Wróć do katalogu

Opowieści z Hellsound: Bratnie dusze

Pierwsze trzy rozdziały jednego z opowiadań dotyczących miasta Hellsound... Gdyby się spodobało, wrzucę resztę.

AnnDie, opublikowano , 21 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Victims – aren’t we all?” Eric Draven

1. Sypiący od dwóch tygodni śnieg zakrył większość paskudnego zachodniego Hellsound. Ukrył śmieci leżące na poboczach drogi, przykrył zwierzęce odchody, których nikomu nie chciało się sprzątać; umalował bielą zszarzałe od starości tynki kamienic. Ale nie mógł nic poradzić na dymy z fabryk. A zachodnie Hellsound kochało się w fabrykach, produkowało tonami plastik, przetapiało ołów i żelazo, wypluwało cement. Dlatego nawet teraz, dość późną już porą, w świetle latarni odbijającym się jaskrawo w śniegu widać było pędzące ulicami chmury dymu. Spomiędzy nich, pewnym krokiem wyłoniła się drobna postać dziewczęca. Spod miętowego koloru czapki wypadały jasnorude włosy, zaplecione w warkocze. Płaszcz miała zdecydowanie za mały, mimo, że wystające spod niego nogi wyglądem bardziej przypominały gałązki wierzby. Szła chowając ręce głęboko do kieszeni i wpatrując się w śnieg, który za chwilę miała przydepnąć. Policzki z zimna przybrały odcień ciemnego wina, identyczny jak na płaszczu. Spomiędzy warg wydobywały się obłoki pary. Spieszyła się, świadoma, że nie jest to najodpowiedniejsza pora na drogę piechotą. Cóż mogła poradzić, że przez pomoc biednej kaczce w wydostaniu się z gęstego błota spóźniła się na ostatni tramwaj? Usłyszała dużo niskich głosów, dochodzących z bocznej uliczki. Przyspieszyła. Przed nią wyrosła para schodzonych, wielkich butów. Zatrzymała się nagle, powoli podnosząc spojrzenie, aż napotkało dwie wielkie dłonie o spuchniętych stawach, potem kark szerokości parkowej ławki i toporną, napuchniętą gębę z szyderczym uśmiechem.

- Parleu, to jeszcze dziecko, nic z niej nie będziemy mieli. – mruknął któryś z podobnych typów obok. - Nie... – stwierdził ów stojący przed nią. – To dorosła kobieta, widzę w oczach tę gorączkę.

Dziewczyna cofnęła się nieco, ale tuż za nią też stał jeden z nich, zagradzając jej drogę.

- Źle będzie z wami, jeśli cokolwiek spróbujecie mi zrobić! – krzyknęła ciepłym, aksamitnym głosem, teraz pełnym trwogi.

Roześmiali się.

- A co nam zrobisz, przytrzymasz sukieneczkę, byśmy nigdzie się nie dostali? – zakpił Parleu. - Nie. Ja do niczego nie dopuszczę.

Szept przypominał syk powietrza uciekającego z dziurawej opony. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w stronę z której dochodził. Tuż przy latarni stał wysoki cień. Postać ubrana była na czarno, jaśniejsze były tylko włosy i cera.

- Załatwimy chuchraka i zabierzemy się za małą! – krzyknął inny z bandytów.

Nieznajomy podszedł bliżej światła i na ich oczach zamienił się w wielką pumę, która wyszczerzyła swoje imponujące zęby. Parleu się jednak nie wystraszył i ruszył na zwierzę z gołymi rękami, pewien swojej siły. Stało się coś dziwnego. Puma roztroiła się. Jedna dopadła głowy człowieka, druga zajęła się jego nogami, trzecia przebrała znów wygląd ludzki i z całej siły kopnęła w jego brzuch. Nim towarzysze rzucili się mu do pomocy, Parleu leżał na śniegu bez ruchu ze zmiażdżoną czaszką. Natomiast nieznajomy stał tuż przed nimi, uśmiechając się dalej niczym dzikie zwierzę i wyciągając jedną z dłoni w stronę dziewczyny. Zastanawiając się, kogo właściwie bardziej się boi, bandytów czy człowieka-pumy, dziewczyna podeszła i podała mu rękę.

- Trzymaj się mocno. – wyszeptał, znowu się zamieniając, nim tamci doszli do siebie.

Dziewczyna przerzuciła nogę przez zgrabny zwierzęcy tułów i otoczyła dłońmi jego szyję, gdy ruszył. Biegli po ulicy, ciężkie łapy pumy uderzały w śnieg, lecz nie zapadały się w niego. Budynki przesuwały się szybko po ich polu widzenia, krzyki bandytów zostały daleko z tyłu. Znowu sypał śnieg. Puma zatrzymała się na początku uliczki, przy której mieszkała dziewczyna, musiała się więc ona zsunąć z ciepłego grzbietu.

- Dziękuję. – szepnęła, by głosem nie przywołać kolejnych nocnych gości. - Nie powinnaś wracać sama tak późno, Odprowadzę cię pod drzwi. – dodał, widząc jej niepewną minę. Wolnym krokiem ruszyli chodnikiem, przedzierając się przez zaspy. - Skąd się tam wzięłaś tak późno? – zagadnął, i okazało się, że spokojny ma przyjemny, ciepły głos. - Musiałam coś załatwić. - Aha. Gramy w „nie mogę ci powiedzieć za dużo, bo jesteś obcy”. Dobrze. – zatrzymali się przed wejściem do kamieniczki. – Ale jeszcze się spotkamy, Missea. – odwrócił się, ale złapała go za ramię. - Skąd znasz moje imię?

Starała się opanować dreszcz, widząc jego dziwny uśmiech.

- Wiem o tobie więcej niż byś chciała. Jak będziesz czegoś potrzebować, krzycz a pomogę.

Odwrócił się, znów przemienił i pognał gdzieś w noc. Mise, bo tak jej imię zdrabniali przyjaciele, nie patrzyła w ślad za nim, lecz szybko weszła do środka i wbiegła na piętro, do swojego mieszkania. Wyciągnęła klucz z kieszeni i cicho otworzyła drzwi. Dopiero po zamknięciu ich za sobą odetchnęła głęboko i usiadła na podłodze, nie potrafiąc opanować nagłego drżenia kolan. Od kilku lat nie znosiła, gdy matka zapominała zabrać czegoś na nocą zmianę do pracy, bo to ona musiała jej to dostarczać. Teoretycznie, powinna bezpiecznie wrócić ostatnim tramwajem. Lecz nie pierwszy raz zdarzyło się, że na niego nie zdążyła. Człowiek-puma... Mise podniosła się i wyjrzała za okno, usiłując przebić wzrokiem wirujące płatki śniegu i ciemność, ale jej się to nie udało. Zastanawiała się, czego chciał w zamian za dzisiejszą pomoc.

2. - Ten piekielny śnieg mógłby przestać w końcu sypać! – Balerine uderzyła pięścią w stół.

Mise podniosła wzrok znad książki, którą czytała, spojrzała na matkę i przeniosła go na okno. Cóż, faktycznie ciężkie, ołowiane chmury zasłaniały promienie słońca, zasypując miasto miękkim, wyciszającym puchem.

- Nienawidzę tego pieprzonego miasta! Dlaczego nie możemy stąd wyjechać?! – wrzasnęła, tłukąc talerz o ścianę.

Ojciec zachowywał jak zwykle kamienny spokój, tłumacząc Balerine, że w żadnym innym mieście nie znajdą tak łatwo pracy. Mise zabrała książkę, narzuciła płaszcz i ciężkie buty i wyszła, nie chcąc być świadkiem scen, jakie zwykle rozgrywały się po kłótniach. Żaden z rodziców nie zauważył jej wyjścia. Przy przystanku minęła jej ochota na na przejażdżkę tramwajem. Wszystkie były przepełnione, natomiast ulice tak cudownie puste... Przysiadła na zaśnieżonym wybrzeżu Kell – miejscu odwiecznych pielgrzymek mieszkańców Hellsound, gdy pragnęli pozostać samymi. Rzeka płynęła leniwie, pokryta gęstą krą, a mimo to śmierdząca, jak zawsze.

- Można się przysiąść?

Oderwała wzrok od brzegów i na chwilę zamarła.

- Jasne, to ziemia niczyja. – wystękała.

Człowiek-puma uśmiechnął się na swój sposób i usiadł obok. Zdziwiła się, bo w pewnym sensie poczuła się pewniej niż kilka minut temu, gdy siedziała tu sama.

- Kiedyś przychodziłem tutaj prawie codziennie. Jedyne miejsce, gdzie można mieć odrobinę spokoju. - Ja też. – wyszeptała. – Przesiadywałam tu godzinami, marząc o nierealnym.

Zapadła cisza, gdy rzeka poniosła czyjś krzyk rozpaczy.

- Hellsound wysysa z ludzi nadzieję. – zaczęła. – Jak mieszkałam w Północnych Stokach Albrien było inaczej... Hellsound... Jest obce.

Skuliła się w sobie, gdy na jej wyznanie nie padła żadna odpowiedź. Wiedziała, że nie powinna tak rozmawiać z nieznajomym zwierzoczłekiem, ale coś ją do tego zmuszało.

- Ja się urodziłem w Hellsound... chyba. Szczerze mówiąc, nie wiem. – roześmiał się. – Matka wyrzuciła mnie na ulicę kilka dni po urodzeniu. - Żartujesz! Jak zdołałeś to przetrwać? – rzuciła bezmyślnie. - Wiesz... Nie jestem człowiekiem. Pumy są bardziej samodzielne za młodu niż niemowlęta.

Mise westchnęła ciężko, patrząc na przesuwające się z wiatrem ciężkie chmury.

- Z tego co wiem, też nie miałaś łatwo. - Łatwiej niż ty. – uśmiechnęła się. – Ale faktycznie, odkąd mieszkam tutaj... macocha nie należy do najprzyjemniejszych w obejściu osób. Jest bardzo... powiedzmy, że żywiołowa. Jest okropną choleryczką. – roześmiała się głośno. – Potrafi się kłócić zawsze i o wszystko.

Puma patrzył w wodę, rozmyślając. Nie chciała mu przeszkadzać i też zamilkła.

- Chodźmy coś zjeść. – przerwał w końcu ciszę, podnosząc się.

Mise też wstała, lecz z większym ociąganiem.

- Muszę wracać na obiad do domu. Pewnie już skończyli się...

Nie pozwolił jej dokończyć, kładąc palec na jej ustach. Miał długie, smukłe palce; zdołała to zauważyć, nim opuścił dłoń, złapał ją za rękę i poprowadził. Nie opierała się, bo wcale nie miała ochoty wracać do domu. Wyprowadził ją starymi alejkami wzdłuż Kell daleko od domu. Nie trzymał jej już za rękę, nie przemienił się też w pumę, ale co chwilę odwracał się, patrząc czy brnie za nim po śniegu. W pewnym momencie skręcili w uliczkę tak wąską, że Mise uznała swoją za szeroką aleję, skoro mieścił się na niej jeden przejeżdżający samochód.

- Tutaj mieszkasz? – zapytała, rozglądając się ze zdziwieniem w oczach po brudnych budynkach, straszących korytarzach z wyrwanymi drzwiami i wybitych szybach w oknach zastawionych meblami.

Nic nie odpowiedział, za to wszedł do jednej z kamienic. Szła za nim i w pierwszej chwili odrzucił ją zapach kociego moczu, wszechobecny na klatce. Zacisnęła zęby i weszła za nim, kierując się w górę po rozpadających się schodach. Widząc jej minę, puma zaczął się śmiać.

- Możesz być pewna, że to nie ja. – powiedział, zgrabnie wbiegając na szczyt schodów i otwierając małe drzwi na poddasze. – Zapraszam do mojego królestwa.

Weszła, starając się wścibsko nie rozglądać, okazało się to jednak silniejsze od niej. Wszędzie sterczały różne belki, musiała uważać, żeby nie wyrżnąć w którąś głowę. Jednej szybki w oknie brakowało, tuż obok na sznurze suszyła się strasznie wystrzępiona koszulka. Stał tam też taboret z płaską poduszką położoną obok, niczym siedzisko do stolika. Natomiast dwa koce przy jej nodze okazały się być legowiskiem w najcieplejszym kącie pokoju.

- Nie ściągaj kurtki. – doradził i wskazał jej poduszkę przy taborecie, by usiadła.

Sam skierował się do czegoś w kształcie szafki, skleconego z trzech dziurawych desek.

- Co powiesz na pomidory z puszki z trzydniowymi tostami? Dla urozmaicenia mogę dodać... Hm... sałata też ma już ze dwa tygodnie... O, herbatniki są jeszcze zamknięte! Zrobię tez herbatę, bo wbrew pozorom, mam tutaj prąd. Uśmiechnęła się, siadając na poduszce. Rozejrzała się jeszcze raz i zauważyła na taborecie... - Jedzenie dla kotów? – zdziwiła się, biorąc pudełko do ręki. - Jasne! Bardzo pożywne, a do tego tańsze niż ludzkie. Czasem też smaczniejsze. – odpowiedział, wysypując je sobie na dłoń i szybko połykając. Roześmiał się, widząc jej minę pełną…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych