Ostatnie ostrzeżenie (Rozdziały: I, II, III)
Moja pierwsza powieść. Maksymilian, beztroski lekkoduch, jest kierownikiem jednego z działów produkcji homeopatycznej. Z początku nie wie, że jest śledzony przez tajemniczego starca, który coraz nachalniej wkrada się w jego życie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ I
Maksymilian Zawilewski nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek w ciągu trzydziestu dwóch lat jego życia w dniu ósmego marca była równie śliczna pogoda. Szedł do pracy równym, spokojnym krokiem. Nie spieszył się. Mógł sobie na to pozwolić. Zwłaszcza teraz, gdy awansował. Zresztą wyszedł z domu wcześniej niż zwykle i teraz kroczył czystymi (po wczorajszym deszczu) ulicami miasta, zachwycając się wszystkimi oznakami budzącej się wiosny. Oddychał pełną piersią, wchłaniając głęboko do płuc ożywcze, lekkie powietrze. Z lubością przyglądał się młodej trawie, pierwszym listkom na drzewach, każdej pączkującej gałązce. Zdawało mu się, że zewsząd przyciąga jego wzrok świeża, delikatna zieleń. Najchętniej biegałby między tą zielonością krzycząc radośnie i skubiąc zębami młode listki jak wtedy, gdy był małym chłopcem. Zawsze wtedy matka karciła go głosem pełnym zgorszenia: „Nie jedz liści, Maks! Otrujesz się. Czy ty w ogóle nie masz rozumu? Nie wiem jak ty możesz...Wypluj to natychmiast!” Pokiwał głową w zadumie. Nie rozumiała jego sposobu świętowania nadchodzącej wiosny. I już nie zrozumie... Dzisiejsza jego radość nie była wynikiem tylko ślicznej, wiosennej pogody. Wesołość nie opuszczała go już od dwóch tygodni. Od czasu, gdy nastąpił wyraźny przełom w jego monotonnym, szarym życiu. Tak odczuwał pogłębiającą się znajomość z pewną świetną kobietą. Kochał ją do szaleństwa. Miłość ta sprawiała, że był pełen pozytywnej energii, optymizmu. Czuł się dzieckiem wszechświata, cząstką natury. Wyszedł już spod cienia parkowej alei do bardziej zabudowanej części Gdańska, wiodącej ku centrum. Dopiero tu poczuł nieśmiałe promienie słońca i delikatny powiew wiatru. Spojrzał na zegarek. Jeżeli chce zdążyć, musi wydłużyć krok. Gdy mijał stragan z kwiatami wpadł na pewien pomysł. - Dzień dobry – powiedział podchodząc bliżej. - Witam. Jest pan dzisiaj pierwszym klientem. Co ma być? Czerwona róża z przybraniem jak zwykle? – uśmiechnęła się młoda kwiaciarka. Znała go. Często tu przychodził. - Nie. Tym razem poproszę... – przymknął oczy, licząc w myśli. Ile kobiet pracuje w jego dziale? - ...czternaście... Co by mi pani zaproponowała? Potrzebuję czegoś niezobowiązującego i ładnego zarazem. - Można pomyśleć, że chce pan obdarować cały harem. - Ależ nie – odparł nieurażony. – To dla moich koleżanek z pracy. Miesiąc temu zostałem kierownikiem jednego z wydziałów farmaceutycznych i pomyślałem, że to byłby właściwy gest, gdybym wszystkim pracownicom dał kwiatek. - Tak, to by było bardzo miłe z pana strony. - Naprawdę tak pani uważa? Bo nie jestem do końca przekonany, czy zostanie to dobrze przyjęte. - Na pewno! – zawołała z przekonaniem. – Każda kobieta lubi dostawać kwiaty. Jestem pewna, że pańskie podwładne na pewno to docenią. Będą wiedzieć, że ich szef jest dobry i szarmancki wobec płci pięknej. - No, dobrze. W takim razie niech mi pani powie, jakie kwiaty powinienem kupić. - Ładne i niezobowiązujące, tak? To może tulipany? - Zbyt banalne – skrzywił się. - A frezje? Są subtelne i pięknie pachną. - Doskonale. Proszę czternaście sztuk. Może pani dodać jakąś wstążeczkę. - Jestem pewna, że zrobi im pan przyjemność. A może od razu kupi pan u mnie kwiaty dla matki i żony? – spytała ostrożnie, owijając łodyżki frezji kawałkami folii. - Niestety, nie mam ani jednej ani drugiej – odparł. - To dla kogo kupował pan te wszystkie róże? - Ile płacę? – zapytał chłodnym tonem. - Czterdzieści dwa złote. Zapłacił, po czym ostrożnie wziął kwiaty. Był nieco zirytowany na tę kwiaciarkę, która swoim wścibstwem omal nie zepsuła mu dobrego humoru. Jednak, gdy tylko pożegnał się z nią, jego beztroski nastrój powrócił. Czy można boczyć się na kogokolwiek, gdy wokoło panuje taka piękna pogoda? W taki dzień – myślał – człowiek miałby ochotę szczerzyć zęby do każdego napotkanego przechodnia, całemu światu okazywać swoją radość i zadowolenie. Nowa fabryka firmy farmaceutycznej „Polfam” została zbudowana przed kilkunastu laty na terenach dzielnicy Stogi. Jak na razie prosperowała znakomicie. Maksymilian zawsze odczuwał dumę, gdy patrzył na ten potężny gmach, wznoszący się nad inne budynki. Teraz także. Przed wejściem zawahał się. Dział przygotowania produkcji leków homeopatycznych znajdował się na tyłach. Nie może iść przez całą fabrykę z kwiatami pod pachą. Jak to będzie wyglądać? Kwiaty miał tylko dla koleżanek ze swojego działu. Innym paniom mogłoby być przykro. Z drugiej strony, gdyby chciał obdarować wszystkie kobiety pracujące w fabryce, na pewno by zbankrutował. Trudno, nie będzie się tym przejmować. Zresztą może nikt go nie zauważy. Wszedł do przedsionka, kierując się w stronę stolika, żeby podpisać listę obecności. Kiedy pochylony podpisywał się, usłyszał jakiś ruch w dyżurce. - Dzień dobry, panie kierowniku! – zawołał portier, dawny przyjaciel jego ojca. Zawilewski, który skończył właśnie pisać, wyprostował się i spojrzał na staruszka, wychylającego się z okienka dyżurki. - Panie Wiesiu, tyle razy pana prosiłem, żeby mnie pan tak nie nazywał. Zna mnie pan przecież od małego. - Gdy się spotkamy poza miejscem pracy będę pana nazywać po prostu Maksem, lecz teraz znajdujemy się w fabryce. Pan jest kierownikiem działu a ja, cóż... - Przepraszam, ale spieszę się. - Widzę, że pan kierownik chyba obrobił kwiaciarnię – zauważył stróż. - Kupiłem po kwiatku wszystkim paniom pracujących w moim dziale. - Piękny gest, naprawdę piękny – powiedział z uznaniem starzec, znikając w głębi kantorka. Zawilewski, mile połechtany jego słowami, pospieszył do swojej części fabryki. Lecz dopiero w swoim gabinecie poczuł odprężenie. Na szczęście nikogo nie spotkał po drodze. Schował kwiaty pod biurko i usiadł w wygodnym fotelu. Jeszcze tak niedawno siedział w nim Rawski. Dobrze pamiętał pierwsze spotkanie z nim. Po raz pierwszy przyszedł tu pięć lat temu. Szukał pracy. Miał już dość zarabiania groszy jako kelner w podrzędnej knajpie, chciał wreszcie zrobić użytek z dyplomu magistra farmacji. Z działu kadr został skierowany do działu przygotowania produkcji leków homeopatycznych, miał rozmawiać z kierownikiem. Pełen obaw zapukał do drzwi jego gabinetu. „Wchodzić” – usłyszał stanowczy głos. Rawski okazał się być postawnym, starszym mężczyzną o nieco surowej fizjonomii. W obejściu był uprzejmy i życzliwy. „Otrzyma pan zatrudnienie w naszej firmie. Pańskie kwalifikacje są dość zadowalające. Czy odpowiada panu zajęcie przy taśmie produkcyjnej? Pan rozumie, musi pan poznać naszą fabrykę od podstaw.” Nie odpowiadało mu to, ale zacisnął zęby i przyjął ofertę. Jak się okazało była to słuszna decyzja. Stopniowo, dzięki kolejnym awansom, stał się zastępcą kierownika, a także jego przyjacielem. Nigdy jednak nie dowiedział się o jego nieuleczalnej chorobie. Śmierć Rawskiego była dla Maksa szokiem. Jeszcze większe zaskoczenie przeżył, gdy oznajmiono mu ostatnią wolę zmarłego. Nie miał on żadnej rodziny i według testamentu wszelkie jego dobra, czyli pieniądze w banku i dom (starą, wymagającą gruntownego remontu willę) oraz wszystko, co się w nim znajdowało miał dziedziczyć Zawilewski. Wkrótce potem automatycznie przyznano mu stanowisko świętej pamięci kierownika. Maksymilian sprzedał dom i meble (za bardzo lubił swoją kawalerkę, aby zamieszkać gdzie indziej), ale pamięć o bliskim koledze pozostała. Wspomnienia powracały, zwłaszcza gdy siedział w jego fotelu. Ktoś zapukał do drzwi. - Proszę wejść – zawołał. - Dzień dobry, panie kierowniku – rzekła sekretarka, wchodząc do gabinetu. Była to drobna kobieta w średnim wieku, o wiecznie wystraszonych oczach. - Pani Zosiu, ile razy panią prosiłem, aby zwracając się do mnie nie wymieniała pani ciągle mojego stanowiska? Wystarczyłoby zwykłe „dzień dobry”. Wszyscy w tej firmie traktują mnie jak jakiegoś potwora. A pani wie, że mnie się bać nie trzeba. Jestem łagodny jak baranek. - Przepraszam, panie kie... – zaczęła. - Proszę nie przepraszać, tylko się uśmiechnąć. To pani święto. Chciałem pani złożyć życzenia z okazji dnia kobiet. - Dziękuję – uśmiechnęła się zmieszana. - Będzie pani łaskawa zwołać teraz małe zebranie w naszej działowej sali konferencyjnej? - Jakie zebranie? Czy coś się stało? Zazwyczaj o zebraniach informuje się pracowników tydzień wcześniej. - Niech się pani nie niepokoi. To będzie naprawdę króciutkie zebranko. Patrzyła na niego okrągłymi oczami, w których malowała się niepewność. - No, niechże pani już idzie. Pięć minut później w pokoju obrad, zwanym szumnie „działową salą konferencyjną” zebrało się sporo ludzi. Wszyscy szeptali z ożywieniem, zastanawiając się, co nowy kierownik może im mieć do powiedzenia. - A ja wam mówię, że coś się stało – twierdziła właśnie pani Zofia Kowalska. - W przeciwnym razie wcześniej wiedzielibyśmy o planowanym zebraniu. Nikt bez potrzeby nie odrywa nagle ludzi od ich pracy. - Ma pani rację – oznajmił Zawilewski, który właśnie wchodził do pokoju z naręczem frezji. Powiódł roześmianym wzrokiem po wszystkich wpatrzonych weń twarzach. Zamilkły wszelkie szepty, a twarz sekretarki pokraśniała. – Jest pewien istotny powód, dla którego pozwoliłem sobie oderwać państwa od pracy. Tym powodem jest dzisiejsze święto. - Jakie święto? – burknął łysawy mężczyzna stojący w kącie sali. - Wstydziłby się pan. I pan jest żonaty? – uśmiechnął się pobłażliwie kierownik. – Mówiąc święto miałem na myśli dzień kobiet. Tak, drogie panie. Dzisiaj jest wasze święto. Pozwólcie zatem, koleżanki, że z tej okazji złożę wam najserdeczniejsze życzenia; aby każda z was zawsze była zdrowa, szczęśliwa i piękna jak... jak te frezje – zakończył niezgrabnie. Powiedziawszy to podszedł do swojej sekretarki i jej pierwszej wręczył kwiat. Rozległy się oklaski. Obdarowawszy wszystkie pracownice, Zawilewski ponownie zabrał głos: - Żałuję, że nie mogę pań wcześniej wypuścić do domu, ale niestety nie leży to w mojej mocy. Cieszę się jednak, że chociaż tym drobnym kwiatkiem mogłem paniom uprzyjemnić dzień. A teraz, proszę państwa, wracajmy do pracy. To powiedziawszy Zawilewski wielce z siebie zadowolony wrócił do swego gabinetu. Ciekawe czy coś o nim mówią? Sala konferencyjna graniczyła z jego pokojem. Słyszał wyraźny szmer rozmów dobiegający zza ściany. Niewiele myśląc przyłożył do niej ucho. „...ma gest...jestem mile zaskoczona...w takim szefie można się zakochać...” – doszły do niego urywki rozmów. Uśmiechnął się. Jego próżność została zaspokojona. Rozległo się pukanie do drzwi. Zawilewski aż podskoczył, lecz zaraz błyskawicznie znalazł się przy biurku, pochylony nad papierami. - Panie kier... – zaczęła Kowalska. - O co chodzi? – spytał nieuważnie. - Telefon do pana. Dzwoni pański brat. Dzwonił już wcześniej, ale nie miałam okazji panu przekazać, bo... - W porządku. Proszę łączyć. Maksymilian sięgnął po słuchawkę telefonu, zastanawiając się, co się stało. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby Wilhelm dzwonił do jego pracy. Do mieszkania prywatnego owszem, i to często. Mieli ze sobą dobre kontakty, choć często robili sobie wzajemnie drobne złośliwości. - Cześć, Wil – pozdrowił brata. - Cześć. Wybacz, że niepokoję cię w pracy, ale to nagła sytuacja. O siódmej dzwoniła do mnie Róża. Powiedziała, że przyjeżdża do Polski. - Kiedy? – spytał od niechcenia, zastanawiając się czy przyjazd siostry można określić jako „nagłą sytuację”. - Dzisiaj, a dokładnie za cztery godziny. Trzeba pojechać po nią na lotnisko. - Chyba nie sądzisz... - Nie kończ, wiem, co chcesz powiedzieć. Pojadę po nią. Myślę, że uda mi się wyrwać na godzinkę. W końcu mam nienormowany czas pracy. - Tak, również uważam, że jakiś facet z opuchniętą szczęką, lub dziecko z zaawansowaną próchnicą może poczekać. W końcu rodzona siostra jest ważniejsza. Czasami myślę, że masz pod tym względem lepiej ode mnie. Może powinienem tak jak ty zostać dentystą i założyć prywatny gabinet. - Nie po to do ciebie zadzwoniłem, żebyś mnie denerwował – rozzłościł się Wilhelm po drugiej stronie aparatu. - Nie obrażaj się, braciszku. Chciałem się tylko trochę podroczyć – bronił się rozbawiony Maks. Znał wszystkie czułe punkty brata, a pokpiwanie sobie z jego pracy stanowiło jedną z jego ulubionych rozrywek. Tym razem trochę przesadził, należało to naprawić – Zatrzyma się u ciebie? - Tak. Wiem, że twoje mieszkanie ma tylko trzydzieści metrów kwadratowych. - Dwadzieścia dziewięć – poprawił spokojnie. - Wszystko jedno – głos Wila wyraźnie się rozpogodził – Podczas krótkiej rozmowy z nią wywnioskowałem, że pokłóciła się poważnie z tym swoim flegmatycznym mężem i raczej nieprędko do niego wróci. - Z tego, co wiem, jej mąż nie jest przykładem stereotypowego Anglika, więc powinieneś wystrzegać się uogólnień. - Nie pouczaj starszego brata, tylko słuchaj. Rozumiem, że nie można na ciebie liczyć, jeśli chodzi o lotnisko. Za to po pracy wpadnij do mnie, urządzę małą powitalną kolację dla naszej Różyczki. Maksymilian milczał, toczyła się w nim walka. Siostra czy dziewczyna? Obiecał Lindzie romantyczny wieczór. Będzie niepocieszona, ba, obrażona, jeśli odwoła dzisiejsze spotkanie. A związek z tą cudowną dziewczyną był jeszcze dosyć luźny, przecież zaledwie od dwóch tygodni się spotykali. Jeszcze z nim zerwie, a mu tak zależy, aby z tej znajomości powstało coś pięknego, niepowtarzalnego. Tak bardzo się starał; kupował jej kwiaty, perfumy... I teraz to wszystko miało być przekreślone z powodu opuszczenia jednej randki? Z drugiej strony była siostra, której nie widział od ponad roku. Róża jest uosobieniem łagodności i wyrozumiałości, na pewno się na niego nie pogniewa... zwłaszcza, jeśli będzie mieć dobre wytłumaczenie. - Ej, Maks, jesteś tam jeszcze? - Tak. Bardzo mi przykro, ale nie będę mógł dzisiaj do ciebie przyjść. Mam mnóstwo roboty. Rozumiesz, z racji odpowiedzialnego stanowiska. - Do dziewiętnastej się chyba uwiniesz? – w głosie Wilhelma zabrzmiała podejrzliwość. - Do tej godziny na pewno załatwię najważniejsze sprawy w fabryce, ale czeka mnie jeszcze góra pracy domowej. Muszę na jutro przejrzeć i podpisać mnóstwo papierów – starał się mówić przekonująco. - Róży będzie przykro... - Przeproś ją od mnie. Zadzwonię wieczorem a jutro wpadnę. - Dobra, jak tam sobie chcesz. Do usłyszenia. - Cześć. Maksymilian pełen niesmaku odłożył słuchawkę na widełki. Brzydził się sobą za to kłamstwo. Jednak nie mógł powiedzieć Wilhelmowi prawdy. On tego by po prostu nie zrozumiał. Nie przepadał za kobietami. Wdawał się od czasu do czasu w jakiś mały romansik, ale związków unikał jak ognia. Z zauroczeń brata pokpiwał, szydził z westchnień, maślanego spojrzenia i wszystkich innych symptomów zakochania. Tak, Wil nie byłby w stanie pojąć, czym jest dla niego znajomość z Lindą. Gdyby mu wyznał, że zamiast zobaczyć się z dawno niewidzianą siostrą, pójdzie spotkać się z dziewczyną, nie szczędziłby mu przykrych wymówek. Nie ma co robić sobie wyrzutów. Postąpił jak uważał za słuszne i już. Teraz powinien zabrać się do pracy, aby chociaż część rzeczy, które powiedział bratu była prawdą.
Nareszcie w ojczyźnie! Już za kilkanaście minut samolot wyląduje w Gdańsku. Ciekawe, czy po nią wyjdą. Na pewno! Bracia zawsze ją rozpieszczali, zwłaszcza po śmierci rodziców. Ona i Maks byli wtedy na utrzymaniu Wilhelma, który już pracował. Jakże ciężko im było wtedy. Ledwie wiązali koniec z końcem, ale Róży nigdy nie zabrakło braterskiej opiekuńczej miłości. Czasami dziwiła się sama sobie, że może wytrzymać z tęsknoty za rodzeństwem, ale nie wyobrażała sobie również życia bez Michael’a. Poznała go kilka lat temu w czasie wakacji, gdy pojechała do pewnego londyńskiego domu, gdzie znalazła okresowe zajęcie jako cleaning lady. Mike był synem jej pracodawców. Zaprzyjaźnili się, później pokochali. Gdy skończyły się wakacje i czas było wracać do Polski, umówili się, że za rok, kiedy Róża skończy studia, pobiorą się. I tak się stało. Początkowo bracia (zwłaszcza Maksymilian) nie chcieli nawet słyszeć o tym, żeby zamieszkała za granicą. „Dlaczego akurat ty musisz się przeprowadzać? Michael nie może się przenieść do Polski?” Tłumaczyła, przekonywała i w końcu się zgodzili, powiedzieli, że jej szczęście jest najważniejsze. Chociaż życie z mężem układało jej się na ogół dobrze, zawsze z wielką tęsknotą oczekiwała swoich corocznych odwiedzin u braci. W zeszłym roku nie mogła przyjechać, nie sposób było wyrwać się z biura. Jakby się zastanowić, nie widziała Wila i Maksa dwadzieścia miesięcy! Pokręciła się niecierpliwie na fotelu. Już nie mogła się doczekać, aż znowu ich zobaczy. Wkrótce potem schodziła już po schodkach na płytę lotniska, z uwagą wpatrując się w twarze oczekujących, ledwie widoczne za szybą. Jest ktoś po nią. Jeden. Ciekawe, który? Bracia byli tak podobni do siebie. Taki sam wzrost, włosy. Z daleka trudno było rozpoznać. Chciałaby, żeby to był Maks, w dzieciństwie byli nierozłączni. Postać pomachała jej ręką i dała znak, że idzie czekać na nią przy odprawie paszportowej. Róża także pomachała i pospieszyła ku wejściu. - W porządku – stwierdził pracownik straży granicznej oddając jej paszport. Przeszła przez bramkę i znalazła się w wśród wzruszonych, witających się ludzi. Rozglądała się niepewnie, gdy nagle z tłumu wyłonił się jej brat. - Siostrzyczko! – zawołał Wilhelm, pędząc do niej z wyciągniętymi ramionami. Już po chwili znalazła się w silnym uścisku. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę z twojego przyjazdu. - Ja też ogromnie się cieszę. Porządnie się za wami stęskniłam. Maks jest w pracy? - Tak, tonie w papierkowej robocie. Chodźmy już odebrać bagaż. Chyba słyszałaś, że teraz jest kierownikiem działu? - Kto? Bagaż? – zaśmiała się. - Widzę, że humorek pani dopisuje, pani Blackstone. A ja, głupi sądziłem, że będziesz załamana kłótnią z Mike’em! - No co ty? Czy widziałeś mnie kiedyś załamaną? - Tak... – odpowiedział i natychmiast zamilkł. Róża wiedziała, że nie chciał jej przypominać o tragicznej śmierci rodziców. - Zapewniam cię, że nawet poważna kłótnia z mężem, nie jest dla mnie powodem do większego zmartwienia. A wracając do Maksa, słyszałam o jego awansie. Myślisz, że to nie jest dla niego zbyt duża odpowiedzialność? On był zawsze taki roztrzepany. - Jak na razie świetnie sobie radzi. - Skąd wiesz? - Sam mi o tym mówił. - No, pewnie. Choćby się waliło i paliło on będzie twierdzić, że świetnie mu idzie. To niepoprawny optymista. – zaśmiała się. – A jak tam jego sprawy sercowe? - Od dwóch tygodni spotyka się z taką jedną Lindą. Oszalał na jej punkcie. I nawet specjalnie mu się nie dziwię. Jest niezła. Chodziła ze mną do liceum. Odebrali już torbę podróżną Róży i teraz zmierzali na parking. - Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć. Na przykład powiedz mi jak prosperuje twoja prywatna klinika stomatologiczna. - Interesuje cię to? - Nie bardzo, – przyznała z łobuzerskim uśmiechem – ale chętnie posłucham twojego głosu. Chyba musiały być jakieś zabawniejsze momenty w twojej praktyce? - Masz mnie za sadystę? – zaśmiał się, uruchamiając silnik samochodu. Przez całą drogę do sopockiej ulicy Abrahama chichotali ze stomatologicznych anegdotek Wilhelma. Dom był taki, jakim go zapamiętała. Duży, wyglądający godnie i okazale. Ceglane ściany, gęsto porośnięte dzikim winem zdawały się uśmiechać na jej powitanie. - Nareszcie w domu! – zawołała. - Home, sweet home, co? - Jak ja kocham to miejsce – szepnęła wzruszona. - Tu się wychowaliśmy. Tu żyli nasi rodzice. Wierz mi lub nie, lecz tylko tutaj czuję się naprawdę swojsko, a nie w jakimś wymuskanym mieszkaniu... - ...przy flegmatycznym, pedantycznym mężu? – dokończył, chcąc ją rozbawić. - Flegmatycznym? Ależ on jest cholerykiem. Gdybyś tylko słyszał jak na mnie wrzeszczał! W końcu tego nie wytrzymałam: spakowałam manatki i przyjechałam tutaj. - Bardzo słusznie zrobiłaś. Proszę, wejdź – otworzył przed nią drzwi. - Jak tu czysto! Musiałeś się nieźle natyrać, aby doprowadzić dom do takiego porządku. Tu aż błyszczy. - Muszę cię rozczarować. Nie moja to zasługa. - Czyżbyś zatem miał przyjaciółkę? – spytała zniżonym tonem. - Skąd! Ja i przyjaciółki. Wiesz, że nie przepadam za towarzystwem kobiet, oczywiście z wyjątkiem ciebie. Dwa razy w miesiącu przychodzi tu sprzątać jedna starsza pani. - Stać cię na sprzątaczkę? – spytała zdejmując płaszcz. Zastanawiała się, czy zauważy. Jakoś nie chciała powiadamiać braci telefonicznie. - Tak, na borowaniu zębów można trochę zarobić – powiedział i wtedy dopiero spostrzegł to, co było wcześniej zakryte przez jej płaszcz. - Jak widzisz nie przyjechałam sama. - No, wiesz... Narażać się na niewygody podróży w twoim stanie... - Nie lamentuj. Jak widzisz nic nam się nie stało. Podróż znieśliśmy całkiem dobrze. - Który to miesiąc? - Szósty. - Usiądź sobie teraz, Różyczko w salonie, a ja przygotuję jakąś przekąskę – wydawał się przejęty. - Pomogę ci. - Ale nie powinnaś się... - Wilhelm! Ja nie jestem sparaliżowana. To tylko ciąża. - Nie, nie... Ty się rozgość. - „Rozgość”? A ja myślałam, że ten dom jest także moim domem – starała się nadać swojemu głosowi ton rozgoryczenia i wyrzutu. A przecież dobrze wiedziała, że bratu chodzi tylko o jej dobro. - Naturalnie, nie chciałem cię urazić. To jest nasz wspólny dom: twój, Maksa i mój. - Wiem – pocałowała go w policzek. – Kiedy przyjdzie Maks? - Nie przyjdzie dzisiaj. Dzwoniłem do niego rano. Powiedział, że bardzo żałuje, ale ma mnóstwo pracy. - Szkoda, bo mam coś dla was. - O, dobrze, że mi przypomniałaś. Ja też mam dla ciebie prezent. - Naprawdę? – ucieszyła się – Z jakiej okazji? - Oj, ty chyba naprawdę za długo przebywasz wśród Anglików. Nie pamiętasz, że dzisiaj jest dzień kobiet? - Rzeczywiście, ósmy marca. Wilhelm poszperał chwilę w kieszeniach i wyciągnął małe aksamitne puzderko. - Życzę ci, abyś była zdrowa i zawsze taka ładna, dobra, słodka jak teraz – powiedział, podając jej upominek. - Zobaczmy... – otworzyła pudełeczko i krzyknęła z zachwytu. W środku znajdowała się śliczna złota bransoletka wysadzana w kilku miejscach szafirami. – Wil, dziękuję! Musiałeś zapłacić za to majątek! – rzuciła się bratu na szyję. W tym momencie zadźwięczał dzwonek telefonu. - To na pewno twój drugi, marnotrawny brat – rzekł Wilhelm, wyplątując się z jej objęć. – Słucham? ... Cześć. Już jesteś w domu? ... I jak ci idzie? ... No, jak to „co”? Praca. ... Biedaku, i na pewno nie znajdziesz chwili dla rodzeństwa? ... Tak, przyjechała, właściwie przyjechali. ... Michael? Nie, on nie. Róża ci sama powie. Nie może się doczekać, kiedy cię zobaczy. ... Róża! Maks prosi cię do aparatu. Czekaj, chyba przerwano połączenie. Może prąd mu odłączyli? - Hmm... Słuchaj, a może pojedziemy do niego? Odświeżę się po podróży, przegryziemy coś i zrobimy mu niespodziankę. - To chyba nie jest najlepszy pomysł. - Dlaczego? - Nie wiem. Tak jakoś czuję, że on wolałby być dzisiaj sam. - Rozumiem, praca. Wcale nie zamierzam cię przekonywać, abyśmy siedzieli mu na głowie przez cały wieczór, ale jak wpadniemy na godzinkę to się chyba nie obrazi? - Dobrze, zrobimy mu niespodziankę. Pół godziny potem już dojeżdżali do ulicy Zimnej, przy której mieszkał Maksymilian. - Nadal uważasz, że nie powinniśmy go nachodzić? - Właśnie dochodzę do wniosku, że to dobra myśl. Jeszcze u niego nie byłaś. Wreszcie zobaczysz jak mieszka – odparł, chociaż od czasu rozmowy z bratem nękały go jakieś niejasne podejrzenia. Drzwi do bloku były otwarte. Wjechali windą na siódme piętro i stanęli przed drzwiami mieszkania Maksa. Wilhelm przyłożył ucho do drzwi. - Nic nie słychać. Pewnie pilnie pracuje – stwierdził. - No to dzwonimy – Róża wyciągnęła rękę do dzwonka. - Nie, poczekaj – nacisnął klamkę – Są otwarte. Cicho wślizgnęli się do ciemnego mieszkania. Tylko w jego pokoju paliło się jakieś światło. - Zaskoczymy go. Ja pójdę pierwszy – szepnął ledwie dosłyszalnie Wilhelm. Bezszelestnie, jak Indianin podszedł do otwartych drzwi. Stanął jak wryty. Jego do końca nieuświadomione obawy sprawdziły się. Pokój rozświetlały jedynie dwie świeczki. Na stole leżała niedojedzona pizza i butelka wina. Na stojącym w kącie tapczanie siedziała para z kieliszkami w dłoniach. Właśnie mieli się pocałować. - Zdaje się, że nasz braciszek zrobił sobie przerwę w pracy – powiedział głośno. Para na łóżku poruszyła się nerwowo. Maks natychmiast wstał i teraz wbijał w nich zaskoczone spojrzenie. - Wyglądasz tak, jakbyś nas widział po raz pierwszy w życiu. - Co wy tu robicie? – zdołał wyksztusić Maks. - Przyglądamy się twojej ciężkiej pracy – wyjaśnił mu brat zjadliwie uprzejmym tonem. Mimo przykrości tej sytuacji, czuł satysfakcję. Wreszcie ma nad smarkaczem przewagę. Już dawno nie nadarzyła się taka wspaniała okazja, aby udzielić mu reprymendy. Zamierzał to wykorzystać. - Po co ta ironia? – spytała Róża. - Bronisz go? Przecież on zamiast zobaczyć się z tobą, wolał spędzić wieczór w towarzystwie tej... - Pozwólcie – przerwał szybko Maksymilian - przedstawić sobie moją dziewczynę Lindę Kardecką. Kochanie, poznaj moje rodzeństwo: Różę i Wilhelma. - Bardzo mi miło – uśmiechnęła się kobieta, podając rękę kolejno siostrze i bratu chłopaka. Ten ostatni wyciągnął swoją bardzo niechętnie, mrucząc, że już kiedyś się poznali. - No to teraz, skoro już się wszyscy znamy, proponuję zamówić drugą pizzę. Otworzę również nową butelkę wina – odezwał się Maks sztucznie beztroskim tonem. - Nie będziemy przeszkadzać. - Róża ma rację. Skoro nie uznałeś za stosowne wcześniej nas zaprosić, to teraz nie będziemy robić kłopotu. – Wilhelm doszedł do wniosku, że nie powinien robić awantur przy siostrze. Wystarczy chłodny ton. - Jakiego kłopotu! Przecież jesteście dla mnie najbliższymi ludźmi! - Przeczy temu twoje dzisiejsze zachowanie względem nas – powiedział celnie. Młodszy brat nic nie odpowiedział, tylko spuścił głowę. Wila ogarnęło miłe poczucie władzy, ale i współczucie dla Maksa. Wyglądał teraz zupełnie jak mały chłopiec, karcony za zbicie wazonu. – Chodź, Róża. Idziemy. - Pa, Maksiu. Do widzenia, Lindo – pożegnała się i wyszła razem z bratem.
Maksymilian posmutniał. Stanął przy oknie i patrzył na odjeżdżający samochód Wilhelma. Milczał. Poczuł się winny. Głupio wyszło. Nie powinien był ich oszukać. Trzeba było przesunąć spotkanie z Lindą o godzinę lub dwie. Wtedy miałby dość czasu dla siostry. Ewentualnie mógłby przyjść z dziewczyną. Wszystko byłoby lepsze od tego wstrętnego kłamstwa, od tego palącego wstydu, który w tej chwili odczuwał. Zdawał sobie sprawę, że zranił Różę. Choć nie powiedziała mu złego słowa, czuł, że zrobił jej przykrość. Do tego ton Wilhelma, pełny wyrzutu. Naprawdę wolał gryzącą ironię, nawet krzyki niż ten spokojny, zimny głos. Jak on im mógł to zrobić, ich rodzony brat! A przecież chciał dobrze. Pragnął, aby wszyscy byli zadowoleni. Nie mógł (no, dobrze: nie chciał) spotkać się z siostrą, ale przecież miał zamiar z nią porozmawiać przez telefon, spytać o podróż, złożyć życzenia z okazji dnia kobiet, usłyszeć jej miły głos. Lecz, gdy tylko poprosił ją do telefonu przerwano połączenie. A sprawczynią tego była jego dziewczyna, która nie życzyła sobie, aby „taki słodki wieczór został zepsuty przez to wiecznie dzwoniące urządzenie”. - Nareszcie sobie poszli – odezwała się tymczasem Linda. Podeszła do niego i objęła go w pasie. – Bałam się, że skorzystają z twojego uprzejmego zaproszenia, ale na szczęście wykazali się taktem i zrozumieli, że wolimy być sami. Po co nam rodzina, skoro mamy siebie, prawda? Wiesz, – mówiła dalej, raz po raz całując jego kark – szczerze mówiąc dziwne masz rodzeństwo. Przychodzą nagle nieproszeni z jakimiś bzdurnymi pretensjami... Może zazdroszczą nam naszego szczęścia? Psy ogrodnika. Sami nie mają i innym nie dadzą. Ale skoro już poszli... Dokończmy to, na czym stanęliśmy, zanim zakłócili nam spokój. Maks, słuchasz mnie? Nie widzę powodu, abyś miał się przejmować złośliwościami brata – zgreda i fochami młodszej siostry. Co prawda tłumaczy ją fakt, że spodziewa się dziecka... - Co mówisz? – ocknął się Maksymilian. - Nie zauważyłeś jej wielkiego brzucha? Wygląda jak szafa! – zaśmiała się. - Słuchaj, – warknął porywczo, gwałtownie się od niej odsuwając – nie waż się drwić z mojej siostry! Ona się z ciebie nie śmiała. Może nawet cię polubi. - Ja wcale się z niej nie śmieję. Myślisz, że to możliwe abyśmy się zaprzyjaźniły? - O, tak. Róża jest najłagodniejszą i najbardziej otwartą osobą pod słońcem! - No, no... – mruknęła Linda, której ten braterski entuzjazm wydał się mocno przesadzony. – Za to twój brat mnie nie cierpi. - Nie przejmuj się. On w ogóle nie znosi kobiet – odparł już nieco udobruchany. - Czy on jest... no, wiesz... - Nie, nie... W żadnym razie. Źle się wyraziłem. Powiedzmy, że nie lubi rozmów przy księżycu, zobowiązań... - Rozumiem. Dobrze, że ty taki nie jesteś. Pocałuj mnie – oplotła ramionami jego szyję. - Teraz nie, – odparł, odsuwając się i siadając przy stole – nie mam nastroju. - To przez nich, tak? – spytała, patrząc nienawistnie w okno. - Tak. Skrzywdziłem ich w pewien sposób i nękają mnie wyrzuty sumienia – powiedział szczerze. Jeszcze nie rozmawiali ze sobą o poważnych sprawach. Chciał jej zaufać, mieć w niej przyjaciela, móc jej się zwierzać z nurtujących go spraw. - Jeżeli kogoś skrzywdziłeś to tylko mnie! Obiecałeś mi romantyczny wieczór, i co? Kiedy jest najprzyjemniej, nagle zwala się do ciebie rodzina z pretensjami! A teraz, gdy poszli, udajesz, że nie istnieję! - Jesteś niesprawiedliwa! Przecież właśnie z tobą rozmawiam. Poza tym, nie przyszliby tu, gdybyś nie wyjęła wtyczki z gniazdka telefonicznego! - A więc to wszystko jest moją winą! - Żebyś wiedziała! – krzyknął pod wpływem emocji. - W takim razie leć za nimi! Nie będę cię zatrzymywać! – krzyknęła, chwyciła swoją torebkę i wybiegła z jego mieszkania trzaskając głośno drzwiami. - A idź do diabła! – mruknął, lecz po chwili, otworzył drzwi wyjściowe i zaczął rozpaczliwie wołać: - Lindo! Lindo! Wracaj! Porozmawiajmy! Lindo! Odpowiedział mu przytłumiony stukot obcasów, gdy zbiegała po schodach. - Linda! – krzyknął jeszcze raz. W tym samym momencie otworzyły się drzwi z naprzeciwka. Ukazała się w nich emerytka w papilotach i szlafroku. - Panie Zawilewski! Czy pan zwariował? A może się pali? Jeśli nie, to proszę, aby pan się za przeproszeniem nie wydzierał. Jest już po dwudziestej drugiej. Ludzie w moim wieku chcą spać. - Bardzo przepraszam. Już nie będę – szepnął znękany. - To jest porządny budynek mieszkalny a nie jakieś rykowisko – z tymi słowy znikła w swoim mieszkaniu. Maksymilian westchnął ciężko i wrócił do siebie. Czuł się mocno zgnębiony. Pomyśleć, że jeszcze rano tryskał szczęściem i zadowoleniem. Zapowiadał się taki piękny, miły dzień. Jak to się stało, że teraz jest zniechęcony i smutny? Co poszło nie tak? Czyja to wina? Siostry, bo tak niespodziewanie przyjechała? Jego, dlatego że skłamał? Czy Lindy, ponieważ wyłączyła telefon, nie zrozumiała go, ...istniała? Wilhelm postępuje słusznie, że nie wiąże się z kobietami. To przebiegłe, samolubne istoty! A Linda jest wyjątkowo podła! Ale jakże urocza... Pierwszy raz ujrzał ją na osiemnastce Wilhelma. Rodzice byli wtedy służbowo za granicą a on i siedmioletnia wówczas Róża mieli nocować u sąsiadów (u pana Wiesia i jego żony Wiesławy). Bardzo żałował, że nie może brać udziału w przyjęciu urodzinowym brata. Z wyjściem do sąsiadów zwlekał najdłużej jak się dało. Zaszył się z Różą w kącie salonu (niezauważony przez Wila, który najwidoczniej myślał, że już wyszli) i obserwował z uwagą przygotowania do imprezy oraz przybycie pierwszych gości. Linda, mająca wtedy piętnaście lat, zrobiła na nim niemałe wrażenie. Miała najkrótszą spódnicę ze wszystkich zaproszonych dziewcząt i buty na niewiarygodnie wysokich obcasach. Poprawiała fryzurę złożoną z ciemnych, fantazyjnie upiętych pukli (wtedy jeszcze nie farbowała włosów), kiedy ich zauważyła. „Cześć, dzieciaki” – powiedziała. Pochlebiło mu to, bo dotychczas nikt nie zwracał na niego i siostrę uwagi. Lecz była też druga strona medalu. Wilhelm usłyszawszy pozdrowienie Lindy, spojrzał w kąt pokoju, gdzie się skryli i zawołał: „Wy jeszcze tutaj? Myślałem, że już jesteście u sąsiadów! Przebiegli smarkacze. – W tym miejscu zwrócił się rozbawiony do gości – Widzieliście? Moje młodsze rodzeństwo również chce oblewać moją pełnoletniość! Maks, bracie, jesteś za młody na imprezy. Może za parę lat? Teraz powiedz wszystkim grzecznie dobranoc i idź z Różyczką do sąsiadów”. Co miał zrobić? Wziął siostrę za rękę i udał się do państwa Wiesiów. Więcej Linda nie została zaproszona. Minęły trzy lata zanim ujrzał ją znowu. Zaczynał naukę w liceum, a Linda była w klasie maturalnej. Widywał ją czasem na szkolnym korytarzu. Jednak nigdy nie mógł zdobyć się na odwagę, aby do niej podejść. Tym bardziej, że ona nigdy nie spojrzała w jego stronę. Maks był przekonany, że go nie pamięta. W końcu był tylko młodszym bratem chłopaka, u którego raz się bawiła na urodzinach. Podobała mu się i to bardzo. Jej drapieżna kobiecość i na pół słodki, na pół wyzywający uśmiech przyprawiały go o drżenie. Nawet brudne plotki, które o niej krążyły nie zdołały osłabić jego zauroczenia. Jakże smutno mu było, gdy skończył się rok szkolny! Był przekonany, że nie zobaczy Lindy więcej. Szybko się pocieszył. Przeżył dwie wspaniałe miłości (ostatni związek skończył się rok temu). Dziewczyny, z którymi chodził były bardziej naturalne niż Linda, znacznie subtelniejsze. Nie robiły z siebie „malowanych lal”, nie pozowały. Był z nimi naprawdę szczęśliwy. Prawie zapomniał o obiekcie swoich młodzieńczych fascynacji. Ponowne zjawienie się Lindy w jego życiu było dla niego niemałym zaskoczeniem. Dwa tygodnie temu znajomi organizowali ogrodowe przyjęcie. Właśnie jadł pieczoną kiełbaskę, gdy podszedł do niego gospodarz - „Maks, chcę ci kogoś przedstawić.” Podniósł wzrok znad talerza i ujrzał Lindę. Nie wierzył własnym oczom. Wpatrywał się w nią z takim natężeniem, że zwróciło to uwagę gospodarza. - Znacie się już? – zapytał. - Tak. Zdaje się, że chodziliśmy razem do jednej szkoły – odparła Linda swobodnie. Przez resztę dnia była dla niego taka miła i serdeczna, że ośmielił się zaprosić ją do kina. Zgodziła się. Od tej pory byli parą. Spotykali się prawie codziennie. Powiedziała mu, że uwielbia róże, więc dawał jej te kwiaty na każdej randce. Ofiarował jej też flakonik drogich perfum. Na dzisiejszy wieczór przygotował coś specjalnego: złote, osiemnastokaratowe kolczyki. Szkoda, że nie miał okazji ich jej wręczyć. Zamierzał to zrobić bardzo romantycznie. Długo zwlekał, czekając na właściwy moment, ale gdy ten wreszcie nadszedł, przyjechał Wilhelm z Różą. Westchnął ponownie, uświadamiając sobie na nowo przykrość tej sytuacji. Jakby tego było mało, pokłócił się z Lindą. Koniecznie musi się z nią pogodzić, ale jutro. Dzisiaj jest na to zbyt zmęczony. Położył się na łóżku i głośno powtarzał imię swojej dziewczyny. Jest w nim pewien wdzięk – myślał – ale zarazem jakaś dziwna hardość i... nieuchronność. Nieuchronność... czego? Skąd mu to słowo w ogóle przyszło do głowy? Niespodziewanie ogarnął go dziwny niepokój, jakiś nieuzasadniony lęk. Postanowił położyć się spać. Podszedł do okna i energicznie zaciągnął zasłonę. Gdyby jednak spojrzał na dwór, zwróciłby uwagę na tajemniczą postać w długim ciemnym płaszczu, stojącą przed jego blokiem. Twarz człowieka była niewidoczna pod obszernym kapturem, lecz jeśli jakiś śmiałek odważyłby się do niego zbliżyć, ujrzałby jego pałające brązowe oczy, utkwione w jeden punkt: okno mieszkania Maksymiliana Zawilewskiego.
ROZDZIAŁ II
Jej pierwszy poranek w Polsce. Róża przeciągnęła się leniwie. Właśnie się obudziła. Maleństwo również. Czuła w sobie jego ruchy. Spojrzała na zegar. Dochodziła jedenasta. Dawno nie zdarzyło jej się tak długo spać. Ale co to za zapach? Chyba smażone jajka. Założyła sweter na piżamę i zeszła do kuchni. Wilhelm stał przy kuchence mieszając od czasu do czasu drewnianą łyżką zawartość dużej patelni. Na odgłos jej kroków uśmiechnął się. - Cóż tak niebiańsko pachnie? – spytała. - Śniadanie, a w zasadzie obiad. Zależy z której strony na to spojrzeć. - Już wróciłeś z pracy? - Wcale do niej nie poszedłem. Wziąłem sobie urlop do końca tygodnia. W końcu nie zdarza się często, aby mieszkała u mnie moja ukochana siostrzyczka. Wyspałaś się? – spytał Wilhelm nakładając jej na talerz kopiastą porcję jajecznicy na pomidorach. - Tak. Cudownie było leżeć w moim starym pokoju. - Obawiałem się, że po wczorajszym... - Nie przesadzaj. Nic się takiego nie stało. – Sięgnęła po widelec. - Smaczna? - Tak. Tylko ty potrafisz usmażyć jajka tak, jak lubię najbardziej. - To miło, że starasz się robić dobrą minę do złej gry, lecz uważam, że Maks postąpił bardzo nie w porządku. Będę musiał z nim poważnie porozmawiać. - Wystarczy to, co powiedziałeś wczoraj. Maks nie jest małym dzieckiem. Zrozumie, że zachował się nie całkiem tak, jak należało. - Łagodnie powiedziane. Lecz jeśli sobie nie życzysz nic mu już nie powiem a propos poprzedniego wieczoru. - Tak będzie najlepiej. Jestem pewna, że jeszcze dzisiaj przyjdzie przeprosić. - Zobaczymy... Co sądzisz o tej jego Lindzie? - Stanowczo nie należy do typu kobiet, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić. Ona ma w sobie coś bezlitosnego. - Nie przesadzasz czasem? - Wygląda słodko, ale to tylko pozory. Przybiera różne pozy, wkłada na twarz maskę niewinności i łagodności. W środku jest zaborcza i próżna. - Jak każda kobieta – zaśmiał się Wilhelm, sięgając po drugą kromkę chleba. - Możesz się śmiać, ale zapamiętaj moje słowa: jeśli Maks nie przestanie się widywać z Lindą, ona go zgubi – powiedziała poważnie. - Skąd wiesz? - Czuję to. Może to kobieca intuicja, nie wiem. Martwię się o naszego braciszka. - Jeszcze przed chwilą stwierdziłaś, że jest dorosły. - Tak, ale wiesz jaki on jest. Beztroski jak dziecko. - Chyba masz rację, jednak nie rozumiem, dlaczego chcesz go chronić przed Lindą. - Widziałeś jak była ubrana? - Tak, może rzeczywiście zbyt wyzywająco, ale to właśnie świadczy o tym, że należy do tych malowanych laleczek o małych rozumkach. - Nie wiedziałam, że potrafisz w taki sposób wyrażać się o kobietach... - Przepraszam, jeśli... - Jednakże – przerwała bratu ruchem ręki – Lindy nie należy lekceważyć. Ona nie należy do tej kategorii, co myślisz. Ona ma jakąś przebiegłość w oczach, niemal chytrość. - Wiesz, co myślę? Nie obraź się, lecz wydaje mi się, że jesteś przewrażliwiona z racji twojego odmiennego stanu. Róża westchnęła, starając się opanować gniew na brata. On nigdy nie zrozumie kobiet. Ale żeby jej słuszne podejrzenia kłaść na karb ciąży! - A wiesz braciszku, co mi się wydaje? – odpaliła. – Jesteś równie zaślepiony tą dziewczyną, jak Maks! W tym samym momencie do kuchni wszedł ich brat. Wcześniej stał na progu, przysłuchując się ożywionej wymianie zdań rodzeństwa. - Dzień dobry wszystkim. Słyszę, że mój związek z Lindą stał się tematem dnia. - Nie bądź bezczelny – burknął Wil, wściekły, że brat usłyszał jak posądza się go o „zaślepienie dziewczyną”. - Cześć – uśmiechnęła się Róża. Postanowiła załagodzić konflikt. – Wiluś, zostało trochę jajecznicy dla Maksa? - Zostało. Niech sobie nałoży, jak ma ochotę – w jego głosie brzmiała szorstkość. - Nałożę mu – zaofiarowała się. - Nie jesteś w pracy? – Wilhelm zmierzył Maksa złośliwym spojrzeniem. - Właśnie miałem cię zapytać o to samo. - Stanowisko kierownika działu w firmie farmaceutycznej jest takie odpowiedzialne. A wczoraj miałeś tyle p r a c y! - Chłopcy, nie kłóćcie się! Powiedzcie mi, dlaczego zawsze ja muszę rozwiązywać wasze konflikty? Ciekawe jak sobie radzicie, kiedy jestem w Londynie? Podajcie sobie ręce na zgodę, to wam opowiem o awanturze z Michael’em. Zawstydzeni, że młodsza siostra zwraca im uwagę, ale i zainteresowani obiecaną opowieścią o szwagrze, którego obydwaj zbytnio nie lubili; podali sobie ręce. - To mi się podoba! – klasnęła w dłonie. – Wil, bądź łaskaw zrobić herbaty. Maks i ja posprzątamy po śniadaniu. Za chwilę wszystko wam opowiem. - No, teraz opowiadaj – przynaglił siostrę Wilhelm, gdy już popijali herbatę w salonie. - Zaczęło się od dziecka. Odkąd poznaliśmy płeć maleństwa, nieustannie dyskutowaliśmy nad imieniem dla niego. To chłopiec. Pewnego wieczoru Michael powiedział kategorycznym tonem, że ma dość debat na ten temat oraz że mały będzie się nazywać George Jason, po swoim brytyjskim dziadku. - A ty się nie zgodziłaś? - Naturalnie. Nie mogłabym dopuścić do tego, by moje dziecko nosiło zagraniczne imiona i w dodatku tak dziwaczne! Poza tym zabolało mnie i oburzyło, że Mike chciał nazwać naszego synka po swoim ojcu. Ani przez chwilę nie pomyślał o moim, naszym tacie. Więc się sprzeciwiłam i to ostro. Wybuchła niezła awantura. Obraziliśmy się na siebie. Żadne z nas nie chciało ustąpić drugiemu. Na ogół jak wiecie jestem łagodna, nie upieram się przy swoim, lecz w tym względzie... W ciągu następnych dni chodził wściekły jak osa. Czepiał się niemal wszystkiego, co robiłam lub mówiłam. Chyba myślał, że w ten sposób zmusi mnie do przyznania mu racji. Jednak nie ze mną te numery, Bruner – zaśmiała się. - I zamiast się poddać uciekłaś z kraju i to z dzieckiem – dopowiedział Maks. - Trudno, żebym wyjechała bez maleństwa. - Chodziło mi o to, że gdy się urodzi, możesz je zaraz ochrzcić według własnego uznania, a Michael postawiony przed faktem dokonanym, nic nie będzie mieć do gadania. - Tak, to jest myśl. Obawiam się jednak, że nie zdążę. Wyjeżdżając, zostawiłam mężowi krótki list, wyjaśniający, że jadę do was na czas bliżej nie określony. - Wcale nie wyglądasz, jakbyś zmartwiła się tą kłótnią – zauważył Maks. - Bo w istocie nie martwię się. Mike bywa popędliwy i uparty, ale szybko mu to przechodzi na szczęście. - Jeszcze za tobą zatęskni – pocieszył siostrę Wilhelm. - Nie wątpię. Jestem pewna, że lada dzień zadzwoni, powie to swoje „I am sorry, sweatheart” – zacytowała, starając się naśladować głos męża – i zgodzi się na moją propozycję imienia. - Właśnie, jakbyś chciała ochrzcić dziecko? Róża uśmiechnęła się. Wiedziała, jaką przyjemność zrobi braciom odpowiedzią. - Jeszcze nie jestem pewna. Waham się pomiędzy dwoma imionami. Pragnę, aby mój syn nazywał się Wilhelm lub Maksymilian. - To naprawdę wzruszająco miłe, że chcesz nadać swojemu synkowi imię jednego z nas. Lecz czy aby mówisz poważnie? – spytał Wil uszczęśliwiony. - Tak, dlaczego nie? Tyle dla mnie zrobiliście od śmierci rodziców. Poza tym wasze imiona (moje zresztą też) są takie rzadkie i prawie archaiczne. Jak z dziewiętnastowiecznej powieści. - Różo, – odezwał się nagle Maks, który od kilku chwil sprawiał wrażenie zamyślonego – przepraszam cię za wczoraj. Zachowałem się jak nieodpowiedzialny małolat. - Nie ma o czym mówić – odpowiedziała, lecz posłała Wilhelmowi znaczące spojrzenie w stylu „A nie mówiłam?” - Jest mi bardzo przykro... – kajał się młodszy brat. - Dosyć – przerwała. – Nic się nie stało. Lepiej zobacz, co dla ciebie mam. Przywiozłam tobie i Wilowi po puszeczce dobrej, angielskiej herbaty. - Dziękuję. Ja też chcę ci dać prezent. Proszę – Maks podał siostrze małe pudełko. - Kolczyki, – stwierdziła – bardzo ładne. - Szkoda tylko, że nie masz przekłutych uszu – zauważył Wilhelm, wbijając przy tym świdrujące spojrzenie w brata. - Nie szkodzi. – odparła Róża, która niczego się nie domyślała. – Dla takiego cuda warto się poświęcić. Jutro pójdę do salonu kosmetycznego. Złote kolczyki będą doskonale pasować do bransolety, którą wczoraj dostałam od Wila. Szczęściara ze mnie. Dziękuję wam bardzo. - A wracając do twojego synka – rzekł Maks nieco zakłopotany. Zastanawiał się, czy brat wie, że kolczyki miały być prezentem dla Lindy. – Słyszałem, że na nienarodzone dzieci dobrze wpływa muzyka klasyczna. - Tak, czytałam o tym. Jest naukowo udowodnione, że dzieci słuchające takiej muzyki przed urodzeniem, są spokojniejsze. - Wspomniałem o tym, ponieważ mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Dzwoniłem do Opery Bałtyckiej i zamówiłem dla nas dwa bilety na piątek. - To cudownie! – wykrzyknęła. – Co będą grać? - „Madame Butterfly” Pucciniego. Wiem, jak uwielbiasz opery. - Dziękuję – uściskała brata. - Niestety, Wil, nie starczyło miejsc dla ciebie, ale jeżeli chcesz poświęcę się i odstąpię ci mój bilet. - Nie dla mnie tego typu przedstawienia. Nie znoszę opery. O ile się nie mylę ty także... – dodał. - Bardzo miło się z wami gawędzi, ale muszę już wracać do pracy Wyrwałem się tylko na dwie godzinki – powiedział szybko. - Jak to miło ze strony Maksa, że zaprosił mnie do opery – zauważyła Róża po jego wyjściu. – Zawsze wydawało mi się, że nudzą go wszelkie muzyczne widowiska. - Postępuje jak masochista, gdyż chce odkupić swój wczorajszy postępek. Męczą go wyrzuty sumienia. Nie chcę rozwiewać twoich złudzeń, ale tak jest. - Nawet jeśli masz rację, nie zmniejszy to mojej radości.
Maksymilian wrócił do fabryki w bardzo dobrym nastroju. Rodzeństwo nie gniewało się na niego. Uszczęśliwił Różę zaproszeniem do opery. Trudno, jakoś wytrzyma te trzy godziny męki. Najważniejsze, żeby się zrehabilitować po wczorajszej przykrej sytuacji. Jeszcze tylko trzeba udobruchać Lindę i wszystko wróci do normy. Może nawet zadzwoni do niej z pracy. Szybko pokonał dystans z parkingu do fabryki. Swoją drogą musi sobie kupić nowy samochód. To doprawdy śmieszne, aby kierownik działu jeździł małym fiatem, pamiętającym jeszcze czasy stanu wojennego! Gdy tylko przekroczył drzwi z napisem „Dział produkcji homeopatycznej”, zaczepiła go pani Kowalska. - Panie kierowniku... – zaczęła trwożliwie. - Witam ponownie – uśmiechnął się do sekretarki. Gdy miał dobry humor, każdemu pragnął okazywać swoją życzliwość. - Dyrektor generalny dwa razy dzwonił. - I co mu pani powiedziała? – zapytał, lekko zaniepokojony. - To, co pan kazał. Że nadzoruje pan pracę przy taśmie produkcyjnej. Lecz, kiedy telefonował drugi raz i powiedziałam mu to samo, oznajmił mi, że przechodził tamtędy i nigdzie pana nie widział. - To niedobrze. Czy mówił, czego chce ode mnie? - Nie. Radziłabym panu zaraz iść do niego. - Dziękuję. Tak zrobię. Czy działo się coś jeszcze? - Goniec przyniósł kilka umów do podpisania, pan Wyrębiak chciał się zapytać czy nadal mamy produkować naparstnicę, stróż chciał również z panem rozmawiać – wymieniła sekretarka jednym tchem. - Umowy proszę położyć na moje biurko. Panu Wyrębiakowi powiedzieć, żeby zmniejszył produkcję naparstnicy o sześćdziesiąt procent. Ze stróżem porozmawiam po robocie. Jakby ktoś o mnie pytał, będę u dyrektora generalnego. Wydał dyspozycje i z duszą na ramieniu pospieszył do gabinetu Józefa Tyranowicza. Za samowolne opuszczenie miejsca pracy w trakcie zajęć służbowych groziło mu nawet zwolnienie. Trzeba wymyślić jakiś dobry bajer. Westchnął. Znowu będzie musiał skłamać, ale lepsze to niż bezrobocie. Odetchnął głęboko, zapukał, po czym wszedł do jaskini lwa. - Dzień dobry, panie dyrektorze. - Dzień dobry, proszę usiąść – rzekł surowym tonem Tyranowicz. Nosi idealne nazwisko do swojej osobowości – pomyślał Maks, siadając na niewygodnym stołku stojącym po drugiej stronie biurka. - Podobno chciał pan ze mną rozmawiać – zaczął niepewnie niższy rangą. - Tak. Już od dwóch godzin pana oczekuję – mruknął szef niezadowolony. - Bardzo przepraszam, ale zatrzymały mnie ważne sprawy... - Przy taśmie produkcyjnej? – spytał z przekąsem. - Nie tylko tam, panie dyrektorze – wyjąkał niepewnie. Co innego było kłamać naiwnemu bratu przez telefon, a co innego łgać szefowi prosto w oczy. - To bardzo interesujące, panie kolego – Tyranowicz rozparł się wygodniej na wielkim fotelu. – Niech więc mnie pan oświeci. Chętnie posłucham, gdzie się pan podziewa w czasie, gdy powinien pan pracować w swoim gabinecie. - Kiedy panu opowiem, co się stało, nie będzie pan miał do mnie pretensji – odpowiedział poważnie Maksymilian. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Albo mu uwierzy, albo witaj zasiłku! Spojrzał dyrektorowi w twarz i zaczął mówić. Była to poruszająca historia o braterskiej miłości i poświęceniu. Jego ukochana siostra wróciła z zagranicy i pech chciał, że następnego dnia przewróciła się na schodach w centrum handlowym. Stoczyła się z połowy kondygnacji, dlatego mocno się potłukła. Na dodatek była w zaawansowanej ciąży i istniała groźba, że straci dziecko. Nie mógł jej zostawić w takiej chwili, tym bardziej, że oprócz braci nie miała rodziny. Musiał więc pojechać odwiedzić ją w szpitalu. Wiedział, że praca w fabryce jest bardzo ważna, dlatego polecił sekretarce mówić, że poszedł nadzorować linię produkcyjną. Zamierzał szybko wrócić do roboty, ale bardzo się martwił o siostrę. Nie ruszył się ze szpitala, dopóki lekarz mu nie powiedział, że nic poważnego jej się nie stało. Maksymilian mówił spokojnym opanowanym głosem, lecz z przejęciem. Wyobrażał sobie, jakby się czuł, gdyby naprawdę zdarzyło się coś podobnego, to mu pomogło być bardziej wiarygodnym. Pod koniec swojej opowieści prawie miał łzy w oczach. - A co z dzieckiem? Udało się uratować ciążę? - Tak, maleństwo nie ucierpiało – odpowiedział, zastanawiając się czy stary łyknął bajeczkę. - Proszę pozdrowić ode mnie siostrę – w tym momencie Tyranowicz wydawał się prawie sympatyczny. - Dziękuję, przekażę. - Ale wracając do spraw służbowych. Słyszałem o pańskiej wczorajszej akcji. Myślę, że ładnie pan postąpił. Proszę jednak, aby na przyszłość zaniechał pan takich gestów. - Nie rozumiem. Przed chwilą sam pan dyrektor powiedział, że to był ładny uczynek. - Pan mnie źle zrozumiał. Nie obchodzi mnie ile pan daje kwiatów i komu, ale nie życzę sobie, aby podobne rzeczy działy się w fabryce. Tu się pracuje. I jeszcze pan zorganizował konferencję! - Trwała tylko pięć minut – próbował bronić się Maks. - Ale dotyczyła sprawy prywatnej – rzekł dobitnie, uderzając pięścią w stół. Teraz nie miał w sobie nic sympatycznego. – Rozdawanie kwiatów nie należy do pana obowiązków. Gdyby pan zrobił to chociaż dyskretnie! Nie życzę sobie podobnych incydentów w przyszłości. - Rozumiem, panie dyrektorze – potulnie skinął głową. - Zresztą nie po to pana zawezwałem, aby o tym rozmawiać – Tyranowicz wstał i zaczął się przechadzać po pokoju, żywo gestykulując. – Chciałem panu zlecić zadanie specjalne. Zbliża się piętnasta rocznica otwarcia naszej fabryki. Mając na uwadze tę okoliczność uznałem, że wypada zorganizować jakieś przyjęcie. Nie mogę dopilnować wszystkiego osobiście, dlatego postanowiłem wysłać pana, aby zamówił salę, termin i uzgodnił wszystkie szczegóły: menu, atrakcje i takie inne. Gala odbędzie się, jak wszystkie nasze imprezy w średniowiecznym zamku położonym w miasteczku Gniew. Pojedzie pan tam jutro. Proszę pytać o pana Marcina Pośpieszyńskiego, on się zajmuje sprzedażą tamtejszych atrakcji. - Czy dostanę jakieś wskazówki, co do tego jak dojechać? - Dostanie pan mapę. Dodatkowo pożyczę panu służbowy samochód. Nie można pozwolić na to, aby jeden z pracowników naszej firmy jeździł starym trabantem! - Fiatem – poprawił Maksymilian. - Wszystko jedno – burknął szef. – Trabant, fiat, jeden pies. A teraz żegnam. - Do widzenia, panie dyrektorze. Zgnębił mnie, skurczybyk jeden. – myślał Maks zmierzając do swojego gabinetu. Ogólnie jednak poszło mi wcale nieźle. Zwłaszcza to kłamstwo. Chyba minąłem się z powołaniem. Powinienem był zostać aktorem. Przez rozmowę z szefem i nawał pracy, zupełnie zapomniał o Lindzie. Przypomniał sobie o niej dopiero, gdy kładł się spać. Było już za późno, aby do niej telefonować. Postanowił zrobić to jutro po powrocie z Gniewu.
Nie wszystkich od telefonu do ukochanej osoby odstraszała późna godzina. W domu przy ulicy Abrahama telefon rozdzwonił się dokładnie dwadzieścia trzy minuty po dwudziestej trzeciej. Wilhelm siedział właśnie w salonie z puszką piwa w ręce i oglądał jeden z filmów oznaczonych czerwonym znaczkiem w rogu ekranu. Niechętnie poszedł odebrać. Ciekawe, kto dzwoni o takiej godzinie? - Słucham? Hallo, Michael. Rose? She’s sleeping - nie bardzo uśmiechała mu się rozmowa ze szwagrem, dawno już nie używał języka angielskiego. - Już schodzę – usłyszał głos siostry. Po chwili przejęła słuchawkę a Wil wrócił do swojego filmu i piwa. Jednak nie patrzył już w ekran telewizora. Koncentrował się na urywkach rozmowy telefonicznej, dochodzącej z przedpokoju. Jakoś długo to trwało. Uspokoił się dopiero, gdy usłyszał szczery śmiech Róży. Zaczekał aż siostra skończy rozmowę i podszedł do niej. Była cała rozpromieniona. - Stęsknił się, co? - Wiedziałam, że tak będzie! Powiedział, że się o mnie martwi. Podobno cały czas myślał o mnie i naszym sporze. Doszedł do wniosku, że zachował się jak grubianin, chcąc narzucić mi swoją wolę w tak ważnej sprawie. Przeprosił mnie, powiedział, że kocha i zaakceptuje prawie każde imię, bylebyśmy do niego wrócili. - No widzisz. Wszystko się ułożyło. Aż przykro mi pomyśleć o twoim niedługim odjeździe. Dopiero wczoraj przyleciałaś. - Tak prędko nie wyjadę. Skoro już jestem tutaj, pomieszkam sobie u ciebie trochę... Jeszcze będziesz miał mnie dosyć. - Towarzystwa tak miłej istoty jak ty nie można mieć dosyć. Cieszę się, że Michael zadzwonił. Teraz niemal widzę serduszka w twoich oczach. - Tak, jestem bardzo szczęśliwa. Poczekaj, nie powiedziałam ci wszystkiego. Gdy Mike zgodził się, żebym to ja wybrała imię dla naszego dziecka, przedstawiłam mu swoje propozycje. Wybrał imię Wilhelm! Nasz synek będzie się nazywał tak jak ty! - Wspaniale! Jestem taki dumny! To dla mnie zaszczyt! – wołał podnosząc siostrę i starając z nią kręcić dookoła własnej osi. - Oj, lepiej mnie postaw na ziemi. Podźwigniesz się, poza tym boję się o małego. - Dobrze, dobrze... już cię puszczam. Nawet nie wiesz, jaka to dla mnie radość, że będę miał siostrzeńca – imiennika. - Ja również cieszę się z tego. Ojcem chrzestnym zostanie Maks. - W charakterze nagrody pocieszenia? - Coś w tym rodzaju. Matką chrzestną może zostać... - ...dobra wróżka – zachichotał Wilhelm. - ...jakaś znajoma lub krewna Michaela – dokończyła rozbawiona żartem brata. – Ty to masz pomysły! Widziałeś kiedyś dobrą wróżkę? - Tak, ciebie. - Dobranoc, bracie wariacie – błysnęła zębami w uśmiechu i poszła na górę.
Do Gniewu wyruszył dopiero w południe. Była środa. W ten dzień miał zawsze najwięcej roboty. Łudził się, że Tyranowicz pozwoli mu jechać z samego rana. Dyrektor był jednak nieubłagany. „Popracuje pan solidnie do dwunastej, potem wydam panu dyspozycje wraz z kluczykami do samochodu oraz mapę z zaznaczoną trasą.” Jeśli Maksymilianowi wydawało się, że spędzi to przedpołudnie luźno i bezstresowo, bardzo się mylił. To był chyba najgorszy środowy ranek, który spędził w fabryce. Na dodatek dyrektor generalny dzwonił do niego co pół godziny pod byle pretekstem, żeby skontrolować intensywność wykonywania obowiązków służbowych. Widocznie po jego wczorajszym wyskoku, nie bardzo mu ufał. Wreszcie nadeszła upragniona chwila, gdy pozwolono mu zasiąść za kierowniczą czerwonego seata. Taki wóz to jest coś! - przemknęło mu przez głowę. Nie to, co jego maluszek. Tu można wyprostować nogi, wyciągnąć plecy, włączyć radio, automatycznie otworzyć szyby. Pierwszorzędne autko! Stary piernik mógłby go częściej wysyłać do wykonywania „zadań specjalnych”. Roześmiał się, pełen poczucia wolności i zapuścił silnik. Minęła godzina. Maks nastawił radio na cały regulator i razem z Kszysztofem Krawczykiem śpiewał „Wróć do mnie!” Pędził firmowym samochodem (może trochę powyżej dozwolonej prędkości) przez miejscowość Pszczółki, gdy zobaczył na poboczu drogi autostopowicza, w zasadzie autostopowiczkę. Była to młoda kobieta (mogła mieć trochę więcej lat niż Róża) w wytartych spodniach i dżinsowej kurtce. Na ramieniu trzymała sporą szmacianą torbę. Zwolnił. Zastanawiał się czy nie podwieźć tej dziewczyny. Co by na to powiedział Tyranowicz? Raczej nie spodobałoby mu się to. Już słyszał jego głos, pełen zarozumialstwa: „To jest samochód służbowy, do załatwiania interesów fabryki a nie do brania autostopowiczów! Nigdy nie wiadomo, kto stoi przy drodze.” Ta podróżniczka nie wyglądała groźnie. Maks nie sądził, aby była psychopatką lub złodziejką. Podwiezie ją, chociażby na złość szefowi. Zatrzymał samochód. W lusterku wstecznym widział jak biegnie w jego stronę, uśmiechnięta. Otworzyła drzwi po stronie pasażera. - Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością, zapinając pasy. - Dokąd pani się wybiera? - A pan? - Jadę do Gniewu, służbowo. - Doskonale! W takim razie możemy ruszać. - Niezupełnie. Najpierw muszę popatrzeć na mapę. - Nie trzeba. Ja dokładnie znam drogę. Będę pana pilotować – oznajmiła uroczyście. - Mieszka pani w okolicy? – spytał domyślnie. - Nie, mieszkam tutaj, w Pszczółkach. W Gniewie pracuję. Konkretnie na gniewskim zamku. Zwykle odwozi mnie szwagier, ale dzisiaj wyjątkowo musiałam sobie radzić sama. - Zaciekawiła mnie pani. Właśnie jadę do zamku. A pani tam pracuje... - Słyszał pan pewnie, że tam odbywają się różne przedstawienia. Robię tam za księżniczkę – zaśmiała się wesoło. Cały czas mówiła. Opowiadała melodyjnym głosem o swojej roli w zamkowych imprezach, o różnych zabawach, w których tam uczestniczyła. Maksymilian słuchał z dużym zainteresowaniem, oczarowany obrazami, które roztaczała przed oczami jego wyobraźni. Mimo, że od pięciu lat pracował w Polfamie, jeszcze nigdy nie brał udziału w jej wyjazdowych konferencjach i innych imprezach. Kilka razy został co prawda zaproszony, lecz jakoś nie miał ochoty skorzystać. Od czasu do czasu zerkał na dziewczynę. Z bliska wydawała mu się jeszcze młodsza. Mogła mieć jakieś dwadzieścia lat. Miała miedziane włosy do ramion, luźno spięte na karku drewnianą klamrą, kocie oczy i parę piegów zdobiących lekko zadarty nos. Tyle zauważył podczas kilku dyskretnych spojrzeń. - ...ale może ja pana nudzę? – przerwała swój monolog. - Nie, skąd. Ma pani bardzo miły głos. Proszę mówić dalej. - Już skończyłam. Nic więcej o zamku gniewskim nie jestem w stanie powiedzieć. Proszę teraz skręcić w lewo, jeszcze pięć minut i będziemy na miejscu. Niech się pan nie pogniewa, ale chciałabym wiedzieć jak się pan nazywa. Mogłabym wieczorem napisać w pamiętniku, że podwiózł mnie do pracy miły mężczyzna o imieniu... - Maksymilian. Zawilewski. – przedstawił się, szczerze rozbawiony. Wydawała się naiwnie dziecinna, ale i uroczo zabawna. Wreszcie dotarli do celu. Zaparkowali samochód, po czym udali się na teren zamku. Na niewielkim placu otoczonym murami stało kilka straganów. Sprzedawano różnej długości rzemienie, potężne wisiory, oryginalne hafty, drewniane figurki i miecze. Przy głównym wejściu do obiektu znajdowały się trzy zagrody. W pierwszej przebywało kilka kogutów i jedna kura, z drugiej dobiegało beczenie pary owiec, trzecią zamieszkiwały młode prosiaki. Na środku dziedzińca znajdowała się stara kamienna studnia, a obok niej niewielkie ognisko. - Zaraz zacznie się przedstawienie. Muszę się przebrać. Jeszcze raz dziękuję – zawołała dziewczyna spoglądając na zegarek. - Przepraszam jeszcze na moment. Firma Polfam, w której pracuję zamierza urządzić tutaj pewną uroczystość. Mam to obgadać z panem Pośpieszyńskim. Nie wie pani gdzie go znajdę? - Pójdzie pan tym wejściem i wejdzie schodami na górę, aż do drzwi z napisem „Kasztelan”. Tam znajduje się biuro. - Dziękuję. Do widzenia pani. - Do zobaczenia. Pertraktacje z Marcinem Pośpieszyńskim zajęły mu ponad godzinę (dłużej niż wskazywałoby jego nazwisko), ale ustalili wszystkie szczegóły. Kosztorys miał zostać wysłany do firmy w ciągu tygodnia. Dochodziła czwarta po południu. Maksymilian poczuł głód. Opuścił zamek i udał się w stronę miasta. Dopiero, gdy już się najadł (w restauracji Paparazzi robili wyborną pizzę!), mógł się zająć sprawami większej wagi. Należało zadzwonić do Lindy. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki nokię i wystukał numer domowy ukochanej. „Cześć, tu Linda. Nie mogę w tej chwili odebrać. Zostaw wiadomość po sygnale” – usłyszał jej głos, a po chwili pipnięcie. Milczał kilka sekund, po czym zakończył połączenie. Nie będzie przecież rozmawiał z automatyczną sekretarką. Wobec tego wybrał numer brata. Odebrała Róża. Porozmawiali sobie chwilę. Dowiedział się, że Wil organizuje przyjęcie z okazji jej przyjazdu. Maks obiecał, że przyjdzie za trzy godziny, po powrocie z podróży służbowej. Uznał, że nie powinien na razie myśleć o Lindzie. Spróbuje jeszcze zadzwonić do niej wieczorem, a jeśli to nic nie da pójdzie do niej jutro, najlepiej z kwiatami. Przeprosi ją... Tylko za co? Nie miał sobie nic do zarzucenia. Trudno, przeprosi ją mimo to, tak dla świętego spokoju, ostatni raz. Teraz powinien jak najszybciej wrócić do swojej kawalerki, odświeżyć się, przebrać i pójść do Wilhelma na przyjęcie. Pewnie będzie bardzo wesoło. Różyczka ma dużo fajnych znajomych, lecz nie wątpił, że również przyjaciele jej braci zostali zaproszeni. Wytworzy się sympatyczna, luźna atmosfera, może uda się uruchomić odtwarzać cd i będą tańce? Przyda się odprężenie po tych wszystkich ostatnich aferach w pracy i nie tylko. Zadowolony perspektywą udanego wieczoru pospieszył do samochodu.
Marta Leśniewska była dwudziestoczteroletnią absolwentką szkoły teatralnej. Ze znalezieniem pracy miała spore trudności. Sporadyczne występy w gniewskim zamku nie przynosiły dużych dochodów, toteż nie mogła sobie pozwolić na samodzielne życie. Mieszkała w małym, wiejskim domku siostry i szwagra. Po zasileniu co miesiąc wspólnego domowego budżetu, niewiele jej pozostawało na własne przyjemności. Zastanawiała się, czy nie powinna ubiegać się o pracę w jakimś teatrze. Miała jednak spore wątpliwości czy posiada tyle talentu, aby sprostać wyzwaniu występowania w poważnej sztuce. Zapału starczało jej do średniowiecznych przedstawień dla turystów wystawianych w Gniewie. Czasami czuła, że to za mało, aby osiągnąć satysfakcję zawodową. Nie wiodło jej się także w życiu prywatnym. W Pszczółkach nie miała przyjaciół. Wszyscy jej znajomi mieszkali w Łodzi, gdzie studiowała. Kiedy ukończyła szkołę, straciła większość kontaktów. Po szalonym, studenckim życiu, mieszkanie ze stateczną siostrą i jej cichym mężem zdawało się być pobytem na bezludnej wyspie. Spragniona towarzystwa innych, chwytała się kurczowo każdej najmniejszej znajomości, robiąc sobie nadzieję na dozgonną przyjaźń. Nadzieja ta okazywała się często niczym innym jak ułudą. Znajomości z listonoszem, panią sklepikarką, wnukiem radnego opierały się jedynie na uprzejmości. A Marta pragnęła czegoś głębokiego, szczerego. Dlatego nie mogła puścić w niepamięć tej przemiłej godziny drogi do Gniewu z sympatycznym mężczyzną o rzadkim imieniu Maksymilian. Z uwagą przysłuchiwał się jej opowieści o zamku, z wdzięcznością przyjmował jej pilotaż. Uśmiechnęła się przypominając sobie odcień jego ciepłych brązowych oczu, tak pięknie komponujących się z ciemnymi włosami i jasną cerą. Ma takie ładne dłonie. Z jaką pewnością trzymał w nich kierownicę! Zrobiło jej się jakoś ciepło na sercu. - No, do dzieła – mruknęła do siebie. Siostra i szwagier wyszli i nie musiała się krępować w głośnym formułowaniu swoich myśli. Wzięła z półki książkę telefoniczną sprzed siedmiu lat. Nowszej niestety nie posiadali. Już wcześniej ustaliła, gdzie ma szukać. Przecież firma Polfam ma tylko dwie fabryki: w Gdańsku i Warszawie. Z numerów rejestracyjnych samochodu wywnioskowała, że w grę wchodzi pierwsza opcja. Tak więc należało patrzeć na Trójmiasto. – Tylko jak on miał na nazwisko? Jestem pewna, że zaczynało się na literę Z. Za... Zalewski. Nie, jakoś inaczej. Zawilewski. Tak, na pewno. Niespokojnie przewracała kolejne stronice książki telefonicznej. W Gdyni natrafiła na Zawilewską Janinę, w Sopocie mieszkał „Zawilewski Wilhelm, lek. stomatolog”, w Gdańsku nie było nikogo o tym nazwisku. - Dziwne. Co robić? Dać sobie spokój? O, nie. Nie mogę machnąć ręką na tę przygodną znajomość, która może stać się początkiem pięknej przyjaźni. Kto wie... Może Maks Zawilewski okaże się mężczyzną mojego życia! – zaśmiała się, zdając sobie sprawę z absurdu tego stwierdzenia. Postanowiła najpierw zadzwonić do Sopotu. Może Wilhelm jest jakoś spokrewniony z panem Maksymilianem? Co jej zaszkodzi spróbować. Przez chwilę walczyła z nieśmiałością, zastanawiała się, co mu powie. - Jestem aktorką czy nie jestem? – zapytała siebie bojowym tonem. – Będę improwizować. Ostatecznie, jeśli stchórzę w ostatniej chwili, zawsze mogę się umówić na przegląd. - Dobry wieczór – zaczęła, usłyszawszy głos po drugiej stronie. – Czy mogę rozmawiać z panem Zawilewskim? - Przy telefonie. - Maksymilianem Zawilewskim – poprawiła się szybko. - A kto mówi? – zapytał. - Jestem jego znajomą. - Chwileczkę. Usłyszała jakiś trzask i przytłumione wołanie: „Maks! Telefon do ciebie. Nie wiem, jakaś bezimienna znajoma. Ciekawe skąd wiedziała, że będziesz u mnie. Mówiłeś jej?” - Słucham? – usłyszała głos poznanego popołudniu kierowcy. Serce zaczęło jej bić szybciej. Co ja właściwie wyprawiam – pomyślała. - Dobry wieczór. Poznaje mnie pan? Jechaliśmy razem do Gniewu. - Księżniczka z zamku? – spytał. Teraz niemal widziała jego uśmiech. - Tak – odparła, opanowując wzruszenie, które wywołały jego słowa. – Pan wybaczy, że się nie przedstawiłam wcześniej. Marta Leśniewska. - To teraz już się oboje znamy. Miło mi, pani Marto. Zapadło milczenie. Teraz powinna powiedzieć, w jakiej sprawie dzwoni. Żeby brzmiało to wiarygodnie, powinno mieć związek z organizacją imprezy dla jego firmy. - Dzwonię do pana z polecenia szefa. - Czy coś się stało? - Nic złego. Kosztorys dla pańskiej firmy jest gotowy. Myślę, że już jutro moglibyśmy go panu przedstawić. Pewne sprawy wymagają mojej bytności w Trójmieście, więc przy okazji mogę go przywieźć. - Coś takiego! Kosztorys szybko i z dostawą. Wspaniale! Pani szef jest genialny! To może przyjdzie pani do fabryki, od razu do dyrektora generalnego? Wtedy by pani wytłumaczyła, co i jak oraz... - Niestety, to jest niemożliwe, gdyż dopiero wieczorem będę w Gdańsku. Poza tym wolałabym oddać panu dokument do rąk własnych. - No, dobrze. Jak pani wygodniej. W takim razie spotkajmy się o dziewiętnastej pod pomnikiem Neptuna. Każdy pani wskaże drogę. Pójdziemy do małej kawiarenki, gdzie przedstawi mi pani poszczególne punkty kosztorysu i opowie dokładnie jak będzie wyglądać planowana impreza. Czy to pani odpowiada? - Doskonale – odpowiedziała. - W takim razie dziękuję i dobranoc. - Dobranoc. Odłożyła słuchawkę i westchnęła. Będzie ciężko. Dziwne w ogóle, że jej uwierzył. Dziewczyna, grająca podrzędne role w zamkowych przedstawieniach, znająca się na kosztorysach! Jak ona mu będzie przedstawiać poszczególne jego punkty?! Ale skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Musi ułożyć sobie jakiś plan. Jutro rano zadzwoni do Gniewu, do dyrektora Pośpieszyńskiego i dyskretnie wypyta go o zamówienie dla Polfamu. Powie, że coś niecoś o tym słyszała i zastanawia się czy nie znajdzie się dla niej jakaś rola, jeśli ma być odegrane przedstawienie. Potem delikatnie zejdzie na kwestie finansowe. Jeśli patrzeć na zagadnienie optymistycznie, to zdobędzie dość informacji, aby samodzielnie wykonać taki kosztorys. Widziała kilka razy jak sporządzał go pan Pośpieszyński. Na pewno ona też potrafi napisać taki dokument. Będzie ogólnikowy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…