Pani jeziora II cz. II
Kolejna część rozdz. II "Przyglądałam mu się uważnie, nieświadomie analizując każdy jego ruch. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero strzęk otwieranych drzwi samochodu. Co???"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Skołowana jego reakcją po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć. Zdawało mi się, że słyszę jego galopujące serce i przyspieszony oddech. Na twarzy czułam dotyk jego ciepłej dłoni. Wydawało mi się jakby w pewnej chwili zaczęły drżeć mu ręce... Zarumieniłam się lekko, choć pewnie i tak nie było tego widać pod grubą warstwą błota... – Czyżby to z mojego powodu?! - Spuściłam oczy na ziemię, a potem znów je podniosłam. Wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę. Na widok wciąż zdumionej miny zachciało mi się śmiać, powstrzymałam się jednak i ograniczyłam do delikatnego uśmiechu.
Nagle ciepła ręka zniknęła z mojego policzka i zacisnęła się na chwilę w delikatną pięść. Mężczyzna na chwilę spuścił oczy, ale zaraz się zreflektował. Spojrzał na moją zabłoconą sukienkę, a na jego twarzy pojawił się hultajski uśmiech. Oho, pierwsze wrażenie mam już z głowy! - Ja wcale nie „ odstawiałam jakichś cyrków” – wybąkałam lekko poirytowana, cytując jego słowa. - nie jestem chora na umyśle... – Chyba.- ...po prostu szukałam buta... i telefonu... Spojrzał na mnie z góry. Widać było, że powoli odzyskiwał kontrolę nad sobą. Czyżby wyczuł, że nie wywarł na mnie takiego wrażenia jakie ja - o ile się nie mylę- wywarłam na nim... - Tutaj nie znajdziesz raczej budki telefonicznej, ani galerii obuwniczej... – Wyszeptał uśmiechając się zaczepnie w jakiś dziwny, irytujący sposób. Skinął jednocześnie głową w stronę błotnego potoku za plecami. Wydawał się jakby rozbawiony całą tą sytuacją... Opanowanie z każdą minutą powracało na jego twarz... Jakby to co przed chwilą się z nim działo było tylko moim złudzeniem. A może było? - Buta... – Skinęłam, różowiejąc po czubek nosa, na gołą nogę. -... i telefonu... komórkowego oczywiście. Wypadł mi z ręki... – Znów się uśmiechnął, tym razem po prostu drwiąco. Odniosłam dziwne wrażenie, że się ze mnie naigrywał. Jakbym była nie dość upokorzona! Nagle w jego wielkich, szarych oczach rozbłysły miliony złocistych iskierek i wybuchnął dzikim śmiechem. - Trzymaj ! – Powiedział przekrzykując szum deszczu i wciskając mi w rękę parasol. Poderwał się jednym zwinnym ruchem i pobiegł w stronę samochodu. Pokręcił się chwilę przy jego boku i nim się zorientowałam był z powrotem przy mnie. W ręku trzymał znajomy zabłocony przedmiot. Jakim cudem?! - Proszę oto i zaginiony but ! Omal się na nim nie zabiłem wysiadając z samochodu. – Wyjaśnił z niekrytym zadowoleniem widząc moje zdumione spojrzenie. – Na telefon się jeszcze nie natknąłem, ale przy takiej widoczności wątpię, żebym cokolwiek mógł poradzić... Wziął ode mnie parasol i pomógł mi wstać, podając rękę. Chwyciłam za jego przedramię, żeby nie upaść. Aż zaniemówiłam! Od dołu wcale nie wyglądał na takiego mięśniaka... Postawił mnie na nogach, wręczył z uśmiechem sandał i zabrał się za podnoszenie moich walizek. Przyglądałam mu się uważnie, nieświadomie analizując każdy jego ruch. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero strzęk otwieranych drzwi samochodu. Co??? - Ale co ty robisz?! – Zapytałam, zdając sobie sprawę, że usiłuje zapakować moje walizki na tylne siedzenie. Podbiegłam do niego, stając między nim a drzwiami, nie bardzo wiedząc co właściwie powinnam zrobić. - No jak to co?! – Zapytał z lekkim uśmiechem przedrzeźniając mój zdziwiony głos. Odepchną mnie jednocześnie jedną ręką na bok, jak jakieś dziecko. – Wkładam twoje walizki do samochodu, żeby nie mokły na deszczu, a niby co? Skoro już Cię tu spotkałem, omal nie potrąciłem to chyba nie mam wyjścia i muszę cię odwieźć do domu, prawda...?- Obrzuciłam go poirytowanym spojrzeniem. Wydawało mi się, albo szarmancja jaką przed chwilą w nim dostrzegałam po prostu zniknęła. – Przecież nie zostawię Cię samej w środku lasu... jest burza gdybyś nie zauważyła... – Nagle wcisnął się pod parasol obok mnie z drwiącym uśmiechem na twarzy. – Po za tym, w tym stroju to pewnie od razu nabawiłabyś się jakiegoś przeziębienia... – Wskazał wzrokiem na moją sukienkę. Spojrzałam na nią dokładnie od góry do dołu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak wyglądam. Przemoczony materiał przykleił się do ciała, idealnie oddając wszystkie jego kształty. Momentalnie spłonęłam rumieńcem i schyliłam się jak najszybciej, żeby odkleić go z mokrych ud. Nie musiałam nawet podnosić oczu, moja wyobraźnia była na tyle dobrze rozwinięta, bym mogła sobie wyobrazić szyderczy uśmiech pojawiający się teraz na jego twarzy. Podniosłam się szybko i podciągnęłam dekolt do góry. Po chwili poddałam się jednak, nie uzyskując nic prócz efektu z przed poprawek... Nie miałam odwagi, żeby podnieść głowę. Na policzkach wciąż czułam piekące gorąco, a nie miałam ochoty już więcej się poniżać. - A skąd wiesz, że chcę, żebyś mnie odwoził, przecież się nie zgodziłam?! – Musiałam za wszelką cenę odwrócić jego uwagę . Starałam się więc grać na zwłokę, to zazwyczaj najlepiej mi wychodziło w negocjacjach z Agnieszką. W tym wypadku jednak wszystkie moje opracowane techniki po prostu stawały się nieużyteczne. Moje pytanie ani nie zbiło go z tropu, ani nawet nie spowodowało, żeby oderwał ode mnie wzrok. Po prostu lekceważąco, jakbym była jakimś dzieckiem, które zadaje banalnie proste pytanie powiedział: - Nie zgodziłaś się, bo nie zapytałem... To oczywiste, głuptasku... – Wybałuszyłam na niego oczy w niemym wzburzeniu. Co za gbur! Niech sobie nie myśli, że może mnie traktować jak jakiegoś guwnairza! – Ale uznałem, że nie ma sensu bo i tak byś nie odmówiła... Nie masz za bardzo wyjścia. Wskazał ręką na otoczenie: deszcz, błoto i wiatr. To, że nie miałam innego wyjścia nie zmieniało faktu, że zapytać zawsze wypada... - A co jeżeli podziękuję i powiem, że wolę się przejść?! Wbrew moim oczekiwaniom, to pytanie także nie uświadomiło mu, że zachowuje się jak skończony palant, wywołało u niego tylko uśmiech. - To zachowasz się jak dziecko, które zawsze musi postawić na swoim... ! Przecież to oczywiste, że wolisz, żebym cię podwiózł. Cała jesteś przemoczona i zziębnięta... I nie wymawiaj się... – Przerwał mi śmiejąc się, kiedy już otwierałam usta, żeby skłamać że to nie prawda, i że nie potrzebuję jego łaski, bo sama sobie poradzę. – Cała się trzęsiesz i masz sine usta... Nie mogłam w to uwierzyć. Wydawał mi się taki miły., a teraz traktuje mnie jakbym była jakaś głupia. Byłam taka zdezorientowana, że przestawałam się kontrolować. - Że, niby co...?! Ja się zachowuję jak dziecko?! Co ty sobie myślisz?! Nie czuj się zobowiązany, sama sobie poradzę! Mam już niedaleko, więc nie ma potrzeby, żebyś się fatygował! – Tym razem to ja wcisnęłam mu w rękę parasol. Przepchnęłam się między nim i samochodem i odwracając się na pięcie wrzasnęłam wściekła. - I nie przejmuj się, nie jestem z cukru, nie roztopię się! - W tej chwili na jego twarzy ukazał się największy z możliwych uśmiech. Był jednocześnie najbardziej irytującym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziałam. Chyba miał mówić, że zostałam pokonana, bo wcale nie wyrażał skruchy, wręcz przeciwnie. Był zobrazowaniem triumfu i pychy. Spojrzałam na niego, powstrzymując się by znowu nie wybuchnąć. No i czemu się tak gapisz?! - A walizki?! – Zapytał. Spojrzałam na niego skołowana. No tak walizki... Wiem, że są całe przemoczone i pewnie dwa razy cięższe niż normalnie, ale nie dam mu tej satysfakcji! Zadarłam głowę do góry. Mimo tej poniżającej sytuacji starałam się zachować resztki godności. Przeszłam obok niego, nawet nie zaszczycając go swoim spojrzeniem. Podeszłam do tylnych drzwi i zaczęłam się siłować z klamką. Nagle za uszami usłyszałam ten denerwujący śmiech, a na swojej mokrej dłoni poczułam ciepły uścisk. - Och, daj spokój! – Powiedział, wciąż chichocąc. Wciągną mnie pod parasol i zaczął prowadzić przed siebie. – Nie chciałem Cię obrazić... Skąd mogłem wiedzieć, że jesteś taka wrażliwa... ?! No już nie złość się...! - Już chciałam się wyrwać, ale nie zdążyłam nic zrobić, bo zanim się zorientowałam otworzył drzwi od strony pasażera i pomagał mi wsiąść do środka. Usiadłam na lśniącym bielą i czystością fotelu. Starałam się siedzieć na samym brzegu, żeby niczego nie pobrudzić. Rzuciłam pod nogi zepsutego sandała, którego wciąż trzymałam w ręce i przygotowywałam mowę, żeby zaatakować gdy tylko wsiądzie do środka. - Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że nie ma sensu się wykłócać, bo ja już postanowiłem Cię odwieźć. I nie pomogą tu żadne sprzeciwy! – Powiedział, kiedy tylko otworzyły się drzwi. Nawet nie pozwolił mi dojść do słowa. – Poza tym, pomyśl sama, nie wiesz kiedy ta burza się skończy... Przecież nie będziesz szła przez ten las do miasteczka... jeszcze z tymi walizkami. No i czemu tak siedzisz?! No dobra spróbujmy inaczej. – Ciągnął widząc moją nieugiętą minę. - Będziesz musiała wytrzymać moje towarzystwo, nie zostawię Cię w tym lesie. Żeby nie było wątpliwości, nie chcę Cię mieć na sumieniu, kiedy za kilka dni umrzesz na zapalenie płuc! – Spojrzałam na niego wyzywającym wzrokiem. Mój buntowniczy charakterek właśnie w tej chwili podpowiadał mi, żebym zabierała się jak najprędzej z tego samochodu i udowodniła temu przemądrzałemu patafianowi, ze potrafię postawić na swoim. Natomiast mój rozum mówił, że to rzeczywiście nie jest taka zła propozycja. Przecież do miasteczka zostało kilka kilometrów, a druga szansa na pewno się nie przytrafi... Wrzucił parasol na podłogę z tyłu i od razu na mnie spojrzał. - No i co jedziemy, czy wybierasz to zapalenie płuc? - Nie przejmuj się! Wcale nie jestem taka delikatna jak się wydaje... – Warknęłam.- Nie ocenia się ludzi po pozorach! Choć w twoim przypadku nic więcej nie jest potrzebne. Od razu widać, że niezły z ciebie bałwan.- Zaśmiał się krótko, pokazując…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil RosaliaBlack
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…