Ostatnia Nuta
Czym jest sztuka??
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przedmowa
Krzysztof Zamorski, a raczej Christopher Zamorsky, jak sam od roku 1958 zwykł podpisywać się aż do śmierci, nie jest niestety postacią znaną polskiemu czytelnikowi. Nawet wśród tej „obytej” i „kulturalnej” elity, która od czasu do czasu pojawia się w Stanach, kojarzy się ono z kolejnym polskim emigrantem, który wyruszył za ocean za chlebem i wolnością. Stwierdzenie to jest smutne, szczególnie wziąwszy pod uwagę uznanie i estymę, jakimi darzą tę legendarną postać ludzie związani ze środowiskiem free jazzu.
Celem autora tej przedmowy nie jest jednak, co można by wnioskować z powyższego akapitu, pochwalenie się swoją wiedzą na temat muzycznej awan(t)gardy Nowego Yorku lat 60tych. Nietaktem, bałwochwalstwem i głupotą byłoby stwierdzenie niżej podpisanego iż w tej dziedzinie jest tzw. „ekspertem”. Przypadek jedynie sprawił, że czytasz, drogi czytelniku, te słowa. Niniejsza, internetowa, publikacja jest jedynie, być może nieco nieudolną, próbą przeniesienia na grunt polski niewielkiej (nie licząc artykułów prasowych), acz jakościowo wybitnej, twórczości naszego zapomnianego rodaka. Opowiadanie zamieszczone poniżej jest właściwie tylko niedoskonałym szkicem większej całości, powieści napisanej już przed piętnastu laty, lecz nadal dryfującej pomiędzy coraz to kolejnymi wydawcami, pełnymi obaw, nie co do artystycznej, lecz komercyjnej wartości dzieła.
Krzysztof Zamorski urodził się w sierpniu roku 1934. Podczas gdy Maksym Gorky ogłaszał doktrynalne założenia socjalistycznego realizmu, Elżbieta Zamorska (angielka, właściwie Elizabeth Bishop-Zamorsky) w bólach powiła człowieka, który miał całym swym życiem i twórczością im zaprzeczać. Tak więc nasz bohater urodził się we Lwowie, w rodzinie zamożnej - ojciec jego, Tadeusz, był polskim szlachcicem starego rodu (i daty), zaś matka spadkobierczynią sporych majątków w Wielkiej Brytanii. Gdyby nie to, iż mały Krzysiu był drugim synem brytyjskiej matrony - i to tym mniej lubianym - z pewnością osiadłby tam, nieopodal Leeds, w starym angielskim dworku (w stylu wiktoriańskim) swego dziadka, do końca swych dni...
Los okrutnie obszedł się z jego rodziną w przeddzień (dosłownie) zawieruchy wojennej. 31 sierpnia roku 1939 zmarł jego ojciec, spadłszy przypadkowo z klifu na zachodnim wybrzeżu Anglii, gdzie przebywali chwilowo Zamorscy. Nie dane było im wrócić do ojczyzny. Dwaj bracia, Chris i Mark, wraz z matką zamieszkali w Londynie u jej przyjaciółki, Eleonory Ausby. Tam obaj pobierali lekcje literatury, filozofii, gry na pianinie, oraz rozmaitych nauk ścisłych, co było dla nich formą ucieczki od bólu po stracie ojca. W sumie obaj odebrali całkiem dobre i staranne wykształcenie.
Tymczasem w łonie rodziny narastał konflikt pomiędzy Chtistopherem, a jego matką ostentacyjnie przedkładającą sprawy Marka nad problemy jego brata. Gdzieś koło roku 1951 nasz bohater zetknął się z klasycznym jazzem i zaczął grać na trąbce w efemerycznym zespole Eleanor Rigby (później Freddie Freeloader). Od tego czasu muzyka porwała go z całą mocą, oddał się jej bez reszty. Wcześniejsze lekcje pianina były z początku pomocne, ale formuła jazzu okazała się dużo bardziej pojemna od formuły muzyki europejskiej, zakrzepłej w kształcie znanym do dziś. Wtedy także znienawidził klasę do której należał, a wraz z nią cały system społeczny panujący w Anglii. Ciasne, konserwatywne poglądy „elity” napawały go obrzydzeniem; zakochał się w jazzie klasycznym lecz nigdy nie grał „klasycznie”. Od zawsze był innowatorem, buntownikiem przeciw skostnieniu kultury. Nie lubił arystokracji ponieważ sama jej instytucja zakładała pęta na jego, pragnący „przestworu wolności” umysł. Pojawił się widoczny rozziew pomiędzy nim a resztą rodziny, szczególnie staromodną matką.
W roku 1958 antagonizm, jaki był między nimi osiągnął apogeum. Krzysztof okradł matkę ze znacznej sumy, którą wydał na bilet do Stanów Zjednoczonych, oraz nowy instrument. Zamieszkał w Nowym Jorku i zdobył pracę w jednym ze studiów nagraniowych, jako muzyk sesyjny. Bardzo szybko ją jednakże stracił, ze względu na swą nieposkromioną miłość do improwizacji. Przez wiele lat imał się różnych, mniej lub bardziej legalnych zajęć, pracował miedzy innymi w pralni, na budowie, w nocnym klubie; jako taksówkarz, bileter kinowy, barman, a próbował nawet sutenerstwa i sprzedaży narkotyków. Był to barwny okres, pełny muzyki i narkotyków - Cristopher nieraz zapewne odbywał całonocne jam sessions, zaprawiane heroiną, kokainą czy, w późniejszym okresie LSD, grając z takimi znamienitościami jak: Ornette Coleman, Roscoe Mitchell, Leroy Jenkins czy Anthony Braxton.
W 1964 opublikowano jego recenzję debiutanckiej płyty The Mothers w lokalnym tygodniku Qeens Gazette i od tej pory zaczął dorabiać na pisaniu niewielkich artykułów czy recenzji. Nigdy jednak nie wydał nic poza prasą nowojorską i to niższego rzędu, nie ze względu na brak talentu, lecz na przekonania - już od dawna Chris twierdził iż sztuka która łączy się z pieniędzmi i sławą nie może być prawdziwa, dziennikarstwo nie było nią w jego mniemaniu.
Prócz krótkich recenzji pisał też do szuflady. Jednym z takich cichych płodów jest poniższe opowiadanie - historia młodego muzyka opowiedziana z perspektywy dojrzałego artysty. Saksofonista, przechodzący przez wszystkie fazy artystycznego rozwoju, opisany przez narratora na podstawie ich spotkań w klubach, podczas jam sessions, czy też na ulicy, jest alegorią współczesnej muzyki rozrywkowej, zaś przemyślenia Zamorskiego na temat jego zachowania wyrażają stosunek autora do muzyki i sztuki. Motyw melodii jaką bohater zagrał podczas swego debiutu przewija się poprzez całą kompozycję - od niego się opowiadanie zaczyna i na nim kończy. Ta klamrowa konstrukcja prozatorska przywodzi skojarzenie z konstrukcją utworu jazzowego, w którym przedstawia się temat, po czym, rozwinąwszy go w różnorakich wariacjach, doprowadza do zwieńczenia.
W warstwie językowej autor lawiruje pomiędzy światem poetyckich metafor i kwiecistych opisów a stylem prawie, że potocznym, można by rzec publicystycznym, przez prawie cały czas pozostając jednak gdzieś pomiędzy. W kulminacyjnej części utworu Zamorsky używa techniki podobnej do Joyce`owego strumienia świadomości. Pozbawiony znaków interpunkcyjnych opis narkotycznych halucynacji jest próbą oddania wielowątkowości i jednoczesności doznań którymi charakteryzuje się heroinowy sen.
Na koniec należałoby dodać kilka słów na temat tłumaczenia. Nie jest ono rzecz jasna wybitne, lecz i cel jaki został przed nim postawiony nie wymagał tego. Język angielski obfituje w przeróżne, nieprzetłumaczalne gry słowne, sobie tylko właściwe konstrukcje i ogromną ilość różnego rodzaju idiomów. Tekst oryginalny został potraktowany nieco swobodnie, przekład obliczony był bowiem na funkcję impresywną, na oddanie klimatu nowojorskiej bohemy, przedstawionego poprzez ciemne przezrocze ulubionego narkotyku autora. Sens wielu zdań został nieco zmieniony, polska wersja nie jest dokładnym ekwiwalentem angielskiej w sferze semantycznej.
Wiele problemów pojawiło się na drodze autora niniejszej przedmowy, jednakże jedno szczególnie zdanie sprawiło tłumaczowi kłopot, nie dlatego że było trudniejsze od innych, lecz ze względu na znaczenie w odbiorze całości. Fraza spinająca kompozycję - jego pierwsze nuty były też ostatnimi - zachowana została w takiej postaci ze względu na brzmienie, lecz w rzeczywistości nastąpiło pewne zdeformowanie znaczenia. Właściwe znaczenie to jego pierwsze nuty były takie same jak ostatnie.
Jerzy Puchacz Zielona Góra, wrzesień 2005
Christopher Zamorsky
Ostatnia nuta (org. The Last Note)
Przełożył z angielskiego: Jerzy Puchacz
Jego pierwsze nuty były też ostatnimi. Dzień, w którym spotkałem go po raz pierwszy zapisał się w mojej pamięci jako ciężka, czarna zasłona heroiny, odgradzająca mnie od południowego słońca za oknem, lecz posiadająca jednocześnie małą dziurkę przez którą, niczym niebiańska łuna, wąskie światło biło w moje oczy - denerwując i zachwycając. Krągłe na kształt morskich fal oparcia krzeseł, metalowe stoliki i murowane ściany zionęły piwnicznym zaduchem; fantasmagoryczne spirale dymu tytoniu, haszyszu i konopi błądziły poprzez salę, dryfując w spokojnym, nie podejrzewającym czekającego je wstrząsu, powietrzu.
Lokal w którym przebywałem był w owym czasie całkiem przyjemnym miejscem dla starszego człowieka jak ja; przychodzili tam tylko ludzie poniżej dwudziestego piątego roku życia (ja miałem wtedy niespełna trzydzieści lat); pili, rozmawiali, odbywali narkotyczne sesje i, oczywista, słuchali muzyki. Co dzień grał tam jakiś hałaśliwy band, rytm pulsował jak krew w ich młodych żyłach, harmonia porywała, zaś melodia rozrywała serca. Tak jak goście, ci którzy tam występowali byli bardzo młodzi. Nie zachwycali warsztatem, nie byli wirtuozami, ale grali z uczuciem, młodzieńczą werwą i buntem.
Lecz, jako się rzekło, dzień w którym spotkałem go po raz pierwszy był jednym z tych, z których nie pamięta się wiele; skrawki wspomnień z takich dni najczęściej łączą się i powstaje jedno, wielkie wspomnienie, jednego, wielkiego, narkotycznego dnia, z tysiącem wydarzeń, bez rozróżnienia czy miały one miejsce wczoraj czy pięć lat wcześniej. Lecz powiedziałem także, iż w tej grubej zasłonie niepamięci była jedna mała dziurka, przez którą prześwitywało światło. To był on.
Postać jego nie pozwalała przypuszczać iż kryje duszę półboga. Wysoki, chudy, o bladej twarzy i szarych oczach. Prawdopodobnie ktoś nas przedstawił, gdyż miałem wielu znajomych w tamtym miejscu, a on był tam po raz pierwszy. Tego jednak nie pamiętam... Podejrzewam, iż przeszedłem nad tym faktem do porządku dziennego, jakbym wdepnął w kałużę, bądź zobaczył naćpanego dzieciaka na ulicy. Bo z pewnością był naćpany a oprócz tego był zwykłym gówniarzem.
- Cześć jestem taki a taki, zaraz będę grał z tymi kolesiami, co się stroją. Posłuchasz? - Pewnie. Hej Johnny, przynieś jeszcze po piwku dla mnie i mojej koleżanki!
Tak mogłaby wyglądać nasza rozmowa, jeżeli się rzeczywiście odbyła.
Dopiero, gdy zaczął grać odczułem ciężar błędu swego braku zainteresowania. Wszyscy to odczuli. Cała sala nagle ucichła na moment. Takie rzeczy właściwie się nie zdarzały, pomimo iż ludzie którzy odwiedzali tego typu miejsca zwykle znali się choć trochę na muzyce i mieli pewną wrażliwość, zawsze ktoś mógł prowadzić jakąś burzliwą konwersację, całować kogoś, palić coś, słowem, robić jakąkolwiek rzecz która nie pozwoliłaby mu dosłyszeć. Lecz to usłyszeli wszyscy. Nie on zaczął. Jego solo miało miejsce dopiero po trębaczu i saksofoniście altowym, więc grali już od paru ładnych minut. Właściwie to jego partia ograniczyła się do paru taktów. Nigdy bym nie pomyślał, że parę taktów może tak zmienić czyjeś życie, a już szczególnie moje.
Miękkie glissando, miarowy pasaż, krótki ozdobnik. Oprócz tego tylko kilka nut. Kilka tajemniczych nutek, które stanowiły szkielet tej frazy, było pięknych jak słońce na horyzoncie, jak droga mleczna w bezchmurną noc, jak spojrzenie zielonookiego anioła. Z głębi pochodziła ta melodia, z najgłębszych pokładów geniuszu, brzmiała jak definicja ludzkiej duszy.
Młody saksofonista odczuł iż na chwile wprowadził niepokój w serca zgromadzonych, lecz fakt ten przeraził go tak dalece, iż po tych paru przepięknych taktach ukrył swą chłopięcą duszę za kotarą wyuczonych bopowych zagrywek.
Gdy parę dni później poznałem go - tym razem na trzeźwo - nie zaskoczył mnie swą nieśmiałością, brakiem zdecydowania, czy wręcz skrępowaniem. Pochodził skądś z Luizjany (o czym świadczył jego zmanierowany akcent) i usilnie twierdził iż przyjechał do Nowego Jorku w odwiedziny do wuja, lecz od razu było widać, że uciekł z domu. Był typem samotnika, małomówny, skromny. Nie rozstawał się ze swoim saksofonem, chodził przez miasto grając, nie było go bowiem stać na pokrowiec. Skąd wziął pieniądze na sam instrument wolałem nie wiedzieć. Od paru tygodni włóczył się po mieście, sypiał w barach w których zdarzało mu się grać, bądź w tanich hotelikach. Niemalże wszystkie zarobione pieniądze wydawał na crack.
Widywałem go od czasu do czasu. Wpadał na chwilę do baru i wchodził na scenę z kolegami. Muzycy, którzy grali wcześniej usuwali się pospiesznie, mając świadomość wyższości żywiołowych improwizacji nad rzewnymi evergreenami w ich wykonaniu. Grywał także na ulicach w Brooklynie siedząc na schodach jakiegoś budynku, pomiędzy starymi gazetami i tysiącem petów. Przychodził do burdelu z paroma dolcami w ręku, żeby poczuć się mężczyzną. Raz kupił ode mnie półtora grama haszu. Poczęstowałem go papierosem, i gadaliśmy chwilę o pogodzie. Żył z dnia na dzień, niezorganizowany, spontaniczny, bezcelowy i pewnie zagubiony.
Oczywiście jak każdy ze „środowiska” miewał sporadyczne kontakty z władzami oraz bardzo częste konszachty z pewnymi nieodpowiednimi osobami. Zatrzymanie za rozbój (czyli bycie biernym widzem większej burdy) czy pijaństwo (czyli naćpanie się) nie wiązało się z poważniejszymi konsekwencjami niż spędzenie na dołku paru godzin. Można było jedynie czasem dostać po pysku od sfrustrowanego funkcjonariusza. To wszystko.
Gorzej bywało z osobami nieodpowiednimi, z którymi nie powinno się w ogóle zaznajamiać. Pobicie jest tu na porządku dziennym. Ucieczki, pogonie, wymuszenia, groźby zdarzają się szczególnie osobom mało odpowiedzialnym - ludziom którym nawet lump nie powierzyłby swoich spraw finansowych. Wiem tylko o jednym przypadku pobicia naszego bohatera, byłem zresztą jego świadkiem! Goście byli po prostu zbyt niecierpliwi, wystarczyło poczekać ze dwie godziny, zanim jego band skończyłby opłacany występ. Jednak amfetamina i whisky nie wspomagają cierpliwości. Wywlekłszy go w czasie przerwy na zewnątrz pozbawili go jednego zęba (później, nie wiadomo za co, wstawił sobie w to miejsce srebrnego) i ładnego wyglądu na kilka dni. Właściwie nic nadzwyczajnego. Nic co mogło by kogokolwiek zmienić.
Trwało to jakieś dwa, może trzy, miesiące odkąd go poznałem. Jeżeli świat jest mały to co powiedzieć o Nowym Jorku? Nie było cudem w tym - bądź co bądź prawie ośmiomilionowym - mieście dla dwu osób by spotkać się przypadkiem raz na tydzień - szczególnie jeżeli ich gusta co do lokali są podobne. Może się to wydawać nieprawdopodobne, jednak w tym czasie barów grających free jazz nie było tak znowu wiele.
***
Niestety, z powodu moich kontaktów z pewnymi nieodpowiednimi osobami, musiałem opuścić Nowy Jork na parę miesięcy.
Pociąg. Podróż pociągiem ma tylko sobie właściwą specyfikę. W pociągu można spotkać każdego: od pijanego farmera z Oklahomy po naćpanego maklera z Waszyngtonu. Jak każdy środek transportu, jest przekrojowy pod względem społecznym (wyjąwszy, rzecz jasna, tą „najszlachetniejszą” klasę), jednak podróżowanie pociągiem ma tę przewagę nad autobusem, czy samolotem, że można bez problemu przemieszczać się po nim samym wedle uznania, w dowolnym momencie jazdy - można zwiedzać sam pociąg!
Moja podróż była dość długa - trwała około dwunastu godzin. Nie wiedziałem wtedy czy dojadę cały, czy w najbliższej przyszłości nie czeka mnie „nieszczęśliwy”, lub co gorsza „tragiczny” wypadek, podróżowałem więc w podróży, pomiędzy sennymi i ociężałymi robotnikami, których było tam pełno, by po dłuższym czasie spocząć w pustym przedziale. Siedziałem oszołomiony przez dziewięć godzin, nie wykonawszy nawet najmniejszego ruchu, nie zmrużywszy powieki, nie myśląc o niczym.
Jadący pociąg to muzyka. Wystarczy się skupić by usłyszeć całą symfonię pisków, skrzypnięć, stuknięć i trzasków. Monotonny, miarowy rytm wprowadza w trans, działa usypiająco, pozwala oderwać się od rzeczywistości. Wysokie rejestry wwiercają się w mózg, są prawie niesłyszalne; skrzeczące tryle gdzieś w głębi maszyny skaczą nieregularnie po ćwierćtonach, a za oknem taśma - pola, łąki, prerie, rzeki, lasy, pola, łąki i natrętny arytmiczny refren jakiejś prowincjonalnej stacyjki.
Może będzie przesadą, patrząc z perspektywy, jeśli powiem, że czułem się jak Odyseusz wyruszający w długą i niebezpieczną wędrówkę. On przecież wyruszył w chwale i po chwałę, ja zaś wymknąłem się chyłkiem, uciekając przed losem. Jechałem jednakże w nieznane strony, pod jakąś zabitą dechami Troję, by stoczyć tam bitwę z samotnością i odseparowaniem od kultury. Byłem jakby pomiędzy Scyllą a Charybdą. Uciekając, miałem świadomość, że mogę już nie powrócić do domu; zostawszy z pewnością nie napisałbym tych słów, ani nie zrobił już nic. Wprawdzie nie miałem swej Penelopy, ale dziwne uczucie, jakby gdzieś tam pozostał jakiś mój Telemach, nie dawało mi…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Łużyn
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…