie zapowiadają śnieżycę. I bardzo dobrze, nigdzie się nie wybieram, a chociaż atmosfera się trochę poprawi. "Oka,zaraz bede" Wychodzę nie zapięty, nie zakładam szalika. Rękawiczki są dziurawe, więc ich również nie zabiorę. Nie będę paradował jak jakiś kloszard z paluchami na wierzchu. Pięciominutowy spacer i jestem na miejscu. Dzwonek, przechadzka po schoach i w drzwiach wita mnie śliczna dziewczyna w dresie. -Chciałeś coś?- pyta ze zdziwieniem w głosie i mimice. -Przyszedlem sprawdzić kanalizacę- i dodaję prawie krzycząc- Dobry wieczór! -Właź, rodzice na zakupach. Wyglądała jak zwykle. To znaczy jak zwykle dla mnie. Przyjaciela. Wystarczająco ładnie żeby dostrzec jej piękno, nie wystarczająco żeby jej o tym powiedzieć. Skręciłem w prawo i siadłem w najdziwaczniejszej, ale dla mnie najluźniejszej, pozycji jaką w tej chwili możecie sobie wyobrazić. Kaśka wniosła herbatę i właczyła Mtv. Pierwsze zdania to jak zwykle narzekanie na męczący dzień, pogodę do dupy i ogólny brak pomysłu na wieczór. Z tym, że ja ten pomysł miałem, ale czego nie robi się dla przyjaciół. -Świetny jest ten nowy klip Bloodhound gangu. Ale wolałem Foxtrot.- przerywam ciszę i wpatrywanie się w czternastocalowy odbiornik. -Za raz ci pokażę co jest świetne. Wyłącza telewizor, otwiera szufladę biurka w kolorze czerwonej olchy i wyciąga z niej płytę. Zapewne nagraną nielegalnymi mp3. Pilot, dwa klikniecia, szufladka na płyty srebrnego odtwarzacza LG otwiera się. Kaśka kładzie na nią płytę i znów dwa razy uderza palcem w przyciski na pilocie. Z głośników podwieszonych na ścianach powoli wydobywają się dźwięki kolendy. Amerykańskiej. Dodam tylko, że mojej ulubionej. Frank Sinatra śni o białych świętach. Podejrzewam, że gdybym był kimś pokroju Sinatry nie musiał bym o niczym marzyć. Dla jasności nie narzekam. I wiem, że inni maja gorzej. -Ale po wyjeździe do Nowego Jorku swięta będziemy spedzać razem? Ty, Daria, ja, Darek i nasze dzieci?- w jej oczach pojawia się nutka zwatpienia. -Nie, tylko ty, ja i nasze- podkreślam- dzieci. Nie myśle o naszych dzieciach, czy małżenstwie z najlepszą przyjaciółką. Poprostu się droczę. Uwielbiam jej reakcję. Zawsze taką samą. -Wal sie. Może ktoś uzna to za obraźliwe, jednak nasze kontakty są juz tak zaawansowane, że możemy sobie pozwolić na dokładnie wszystko. Patrzę na zegarek. Dochodzi dziewiąta. Znowu półtorej godziny minęło na rozmowie o niczym. W międzyczasie rodzice wrócili. Oczywiście się przywitałem. Kolejne chwile teledysków za setki tysięcy dolarów. Nuda, ale nie męcząca i dzielona na dwa. Zachciewa mi się spać. Mówię o tym Kaśce. -Tak właściwie, to może przyjdziesz do mnie pierwszego dnia świąt? Może ja wpadnę drugiego dnia?- słyszę zamiast zwyczajowego- "no idź już". -Nie wiem czy będę w domu całe święta- kłamię. Dobrze, że nie zdradziłem jej swoich świątecznych planów. Właściwie nie swoich, tylko wymuszonych przez niewielką ilość złotówek które posiadam. Nie chcę zapraszać jej na święta jakie widziała w wiadomościach, kiedy mówili, że nie wszystkie rodziny stać na zorganizowanie świąt. I, że powinniśmy im w tym dniu pomagać. W tym dniu. Chętnie pomogę. Albo zamienie się. Też nie mam najlepiej, oddam kawałek chleba za talerz barszczu. -Okej, spoko. To idź już- Kaśka smutnieje, ale nie wydaje się zaskoczona. Wychodzę. Oczywiście powiedziałem dobranoc. Życzeń nie składałem, bo jutro jeszcze się będziemy widzieć. Na dworze zimno. Zimniej niż gdy wychodziłem z domu, to też musiałem się zapiąć pod samą szyję. Autobus chlapie na starszą panią, ja wychodzę z opresji cało. Wracam do domu. Miałem położyć się spać, ale rezygnuję z tego. Przeszukuję kasety wideo i wkładam jedną do odtwarzacza. Rodzice zostawiają Kevina samego w domu. Zaczynam marzyć i zazdrościć. Moje świeta jak zwykle będą beznadziejne. Migają śwatełka i powoli świat znika za zamknietymi powiekami. Zasypiam. ###GODZINA 00.00### Budzę się, na budziku godzina duchów. Wstaję i jak zazwyczaj idę za potrzebą. Nie zapalam światła, nie będzie mi potrzebne, a nie chcę się rozbudzic. Poprostu siądę. Wacam do pokoju. Zapach dymu papierosowego i świetlik żaru. -Szzzzzz cholera!- przestraszony padam na podłogę. Przez chwilę się nie ruszam i wmawiam sobie, że jeszcze śpię. Zapalam światło i zmora niknie. Uśmiecham się do siebie i ponownie naciskam kontakt. Kładę się do łóżka i nakrywam kołdrą. Znowu czuję dym. Odwracam się i słyszę, kaszlnięcie. I znowu, jakby ktoś się zaksztusił. Ojciec nawalił się i matka wygnała go z łóżka? Jedynie taka opcja nasuwa mi się na myśl. Zapalam lampkę nocną. Na krześle, przy biurku siedzi dwudziestoparoletni juppie. Ten od polifonicznego jingle bells. Z supermarketu. A więc jednak dalej śpię. Tylko jakieś wszystko zbyt realne się wydaje. Nawet ból zęba. -To nie sen- japiszon odczytuje moje mysli- jawa też nie. Nie będę ci tłumaczył, bo i tak nie zrozumiesz. Patrzę zbaraniałym wzrokiem. Nie wiem co zrobić, ale nie czuję strachu. Odrazu zastrzegę, że wierzę w duchy, więc i w jego słowa łatwo przyszło mi uwierzyć. -Reguły wymagają tego, żebym sie przedstawił. Jestem Duchem Świąt Szczęśliwych Tylko Na Pozór. Wiem, że przydługawo, ale wybitne jednostki mają wiele imion. Choćby Da Vinci. Za życia byłem Dawidem, więc tak się do mnie możesz zwracać- zgasił papierosa na blacie biurka i znowu zakaszlał. -Papierosy szkodzą- że też tak musiały brzmieć pierwsze słowa, jakie zamieniłem z duchem. -Mów to zmarłym. Nie dość, że głupio zacząłem, to w dodatku bezsensownie. Zmarły. Tylko dlaczego widziałem go w supermarkecie?! Czyżby... -Godzine później zginąłem na autostradzie w swojej beemce. Dobrze, że chociaż dwieście na godzinę przekroczyłem- nie wiem, jak nazwać jego minę. Napewno najlepiej zrobił by to jeden z tysiąca dostępnych w jego telefonie emoticonów. Ja nazwę to grymasem złości podbitym dumą. Może jakoś to sobie wyobrazicie. -Ale niby po co tu jesteś?- na usta ciśnie się coraz więcej pytań.- Twoja obecność przypomina mi tylko tą bajkę o skąpcu... -Dokładnie-przerwał mi. -Ale ja Scrooge'm nie jestem. I to nawet nie przez mój stan majątkowy, że tak to ujmę- na mojej twarzy maluje się zdziwienie. Nie takie wyuczone, sztuczne, jakie macie okazję widzieć na filmach, tylko autentyczne, ludzkie zdziwienie. -No to jest akurat ten szczegół który waszą bajkę różni-uśmiecha się i przez chwilę wygląda naprawdę sympatycznie. Jak na zmarłego w wypadku.- Chodź, nie gadamy, pokażę ci wszystko. Tłumaczenie na nic się zda, no i nie mamy za wiele czasu. Duch pstryka palcami. Zaczyna mi się kręcić w głowie. Po chwili wszystko ustawia się spowrotem w pionie i czuję śnieg na nosie. Gnamy z niewyobrażalną prędkością przez ulice rozświetlone latarniami. Płatki śniegu znikają za nami i wyglądają jak gwiazdy ze Star Treka, kiedy kapitan Kirk zarządzał wejście w nadprzestrzeń. Zwalniamy. Naszym oczom ukazuje sie wielki biały dom z balkonikiem i czerwonym dachem. W oknach swieci się światło. Przejście przez ściany jest dziwniejszym uczuciem niż…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych