Wróć do katalogu

Pani Breese

Ta cała sytuacja mi się przyśniła. jest to krótka cz.1 - bardzo nietypowy sen. Przyśnił mi się w kwietniu br, a nadal nie mogę o nim zapomnieć! Proszę o oceny i konsruktywne komentarze! :))

bhn, opublikowano , 18 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

rozdział pierwszy. ,,Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi”

Tego dnia czas w centrum handlowym mijał mi bardzo szybko. Dookoła przechadzali się ludzie, którzy pędząc za udanym zakupem zachwycali się manekinami stojącymi na wystawach. Pozjadali wszystkie zmysły. Stałem wówczas nad ogromnym szklanym dachem w samym sercu obiektu. Hałas, dziwne dźwięki, a w oddali muzyka – podobna do tej, którą wydaje katarynka. Ludzie biegną. Są wszędzie, za mną, przede mną. Biegną od sklepu do sklepu, od kasy do kasy. Otwierają portfele, wysypują monety, krzyczą i klną. Wszystko wydawałoby się normalne gdyby nie sześcioosobowa grupa dziwnie wyglądających osobników, która powoli zbliżała się w moją stronę. Miałem wrażenie, że związani są z jakimś reality show lub innym programem telewizyjnym. Zdradzała ją dwójka kamerzystów, którzy mimo zakazu palenia przeciągali tanie papierosy. W tej samej chwili, przez szklaną szybę w suficie właśnie zaczęły wydobywać się promienie wiosennego słońca. Spojrzałem w niebo, które przez chwilę przypominało nierealistyczny efekt uzyskiwany przy pomocy jakiegoś programu graficznego. Chmury przypominały wschodni, ornament, który otaczał jasny punkt – słońce. Jakby ktoś wziął pędzel i namalował rękoma natury pejzaż nad moją głową. Wszystko trwało mniej więcej pięć minut. Po chwili zarzuciłem plecak na ramię i udałem się w stronę bufetu, przy którym siedziały młode twarze telewizji. Rzadko spotykało się tam taki widok. Usiadłem zaciekawiony przy drewnianym stoliku, jak najbliżej kamerzysty. Z ciekawością, kątem oka spoglądałem na maszynę, którą trzymał na ramieniu. - Chłopcze my tu pracujemy! – odparł zdenerwowany kamerzysta. Rozumiejąc co miał na myśli zacząłem szukać innego, spokojnego miejsca do spoczynku. Stoliki były zajęte, tylko jeden wydawał się dla mnie dostępny. Siedziała przy nim kobieta. Miała podłużną twarz, nieuczesane blond włosy i szerokie oczy. Jedno oko czarne, drugie zaś zielone, a na jej szyi wisiała podobizna pudla. - Nie sprawię pani kłopotu dosiadając się? – zapytałem z lękiem. - Wręcz przeciwnie, dobrze jest widzieć nieskażonego młodzieńca w czasach gdy nawet uśmiech jest cyniczny – odrzekła. - Nieskażonego? – zapytałem nie rozumiejąc sensu wypowiedzianych przez nią słów. - Ludzie już nie są naturalni. To tylko kukiełki w ogromnym teatrze życia. Mówiła to z taką pewnością jakby znała osobowość każdej istoty ludzkiej żyjącej na tej ziemi. Szczerze to nie wiedziałem dlaczego mi to mówi i jaki jest cel jej słów. Byłem tylko nieznajomym, przypadkowym człowiekiem, który przysiadł się do niej. Nigdy wcześniej jej nie widziałem, a byłem tego pewien, miała przecież bardzo charakterystyczną, jedyną w swoim rodzaju urodę. Wyglądała na życiową profesjonalistkę, jej duszę zdradzały oczy, które pomimo swojego nienaturalnego koloru połyskiwały się jak diamenty przy zachodzącym majowym słońcu. Przez kolejne chwile nie odzywała się. Zamilkła. W oddali słychać było nadal te same dźwięki - katarynkę, szum i jęki podekscytowanych zakupami ludzi. Odniosłem wrażenie, że nagrane są na jakąś taśmę, którą włącza jakaś siła wyższa, może Bóg? - Jest tutaj pani codziennie? – zapytałem. - Od dwudziestu czterech lat – odparła łamiącym się głosem. Po wypowiedzeniu tych słów spojrzała w górę na słońce chowające się za podartymi przez wiatr chmurami. - Co roku, piętnastego maja jest takie samo. Słońce, chmury. Od miliardów lat towarzyszą nam w niezmienionej formie. Słońce jest niemym świadkiem wszystkiego co nas otacza. – mówiła, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. - A ludzie? – zapytałem donośnym głosem. Tajemnicza kobieta nie dała mi żadnej odpowiedzi, jej głowa wciąż skierowana była ku górze, a jej łzy długo spływały po jej policzkach. Wszystko nagle we mnie ucichło. Nie docierały już do mnie żadne dźwięki. Nie słyszałem już szumu, spadających na posadzkę monet, a nawet katarynki. Za chwilę udało mi się usłyszeć jedynie spadające na stolik łzy nieznajomej. To była magiczna chwila. Jakby ktoś, może Bóg, nacisnął ,,stop” i zatrzymał taśmę. Nie rozumiejąc niczego, przestraszony, opamiętałem się i powiedziałem: - Co się dzieje? Dlaczego mi pani o tym mówi?! Powoli skierowała głowę w dół i patrząc głęboko w moje oczy powiedziała: - Musiałam to powiedzieć, bo Bóg włączył taśmę. Były to ostatnie słowa, które wypowiedziała w mojej obecności. Patrząc wciąż w moje oczy wstała, podniosła porcelanową filiżankę kawy i odwracając się powoli zatopiła się w korytarzu pełnym ludzi. Przerażenie nie znikało z mojej twarzy, miałem wrażenie, że czytała w mych myślach i dokładnie wiedziała kim jestem. Jak ona to zrobiła? . Kiedy dźwięki otaczającej mnie scenerii stawały się coraz głośniejsze, gwałtownym ruchem strąciłem swoją herbatę, którą niezauważalnie przyniosła mi kelnerka i nie płacąc za nią wyszedłem stamtąd jak najszybciej przewracając kilka krzeseł i potrącając zapracowanego kamerzystę.

Rozdział drugi. ,,Strach się bać’”

Po powrocie do domu długo myślałem nad wydarzeniami z galerii handlowej. Strach nie pozwalał mi odwiedzać tego miejsca przez parę miesięcy. To, czego doświadczyłem piętnastego maja na zawsze utkwiło w mojej głowie. Zastanawiałem się kim była ta kobieta i jak udało się jej - patrząc na mnie wydobyć na wierzch moje prawdziwe ,,ja”. Może to zbieg okoliczności? Może to moje przeznaczenie spłatało mi niezrozumiałego dla mnie figla. Była z pewnością niezwykłą osobą, która naruszyła boską granicę niewiedzy między słowem a myślą. Wydarzenia tamtego dnia, śniły mi się co noc. We śnie wciąż widziałem tą pociągłą twarz, niesprecyzowane oczy. Zresztą, trudno jest się skupić na samym sobie gdy głowę zawraca tylko jeden obraz, i jedna zapamiętana data – piętnasty maja.

* * * * * * * * *

Był już siódmy lipca. Było kilka minut przed siódmą, dziwnym trafem budzik jak nigdy zadzwonił godzinę wcześniej. Wypełniając swoje poranne obowiązki, patrząc w lustro, choć byłem zupełnie sam, dobiegały do mnie ciche głosy. - Chyba zwariowałem! – wykrzyczałem ze wściekłością, a szmer damskiego głosu wydawał się coraz głośniejszy:

Jaśminu poczuj woń, Myśli twych smak, Chodź do mnie, chodź. Poczuje ich znak.

Nagle tracąc z niewiadomego powodu równowagę upadłem na podłogę. - Aaaa! Odejdź! Odejdź! Proszę odejdź. Głos ucichł. Nie był to głos ,,nieznajomej” , bo ten rozpoznałbym wszędzie. Ogarnęła mnie rozpacz, bezsilność i zdenerwowanie. - Kim jesteś! Kim jesteś! Odezwij się! Cisza. Półnagi wbiegłem na pierwsze piętro swojego domu. - Dlaczego się nie odzywasz! Nadal nastała ta sama cisza. Szybko zarzuciłem na plecy koszulę i udałem się w stronę tego samego centrum handlowego. - Znajdę cię, to wszystko przez ciebie! - krzyczałem idąc przez ulice. Wreszcie dotarłem do obrotowych drzwi. Nogi trzęsły mi się z przerażenia i z trudnością utrzymywałem równowagę. Powoli zbliżałem się pod szklaną kopułę, nad którą świeciło młode, poranne słońce. - Otwieramy dopiero o dziewiątej! – powiadomiła mnie kierowniczka bufetu, która dopiero co przyszła otworzyć interes. - Przepraszam, a nie było tu ostatnio takiej pani, o podłużnej twarzy, szerokich oczach i włosach koloru blond? - Nie było tu nikogo, proszę stąd odejść. - To dla mnie bardzo ważne. Ponowiłem to samo pytanie dwa razy, wreszcie zdenerwowana szefowa wykrzyczała: - Ta wariatka nie przychodzi do nas już od dwóch tygodni! To stara pisarka. Idź pan dalej w głąb korytarza ma tam swoją księgarnię. Korytarze były jeszcze puste, w tej grobowej ciszy słyszalne były tylko moje kroki, których dźwięk odbijał się od sklepowych wystaw. Galeria ta była ogromna, wszędzie sklepy i promocje. Nigdzie nie było tej księgarni. Zaułki, korytarze i długie hole – było tego mnóstwo. Byłem totalnie zdezorientowany, nie wiedziałem gdzie jest północ, a gdzie południe. Szedłem dalej, otoczony manekinami i telewizorami plazmowymi, które wyświetlały reklamy jakichś produktów. W głębi była apteka, nagle zaświeciło się logo i napis – „wyroby farmaceutyczne”, czułem, że był to drogowskaz, jakby ktoś chciałby mi pokazać w którą stronę mam iść. Odgłosy moich butów wydawały mi się coraz głośniejsze. Nogi uginały mi się ze strachu. Przeczucie, że spotkam się znów z tą kobietą nie pozwalało mi myśleć o niczym innym. Skręciłem do korytarza, który mieścił w sobie kilka sklepów. Aptekę, jubilera, po środku stała czerwona sofa, a za nią jeszcze kilka punktów sprzedaży. Moją uwagę zwróciło ostatnie pomieszczenie, które jako jedyne było otwarte. Nie było ono oznakowane, na drzwiach nie wisiały informacje o wyprzedażach i promocjach. Pozbawione było jakiejkolwiek reklamy. Pomieszczenie miało zielone ściany, które były przyozdobione futurystycznymi obrazami, pachniało jaśminem.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych