Ostatnie ostrzeżenie (Rozdziały IV, V)
Kolejne dwa rozdziały.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ IV
Minęło kilka dni. Róża z niepokojem czekała aż bracia się pogodzą, lecz nic na to nie wskazywało. Wilhelm wykręcał się od przeprosin: „Niech on tu najpierw przyjdzie. Nie będę do niego wydzwaniał. W końcu on też mnie obraził”. Maks z kolei unikał brata. Z siostrą widywał się w mieście lub zapraszał ją do swego mieszkania. Tak dłużej nie może być – myślała. Była jednak bezradna wobec ich uporu. Prosiła każdego z osobna: „Ustąp. Pierwszy wyciągnij rękę na zgodę”, lecz obaj byli nieugięci. Wilhelm dostał bzika na punkcie sadownictwa. Obok domu w małym ogródku rosły dwie stare jabłonie, grusza i małe drzewko wiśniowe. Nigdy wcześniej się nimi nie interesował (chyba, że owoce dojrzały). Od czasu podwieczorku u sąsiadów zakupił kilka książek o opiece nad drzewami owocowymi. Chciał doczytać się czegoś o jarzębino-gruszce. Nie znalazł nic. Ale to bynajmniej nie osłabiło jego zapału. Zadzwonił do bratanka państwa Wiesiów, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tej krzyżówce. Cały czas opowiadał siostrze o wyglądzie i hodowli Sorbopirusa Aurilularisa (tyle razy powtarzał tę łacińską nazwę, że zapamiętała). Maks z kolei opisywał jej spotkania ze swoją dziewczyną. Tyle jej mówił o Marcie (wychwalał jej urodę i inne zalety), że Róża niemal ją znała. Zauważyła to na głos. Wtedy Maks zapytał, czy nie chce poznać jej osobiście. Zaznaczył jednak, że nie chce, aby był przy tym Wilhelm, bo jeszcze robiłby jakieś cyniczne uwagi. „To może za dwa dni? – zaproponowała – Wil jedzie na jakieś stomatologiczne sympozjum.” Maks zaakceptował proponowany przez siostrę termin. Rozmyślania Róży przerwał powrót Wilhelma z pracy. Wyglądał na wykończonego. - Cześć. Miałem koszmarny dzień. - Co się stało? - Przyszła do mnie jakaś kobieta z czworgiem dzieci. Najstarsze mogło mieć z dwanaście lat. Każde z nich miało co najmniej trzy ubytki, a wszystkie były na granicy histerii. Z początku nawet nie chciały ust otworzyć. A jak już przez to przebrnąłem, zrobiłem przegląd i miałem zacząć borować, pojawił się następny problem. Kręciły się w fotelu tak niespokojnie, że nie mogłem trafić wiertłem we właściwe miejsce. Mówię do dzieciaka, żeby siedział bez ruchu, to załatwię to szybko i mniej będzie boleć a ten w ryk. Pot wystąpił mi na czoło. Pomyślałem, że w takich warunkach nie da się pracować. Mógłbym niechcący któremuś dziąsło poharatać. Wyjąłem z szafy jakieś stare zabawki, żeby uspokoić dzieci, ale na nic się to zdało. W końcu byłem zmuszony wyprosić z gabinetu całą czwórkę wraz z ich omdlewającą matką. Jeśli już ktoś prowadzi dzieci do stomatologa, to niech chociaż dopilnuje, żeby zachowywały się jak należy. Mam nadzieję, że chociaż ty miło spędziłaś czas? - Nienajgorzej – odparła, zastanawiając się, czy jeszcze raz nie spróbować namówić Wila, aby pogodził się z bratem. - Ucieszy cię pewnie wiadomość, że mimo tej całej harówy udało mi się z pracy zadzwonić do Maksa. Krótko mówiąc: zakopaliśmy topór wojenny. - Tak się cieszę – Róża klasnęła w ręce. – To może zaprosimy go na wieczór? - Dobrze – zgodził się.
Nie udało im się zaprosić brata, ponieważ nie było go w domu. Winą za to można obarczyć niewielkie stoisko z kwiatami, które znajdowało się w połowie drogi między fabryką farmaceutyczną a ulicą Zimną. Maksymilian wracając z pracy przystanął na chwilę w tym miejscu, aby zerknąć na ogrodowe stokrotki, wyróżniające się wśród innych kwiatów skromnością i subtelnym pięknem. Zupełnie jak moja Martusia – pomyślał z nagłą czułością. Przypomniał sobie dzień, niespełna dwa tygodnie temu, gdy właśnie stokrotki zdobiły jej głowę. - Dzień dobry. Czy coś podać? – odezwała się znajoma kwiaciarka. - Nie, dziękuję – odparł, ale nie ruszył się z miejsca. - Czy pański gest na dzień kobiet został doceniony? - Tak. - Widzi pan, jak słusznie panu doradzałam. - A może jednak skuszę się na jakieś kwiatki – rzekł Maksymilian, lekceważąc jej bezczelną uwagę. Przecież tamto to był jego pomysł. - To może róża – jej ton był raczej oznajmujący niż pytający. - Nie – zaoponował gwałtownie. – Róż już nigdy nie będę kupować. Poproszę bukiet stokrotek. Jeszcze nie kupował Marcie kwiatów. Pomyślał teraz, że mógłby jej zrobić przyjemność, niespodziewanie przyjeżdżając z kwiatami. Na pewno się ucieszy z pachnącego bukiecika stokrotek. Ona nie jest taka próżna jak Linda, która przyjmowała ofiarowywane jej kwiaty bez słowa, jakby jej się to słusznie należało. Porównywał je pod różnymi względami przez całą drogę do Pszczółek. Zawsze górą była jego nowa dziewczyna. Drzwi otworzyła mu kobieta w średnim wieku. - Dzień dobry. Nazywam się Maksymilian Zawilewski. Zastałem Martę? - Nie ma jej teraz. Jest z mężem na zakupach – widząc minę swojego rozmówcy, poprawiła – Z moim mężem. Niech pan wejdzie. Siostra dużo mi opowiadała o panu. Byli już w dobrej komitywie, gdy Marta i jej szwagier wrócili z miasta. Spędzili w czwórkę bardzo miłe dwie godziny, grając w brydża i zajadając krakersy. - Chyba cię polubili – zauważyła Marta, gdy pod wieczór odprowadzała go do samochodu. - Jutro się zrewanżujesz. Poznasz moją siostrę. - A brat? - On będzie na jakimś dentystycznym spotkaniu – rzekł pospiesznie. Co prawda pogodził się z Wilhelmem, nie chciał jednak ryzykować kolejnej awantury, a przynajmniej złośliwych uwag o jego nowym związku. – To umówmy się tak: przyjadę do ciebie zaraz po pracy i pojedziemy do mojego rodzinnego domu. Poznasz Różę a potem, zanim cię odwiozę, połazimy sobie po Sopocie. To ci odpowiada? - Pewnie. Już nie mogę się doczekać. - Na pewno się doczekasz. To już jutro. - Wiem, lecz już za tobą tęsknię - powiedziała poważnie. Wzruszyło to Maksa. Objął ją mocno i pocałował w usta. Był to ich pierwszy prawdziwy pocałunek. - Muszę już lecieć – szepnął. - Dziękuję, że przyjechałeś. Stokrotki są śliczne. A ty jesteś... – urwała nagle, wpatrując się tęsknie w jego oczy. Pogłaskała go z czułością po policzku, tym do niedawna opuchniętym i odsunęła się na krok – Do jutra. Maks uśmiechnął się i wsiadł do samochodu. Pomachał jej, posłał całusa, po czym ruszył.
Zbliżała się szesnasta. Marta już od godziny była gotowa na przyjazd swojego ukochanego. Teraz nie miała najmniejszych wątpliwości, że kocha Maksa. Poznali się dokładnie dwa tygodnie temu, a jej zdawało się, że zna tego mężczyznę całe życie. Uwielbiała słuchać jego głosu, zwłaszcza gdy zwracał się do niej pieszczotliwie, najczęściej „moja stokrotko”. Ona mówiła mu zawsze po imieniu, ale w myśli nazywała najczulszymi słowami, tak romantycznymi, że ktoś inny mógłby je uznać za kiczowate. Lecz słodkie wyrazy typu: „moja miłości”, „najukochańszy” wypływały z głębi jej zakochanego serca, chociaż nigdy nie zostały wypowiedziane. Kiedy była przy nim chciało jej się płakać i śmiać jednocześnie, miała ochotę krzyczeć i szeptać. Każdy jego uśmiech, najmniejszy gest lub spojrzenie było warte, aby rozpamiętywać je całą noc. Toteż nie sypiała dłużej niż pięć godzin na dobę. Ale to jej zupełnie wystarczało. Zawsze budziła się wypoczęta i szczęśliwa. Mało tego, zauważyła, że ostatnio jakoś wyładniała. Czy to możliwe, aby to nagłe uczucie sprawiało takie cuda? Naraz zalała ją kolejna fala błogości. Przypomniała sobie wczorajszy pocałunek. To było takie cudowne! Wydawało jej się, że unosi się nad ziemią, w głowie czuła przyjemny zamęt, świat wirował, a ona mała i bezpieczna tonęła w jego ramionach. Nigdy przedtem tak się nie czuła. Na początku studiów miała chłopaka, ale tamta miłość była niczym w porównaniu z tym wszechogarniającym uczuciem, które wywołał w niej Maks. Wczoraj chciała mu powiedzieć, czym jest dla niej ich związek, chciała wyznać, że go kocha, usłyszeć, że ma wzajemność, ale się zawahała... Bo jeśli nie ma wzajemności? Nie wątpiła, że jeżeli nie, to wkrótce będzie ją mieć. Wolała jednak zdusić w sobie wszelkie wyznania do czasu aż Maks pierwszy powie jej o swojej miłości. Najważniejsze, że jesteśmy razem. Kocham go tak mocno, że wystarczy za nas dwoje. Zawsze będę czuć do niego to, co teraz. Bez względu na wszystko – pomyślała z mocą.
Gdańskie sympozjum stomatologiczne skończyło się wcześniej niż Wilhelm przypuszczał. Cieszył się z tego, bo nie było zbyt interesujące, z jedzeniem także się nie postarali. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie pójść do swojej nowej dziewczyny (nie był pewien imienia, w końcu tyle ich było), ale uznał, że lepiej będzie od razu wrócić do domu. Może wreszcie Jaśnie Pan Maksymilian raczy zaszczycić rodzeństwo swoją obecnością. Oszalał na punkcie tej dziewczyny tak, jak wcześniej na punkcie Lindy. Biedny mały Maksio, ledwie oswobodził się z poprzedniego związku (właściwie został oswobodzony wbrew własnej woli), już ugrzązł w następnym. Jego sprawa. Lepiej się nie wtrącać. Jeszcze znowu usłyszy, że jest pedałem. Nie chciał ponownie obić smarkacza, dlatego nie może dopuścić do sytuacji, w której dałby mu się sprowokować. Od tej pory już nic nie powie na temat jego życia uczuciowego. Sporo wczoraj kosztowało Wilhelma przeproszenie młodszego brata. Zrobił to głównie ze względu na Różę. Ona nie znosi ich sporów. Nie powinna się denerwować z ich powodu, zwłaszcza podczas ciąży. Nie chciał, aby coś się stało jego malutkiemu imiennikowi. Parkując samochód na podjeździe przed domem zauważył, że stoi tam już fiat Maksa. - Cześć – zawołał wchodząc. - Witaj, Wil – usłyszał głos siostry. – Mamy gościa. Energicznie wkroczył do salonu. Przy antycznym stoliku do podawania herbaty siedzieli Róża, Maks i jakaś dziewczyna. Wprawdzie tylko na nią spojrzał, lecz to wystarczyło mu w zupełności. Okiem znawcy ocenił jej wiek na dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery lata. Ładna – pomyślał. – Ubrana skromnie, sympatyczna fizjonomia, rude włosy, figura... może być. - To jest właśnie nasz najstarszy brat, Wilhelm – wyjaśnił Maks, może nieco zbyt patetycznym tonem. - Bardzo mi miło. Jestem Marta – uśmiechnęła się dziewczyna i wyciągnęła rękę. Wil zwykle bardzo niechętnie podawał rękę kobietom, lecz teraz nawet się nie skrzywił. W jej oczach była taka wrażliwość. Zwykle irytowała go nieśmiałość kobiet, ich wydelikacenie. Uważał to za pruderię. Ale ta dziewczyna była inna. Nie udawała, nie było w niej ani odrobiny pozowania. Przecież to chodząca szczerość! – przemknęło mu przez głowę. – Założę się, że wszystko co pomyśli odbija się w jej oczach. Maksymilian z niepokojem obserwował Wilhelma, który z zastanowieniem przyglądał się jego dziewczynie. Co też chodziło mu po głowie? Oby tylko przy niej nie zrobił jakiejś niestosownej uwagi. Do Lindy odnosił się z wrogim sarkazmem, więc niewykluczone, że przyczepi się również do Marty. Kto go tam wie... Lecz Wilhelm daleki był od dokuczania komukolwiek. - Jesteś dziewczyną Maksa? – zapytał przyjaźnie. - Tak. Od prawie dwóch tygodni. - Mój brat to doprawdy szczęściarz – powiedział półgłosem, sam nie wiedział dlaczego. Jego rodzeństwo spojrzało na niego z zaskoczeniem. – Nie patrz tak na mnie, bracie. Chyba nie dziwisz się mojej zazdrości? - Proszę mnie nie zawstydzać – twarz dziewczyny zabarwiła się lekkim różem. Aby zgrabnie zmienić temat, Wilhelm zwrócił się do siostry – Różo, proponowałaś Marcie konfitury z sorbopirusa? - Nie chciałam bez twojej zgody otwierać. - No, wiesz... Trzeba było się nie krępować. Poczekajcie, zaraz przyniosę. Gdy wrócił z kuchni, siostra udzielała reszcie towarzystwa informacji o jarzębino-gruszce. Stwierdził z zadowoleniem, że zapamiętała wszystko, o czym jej opowiadał. - A najniezwyklejsze jest to, - wpadł jej w słowo, stawiając miseczkę z konfiturami i łyżeczką na stoliku – że twórcą tej zadziwiającej krzyżówki jest sama natura. Zamierzam się udać do Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach i nabyć chociaż jedną taką szczepionkę. Róża zauważyła zapał brata. Wiedziała, że jeśli nie przerwie mu, gotów do rana opowiadać o jarzębino-gruszce. Wtrąciła więc szybko: - To ciekawe – zanim przyszedłeś Marta opowiadała nam, że wkrótce będzie startować w castingu do reklamy w Toruniu, a to chyba po drodze do Skierniewic? - Tak, będę tamtędy przejeżdżał. - Marta jest aktorką – wtrącił Maks z dumą. - Naprawdę? – zainteresował się Wil. - Na razie gra księżniczkę w zamkowych przedstawieniach, ale już niedługo będzie gwiazdą – odparł z przekonaniem. - Maks, nie przesadzaj – zawstydziła się Marta. - Dla mnie już jesteś gwiazdą – spojrzał dyskretnie na zegarek. – Jeśli chcemy się przejść po mieście przed wieczorem, musimy już iść.
Zostali bardzo serdecznie pożegnani, zwłaszcza przez Wilhelma, który z radością wyciągnął rękę do Marty, mówiąc „Cieszę się, że cię poznałem”. Szli teraz wolno w stronę ulicy Bohaterów Monte Cassino. - Miłe masz rodzeństwo. A Wilhelm był wprost uroczy dla mnie. A mówiłeś, że jest cyniczny i nie lubi kobiet. Spodziewałam się jakiegoś potwora, tym bardziej gdy zobaczyłam jak ci spuchł policzek po jego uderzeniu. - Sam jestem zaskoczony. Pierwszy raz był tak uprzejmy w stosunku do mojej dziewczyny. - Dużo ich było? - Niedużo. Trzy. - Ja miałam tylko jednego chłopaka przed tobą – powiedziała zmieszana. – Czy będziemy przechodzić koło jakichś sklepów z odzieżą? Muszę sobie kupić coś wystrzałowego na czwartek. Tego dnia ma być przesłuchanie do reklamy. - Oczywiście. Na Monciaku jest kilka takich sklepów. Niestety nie będę mógł cię zawieźć do Torunia. Mam mnóstwo roboty w fabryce. Nie uda mi się wziąć urlopu. Poproszę Wilhelma, żeby cię podwiózł. - Nie trzeba. Pojadę jakimś pociągiem – oponowała. - Porozmawiam z nim. Taki był dzisiaj miły dla ciebie... Myślę, że się zgodzi. Tym bardziej, że zamierza jechać w tamtą stronę po tego...jak mu tam...sorpapirusa. - Sorbopirusa, kochanie – poprawiła spokojnie, lecz po chwili zarumieniła się, uświadamiając sobie własne słowa. Maksymilian spojrzał na nią z zachwytem i zdumieniem. W jej ustach to banalne, czułe słówko nabrało nowego znaczenia. Brzmiało tak prawdziwie i tak słodko, że aż przystanął. - Wejdę na chwilę do tego sklepu. Może mają coś odpowiedniego. Zaczekaj tutaj – poprosiła, unikając jego wzroku. - Dobrze – odpowiedział. Usiadł na parapecie, plecami do wystawy sklepowej i przypatrywał się przechodzącym ludziom. Powiedziała „kochanie”... – myślał Maks – Czyżby zatem czuła do mnie coś więcej niż przyjaźń? Analizowałby dłużej to zagadnienie, gdyby nie zauważył przechodzącej obok Lindy. Ona też go zauważyła. Uśmiechnęła się zachęcająco i podeszła bliżej. - Cześć. - Cześć – burknął bez entuzjazmu. – Prosiłem, żebyś zostawiła mnie w spokoju. - Nie wiesz co mówisz, kochanie – w jej wykonaniu słowo to miało w sobie coś drapieżnego, ale zarazem pretensjonalnego. – Przecież mnie kochasz, pragniesz i potrzebujesz. Wiem o tym i ty także zdajesz sobie z tego sprawę, tylko się zapierasz. - Gdzie schowałaś przede mną Tyranowicza? Może jest w pizzerii naprzeciwko? – zaatakował Maksymilian, aby stłumić powracający sentyment do niej. Ogarnęło go dławiące uczucie, że Linda ma rację. Teraz, gdy patrzył na nią miał wrażenie, że nigdy nie odzyska wolnego serca i świętego spokoju. - Nie ma go. Nie rozumiem, dlaczego sądzisz, że jest w pobliżu – twarz Lindy przybrała wyraz sztucznego zdziwienia. - Nie udawaj idiotki. Jesteś jego kochanką i nie wmówisz mi, że jest inaczej. Szkoda tylko, że dowiedziałem się o tym post factum. - Co? – nie zrozumiała. - Szkoda czasu. Nie chcę cię więcej znać – powiedział już spokojniej, ale stanowczo. - Oj, naburmuszył się chłopiec... - Nie traktuj mnie protekcjonalnie! – warknął. - Spokojnie, już sobie idę – rzekła Linda, po czym znienacka pocałowała go. Nie zdążył zaprotestować, bo w następnej sekundzie odwróciła się i odeszła wdzięcznie stukając obcasami. Maksymilian patrzył za nią osłupiały. Znowu czuł ból oznaczający tylko jedno: nadal ją kochał. W tej chwili czuł również bezsilną wściekłość na tę perfidną kusicielkę. Najgorsze było to, że miała absolutną rację: wciąż ją uwielbiał. Jej niespodziewany pocałunek sprawił, że odżyły w nim wspomnienia różnych namiętnych chwil i pragnienie przeżycia wielu podobnych. Chciał ją mieć tylko dla siebie, nawet jeżeli oznaczałoby to niewolę, zdanie się na jej łaskę i niełaskę, latanie z różami i perfumami na każde jej zawołanie. A przecież nie mógł tak myśleć! To było nielojalne wobec Marty. Całe szczęście, że tego nie widziała. Zauważyła jednak pewną zmianę, która w nim zaszła. Dostrzegł to wyraźnie w jej pytającym, zaniepokojonym spojrzeniu. Uśmiechnął się z wysiłkiem, miał nadzieję, uspokajająco. - Znalazłaś coś ładnego? - Nie. Przymierzałam kilka spódnic, jakąś bluzkę, ale nic zachwycającego... - A ja tu sobie siedziałem, czekałem... – jego głos brzmiał tak nienaturalnie, że nie dokończył zdania. - Odwieź mnie już do domu. Wyglądasz na zmęczonego. - Jak chcesz – odparł tonem nieledwie obojętnym. Ogarnęła go panika. Wcale nie chciał powiedzieć tego w taki sposób. Wcześniejszy nastrój zniknął bez śladu, pozostawiając po sobie zimną pustkę. Duch Lindy wisiał między nimi. Wiedział, że Marta też to czuje, mimo że nawet się nie domyśla, co się wydarzyło, gdy była w sklepie. Drgnął niespokojnie, gdy wzięła go za rękę. Spojrzała na niego smutno i puściła jego dłoń. Nie protestował. Czuł, że byłoby to obłudą. Prawie się do siebie nie odzywali. Dopiero, gdy już dojeżdżali do Pszczółek, Maksymilian odważył się przełamać pełną ukrytego napięcia ciszę. - Zobaczymy się jutro? - Czemu nie – odpowiedziała ponurym głosem. - Przyjadę po pracy. Skinęła głową. Po chwili Maks zatrzymał samochód przed jej domem. Siedzieli oboje w milczeniu. - Powiedz mi, co się stało – odezwała się nagle. - Nie wiem. - Czuję wyraźny chłód między nami. Coś się zmieniło. Czy powiedziałam coś niewłaściwego? - Nie, to nie twoja wina – rozważał, czy starać się jej wytłumaczyć to, co się stało. W końcu rzekł – Jutro będzie inaczej. Zobaczysz. - Przyjedź jak najszybciej. Nie zniosę długo tej zimnej, niezrozumiałej atmosfery. - Przepraszam – powiedział pełen poczucia winy. Zastanawiał się, czy zmusić się do pocałowania jej. Nim zdążył podjąć decyzję, wysiadła z samochodu i nie oglądając się za siebie, poszła do domu. Maksymilian patrzył jeszcze chwilę w stronę, w którą poszła. Dlaczego byłem dla niej taki nieczuły? – obwiniał się. – Marta jest taka dobra, taka cudowna a ja... Wszystko przez tą Lindę. Jeden jej całus wystarczył, aby uczucie, które starałem się w sobie stłamsić, zniszczyć, powróciło. Nie mogę już jej więcej widywać, nawet przypadkiem. To na mnie źle wpływa. Muszę wyrzucić ją z pamięci i zakochać się w swojej nowej dziewczynie. Tylko wtedy na nowo znajdę szczęście i spokój. Uruchomił silnik. Jechał do swojej kawalerki zgnębiony, pełen sprzecznych uczuć i myśli. Zatrzymał się na jakichś światłach przed Gdańskiem. Spojrzał bezmyślnie na billboard reklamowy, widoczny kilkanaście metrów dalej. „Strzeż się jej!” głosił napis reklamujący elektryczną maszynkę do golenia. Zabawne hasło – uśmiechnął się. I wtedy to zobaczył. Napis na billboardzie zaczął się zmieniać. Wyraźnie ujrzał, że zamiast nazwy golarki pojawiło się imię: Linda. Wyraz ten zaczął wirować dookoła hasła reklamowego i wśród pojawiających się wykrzykników. Jednocześnie powiększały się litery sloganu: „Strzeż się jej!”. Stały się tak wielkie, że nieomal wychodziły poza tablicę reklamową. - Co jest, do cholery? – wyszeptał, przecierając oczy. Otrzeźwiło go dopiero trąbienie kilku samochodów. Światło się zmieniło i trzeba było ruszać. Jeszcze raz spojrzał na tajemnicze zjawisko. Wszystko było w porządku. Nazwa maszynki do golenia i hasło reklamowe. Widocznie jestem przemęczony – pomyślał i nacisnął pedał gazu.
Zamknąwszy drzwi za Maksem i Martą, Wilhelm wrócił do salonu. Siostra spojrzała na niego radośnie. - Nie poznaję ciebie, Wil. Byłeś naprawdę miły dla tej dziewczyny. - Co w tym dziwnego? – zapytał, chociaż dobrze wiedział, co miała na myśli. - Jestem ci wdzięczna. Maks na pewno też. Zrobiliśmy na Marcie dobre wrażenie. Przyznam ci się, że już ją lubię. Jest taka sympatyczna. Co o niej sądzisz? - Podoba mi się – odparł szczerze, lecz po chwili dodał dla niepoznaki uwagę, która była bardziej w jego stylu – Niezła, całkiem niezła. Ma wszystko na swoim miejscu. Spojrzała na niego zgorszona. - Tylko nie próbuj jej uwodzić. Ona nie jest tego rodzaju dziewczyną. Poza tym nie zapominaj, że ma chłopaka i to twojego brata. - Bądź spokojna, pamiętam. - Nie wiem czy zauważyłeś, jakim wzrokiem patrzyła na Maksa. - Jakim? - Pełnym czułości, troski. Trudno to wyrazić słowami. Ona go kocha i to mocno. Obawiam się, że o wiele więcej jej zależy na naszym bracie, niż mu na niej. Boję się, że Maks ją zrani. Stanowczo za szybko się to wszystko potoczyło. Ledwie skończyła się historia z Lindą, a on już znalazł sobie nową dziewczynę. - Nie przejmuj się. Nie stanie się taki jak ja. No, dobra. Wiem, że nie o to ci chodziło – nudził go już temat uczuciowych zawirowań Maksa. – Nie pogniewasz się, jeśli włączę telewizor? - Włączaj. I tak zaraz będzie dzwonić Michael. Wilhelm nastawił talk-show. Oglądał bez zainteresowania. Po chwili wizję i fonię przysłoniły mu własne myśli. Zastanawiał się, co takiego jest w Marcie, czego nie miały inne dziewczyny, które spotykał w swoim życiu. Ona była pierwszą kobietą, którą szanował, zaraz po matce, która umarła wiele lat temu, i siostrze. Z jakiej przyczyny nie mógł zapomnieć o jej zielonkawych oczach i wrażliwych ustach? Była intrygująca w swojej skromności i naturalności. Chciał ją lepiej poznać i nie miał na myśli tego, co zwykle. Pragnął z nią porozmawiać, nie wątpił, że jakby ją ośmielił, miałaby dużo mądrych i ciekawych rzeczy do powiedzenia. Tylko jak to zrobić, aby nie wzbudzić podejrzeń Maksa i Róży? – zastanawiał się – Jeszcze by pomyśleli, że się zmieniłem, zakochałem i tym podobne bzdury. Albo przeciwnie, zaniepokoją się, że chcę ją potraktować tak samo jak inne. A ja po prostu odkryłem w Marcie wartości, którym chciałbym przyjrzeć się bliżej, odkryć gdzie tkwi sekret jej uroku. Uroku, którym oczarowała... Maksa. Tylko kiedy i w jaki sposób to wykonać? Z rozmyślań wyrwał go śmiech Róży. - Nie sądziłam, że oglądasz telenowele! – zawołała. - Nie oglądam. Skaczę po kanałach – właśnie zaczynał się jeden z seriali-tasiemców produkcji kolumbijskiej. Widocznie nie zauważył, kiedy skończył się talk-show. Wyłączył telewizor. – Co mówił Michael? - To, co zwykle. Kocha, tęskni i tak dalej. Dzwonił również Maks. Powiedział mi o pewnym swoim pomyśle. Prosił, abym ci go przedstawiła. - Zamieniam się w słuch. - Chodzi o Martę. Zamierzasz jechać do Skierniewic i po drodze miniesz Toruń – tłumaczyła niezbyt pewnie. - Rozumiem – uśmiechnął się Wil. – Z przyjemnością ją zawiozę. Powiedz tylko, kiedy. - W czwartek. Wiem, że pracujesz, ale... - Załatwione. Z przyjemnością wezmę dzień urlopu – odparł lekko, myśląc, że okazja przyszła sama.
ROZDZIAŁ V
Czwartek, pierwszego kwietnia był wyjątkowo niepogodnym dniem. Ostry wiatr permanentnie dokuczał nie tylko ludziom, także przyrodzie dawał się we znaki. Rzucał koronami drzew, strącając na ziemię młode liście i drobne gałązki. Nieprzyjemne, zimne powietrze i pochmurne niebo i nie wróżyły nic dobrego. W powietrzu wisiało coś strasznego, jakieś niezwykłe napięcie. Zupełnie jak przed burzą – stwierdził Maksymilian. Stał tego pochmurnego poranka na peronie, oczekując pociągu, którym z Pszczółek miała przyjechać Marta. Umówili się, że spędzą razem godzinę przed jej wyjazdem (najwyżej spóźni się trochę do fabryki), a po castingu Wilhelm przywiezie Martę do Gdańska. Miała nocować u Maksa. Nie miał na myśli nic złego, proponując jej to. Chciał po prostu być jedną z pierwszych osób, które dowiedzą się o jej sukcesie (nie wątpił, że wygra), pragnął jej osobiście pogratulować. Tak jak przypuszczał, smętny nastrój, który ogarnął go po zobaczeniu Lindy, zniknął na drugi dzień. Znowu był wesoły i czuły dla swojej nowej dziewczyny. Pociąg wjechał na stację. Maks wypatrzył Martę w tłumie wychodzących i pomachał jej ręką. Miała na sobie długą czerwoną spódnicę w kwiaty i białą bluzkę z kapturem, na którą narzuciła kurtkę. - No, no, no... Ładnie wyglądasz – powiedział, całując ją. - Nie jestem pewna czy to wystarczająco elegancki strój jak na dzisiejszy dzień. - Twój naturalny wdzięk załatwi resztę. Wygrasz ten casting. Zobaczysz. - Chciałabym, - westchnęła – ale obawiam się, że nie mam większych szans. - Nie przejmuj się, stokrotko. Uwierz w swoje możliwości a wszystko pójdzie jak z płatka – pocieszył. – Ale parszywa pogoda, a chciałem cię zaprosić na spacer i do kawiarni przed twoim wyjazdem. - Możemy kupić jakieś ciastka i pójść do ciebie. - Znakomicie – odparł zadowolony, że coś go wczoraj tknęło i posprzątał całe mieszkanie. Jedli sernik, wciąż rozmawiając o castingu. - Pewnie wrócisz bardzo późno? - Pewnie tak. - Trudno. Mogę na ciebie czekać nawet całą noc. - Nie jestem całkiem pewna, czy to dobry pomysł... z tym noclegiem...Może lepiej poproszę twojego brata, żeby wysadził mnie w Pszczółkach. Przecież to nawet po drodze. - Bardzo mi zależy, żeby cię jeszcze dzisiaj zobaczyć. Nie wystarczy mi to krótkie, poranne spotkanie – przekonywał. – Odstąpię ci łóżko. Sobie nadmucham materac. Nie ufasz mi? - Ufam – odpowiedziała szybko, a po chwili zgodziła się – Dobrze, będzie tak jak ustaliliśmy. - Świetnie – rzucił. Przysunął się do niej i spojrzał jej w oczy – Jesteś najcudowniejszą dziewczyną, jaką spotkałem. Przymknęła powieki, rozkoszując się tym, co powiedział. Maks zbliżył głowę, aby wykorzystać tę chwilę na pocałunek. Ledwie jednak musnął wargami jej usta, zadzwonił telefon. - Nie odbiorę – oświadczył z uporem. Chciał wrócić do przerwanej czynności, lecz sygnał dzwonka powtarzał się raz po raz niby natrętne bzyczenie muchy. Wstał poirytowany i odebrał. - Słucham? - No, nareszcie odebrałeś – usłyszał głos Lindy. - Czego chcesz? - Porozmawiać. - Nie mamy o czym – odparł niechętnie. - Owszem, musimy sobie wyjaśnić pewne sprawy. - Wcale nie musimy. Dla mnie wszystko jest jasne. - Ależ, Maks, musisz dać mi szansę... – jej głos stracił zwykłe protekcjonalne brzmienie. Czyżby zatem naprawdę jej na nim zależało? - Nie mogę i nie chcę teraz z tobą rozmawiać. Zaraz muszę iść do pracy – odpowiedział ostro, mimo wątpliwości. - W takim razie zadzwonię później – rozłączyła się. - Kto dzwonił? – spytała Marta. Nie zdążył na szczęście odpowiedzieć, bo usłyszeli domofon. To był Wilhelm. Maks dziękował Opatrzności za to, że wybawiła go z kłopotliwej sytuacji. - Trzymaj się, moja gwiazdeczko – zwrócił się czule do Marty, gdy już stanęli koło samochodu Wilhelma. Pocałował ją. – Pokaż im, na co cię stać. - Będę myśleć o tobie. To mi pomoże. - A ja o tobie, z całych sił. Obiecuję. - Kończcie już tę wzruszającą scenkę. - Nie denerwuj się, bracie. Jeszcze tylko ucałuję moją gwiazdkę na drogę. - Muszę wam oznajmić coś ważnego – twarz Wilhelma była jak z kamienia – Wypadło mi nagle coś ważnego i nie mogę jechać dzisiaj do Skierniewic, ani do Torunia. - Jak to?! I dopiero teraz nam o tym mówisz? – oburzył się Maks. - Mówiłem, to naprawdę bardzo nagła sytuacja – powiedział i wybuchnął śmiechem. – Żartowałem. Prima Aprilis. Ale jeśli będziecie się ociągać z pożegnaniem, mogę zmienić zdanie.
Groźba poskutkowała. Już po chwili Maks odjechał do pracy, a Marta usiadła obok Wilhelma w samochodzie. Nareszcie będzie mógł z nią w spokoju porozmawiać. - Denerwujesz się? – zagaił. - Nawet nie. Zacznę się denerwować w Toruniu. - A konkretnie to, do jakiej reklamy odbędzie się przesłuchanie? - Nie wiem dokładnie. W tym samym miejscu będzie się odbywać jeszcze kilka castingów. Wilhelm czuł dziwne onieśmielenie. Po raz pierwszy nie wiedział, co powiedzieć w obecności kobiety. Nie musiał się jednak wysilać, bo inicjatywę przejęła Marta. - Wilhelm to piękne imię – zauważyła. - Zdrabnia się jakoś? - W zasadzie nie, ale na upartego... Maks i Róża często mówią mi Wil. Jak chcesz, też się tak do mnie zwracaj – odwrócił głowę i uśmiechnął się zachęcająco. Odwzajemniła się tym samym. - Jesteś zupełnie inny, niż mówił Maks. - Wyobrażam sobie, jakie straszne rzeczy o mnie opowiadał. - Nie takie znowu straszne – łagodziła. - Mówił pewnie, że nie znoszę kobiet, odnoszę się do nich niegrzecznie i cynicznie... – wymieniał niedbałym tonem. - W to akurat nie uwierzę! - Lepiej będzie, jeśli uwierzysz – uśmiechnął się połową ust. Wiedział, że ona potraktuje tę uwagę jako żart, a przecież to była prawda. Był podły i nieuprzejmy, ale nie wobec niej! - Jak mogę uwierzyć w podobną bzdurę, skoro jesteś na tyle dobry, że wieziesz mnie do Torunia? - No, dobrze. Możesz nie wierzyć, że jestem brutalem. I tak nie poznasz mojego prawdziwego oblicza, ponieważ wobec ciebie zawsze będę szarmancki i miły – powiedział to z taką galanterią, że sam się zdziwił. - Tak, przecież jestem dziewczyną twojego brata. - Nie dlatego – zaprzeczył poważnie. – Wcale nie dlatego. - To tajemnica? – zapytała zaintrygowana, gdyż nie przypuszczała, jaka banalna prawda kryje się za jego tonem. - Nie drążmy już tego tematu. Opowiedz mi coś o swojej pracy. - Ja? - Jeżeli chcesz, ja mogę opowiedzieć o swojej, ale nie sądzę, żeby słuchanie relacji z borowania zębów było zajmujące. Maks wspominał, że jesteś aktorką. Na pewno masz jakieś ciekawe doświadczenia. - Mogę ci opowiedzieć o przedstawieniach na zamku. - Chętnie posłucham, tylko cytuj swoją rolę, dobrze? Wtedy bardziej wczuję się w klimat. Opowiadała ciekawie i obrazowo. Mówiła spokojnym, rzeczowym tonem, od czasu do czasu dając się ponieść swojej opowieści. Wtedy jej głos przybierał ton tajemniczy lub żartobliwy. Wilhelm patrzył przed siebie, na drogę, którą jechali, lecz jego uszy i wyobraźnia nastawione były tylko na to, co mówiła Marta. - Świetnie opowiadasz – pochwalił, gdy skończyła. - Dzięki. Przez chwilę miałam déjà vu. Twojemu bratu też opowiadałam o gniewskich przedstawieniach, w dniu, kiedy go poznałam. - Może kiedyś przyjadę do Gniewu i obejrzę twój występ – powiedział, ignorując uwagę o Maksie, która go nie wiedzieć czemu zirytowała. - Pewnie. Przyjedź koniecznie. Za tydzień na przykład przed dwunastą będzie krótkie przedstawienie kończące się wystrzałem z armaty. Co prawda ja w nim nie wystąpię, ale... - Więc nie przyjadę. Chciałbym obejrzeć twoją grę. Czekaj, czekaj... – przypomniał sobie o książce, którą kiedyś zostawiła tu jedna z jego dziewczyn. – Zerknij do schowka. Tam powinien być tomik dramatów Szekspira. Czułbym się zaszczycony, gdybyś zechciała mi poczytać. - Dobrze – zgodziła się z lekką nieśmiałością.
Maksymilian wrócił z pracy bardzo zadowolony. Tyranowicz nagle zachorował i nie przyszedł do fabryki. Nie mając nad sobą bata, Maks nie przemęczał się zbytnio. Głównie zajmował się trzymaniem kciuków w intencji castingu Marty. Miał nadzieję, że dobrze jej pójdzie. To taka wspaniała dziewczyna. Gdyby tylko zdołał pokochać ją równie mocno jak Lindę. Gdyby tylko mógł... Zadzwonił telefon. - Oby to nie oznaczało nagłego ozdrowienia Tyranowicza... – mruknął. - Cześć. To znowu ja – głos Lindy był zabarwiony smutkiem, tak do niej niepodobnym. – Możesz już swobodnie rozmawiać? - Tak. O co chodzi? - Chciałam powiedzieć, że tęsknią za tobą. Tęskniłam już w dniu naszej sprzeczki. - I dlatego zaczęłaś się umawiać z moim szefem? - To nie tak. Pozwól mi wytłumaczyć – poprosiła. – Nawet pospolity złoczyńca ma prawo się usprawiedliwić, zanim zostanie osądzony. Błagalny ton, którym powiedziała to mądre zdanie przekonały go. - Dobrze. Wysłucham cię. - Po tym jak zrzuciłeś winę na mnie a ja wybiegłam z płaczem z twojego mieszkania... - Nie płakałaś – przerwał. - Płakałam, tylko tego nie widziałeś – uparła się. – Od tamtej chwili wiele myślałam. Nieraz sięgałam po słuchawkę telefonu, żeby do ciebie zadzwonić, lecz coś mnie powstrzymywało. - To naprawdę dziwne, bo ja nie tylko sięgałem po słuchawkę, ale i wielokrotnie dzwoniłem do ciebie, nawet dobijałem się do twojego mieszkania, a jakoś nie spotkałem się z odzewem. - Mieszkałam przez parę dni u ciotki. - A ta ciotka była pięćdziesięcioletnim mężczyzną i nazywała się Tyranowicz? – wycedził z ironią, której nie powstydziłby się jego brat. - Mieszkałam u ciotki – powtórzyła i po chwili kontynuowała – Pewnego wieczora zadzwonił Tyranowicz, daleki krewny mojego ojca, zdaje się jego kuzyn czy jakiś pociotek, nie wiem... Dowiedziawszy się od cioci, że jestem u niej w stanie głębokiego przygnębienia, zaprosił mnie do opery. Zgodziłam się, nie widziałam w tym nic złego. Opowiadała takim niewinnym tonem, że serce Maksa wyrywało się, aby temu wierzyć, jednak rozsądek podsunął mu kolejne podejrzliwe pytanie: - Skoro nie widziałaś w tym niczego złego, wyjaśnij mi swoje zachowanie, gdy przypadkiem się spotkaliśmy? - Nie domyślasz się? – spytała przekornie. – Chciałam, abyś był zazdrosny, głuptasie. Wiedziałam, że jeśli będę udawać, że nie znam ciebie i Róży, to wzbudzę twoje podejrzenia. Udało mi się to. Tylko, że przesadziłam. Nie zasłużyłeś sobie na takie traktowanie. Już dawno ci wybaczyłam. To udawanie było takie niepotrzebne, tylko oddaliło nas od siebie. Teraz sama nie wiem, dlaczego to zrobiłam. - A dlaczego krewny twego ojca mówił do ciebie „skarbie”? – zabrzmiało to bez przekonania. Zdawał sobie sprawę, że z chwili na chwilę słabnie. Gorąco pragnął jej uwierzyć i powoli zaczynał przyjmować słowa Lindy jako prawdę. - On zwraca się tak do każdej młodszej od niego krewnej. Widział mnie kilka razy jako małą dziewczynkę, więc trudno się dziwić. - Ale nazwał cię swoją przyjaciółką... - Myślisz, że chciało mu się omawiać stopień naszego pokrewieństwa? Maks, proszę cię, nie wracajmy już do tej sprawy. Jest mi bardzo przykro, jeżeli coś sobie pomyślałeś wtedy w operze. Postaraj się mi to wybaczyć, jeśli tylko możesz. Maksymilian pokręcił niedowierzająco głową. Coś mu nie pasowało w tej opowieści, ale na nowo obudzona jego miłość do Lindy już przyjęła jej tłumaczenia jako najgłębszą prawdę. Zagłuszała wysiłki rozumu, wszelkie rozsądne myśli i postanowienia. - Lindo... – wyszeptały jego usta tkliwie, zanim zdążył się opanować. - Proszę cię, przyjdź do mnie. Moja ciocia jest poważnie chora i jest mi tak ciężko. Nie dzwoniłabym do ciebie, gdybym tak bardzo nie potrzebowała twojego wsparcia. Proszę cię, przyjedź. Jestem teraz taka samotna – zaczęła płakać. Jej płacz zabolał go niemal fizycznie. Serce ścisnęło mu się gorącym współczuciem. Linda nie miała na świecie nikogo oprócz tej starej ciotki... i oprócz niego. Miłość odżyła w nim i napełniła całego nieznośnym żarem tęsknoty i ogniem namiętności. Zapomniał o całym świecie. Liczyła się tylko Linda. - Nie płacz, kochanie – wyszeptał. – Nie mogę tego znieść. Serce mi się kraje. - Ja już nie mogę, Maks. Jest mi tak źle. Co ja zrobię jeśli ciocia... – łkała. - Proszę, nie płacz. Zaraz przyjadę. W tej chwili idę do ciebie, najmilsza – sam był bliski łez. Maksymilian gnany szalonymi emocjami sięgnął po kurtkę (na dworze pociemniało, zaczął padać deszcz), chwycił kluczyki od samochodu i pobiegł do drzwi wyjściowych. Położył rękę na klamce, lecz zanim ją nacisnął, usłyszał dziwny szelest na dole. Spojrzał. Przez szparę między drzwiami a podłogą ktoś wsunął niewielką,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…