Ostatnie ostrzeżenie (Rozdziały: VIII, IX)
Interwencja starca w płaszczu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ VIII
Zdjęcia trwały pięć tygodni. Było to skutkiem wzajemnej animozji reżysera i scenarzysty reklamy. Kłócili się o wszystko, od kwestii wypowiadanej przez Martę do najmniejszego szczegółu scenografii. Kiedy nareszcie reklamówka była gotowa, odetchnęli z ulgą a wraz z nimi cała ekipa. Marta również cieszyła się, że może już wrócić do domu. Pod koniec ostatniego dnia pracy zorganizowano małe przyjęcie, składające się głównie z kanapek i szampana. Było sympatycznie. Kilka razy oglądano efekt wspólnych wysiłków. Reżyser i scenarzysta zgodnie stwierdzili, że wszystko udało się doskonale. - Gdy ludzie obejrzą reklamę naszego proszku, już nigdy nie będą chcieli prać w niczym innym! – śmiał się scenarzysta, pukając w ścianę, na której urządzono projekcję. Marta spojrzała na niego z obawą. Już dobrą godzinę temu postanowiła wrócić do hotelu. Teraz, gdy towarzystwo stawało się coraz bardziej rozbawione, uznała, że powinna natychmiast pożegnać się i opuścić studio. - Było mi niezmiernie miło z państwem pracować. Do widzenia – powiedziała niezbyt pewnie. Nie sądziła, aby usłyszał ją ktoś oprócz kilku najbliżej stojących osób, które mruknęły coś w odpowiedzi. Zakłopotana skierowała się ku wyjściu. - Niech pani zaczeka! – zawołał za nią reżyser, na oko czterdziestoletni mężczyzna nazwiskiem Galimski. Po chwili już był przy niej. – Odprowadzę panią. Już późno a do hotelu ma pani ładny kawałek. - Dziękuję, nic mi nie będzie. - Proszę nie patrzeć tak podejrzliwie. Nie każdemu szampan uderzył do głowy – spojrzał pogardliwie w stronę scenarzysty, który nadal rozbawiony walił ręką w ścianę. Chciałbym pani coś zaproponować po drodze – dodał tajemniczo, a jego przeciętną twarz rozświetlił olśniewający uśmiech, godny gwiazdora filmowego. To przełamało jej opory. Wieczór był wyjątkowo ciepły jak na początek czerwca. Galimski szedł obok niej, nadając marszowi spacerowe tempo, ani na chwilę nie przestając mówić. - Pani jest z Gdańska? - Z Pszczółek. To niedaleko Trójmiasta. - Tak właśnie myślałem. Świetnie się składa. Zostałem poproszony o reżyserowanie pewnej sztuki w jednym z tamtejszych teatrów. Teatr Wybrzeże, jeśli cokolwiek to pani mówi. Sztuka została napisana przez pewnego młodego dramatopisarza, który jednak ma już za sobą debiut, i to udany. Przeglądałem przysłany mi scenariusz i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że drugie przedstawienie tego młodego artysty ma wszelkie prawdopodobieństwo odnieść wielki sukces i zapewnić aktorom rozgłos w całym kraju. Obsada jest już prawie ustalona, do kompletu brakuje jeszcze jednej aktorki – przerwał i spojrzał na nią znacząco. - Do czego pan zmierza? - Pani Marto! Czy to nie oczywiste? Chcę otworzyć przed panią drzwi teatru! – wykrzyknął z entuzjazmem, zwracając uwagę paru przechodniów. – Podczas pracy nad reklamą, dostrzegłem w pani iskrę talentu i zadatki na profesjonalną aktorkę. Poza tym... cóż... zdążyłem panią polubić. Przykro mi pomyśleć, że dziś skończyła się nasza współpraca. Ta rola, o której mówię, może nie jest zbyt znacząca, ale jeśli się pani sprawdzi, w następnej sztuce może pani zagrać główną postać. Już ja się o to postaram... Wystarczy, że przyjdzie pani w najbliższą środę do teatru. Przekonam scenarzystę i dyrektora, aby dali pani szansę. Po sukcesie, jaki niewątpliwie odniesie ta sztuka, dopilnuję, aby otrzymała pani kolejne propozycje. Czeka panią fantastyczna kariera przy moim boku! - Wydaje mi się, że nie jestem zainteresowana pańską propozycją – rzekła zimnym tonem, siląc się, żeby zachować spokój. - Ale dlaczego?! - Wolę do końca życia reklamować proszek do prania i grać księżniczkę w turystycznych pokazach niż dochodzić do kariery... przez łóżko! – syknęła. Po wypowiedzeniu tego bezwstydnego zdania zaczęły ją palić policzki. Galimski oniemiał. Stanął na środku chodnika i wytrzeszczonymi oczami patrzył na oddalającą się Martę. Szła tak szybko, jak tylko pozwalała jej na to długa, obcisła spódnica. Łzy upokorzenia i żalu spływały po jej twarzy. Usłyszała za sobą głośny śmiech reżysera. Rechotał na całe gardło. - Niegodziwy łajdak! – mruknęła, starając się iść jeszcze szybciej. - Pani Marto! Proszę poczekać! – wołał, doganiając ją. - Czego pan jeszcze chce!? – odwróciła się gniewnie. - Źle mnie pani zrozumiała! Proponuję pani pomoc z krystalicznie czystych pobudek. Przysięgam! Nic złego nie miałem na myśli. Kieruje mną życzliwość i sympatia. Poza tym jestem żonaty i nie w głowie mi romanse – pojednawczym gestem położył jej dłoń na ramieniu i uśmiechnął się uspokajająco. Marta nie miała wątpliwości, że mężczyzna mówi prawdę. - Przepraszam – opuściła wstydliwie głowę. – Tak mi głupio. Wyszłam na idiotkę. - Nonsens. To ja się czuję jak idiota – zaoponował i zaśmiał się serdecznie. - Jeszcze raz pana przepraszam – otarła oczy i uśmiechnęła się skonsternowana. - Proszę zwracać się do mnie po imieniu. Odrzućmy formalności razem z pamięcią o tym nieporozumieniu. - Dobrze. Z tego wszystkiego zapomniałam, jak pan... jak masz na imię. - Karol. I proszę nie mieć takiego skruszonego wyrazu twarzy. Nic się nie stało. A wracając do tej sztuki... Dziesięć minut później dotarli pod gmach hotelu. - Cieszę się, że zgodziłaś się mi zaufać i przyjąć pomocną dłoń. - Tak mi wstyd... – zaczęła. - Ja już o niczym nie pamiętam – oświadczył kategorycznie. – Za kilka dni jadę do Gdańska. Mógłbym cię zabrać ze sobą. - Dziękuję. Znajomy po mnie przyjedzie. - Szkoda. W takim razie do zobaczenia w teatrze – uśmiechnął się, po czym niespodziewanie pochylił głowę i złożył pocałunek na jej dłoni. Marta tak była zaskoczona tym gestem, że nie odpowiedziała. Z oszołomienia otrząsnęła się dopiero w swoim pokoju. Nadal czuła się zmieszana. Jak mogła posądzić tak życzliwego człowieka jak Karol Galimski o nieczyste pobudki! To miły, bezinteresowny człowiek, który pragnie pomóc jej w dojściu do wspaniałej kariery. „Będziesz wielką aktorką” – czy nie tak powiedział obłąkany jasnowidz? Jego przepowiednia powoli zaczynała się sprawdzać. Czyżby inne rzeczy, o których mówił również miały stać się prawdą? Dotychczas nie zastanawiała się nad tym. Teraz usiadła na hotelowym łóżku i popadła w zadumę. Nie wierzyła w jego mroczne przepowiednie o strasznym przeznaczeniu ani o „sprawie życia lub śmierci”. Miał rację co do daty ślubu i może naprawdę posiadał jakieś niezwykłe zdolności, ale jednocześnie był niespełna rozumu fatalistą. Ze strachu obiecała podjąć próbę odzyskania Maksa. Wiedziała, że nigdy się na to nie zdobędzie. Nie dlatego, że takie zachowanie oznaczałoby utratę fałszywie rozumianej godności. Po prostu nie umiała walczyć, brakowało jej pewności siebie, bała się ryzyka. Nie chciała więcej oglądać byłego chłopaka. To byłoby tylko niepotrzebne rozdrapywanie rany, która i tak bolała. Postanowiła nie myśleć już o starcu w kapturze, zapomnieć o dziwnej rozmowie z nim. Zerknęła na zegarek. Dwadzieścia po dziesiątej. Powinna zadzwonić do Wilhelma i poprosić, żeby jutro po nią przyjechał. Na szczęście nie musiała schodzić do recepcji. Telefon znajdował się w jej apartamencie. Co trzy gwiazdki, to trzy gwiazdki. Dobrze, że mam to za darmo – pomyślała. Przez chwilę wahała się. W ciągu pięciu tygodni spędzonych w Toruniu tylko raz do niego zadzwoniła i to na początku. Potem jakoś nie czuła się na siłach. Nie ufała własnemu głosowi, który mógł mu zdradzić, że ona wie o jego skrywanej miłości. W końcu wykręciła numer. - Cześć... – zaczęła, gdy uzyskała połączenie. - Marta? Nareszcie się odezwałaś! Już myślałem, że porwali cię do Hollywood! – wykrzyknął Wil. - Gdzie mi tam do fabryki snów... - Muszę ci jednak powiedzieć, że to było wstrętne. Tylko raz zadzwonić! - Przepraszam cię, ale miałam mnóstwo... – tłumaczyła. - Przecież żartuję – przerwał zdziwiony. – Nie mam do ciebie pretensji. - Tak, naturalnie – mruknęła, zastanawiając się, jak mogła nie dosłyszeć żartobliwej nuty w jego wymówkach. – Dzisiaj właśnie skończyliśmy kręcić reklamę. Hotel mam opłacony do końca tygodnia. Czy twoja łaskawa oferta nadal jest aktualna? - No, co ty? Pytasz takim tonem... Przyjadę po ciebie, jak obiecałem. Będę jutro wczesnym popołudniem. - Dzięki. Będę czekać. To na razie. - Cześć – odparł po chwili z zastanowieniem. Marta z westchnieniem odłożyła słuchawkę i zaczęła się rozbierać do snu. Jak to jutro będzie, podczas kilku godzin wspólnej jazdy, skoro nawet przez telefon nie mogą swobodnie pogadać? Wiedziała, że to jej wina. Od chwili, gdy poznała uczucia Wilhelma, nie mogła go traktować tak serdecznie jak kiedyś. Będzie się czuła niezręcznie w jego towarzystwie, będzie się bać, że jakimś nieopatrznym żartem zrobi mu nadzieję na coś więcej niż przyjaźń. Prawdopodobnie on wkrótce domyśli się wszystkiego, wyłoży kawę na ławę i nic już nie będzie takie jak przedtem. Jakże żałowała, że odkryła sekret jego serca! Westchnęła ciężko i położyła się do łóżka. Mimo troski zasnęła po kilku minutach.
Wilhelm z uwagą przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Ciemne włosy (ciemniejsze niż brata), nieznacznie siwiejące na skroniach; piwne oczy, otoczone może zbyt gęstymi jak na mężczyznę rzęsami; szlachetne, lecz stanowcze rysy twarzy i prawdziwie męski podbródek (niejeden raz to słyszał z damskich ust). Sylwetkę też miał nienajgorszą. Ani śladu brzuszka, który pojawił się u większości jego kolegów. Przed chwilą odświeżył się, założył czystą koszulę i nowe dżinsy. Ogólnie prezentował się nieźle. W sam raz na kolację u brata i jego narzeczonej. Fakt, że przyjął w końcu ich wciąż ponawiane zaproszenie nie wynikał bynajmniej z dobrej woli, lecz z pragnienia zabicia czasu. Najchętniej spędziłby ten wieczór z Martą, ale się wykręciła. Powiedziała, że jutro ma ważną rozmowę w sprawie pracy w teatrze i musi przygotować się do tego psychicznie. Nie był to przekonujący powód, ale Wil nie nalegał. Obawiał się męczącej, nienaturalnej atmosfery, jaka panowała przy ich ostatnim spotkaniu, gdy przyjechał po nią do Torunia. Wyczuwał w jej zachowaniu coś nowego, jakąś rezerwę, której nie potrafił sobie niczym wytłumaczyć. Przecież jeszcze kilka tygodni temu przyjaźnili się serdecznie, żartowali, śmiali się z byle czego. Nawet go pocałowała w policzek... Przypomniał sobie ten moment z czułością i ze smutkiem. Czy zdjęcia do reklamy tak wiele zmieniły? Nadal chciał być jej najlepszym przyjacielem, nawet jeśli nigdy nie miało być mu dane zająć w jej sercu miejsca honorowego. Sytuacja sprzed wyjazdu Marty wystarczała mu w zupełności, nie dążył na siłę do niczego więcej. Pragnął jedynie rozmawiać z nią, widzieć blask jej szczerych oczu, spoglądać z dyskretną tęsknotą na jej ładne usta, patrzeć na łagodne ruchy jej dłoni... po prostu być przy niej. Ale czy ona również tego chce? Może za bardzo jej się narzucam? Kiedy zaczęła traktować mnie inaczej? – pytał się w duchu. Zamknął dom i wsiadł do samochodu. Odruchowo spojrzał w lusterko wsteczne. Wydało mu się jakieś brudne. Wyjął ze schowka szmatkę, przeznaczoną specjalnie do utrzymywania w czystości wnętrza pojazdu. Chuchnął na przybrudzoną taflę lusterka i podniósł rękę, aby przetrzeć je ścierką. Zamarł w połowie gestu. Przez chwilę wydawało mu się, że widzi wyraźny nie zaparowany ślad układający się w napis: „NIE UFAJ LINDZIE”. Spojrzał ponownie. Zwykła, zaparowana tafla. Spiesznie ją przetarł, wrzucił szmatkę do schowka i uruchomił silnik. Musiało mi się przywidzieć – uśmiechnął się do siebie. – Zresztą i tak nie mam zamiaru ufać tej fałszywej żmii. Pod drzwiami mieszkania narzeczonej brata stawił się punktualnie o dziewiętnastej. Przycisnął dzwonek i niemal natychmiast otworzono mu. Na progu stała Linda. Miała na sobie krótką, obcisłą sukienkę z prowokacyjnym dekoltem. No, no... figurę to ona ma – ocenił odruchowo. - Cześć, Wil. Dawno cię nie widziałam – powiedziała poufałym tonem i ścisnęła go za przedramię. - Proszę, nie zdrabniaj mojego imienia. Ten przywilej zarezerwowany jest wyłącznie dla przyjaciół – ostentacyjnie otrzepał rękaw koszuli, w miejscu gdzie go dotknęła. - Jak zawsze cyniczny... – uśmiechnęła się, wcale nie urażona, zamykając drzwi. – Nie zapominaj, że niedługo zostanę twoją bratową. Rodzina jest kimś więcej niż przyjaciele. - Maksa nie ma? – zapytał, ignorując jej uwagę o rodzinie. - Poszedł po wino. Lada moment wróci – wprowadziła gościa do salonu i wskazała mu krzesło. - Nieźle wyglądasz – rzekł po chwili ciszy, uśmiechając się z przekąsem. – Nowa fryzura? - Zauważyłeś? - Nie pochlebiaj sobie. Zawsze patrzę na kobiety. No, proszę, z naturalnej szatynki zamieniłaś się w tlenioną blondynkę, aby teraz przefarbować się... - Na rudo – dokończyła. – Nie mów, że nie podoba ci się ten kolor. Dwa miesiące temu widziałam cię w towarzystwie jakiejś rudowłosej dziewczyny. Nie przerywaj, nie zamierzam wnikać w twoje prywatne sprawy. Miło mi, że zapamiętałeś prawdziwy kolor moich włosów. Ja także pamiętam cię z dawnych lat. Zwłaszcza tę osiemnastkę. - Trudno zapomnieć jak kleiłaś się do każdego, kto nosił spodnie, wywołując niesnaski, a nawet konflikty między moimi kolegami a ich dziewczynami. Tylko ja się nie dałem. - No, cóż... ja pamiętam co innego... Wilhelm zmarszczył brwi. Blefowała czy on coś przegapił? Po chwili, jak przez mgłę, ujrzał obraz: on i Linda całujący się (i to jak!) w łazience. Chyba za dużo wtedy wypił. Zirytowało go to wspomnienie. - Mam propozycję nie do odrzucenia... – powiedział powoli. - Tak? – w jej oczach zapaliły się zachęcające ogniki. – Co chcesz mi zaproponować? - Nie silmy się na rozmowę, dopóki Maks nie przyjdzie. Nie mam ochoty z tobą gadać, a już na pewno nie o moich urodzinach sprzed dwudziestu lat, które zepsułaś! - Dobrze! – mruknęła wyzywająco, odwracając się do niego tyłem. Jaka ona śmieszna! Jaka głupia! Jakże łatwo ją przewidzieć – pomyślał Wilhelm, rozbawiony jej dziecinnym zachowaniem. – Chyba liczyła na trochę inną propozycję... Był pewien, że Linda byłaby skłonna zdradzić narzeczonego nawet z przyszłym szwagrem. Nie poszedłby na to, nie zrobiłby takiego świństwa własnemu bratu. Zresztą nie miał najmniejszej ochoty wdawać się w romans z taką podstępną gadziną, przed którą ostrzegają go nawet lusterka w samochodzie. Nie udało mu się stłumić cichego chichotu. Linda odwróciła w jego stronę twarz pełną oburzenia, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo w tej samej chwili do pokoju wszedł Maks. - Widzę, że się spóźniłem. Mam nadzieję, że moja przyszła żona bawiła cię rozmową, zanim przyszedłem? - Jeszcze jak – odparł z drwiącym uśmiechem. - Twój brat traktuje mnie bardzo nieuprzejmie – poskarżyła się Linda. - Ależ co ty mówisz, moja droga bratowo – Wilhelm obdarzył ją słodkim uśmiechem, ale w jego głosie czaiła się drwina. - Wyjątkowo szybko przyzwyczaiłeś się do myśli, że już wkrótce staniemy się rodziną – zauważyła, mrużąc zjadliwie oczy. – To miłe... Wil. - Cieszę się, że się tak dobrze dogadujecie – oznajmił naiwnie Maksymilian, naprawdę niczego nie podejrzewając. – Nie wiem, dlaczego mówiłaś coś o nieuprzejmości. Rozmawiajcie sobie dalej. Pójdę otworzyć wino. - Jest tak zaślepiony twoją osobą, że nie rozróżnia szczerości od sarkazmu – Wilhelm niedowierzająco pokręcił głową. Nie był jednak zasmucony łatwowiernością brata, czuł z tego powodu jakąś diabelską uciechę. – Aha, byłbym niezmiernie zobowiązany, gdybyś zechciała nie zdrabniać mojego imienia. - Dlaczego, kochany szwagierku? Lubię przemawiać pieszczotliwie do mężczyzn, zwłaszcza takich przystojniaków jak ty... Wil. – szepnęła na pół złośliwie, na pół uwodzicielsko. - Lindo! – zawołał Maks z kuchni. – Pozwól na chwilę. Zostawszy sam w małym saloniku, Wilhelm wygodnie rozłożył się na kanapie. Kokieteria dziewczyny brata wprawiła go w dobry nastrój. Nie mógł temu zaprzeczyć. Dobrze jednak się stało, że przerwano ich pogawędkę. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Przywołać ją do porządku czy podnieść rękawiczkę flirtu. Lojalność wobec brata walczyła z jego rozrywkową naturą. Spojrzał na zegarek. Szesnaście po siódmej. Zaraz po raz pierwszy puszczą reklamę z udziałem Marty. Linda i Maks chyba się nie obrażą, jeśli włączy na chwilę telewizję? Rozejrzał się za pilotem od telewizora. Znalazł go pod ozdobną poduszką leżącą w rogu kanapy. Włączył odpowiedni kanał. Blok reklamowy właśnie się zaczynał. Z kuchni wyszedł Maks. - Linda kończy doprawiać sałatkę. Zaraz usiądziemy do stołu – rzekł zadowolony. – Oglądasz telewizję... Co leci? - Nie wiem – odparł niedbale. Mogliby już puścić TĘ reklamę. Był ogromnie ciekawy reakcji brata. - Nawet nie masz pojęcia, Wil – Maks usiadł obok na kanapie – jak się cieszę, że wreszcie łaskawszym okiem spojrzałeś na moją dziewczynę. - Moje oko zawsze było łaskawe – odrzekł wymijająco. – O, to chyba to. - Co? Na ekranie telewizora przy wtórze łagodnej muzyki pojawiła się Marta w ślicznej białej sukience. Siedziała przy stole obok jakiegoś młodego mężczyzny. Jedli śniadanie. Chłopak uśmiechał się do niej czule i co chwilę karmił ją z ręki. W pewnej chwili kawałek pomidora lub czegoś takiego wysunął mu się z palców i... pac! Plama gotowa. „Jak mogłeś! To nowa sukienka!” – obraziła się Marta. Facet zrobił minę jak zbity pies. W następnym ujęciu kupował reklamowany proszek do prania. Tu następowała dydaktyczna część reklamy. Po niej kamera znów ukazywała mężczyznę, który z zadowoleniem zdejmował ze sznura czystą, śnieżnobiałą sukienkę. Wtedy podeszła do niego Marta. „Kupiłeś mi nową sukienkę!? Jesteś kochany!” – zawołała zachwycona, rzucając się chłopakowi na szyję. „Super proszek. Ubrania jak nowe” – podsumował lektor i reklama dobiegła końca. Wilhelm wyłączył telewizor. - Dałbym wiele, żeby być na miejscu tego chłopaka. A ty? Zresztą, już niedługo będę czekać – dodał przebiegle, widząc, że Maks milczy. - Nie dam się sprowokować. Już ci powiedziałem, że kocham Lindę. Marta to przeszłość i jeśli myślisz, że twoje głupie uwagi... W tym momencie do pokoju weszła Linda, niosąc dużą tacę, obładowaną po brzegi. Zasiedli do kolacji. Smaczne jedzenie i wyborne włoskie wino pozytywnie wpłynęło na nastroje całej trójki. Rozmowa toczyła się gładko i swobodnie. Narzeczona Maksymiliana chwaliła się, że znalazła pracę jako ekspedientka w sklepie odzieżowym. Wilhelm pogratulował jej posady i uprzejmie wypytywał o szczegóły, aby zrobić przyjemność bratu. Potem, z tym samym uprzejmym zainteresowaniem słuchał dokładnej relacji Maksa z pertraktacji z właścicielem lokalu, w którym miało odbyć się wesele. Dopiero po godzinie, gdy był pewien, że „odsiedział” tyle, ile wypadało, Wil podniósł się z krzesła. - Było mi bardzo miło – rzekł, skrywając znużenie za uśmiechem. - Nam również – Maks serdecznie uścisnął rękę brata. - Powinniśmy się częściej spotykać – powiedziała Linda. – Pozwól, że cię ucałuję. Jesteśmy prawie rodziną. Wilhelm skrzywił się nieznacznie, ale nie protestował, gdy nachyliła się i pocałowała jego policzek. Nie będzie wyprowadzać Maksa z błędu, skoro już sobie ubzdurał, że on i Linda zaczynają darzyć się sympatią. Wdzięczny uśmiech młodszego brata i przyjazne klepnięcie w plecy („Trzymaj się, Wil”), upewniły go, że postępuje słusznie. Musi postarać się polubić jego narzeczoną, lub przynajmniej udawać, że tak jest.
Dwie godziny później Maksymilian siedział na kanapie i bezmyślnie wpatrywał się w ciemny kwadrat okna. Postanowił dzisiejszą noc spędzić u siebie. Czekał aż Linda wyjdzie z łazienki, żeby jej o tym powiedzieć. Ogarnęło go jakieś przygnębienie. Nie był do końca pewien skąd się wzięło. Czyżby dlatego, że zobaczył Martę i odżyły w nim wspomnienia słodkich chwil, w których czuł, że to właśnie ona jest kobietą jego życia? A może rzeczywiście tak jest? W dalszym ciągu prześladowały go halucynacje. W pracy otrzymywał wierszowane anonimy, znikające w chwili, gdy chciał je komuś pokazać. Miewał także inne straszliwe urojenia. Wykrzyknik mrugający na drzwiach mieszkania Lindy był stałym elementem. Od dwóch tygodni co noc nawiedzały go koszmary. Nigdy nie pamiętał dokładnie ich treści, ale wiedział, że każdy z nich dotyczy jego narzeczonej, rodzeństwa i tajemniczego starca w kapturze. Dzisiaj znów otrzymał wierszyk. Był bardziej naglący od wcześniejszych. „Przyszłość nadal mroczna, jak ciemny las. Zmień ją natychmiast, bo kończy się czas. Zgubę przyniesie Twa przyszła żona. Inna dziewczyna Ci przeznaczona. Z nią bądź i uratuj przyszłe lata. Ocal swe szczęście i życie brata.” Męczyło go to wszystko i niepokoiło. Chyba powinienem pójść do psychiatry, a może egzorcysty – pomyślał Maks. Wielokrotnie zastanawiał się, czy nie powiedzieć Lindzie o dziwnych halucynacjach, lecz nie umiał się na to zdobyć. Jakich słów mógł użyć? „Kochanie, ktoś nie chce naszego ślubu i wysyła mi pogróżki”? Pomyślałaby, że rozum postradał. Sam ostatnio wątpił, czy nie brakuje mu którejś z pięciu klepek. Ile można znieść? Ktoś prześladował go od trzech miesięcy. Powinien coś z tym wreszcie zrobić. Tak, jutro znajdzie w książce telefonicznej namiary na jakiegoś dobrego psychiatrę. Zadzwoni, umówi się na wizytę... Musi się wyleczyć, aby w dzień ślubu mieć spokojny, jasny umysł. - Maks, wolna łazienka. Możesz iść się myć – oznajmiła Linda, wchodząc do pokoju w koronkowej nocnej koszuli. - Nie, dzisiaj będę spać u siebie – podniósł się z miejsca. – Marnie się czuję. - To nie jest dobry pretekst. Zostań – poprosiła, obejmując jego szyję. - Nie – pokręcił głową. – Jutro będę miał bardzo ciężki dzień w pracy i muszę wypocząć. Jeśli zostanę... sama rozumiesz. - Nie rozumiem – naburmuszyła się. – Ale zrobisz jak zechcesz. Westchnął. Należało ją jakoś ugłaskać przed wyjściem. - Cieszę się, że zakopaliście topór wojenny, ty i Wilhelm. Odnosiliście się do siebie wyjątkowo uprzejmie, powiedziałbym nawet: sympatycznie. - W końcu ze szwagrem trzeba mieć dobre stosunki, nie? – wreszcie się uśmiechnęła, z pewną pogardą dla jego naiwności. Maks jednak niczego nie zauważył. - Naturalnie. Chciałbym jeszcze, żebyś się zaprzyjaźniła z Różą. Polecę już, skarbie. Nie gniewasz się, że idę? - Nie – oznajmiła łaskawie, podając mu kurtkę. - To dobrze. Zadzwonię jutro z pracy – pocałował ją przelotnie i wyszedł. Maksymilian wsiadał do samochodu, gdy przypomniał sobie, że pił wino i nie powinien prowadzić. Będzie musiał pójść do siebie na piechotę, a co gorsza jutro do pracy również. Przez chwilę wahał się, czy nie wrócić do mieszkania Lindy, ale odgonił tę myśl. Obecność narzeczonej za bardzo by go absorbowała, a dzisiaj chciał być sam, wreszcie zastanowić się nad swoim życiem i dziwnymi zjawiskami, które działy się wokół niego. Tak więc czekał go co najmniej dwudziestominutowy spacer. Przemierzał szybko ciemne ulice, oświetlone jedynie latarniami. Niebo było zachmurzone, chociaż kilka razy dojrzał słaby blask księżyca, usiłujący przebić się przez warstwę chmur. Chłód mającej nadejść nocy przenikał go lekkimi dreszczami. Lecz czy były one spowodowane tylko zjawiskiem atmosferycznym? - Na pewno! – szepnął Maks do siebie ze słabym przekonaniem, usiłując odgonić niejasne wspomnienie okoliczności, w których doświadczał podobnych nieuzasadnionych dreszczy. Spojrzał w górę, licząc na to, że blask księżyca uspokoi go trochę, jednak nic nie zobaczył. Wszelkie ciała niebieskie zasłonięte zostały przez gęstą zasłonę chmur i mgły. Zaczęło mżyć. To jeszcze wzmogło jego lęk. Nagle przypomniał sobie ten dzień kwietniowy, gdy niebo było równie ciemne, gdy czuł taki sam obezwładniający strach. Strach przed czymś, czego nie rozumiał. Paniczne uczucie, że ktoś go obserwuje, śledzi. Nerwowo obejrzał się za siebie, objął bacznym spojrzeniem jezdnię i chodniki. Nikogo. Miasto wyglądałoby na wymarłe, gdyby nie samochody, raz po raz przejeżdżające ulicą. Pustka panująca wokoło nie uspokoiła go. Wręcz przeciwnie, dopiero teraz poczuł dreszcz prawdziwego strachu przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa. Wzdrygnął się i przyspieszył kroku. Oddychał coraz głośniej, coraz szybciej biło jego serce. Czuł się jak zaszczute zwierzę. Całą siłą woli powstrzymywał się od biegu. Odetchnął dopiero po zaryglowaniu drzwi swojej kawalerki. Nareszcie poczuł się bezpiecznie. - Źle z tobą, stary – mruknął z politowaniem, chcąc wyśmiać swój niedawny lęk. – Jutro koniecznie poszukaj sobie psychiatry. Trzeba jednak przyznać, że dzisiejszy wieczór był udany. Uśmiechnął się, przypominając sobie jak życzliwie odnosili się do siebie jego narzeczona i brat. Wszystko zmierzało ku lepszemu. Jeszcze tylko Róża musi polubić Lindę. I wszyscy będą zadowoleni. Szkoda, że nie zdążył poznać ciotki Lindy. Wyjechała na stałe do jakiegoś kurortu w Niemczech. Uznała, że może wyemigrować, skoro jej krewna ma zabezpieczoną przyszłość. Z drugiej strony może to nawet lepiej? Mieszkanie pani Kardeckiej było znacznie większe od M-3 Lindy i jego małej kawalerki. Sprzedadzą swoje mieszkania i zamieszkają w apartamencie opuszczonym przez ciocię. Jeszcze niedawno radowała go ta myśl. Dzisiaj był zbyt zmęczony, żeby się cieszyć. Na nic nie miał siły. Włączył mały, czarno-biały telewizor (bardzo był przywiązany do tego rupiecia) i położył się na tapczanie. Trafił na napisy końcowe jakiegoś filmu. Nie chciało mu się wstawać, aby zmienić kanał, więc zamknął oczy, zdecydowany w ten sposób poczekać, aż zacznie się kolejny film. Obejrzenie czegoś ciekawego w telewizji na pewno przyniesie ukojenie jego zszarganym nerwom, przynajmniej doraźnie. Jutro pójdzie do specjalisty, który całkowicie wyleczy go z wszelkich przywidzeń i halucynacji. Był tego pewien. „Jak mogłeś! To nowa sukienka!” – przebiło się do jego świadomości. Otworzył oczy i spojrzał na ekran telewizora. - Marta... – szepnął. Teraz, gdy nie było przy nim Wilhelma, mógł sobie pozwolić na uzewnętrznianie swych emocji, nie musiał już zachowywać kamiennej twarzy. Ogarnęła go niespodziewana tkliwość dla tej delikatnej dziewczyny i żal, że ich krótka znajomość nie rozwinęła się. – Przecież byliśmy szczęśliwi i gdyby nie Linda... Szybko stłumił w sobie dalszy ciąg tej nielojalnej myśli. Żeni się z inną kobietą i nie powinien gdybać na temat swoich byłych. Wiedział o tym dobrze, lecz patrząc na Martę tulącą się do mężczyzny w reklamie, poczuł w sercu ukłucie. Zmieszany wewnętrznymi sprzecznościami wstał i wyłączył telewizor. Zasłonił okno i zaczął przebierać się w piżamę. Zadzwonił telefon. Maks, zaintrygowany, kto może dzwonić o tak późnej porze, odebrał po pierwszym sygnale. - Dobry wieczór. Słucham? Cisza. - Linda, czy to ty? Sekundy mijały i nikt się nie odzywał, lecz Maks wyraźnie wyczuwał czyjąś obecność po drugiej stronie. Jego nagie ramiona pokryły się gęsią skórką. - Halo? - Maks... – do jego uszu doszedł chrapliwy szept. - Kim pan jest? – zapytał cicho, chociaż domyślał się, że głos należy do dziwaka w płaszczu. - Przyjacielem. Musisz mnie wysłuchać. - Czego... Czego pan chce? – zapytał drżącym głosem. - Pragnę uratować twoją... naszą przyszłość. Nie jestem szalony, nie zwariowałem, moje ostrzeżenia nie są głupimi żartami... – szeptał gorączkowo starzec - Dostałem wielką szansę. Mogę jeszcze wszystko odkręcić. Tylko musisz mi zaufać... - Nie rozumiem! – podniósł głos Maksymilian. – Jest pan fanatycznym wróżbitą, czy co? Skąd pan wie, że moja przyszłość będzie „mroczna”? Ja uważam, że będzie wspaniała! - Nie będzie... – zaoponował ponuro. – Wilhelm umrze i jego śmierć na zawsze obciąży twoje sumienie. Posłuchaj, pragnę dla ciebie jak najlepiej. Zrywając zaręczyny ocalisz życie brata, szczęście siostry. Wróć do Marty a... Nie wierzysz mi? Zatem powiem ci konkretnie, co się stanie. Jeżeli ożenisz się z Lindą, po dwóch latach zdarzy się nieszczęście. Ona... - Nie zamierzam słuchać podobnych bredni! Jest pan obłąkany! Jeżeli nie zostawi mnie pan w spokoju zadzwonię na policję! – krzyknął Maksymilian, po czym z wściekłością cisnął słuchawkę na widełki. Zamachnął się, chcąc strącić aparat ze stolika. - Co ja robię?! Chyba naprawdę zwariowałem. Tak, to ja jestem obłąkany, nie głos w telefonie... Zresztą cała ta rozmowa jest najpewniej kolejną halucynacją... – tknięty tą nagłą, straszną myślą przykucnął obok łóżka i raz po raz uderzał głową o poduszkę. – Jestem nienormalny. Jestem nienormalny – powtarzał przerażony. Z rozpaczą zastanawiał się, czy zaśnie tej nocy. Przypuszczał, że świadomość własnego obłędu nie pozwoli mu na zmrużenie oczu. Zadzwonił telefon. - O, nie... – jęknął. – Nie odbiorę. To tylko moje omamy. Spokojnie, Maks. Jeżeli przetrzymasz tę noc, wszystko będzie dobrze. Udasz się do specjalisty i wszystko się ułoży... Telefon zadzwonił jeszcze kilka razy, bezlitośnie igrając z jego naprężonymi nerwami. W końcu Maks nie mógł tego dłużej wytrzymać. Ubrał się i wyszedł z domu. Szedł przed siebie ciemnymi ulicami. Usiłując zagłuszyć zatrważające myśli, powtarzał głośno jedno zdanie, nie zważając na mijanych przechodniów, patrzących na niego z przestrachem: - Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze... Chodził zrozpaczony po mieście, dopóki nogi nie odmówiły mu posłuszeństwa. Wtedy udał się do najbliższego nocnego lokalu, zdecydowany pozostać tam do świtu. Bał się wrócić do własnego mieszkania. Czuł, że jeśli jeszcze raz usłyszy dzwonienie telefonu, dostanie całkowitego pomieszania zmysłów i będą musieli go zamknąć w wariatkowie. Do Lindy lub Wilhelma także nie chciał iść. Z pewnością odkryliby jego wzrastające szaleństwo, a do tego nie mógł dopuścić. Usiadł przy barze i oparł umęczoną głowę na rękach. Zamówił kilka drinków i zapadł w krótki, niespokojny sen. Widział w nim wykrzywione twarze najbliższych, krew i znienawidzoną postać w płaszczu z kapturem. - Niechże się pan obudzi. Muszę zamknąć lokal – trącił go barman. Maks wstał i wyszedł z knajpy. Spojrzał na zegarek i ze zdumieniem stwierdził, że jest piąta trzydzieści. Postanowił pójść do fabryki. Na szczęście przemknął obok dyżurki niezauważony (pewnie stróż nocny znowu zasnął) i wkrótce potem wszedł do swojego gabinetu. Siedział przy biurku, otępiały wzrok wbijając w drzwi od pokoju. Nie myślał o niczym (zbyt mocno gryzł się poprzedniego dnia); może tylko o książce telefonicznej, którą Kowalska trzymała u siebie pod kluczem. Nagle zaczął płakać. Był niewyspany, wymęczony i przerażony. Gdyby znalazł się przy nim ktoś, kto mógłby przytulić go, pogłaskać i powiedzieć kojąco, że wszystko będzie dobrze. Sobie już nie wierzył. Pragnął usłyszeć to banalne, krzepiące zdanie z innych ust. Tylko, czy na świecie była taka osoba, która nie drwiłaby z niego, nie uznała za wariata? Bardzo w to wątpił. Szaleńcy nie mają przyjaciół – pomyślał gorzko. Wtem usłyszał jakiś szmer za drzwiami, człapanie czyichś nóg, szuranie... Był pewien, że lada chwila otworzą się drzwi i na progu stanie starzec w kapturze, albo coś gorszego. Wahał się, czy nie schować się pod biurkiem, gdy usłyszał piskliwy śpiew: „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie, to bym świeciła...” Odetchnął donośnie, z ulgą poznając głos swojej sekretarki. Głos natychmiast umilkł i po chwili Zawilewski usłyszał pukanie do drzwi. - Proszę, niech pani wejdzie. Kowalska lękliwie wsunęła się do środka. Gdy go zobaczyła, jej i tak wytrzeszczone oczy stały się jeszcze większe. - Czy to pan? – spytała idiotycznie. - Tak, to ja – odpowiedział znużony. – Proszę zamknąć za sobą drzwi i podejść bliżej. Nie mam siły dzisiaj krzyczeć do pani przez cały pokój. Sekretarka zamknęła drzwi i uczyniła kilka kroków na przód. - Nie byłam pewna, bo zwykle przychodzę najwcześniej z całego naszego działu. Jeszcze nie widziałam pana kierownika w takim stanie. Wygląda pan koszmarnie. Jak śmierć na chorągwi, a nawet gorzej – wyjąkała w przypływie szczerości. - Dziękuję. - Ale, panie kier... ja nie... - Niech pani nie krzyczy, pani Zosiu. Głowa mi pęka. - To ja zaparzę kawy. Wiem: czarna, niesłodzona. Podam panu też coś przeciwbólowego. - Dziękuję, jest pani taka dobra... Niech pani także przyniesie książkę telefoniczną. - Jeśli trzeba gdzieś zadzwonić, to ja bardzo chętnie... - Nie, nie. Sam to muszę załatwić. - Jak pan sobie życzy. Kowalska wyszła, ale nie minęło piętnaście sekund i znów stanęła w drzwiach jego pokoju. - Coś się stało? – zapytał. - Jest list do pana. - Jak to? – Maksymilian nerwowo poderwał się z miejsca. – Przecież goniec przychodzi dopiero o ósmej. - Ktoś zostawił ten list na moim biurku, jak rozmawiałam z panem kierownikiem. - Proszę go podrzeć, spalić, zniszczyć... - Ale... – sekretarka popatrzyła na niego z niepokojem. – Tu jest napisane: „Pilne”. - W takim razie niech pani rozerwie kopertę i przeczyta na głos. - Ja nie wiem... czy to wypada... - Do diabła, pani Zosiu! – warknął, zirytowany jej niepewnością, która potęgowała jego własny strach. – Proszę czytać! - Skoro pan kierownik... – wymruczała przestraszona. Rozerwała kopertę drżącymi rękami, wyjęła list i pochyliła nad nim głowę. - I cóż napisali? – zapytał, podchodząc do niej. Wątpił, aby Kowalska zobaczyła cokolwiek. Przecież tyle razy wcześniej tajemnicze listy kryły swoją treść przed osobami postronnymi. - „Starałem się tego uniknąć, widzę jednak, że będziemy musieli się spotkać. Jestem bezsilny wobec...” Maksymilian błyskawicznie wyrwał kartkę z rąk Kowalskiej. Dlaczego właśnie dzisiaj druk przestał znikać? Odwrócił się plecami do sekretarki i ze zmarszczonym czołem czytał: „...Jestem bezsilny wobec Twojego uporu. Robiłem wszystko, aby nie zdradzić swojej tożsamości i szczegółów przyszłej katastrofy; katastrofy, której początkiem będzie poślubienie pustej, wyrachowanej kobiety – Lindy. Chciałem zaoszczędzić Ci tego szoku. Wierzyłem w Twój rozsądek, łudziłem się, że moje owiane tajemnicą ostrzeżenia wystarczą, żeby odwieźć Cię od zgubnego z w skutkach małżeństwa. Pomyliłem się. Zapomniałem, że jesteś taki jak ja: uparty i głupi. Może nawet jeszcze głupszy...” - Niedobre wieści? – zaniepokoiła się Kowalska. - Jakieś żarty. Może pani zaparzyć wreszcie tę kawę? – zapytał ostro. Kiedy sekretarka opuściła jego gabinet, usiadł przy biurku i czytał dalej. „..Obserwuję Cię od trzech miesięcy. Od trzech miesięcy staram się uratować przyszłość, oszukać przeznaczenie... ale Ty nie chcesz przyjąć mojej pomocy! Nadal nie wierzysz własnym zmysłom. Uważasz, że ogarnia Cię szaleństwo a „starzec w kapturze” (wiem, że tak o mnie myślisz) jest tylko wytworem Twego skołowanego umysłu. Po przeczytaniu tego listu nadal będziesz sobie wmawiać obłęd i omamy, prawda? Bardzo łatwo uda Ci się zignorować moje rady, skoro uznasz je za halucynacje. Dopóki nie uwierzysz w ich faktyczne istnienie, dopóty nie zastanowisz się nad ich słusznością. Dlatego postanowiłem zagrać w otwarte karty. Ujawnię swoją twarz, powiem Ci dokładnie, co się stanie, jeśli ożenisz się z Lindą. Zrobię to nie bacząc na konsekwencje. A teraz uważaj, będę na ciebie czekać w sopockim lesie w pobliżu ulicy Reja, koło dużego głazu. Wiesz, gdzie to jest, jeździłeś tam z rodzicami na grzyby. Przyjedź jak najszybciej.” Maksymilian przeczytał list jeszcze kilka razy, licząc na to, że w końcu pojmie jego znaczenie. Stało się wręcz przeciwnie, w głowie miał coraz większy zamęt. Starał się z cyklonu przypuszczeń, faktów, obrazów wydobyć chociaż jedną rozsądną myśl. Powoli wyłoniło się postanowienie. Pojedzie do lasu i spotka się z mężczyzną w płaszczu. Pozbędzie się wreszcie tej cholernej niepewności, męczącej go od tak dawna.
Kilka godzin później Marta Leśniewska siedziała w dużym holu teatru Wybrzeże i czekała na werdykt. Jeszcze przed chwilą stała pełna tremy na scenie i czytała fragmenty sztuki, w której miała nadzieję wziąć udział. Starała się nie patrzeć na surowe (jak jej się zdawało) oblicza dyrektora teatru oraz autora „Pałającej duszy”, pana Porzeczkowskiego i zauważać na widowni jedynie twarz Karola, rozświetloną pełnym otuchy spojrzeniem. Grała najlepiej jak potrafiła. Teraz powinna spokojnie oczekiwać końca narady trzech mężczyzn. Nie czuła jednak spokoju. Przecież w tej chwili ważyły się losy jej dalszej kariery. Nie musiała czekać długo. Nie minęło pięć minut i zjawił się obok niej Galimski. - Przyjęli cię. Dostałaś tę rolę. - Naprawdę?! – wykrzyknęła. Do tej pory bardzo wątpiła, czy nadaje się do czegoś lepszego od średniowiecznych przedstawień w Gniewie. - Naprawdę. - Dziękuję! Gdyby nie ty... - Ja tylko ułatwiłem ci rozwój talentu. Powiem szczerze, że do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy sprawdzisz się na scenie, lecz tak dobrze wczułaś się w czytany tekst, że wszelkie moje wątpliwości opadły. Byłaś świetna! Dyrektor jest tego samego zdania. Jedynie autor kręci nosem, ale nie przejmuj się... Scenarzyści zwykle są tacy wybredni. Pisząc, wyobrażają sobie nie wiadomo kogo i potem zwykli aktorzy im nie pasują. Tak czy inaczej Porzeczkowski został przegłosowany. Dyrektor przemawia mu teraz do rozumu, choć wątpię, czy odniesie to jakiś skutek – uśmiechnął się porozumiewawczo. - Powinieneś zostać aktorem. Masz wspaniały uśmiech. Mógłbyś reklamować pastę do zębów. - Dzięki, pozostanę przy reżyserce. Nie podlizuj się. Czeka cię ciężka praca. Jestem wymagającym perfekcjonistą i bywa, że zatrzymuję aktorów do nocy, aż wreszcie zagrają tak, jak mi się podoba – żartował. – Ale tym będziesz się martwić później... Najważniejsze, że dostałaś rolę w dobrym przedstawieniu, w porządnym teatrze. Może to uczcimy? – zaproponował. – Zaproszę cię na przykład do siebie na obiad. Przy okazji poznasz moją żonę. - Dzisiaj nie mogę – odmówiła, bo nagle pomyślała, że mogłaby uczcić swój niespodziewany sukces z kimś innym. - Więc zobaczymy się dopiero na próbie? – spytał zawiedziony. - Przykro mi. Odłóżmy świętowanie na inną okazję. - Na przykład na premierę? Słusznie. Wtedy będziemy cieszyć się całą parą, jeśli sztuka odniesie sukces, w co nie wątpię. Skoro nie masz dzisiaj czasu, to ja wracam do dyrektora i autora. Musimy obgadać jeszcze masę szczegółów. Pożegnawszy się z Karolem, Marta wyszła z teatru na zalany słońcem plac. Rozejrzała się, szukając budki telefonicznej. Pragnęła jak najszybciej podzielić się z kimś swoją radością. Zadzwoni do Wilhelma. Chyba już wrócił z pracy? W tej chwili nie czuła żadnej niezręczności, skrępowania, wynikającego z wiedzy o jego uczuciach dla niej. Rozpierała ją radość i duma. Od dawna nie czuła się tak bardzo szczęśliwa, od całych tygodni nie czuła się szczęśliwa w ogóle. I co z tego, że Wil mnie kocha? – myślała – Czy to jest powód, dla którego mam go traktować inaczej niż dotychczas? On nie wie, że domyśliłam się jego miłości, jest rozsądny i nie zrozumie opacznie moich ewentualnych żartobliwych flirtów. Dlaczego wcześniej wydawało mi się inaczej? Nie powinnam była ostatnio utrzymywać między nami takiej rezerwy. Mógł poczuć się tym urażony. Dzisiaj mu to wynagrodzę. Pokażę, że uważam go za wspaniałego przyjaciela. Tylko trzeba znaleźć budkę telefoniczną... - Hej! Marta! – usłyszała za sobą głos. Odwróciła się i ze zdumieniem ujrzała Wilhelma, biegnącego w jej stronę. – Gratuluję! Szukałem cię w teatrze i dowiedziałem się, że zostałaś obsadzona w „Pałającej duszy”. - Właśnie miałam do ciebie zadzwonić. - A ja postanowiłem, że będę czekał na ciebie przed teatrem i od razu dowiem się, jak ci poszło. - Cieszę się, że cię widzę – uśmiechnęła się serdecznie. – To dla mnie wielki dzień i chciałabym jakoś go uczcić z życzliwym człowiekiem. A ty i Róża jesteście moimi jedynymi przyjaciółmi. - Będziemy celebrować! Jakieś propozycje? Wobec tego pozwól mi wybrać. Myślę, że możemy pójść do pewnej nowej restauracji. To niedaleko stąd. Zapraszam cię. - No, nie wiem... Wypada, abym to ja stawiała, przecież to mój sukces. - Gadanie... – lekceważąco machnął ręką. – Zapraszam cię i kropka. - Dobrze, skoro nalegasz – zaśmiała się pełną piersią, gdyż zdała sobie sprawę, że wszelkie jej opory wobec Wila opadły. Poczuła, że ten sympatyczny mężczyzna nie dąży na siłę do większej zażyłości. Kocha ją, lecz także szanuje i nigdy wbrew jej woli nie przekroczy granic przyjaźni.
Maksymilian nie od razu pojechał na spotkanie z człowiekiem w płaszczu. Zbierał się w sobie kilka godzin, całkowicie zaniedbując pracę. Siedział spokojnie, jedynie nerwowe ruchy dłoni mogły świadczyć o jego zdenerwowaniu. Dopiero kilka minut po czternastej uspokoił się na tyle, aby móc prowadzić. Wyszedł z pokoju i opuścił fabrykę, nie reagując na protesty Kowalskiej, ani na pytania podwładnych. Poszedł prosto na osiedle Lindy, gdzie wczoraj zostawił zaparkowany samochód. Jadąc ulicą Reja, mocno zaciskał ręce na kierownicy. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek wcześniej był tak bardzo zdenerwowany. Starał się odpędzić od
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…