Ostrze cienia
Fragment historii tego potężnego a zarazem niebezpiecznego artefaktu. Niezwykły miecz wykonany z nieznanych materiałów, dający posiadaczowi ogromną moc nieśmiertelności, ale za pewną cenę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ostrze cienia.
Fragment historii tego potężnego a zarazem niebezpiecznego artefaktu. Niezwykły miecz wykonany z nieznanych materiałów, dający posiadaczowi ogromną moc nieśmiertelności, ale za pewną cenę.
8 maja1612 roku przed erą imperium. Dwa niewielkie galeony jeden należący do Cesarskiej Floty Haliburgu i jeden pod banderą Kultu Afabolisa oraz dwie kogi Cesarskiej Floty Haliburgu sunęły na pełnych żaglach ku południowej części największej z Wysp Czaszek. Była to najbardziej skalista i najbardziej ufortyfikowana wyspa spośród wszystkich wysp archipelagu kontrolowanego w całości do piratów. Kolejna z rzędu wojna z piratami zaczęła się siedem lat wcześniej w roku 1619 p.e.i., jednocząc wszystkie państwa Kety przeciwko pladze jaką stały się pirackie ataki na statki handlowe i porty. Silne wiatry sprzyjały ich szybkim statkom, co nie na rękę było ich wrogom. Mimo iż Wyspy Czaszek znajdowały się ok. 2000 km od najbliższych osad, piraci pojawiali się równie szybko, co znikali z łupem. Ochrona okrętów na nic się zdawała. Piraci korzystali z nowej broni, dzięki której byli w stanie zatopić albo poważnie uszkodzić okręt. Nazywali to armatami. Jedynie co większe statki miały w swej załodze magów którzy mogli stanowić skuteczną alternatywę przeciwko armatom. Wszystko pogarszał fakt, że oprócz piratów nikt na Kecie nie wiedział jak działają armaty i że potrzeba do nich prochu, którego też nikt nie potrafił produkować. Jednak zmasowany atak na ich siedziby przy użyciu floty wszystkich państw miał szansę powodzenia. Dwa lata później, w 1617 floty zjednoczonych przeciw piratom państw uderzyły na Wyspy Czaszek. Piraci posiadali liczną flotę, armię i wiele rozbudowanych twierdz i zamków na jeszcze liczniejszych wyspach i wysepkach. W dodatku świetnie znali własne terytorium, znając każdą najmniejszą nawet wysepkę, a wiedza o podwodnych skałach i mieliznach była wręcz nieoceniona. Również niezwykły system komunikacyjny przekrzywiał szalę zwycięstwa na stronę piratów. Lustra z polerowanego metalu zwane Zwierciadłami Widzenia pozwalały na skomunikowanie się z drugim takim lustrem niezależnie gdzie ono się znajdowało. Zostały one wynalezione przez karamińskiego maga Ky’Bra Yforna i wykupione przez piratów. Wkrótce potem mag zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Flota, jaka przeciwstawiła się piratom była jednak na tyle potężna i dobrze zorganizowana, iż szybko zaczęła odnosić zwycięstwa, po kolei zajmując wyspy. Okręty były już na tyle, blisko że można było dostrzec twierdzę na południowym krańcu Wyspy Węża (tak zwali ją piraci ze względu na jej kształt, długa i powykręcana). Twierdza opierała się o górski masyw, jaki ciągnął się przez całą wyspę, tworząc z kilku swych murów tarasy. Na lewym krańcu twierdzy znajdowało się wybrzuszenie utworzone z najniższego muru, za którym znajdowały się ważniejsze zabudowania. Niewielka odległość, jaka dzieliła flotę koalicji umożliwiła ostrzał z tarasów. Śmiertelne dla okrętów armaty nie sprawdzały się już jednak. Ostrzał był słaby a w dodatku niecelny. Siły piratów były już mocno nadszarpnięte kilkuletnimi walkami, załoga twierdzy nie była, więc elitarna, a w dodatku był to już jeden z nielicznych broniących się jeszcze punktów. Wraz z kolejnymi metrami pociski spadały coraz bliżej, niektóre uderzały nawet w statki, powodując jednak więcej strachu niżeli szkody. Ostrzał był równie krótki, co nieskuteczny, większość piratów skierowała się na plażę, aby tam oczekiwać uderzenia. Z bramy w wybrzuszeniu, zaczeli wybiegać piraci, każdy uzbrojony w inną broń i różnego rodzaju zbroje. Utworzyli na plaży kilkurzędową linię. Posiadali też małą liczebnie chorągwie kawalerii, która pozostała przy bramie wraz z dowódcą twierdzy Ymehem. Kilka metrów za liniami piechoty stał niewielki drewniany podest, na który wdrapał się jakiś pół - nagi człowiek. Sto metrów od brzegu okręty zatrzymały się. A marynarze zaczęli spuszczać na wodę małe łodzie. Te w momencie zapełniały się żołnierzami i płynęły wprost ku plaży. Pół nagi mężczyzna, który stał na podeście z licznymi magicznymi tatuażami, wyciągnął w górę ręce i wydał z siebie krzyk, który nie wzbudził żadnego przerażenia. Ale kiedy wyprostował przed siebie ręce pojawiała się przed nim niebieska kula, która po chwili zmieniła kolor na czerwony. Ta w mgnieniu oka poleciała w kierunku „Świtu”, największego z Haliburskich galeonów biorącego udział w desancie. Kiedy kula zetknęła się z kadłubem Świtu , okręt eksplodował na tysiące drzazg. Haliburskich piechurów, którzy przeżyli uderzeni wciągały pod wodę ciężkie zbroje, nie dając im żadnych szans na przeżycie. Z okrętu uratowało się jedynie kilku marynarzy. - Rozwalili nam okręt – Mruknął porucznik Marynarki Królestwa Elfów, Etopar Eurynomos, który wraz z wieloma elfimi marynarzami włączony został do sił Haliburgu siedział na czele łodzi i obserwował płonące szczątki Świtu - Trzeba będzie pozbyć się tego maga – Tilho Oryyp elfi bosman wskazał na podest - Tak zanim odzyska siły. Wiosłujcie mocniej – Krzyknął do swych rodaków na łodzi. Jak tylko łodzie były dostatecznie blisko łucznicy na łódkach wypuścili pierwszą salwę strzał. Mimo kołysania większość strzał, szczególnie elfie doleciały do linii wroga. Piraci pozbawieni tarcz i bez ciężkich pancerzy padali od nich jak muchy. Rozrzedzili, więc swe szyki i kolejne salwy były już mniej skuteczne. Jak tylko łodzie dobiły do brzegu przed liniami piratów pojawili się muszkieterzy, wypuszczając salwę z prymitywnych muszkietów. Ciężka piechota Haliburgu nie poniosła żadnych strat dzięki dobrym pancerzom, również orki Kultu odczuły kule jedynie jako ukucia. Jedynie kilkoro elfów padło od kul, były to jednak głównie rany do wyleczenia. Broń prochowa była niezbyt popularna, tka wśród piratów jak i w przyszłości nawet na kontynencie, nie była, więc doskonalona. Po wystrzeleniu jednej salwy piraci ruszyli na opuszczających łodzie żołnierzy. Dwu metrowe orki, o ciemnej skórze i długich czarnych włosach, w swych blado zielonych ciężkich zbrojach płytowych wprawione na trudach bagien Zobny pierwsze wyszły z wody, przebiegły kawałek plaży i rozpoczęły walkę z piratami od razu przejmując inicjatywę. Swymi ogromnymi, ponad metrowymi mieczami rozcinali piratów na kawałki. Kilkoro haramidów dowodzących orkową armią również dziesiątkowali wyjętych spod prawa. Haliburska ciężka piechota poradziła sobie znacznie gorzej, piraci dopadli ich jak jeszcze byli w wodzie, co znacznie utrudniło im walkę. Eurynomos i dwudziestu elfich marynarzy wylądowało między Haliburczykami a orkami, na wprost przed magiem, który zbierał się do kolejnego czaru. Czarna horda orków bardzo szybko zaczęła spychać piratów w głąb plaży, co wykorzystał elfi porucznik. - Szybko musimy wykończyć tego maga zanim zmiecie nas z plaży – Krzyczał do swych żołnierzy, których część zajęta była już walką Elfy nie były zbyt zadowolone, iż muszą walczyć ramię w ramię z orkami, a w szczególności z „mrocznymi elfami” jak zwano haramidów. Niemniej jednak Eurynomos wraz z towarzyszami korzystając z impetu orków powoli acz skutecznie wycinał sobie drogę do podestu. Piasek sypki i drobny nie sprzyjał walczącym po oby dwóch stronach. Szczególnie ciężka piechota Cesarstwa Haliburgu nie radziła sobie na takim gruncie. Drobinki piasku dostawały się przez szczeliny w zbroi, sprawiając problemy w ruchu elementów. Kilka minut później oddziały orków przebiły się przez linie piratów i uderzyły na nich od tyłu. Korzystając z tego podkomendni Eurynomosa ruszyli w kierunku maga gotowego już do rzucenia kolejnego czaru. Wraz z 8 elfami pokonał czwórkę strażników maga, wdrapał się na podest i wbił swój półtora ręczny miecz w czarodzieja trzymającego kolejno kulę. Wódz piratów Ymeh w czarnym płaszczu przykrywającym całe jego ciało i wszelkie kończyny, ruszył wraz z kawalerzystami na pole bitwy. Piraci znajdowali się już w okrążeniu między Haliburczykami a orkami Kultu, szarża Ymeha niewiele mogła już zdziałać. Dowódca południowego fortu uderzył wprost na porucznika Etopara. Mimo sypkiego piachu kawaleria bardzo szybko dotarła do walczących. Większość kawalerzystów postanowiła jednak zaatakować orków. Sam Ymeh oraz kilku piratów podjechało do podestu. - Zabiłeś nam najlepszego maga. Zginiesz za to!!!! – Wycharczał spod kaptura dowódca piratów Spod płaszcza wyciągnął sporych rozmiarów zawiniątko. Podczas gdy elfy walczyły z kawalerzystami, Ymeh odwinął ogromny jednosieczny zakrzywiony miecz, zgrubiony na końcu z dużym kolcem na tyle. Miecz cały wykonany był ze stali, lecz samo ostrze i kolec wykonane było z czarnego, nieznanego i matowego materiału. Nie było na nim żadnych zdobień ani znaków. Jedynie na okrągłym jelcu znajdowały się mocno przytarte litery. Rękojeść pokryta była szarą skórą, a kulista głowica wykonana z niebieskiego topazu posiadała dwie symetrycznie umieszczone pary oczu, z ognistego opala. Zakapturzona postać kilkakrotnie próbowała ciąć elfa z konia, ale ten skutecznie unikał ciosów. Ymeh zeskoczył z konia na podest i ruszył wprost na Eurynomosa. Elf uniknął pierwszego uderzenia, ale kolejne musiał sparować. Półtora ręczny, stalowy miecz, typowy dla oficerów Marynarki Królestwa Elfów nie wytrzymał i lekko się zgiął. Dodatkowo cios był na tyle mocny, iż wyrwał go z ręki porucznika Etopara. Kolejne ciosy Ymeha były również nieskuteczne, szybszy elf uchylał się przed kolejnymi powolnymi ciosami. Kiedy wódz piratów szykował się do kolejnego cięcia Eurynomos rzucił się na niego, Ymeh widząc co czyni elf zrobił krok na bok a napastnik spadł z podestu na plażę. Ymeh zeskoczył na niego, ale Eurynomos poturlikał się na bok unikając uderzenia zakrzywionym mieczem. Wódz piratów gładko wylądował na piasku i zaraz został zaatakowany z przodu przez orkowego marynarza uzbrojonego w partyzanę. Obracając rękę odbił cios partyzany na bok rozrywając sobie płaszcz, obrócił się w prawo podskoczył i niezwykle precyzyjnym cięciem pozbawił ogromnego orka głowy. Elf nieco przeraził się widząc, z jaką łatwością Ymeh pokonał orkowego marynarza. Orki, choć były uważane za mięso do walki, były dość wymagającymi przeciwnikami, choćby ze względu na swą siłę, opancerzenie i ciężkawą broń. Jedna wrodzona elfi odwaga kazała mu walczyć dalej. - Teraz twoja kolej ty marny elfie! – Jednak głos miała już bardziej normalny - No to chodź i spróbuj – Na odpowiedź elfa Ymeh ruszył na niego z podniesionym do góry mieczem. Eurynomos chwycił partyzanę Kultu i chciał ją wbić w odsłonięte ciało pirata, broń była jednak zbyt masywna dla niego i za chwilę musiał uniknąć silnego cięcia Ymeha. Odskoczył w bok i wbiegł pod podest, dowódca piratów ruszył za nim i swym mieczem z łatwością rąbał drewniane rusztowania podestu. Wycofujący się Eurynomos potknął się o wystającą z ziemi deskę i upadł na plecy. Ymeh nie tracąc czasu chciał dobić leżącego porucznika. Eurynomos wyciągną szybko swój falisty sztylet, jeszcze szybciej się podniósł i wbiegł na pędzącego Ymeha wbijając mu sztylet w bok. Wódz piratów z południowej fortecy wypuścił ogromną klingę i swym impetem przewrócił ponownie elfa i przygniótł do ziemi. - To jeszcze nie koniec – warknął pirat i spróbował podnieść się z ziemi. Eurynomos odrzucił go z siebie i chwycił wprędce miecz Ymeha. Jak tylko ten zaczął się podnosić z piachu i wyciągać sztylet, Etopar Eurynomos odrąbał mu głowę tak samo szybko i łatwo jak Ymeh zrobił to orkowi. Bitwa była już w tym momencie niemal zakończona. Żołnierze Haliburgu zajmowali powoli fortecę a orki i haramidzi łapali pozostałych przy życiu piratów. Elfy na tymczasowej służbie Haliburgu, podkomendni porucznika Etopara pilnowali związanych jeńców. Sam Eurynomos usiadł obok ciała Ymeha pod podestem, na którym leżało ciało maga. Ciągle trzymał miecz pirata przyglądając mu się uważnie. Młody elf (miał dopiero 235 lata) postanowił zatrzymać owe ciekawe ostrze i zabrać je do domu. Jedynym problemem było noszenie miecza, dość nietypowe ostrze nie mogło mieć pokrowca. Zabrał, więc leżący nieopodal spory kawałek materiału nasączony olejem, w który Ymeh owijał ostrze, aby nie zardzewiało. Koło szmaty leżała głowa Ymeha bez kaptura. Jego twarz jak i całe ciało wyglądało okropnie, jak trup. Mocno zniszczone i częściowo nadgnite. Nie mogąc znieść tego widoku elf, skierował się ku swym towarzyszom, na chwilę jednak stanął spoglądając na pole bitwy i twierdzę piratów. Na murach twierdzy zawisły już sztandary Cesarstwa Haliburgu, oraz jeden Kultu. Na plaży panował ruch jak na rynku jakiegoś dużego miasta, grupy orków skrzętnie uprzątały plaże zbierając wszystkie ciała i pozostawiony oręż. Również ciało Ymeha zostało zabrane do twierdzy. Elf odwinął miecz i spojrzał na niego jeszcze raz. Do stojącego Eurynomosa podszedł jeden z haramidzkich oficerów w blado zielonej lekkiej zbroi, bez hełmu ani rękawic. Miał nietypowe jak dla haramidy blond włosy związane w kucyk i przeraźliwe czarne oczy. - Piękne ostrze. – Odrzekł miłym głosem - Jesteś haramidą. Czego więc ode mnie chcesz – Eurynomos nawet nie spojrzał na haramidę. - Wygraliśmy czy to nie powód żeby się cieszyć – po chwili milczenia dodał – Wy elfy nienawidzicie nas nawet, kiedy walczymy po jednej stronie. - Mamy do tego powody – dumnie odrzekł porucznik - Zapewne. Jednak spędzimy tu trochę czasu. Jestem Abzur, dowodzę tu lądowymi chorągwiami Kultu. Jutro przejmuje dowództwo nad całą fortecą. Na pewno się jeszcze spotkamy. Miło był poznać jakiegoś miłego elfa. - Nie mogę tego samego powiedzieć o tobie - Trudno – Abzur obrócił się i poszedł w kierunku swych oddziałów, po kilku krokach jednak obrócił się i powiedział – Uważaj na ten miecz - Niby dlaczego miałbym cię posłuchać – pachnął elf - My także jesteśmy boskimi tworami, choć naszego boga wszyscy nienawidzą. Potrafimy kochać i czuć – Haramida spojrzał w ziemie i dodał – Ten miecz jest niebezpieczny. Abzur nie powiedział nic więcej, ani nawet dlaczego miecz jest niebezpieczny. Obrócił się i odszedł. Eurynomos zawinął z powrotem ostrze i poszedł do swych rodaków, całkowicie ignorując słowa Abzura. Wojska Haliburgu i Kultu okupowały twierdzę przez rok, likwidując ukrywających się po lasach i górach piratów. 15 Lipca 1611 roku po Haliburczyków i oddziały im podległe przypłynęły dwie kogi. Twierdza ostatecznie przeszła przed kontrolę Kultu i Abzura na 300 lat, po których przejął ją Ahiburg i po 50 latach stracił na rzecz piratów. Eurynomos płynął razem z pozostałymi elfami i żołnierzami Cesarstwa do Egesaz, Haliburskiego portu na wyspie Rydo. - To gdzie się teraz udasz? – Zapytał bosman Tilho. - Do najpiękniejszego miejsca na Ziji. Gdzie rosną bujne lasy, pełno jest zwierzyny i piękne są kobiety oraz budowle. - To znaczy gdzie, pełno jest takich miejsc. Szczególnie w naszym kraju. - Do Thori, moje rodzinnego portu – Eurynomos odwrócił głowę od Oryypa i spojrzał w kierunku gdzie leżało Thori, największy port Królestwa Elfów – I przez Kilkaset następnych lat nie chcę słyszeć o żadnych wojnach. - Zapomniałem, że wy ze wschodu nie przepadacie za walką - Tak wy lubicie walczyć, wręcz kochacie walkę. Aż garniecie się do wypadów za Ottot, tak samo jak orki. Ja tu jestem, bo muszę, taki rozkaz. - Przecież jesteś ze szlacheckiego rodu, nie musisz walczyć jak zwykły żołnierz. - Mój wuj jest lordem Aspuku i nienawidził swego brata, czyli mego ojca. Dalej chyba nie muszę ci tłumaczyć. - Nie musisz. Po miesięcznym rejsie okręt Haliburgu „Słoneczny Pył” zbliżał się do portu Egesaz, spokojnie sunąc po wodzie wzdłuż brzegu wyspy. Eurynomos, wraz ze swym nowym mieczem przywiązanym do pleców, jak wszystkie elfy o poranku wyszedł podziwiać widoki. Po chwili rozległ się krzyk. Marynarz na bocianim gnieździe zaczął coś krzyczeć, część załogi spoglądała w górę i wskazywać palcami na niebo. Eurynomos podbiegł do sterburty i również spojrzał w górę. Na niebie widniała czarna smuga pozostawiona przez rozgrzany do białości meteoryt. Ogromny skalny odłamek leciał wprost na Egesaz. Kapitan Lyx Nwar rozkazał zawrócić okręt, ale na niewiele mogło się to zdać. Kilka sekund później meteoryt uderzył w miasto zmiatając je z powierzchni Ziji. Fala uderzeniowa wraz z fragmentami miasta i skał uderzyła w okręt niemal przewracając go. „Słoneczny Pył” uratowało jedynie to, że nie wszystkie żagle były postawione. Szczątki cegieł i skal podziurawiły okręt i połamały część omasztowania. Jednak był to dopiero początek. Fala uderzeniowa meteorytu podniosła ogromną 10 metrową morską falę rozchodzącą się od portu. Woda uderzyła w kogę roztrzaskując statek na kawałki i pochłaniając niemal całą załogę. Tylko niektórym udało się przeżyć i wylądować na plaży wyspy Rydo. Etopar Eurynomos został znaleziony nieprzytomny na kontynencie. Jednakże nie w pobliżu Rydo, lecz ok. 4000 km od Rydo, niedaleko na północ od Ytyshe portu w Księstwie Raxau. Mocno wyczerpany i wyziębiony dawał jednak oznaki życia. Przez kolejny rok żył wśród Raxańskich rybaków, odpłacając im za pomoc, jakiej mu udzielili. Obywatele Raxau nie przepadali zbytnio za elfami, choć nie w całym Księstwie tak było. W końcu Eurynomos wrucił do ojczyzny i osiadł w Thori. Zajął się tam rekrutacją załogi na statki, ale nie zaspokajało to jego duszy. Nie ciągnęło go również z powrotem na morza i oceany jak każdego marynarza. Czuł się coraz gorzej. Jak nigdy w jego umyśle pojawiały się myśli o walce, a później nawet o jakiejś wojnie. Minęły dwa lata a myśli te nasilały się, Eurynomos stawał się coraz bardziej niespokojny tym faktem. W niedzielę 12 marca 1608 roku p.e.i. Wyruszył z Thori do Otaxe, gdzie mieszkał Gikymbar, jago mentor i nauczyciel. Gikymbar nosił szlachetny tytuł mędrca i jak każdy elfi mędrzec pochodził jeszcze z okresu, gdy na Kecie powstały dopiero elfy. Po dwunastodniowej podróży Etopar Eurynomos dotarł do leżącego na uboczu, 700 km na zachód od Thori, Otaxe. Miasto a właściwie miasteczko znajdowało się w obrębie murów zamku a mieszkało w nim 600 elfów nie licząc żołnierzy. Zamek leżał na niewielkiej równinie między lasem Esburg a Elfią Puszczą. Gikymbar mieszkał od kilkuset lat na zamku należącego do burgrabiego Esburgu Clyira Ulhwo. Kiedy przybył tam Eurynomos burgrabiego nie było na zamku. Wyruszył na zjazd elfiej szlachty i magnaterii w Newli, stolicy Królestw Elfów. Na czas jego nieobecności władzę nad zamkiem i włościami burgrabiego przejął Gikymbar. Mędrzec z chęcią przyjął jednego ze swych uczniów, szczególnie że szukał pomocy. Po obiedzie Gikymbar i Eurynomos udali się do biblioteki zamkowej, aby w spokoju porozmawiać przy kielichach wypełnionych Rimmońskim winem. - Co cię trapi mój chłopcze – Gikymbar usiadł w fotelu i wziął do ust kielich z winem. - Nie wiem, czuję się strasznie, ciągle myślę o walce. Zupełnie jak szlachcice z zachodu. A ja...przecież pochodzę z nad morza. Tak nie powinno być. - Nie jestem medykiem, aby sprawić abyś poczuł się lepiej. Być może po prostu polubiłeś wojnę. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, Być może śmierć twego ojca tak na ciebie wpłynęła. - Mój ojciec zaginął wraz z Jarcilem Cile, kiedy próbowali opłynąć Ketę. To było tak dawno temu, co to może mieć wspólnego z wojną. - Twój ojciec był żołnierzem, chciał zdobyć sławę na wojnie. - Wiem. Jednak nie zmienia to faktu mego złego samopoczucia. To, że ciągle myślę o wojnie mogę jeszcze przyjąć, ale dlaczego kiedy nie walczę to mam wrażenie jakbym się starzał. - Przecież jesteś elfem – Roześmiał się Gikymbar – starość nam i haramidom nie grozi. - Mam takie myśli, od kiedy obudziłem się na Raxańskiej plaży. Niektóre włosy mi siwieją i wypadają, sam zobacz. - Niemożliwe – Gikymbar przyjrzał się dokładnie Eurynomosowi – Dziwne masz rację wyglądasz jakbyś się powoli starzał. - Moja skóra jest inna. Nie wiem co się ze mną dzieje. Dopiero kiedy walczę czuję się lepiej. - Trudno mi powiedzieć. Być może jakaś klątwa. Ale jesteś elfem i do tego potrzebny byłby rytuał przeprowadzony przez potężnego maga. Nie sądzę jednak abyś miał tak potężnych wrogów. – Gikymbar pogłaskał się po łysej brodzie i dodał – Albo jakiś artefakt. Masz może coś nowego. - Podczas walki z piratami zdobyłem miecz. Tylko tak jak mówię to się zaczęło, kiedy znaleziono mnie w Raxau. A nie kiedy znalazłem miecz. - Nie szkodzi pokaż mi ten miecz. Eurynomos wyszedł bez słowa z biblioteki. Wrucił po kilku minutach z mieczem zawiniętym w nasączoną olejem szmatę w dodatkowym skórzanym pokrowcu. Usiadł i zdjął pokrowiec. Odwinął szmatę i podał zakrzywione ostrze Gikymbarowi. Ten uważnie przyjrzał się mieczowi, przez kilka minut studiował napisy na jelcu, przejrzał kilka ksiąg. W…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil chajr-ad-din
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…