Pasterz Wilków
W dalekich lasach, dochodzi do serii tajemniczych zdarzeń, w które wplątuje się samotny strażnik.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zabawa trwała w najlepsze. Ludzie tańczyli, upojeni młodością, muzyką i bimbrem od starego Madeja, który wytoczył z piwnicy dwie wielkie beczki swojej najlepszej okowity, by uczcić wesele córki. W izbie weselnej było głośno, ciasno i duszno. Panna młoda wyglądała pięknie, w białym welonie i sukni. Kręciła się szybko w kółko, spleciona w uścisku ze swoim nowo poślubionym mężem. Była szczęśliwa, pełna życia i nadziei na kolejne dni. Kapela grała skoczną melodię, która sama zmuszała nogi do tańca. Dominował ostry, wysoki dźwięk skrzypiec. Grał na nich młodzieniec o spojrzeniu, w którym kryła się prawdziwa pasja. Przesuwał smyczkiem po strunach z taką furią jakby chciał wykrzesać z nich ogień, który było widać w jego oczach. Był opętany melodią i czarem który z sobą niosła. - Za zdrowie młodej pary!- krzyczy ktoś pijany w sztorc, język mu się pląta, ale i tak jego głos dobiega nawet do najdalszych kątów izby. Wszyscy podnoszą kubki i piją. Jeden z biesiadników, potężny mężczyzna z wielkim brzuchem, beknął rozsiewając wokół siebie zabójczą woń składającą się z czosnku, żeberek z kiszoną kapustą, które zjadł przed chwilą, oraz innych aromatów, których nikt nie odważyłby się nawet zgadnąć. Następnie rozkaszlał się gwałtownie, jego twarz nabiegła krwią, a żyła na czole zaczęła pulsować mu tak, jakby miała za moment eksplodować. Jego sąsiad roześmiał się tylko głośno i mocno uderzył go w plecy. Chyba pomogło, bo grubasowi udało się w końcu zaczerpnąć powietrza. Oddychał ciężko, sapał i charczał, po to tylko by po chwili znów rzucić się na jedzenie, które miał przed sobą. Wszyscy pili, jedli i smakowali życia, wszyscy wydawali się szczęśliwi. …
Strażnik Maciej był w połowie wieczornego patrolu. Szedł powoli górzystą dróżką, rozważnie stawiając kolejne kroki. We mgle i w mroku musiał bardzo uważać by nie skręcić sobie nogi o któryś z licznych kamieni zalegających wąską ścieżkę. Jedynym źródłem światła jakie posiadał była lampa naftowa, którą niósł w lewej dłoni starając się chodź trochę rozjaśnić drogę przed sobą. W oddali słyszał szum wody. Zbliżał się więc już do brodu. To tutaj w dolinie rzeki Dohnst, na samym krańcu znanego człowiekowi świata, zbudowana została osada, w której to właśnie on pełnił role stróża prawa. Dalej na wschód nie było już bowiem nic, oprócz rozległych puszczy i potężnych gór. Był dumny z nominacji jaka go spotkała. Swoje obowiązki starał się wypełniać ze wszystkich sił i możliwości jakie posiadał. Zazwyczaj była to spokojna, przyjemna służba. Ot czasem musiał uspokoić parę karczemnych burd, rozsądzić parę sąsiedzkich sporów o miedzę, czasem wyjaśnić jakąś kradzież, ale z tym wszystkim potrafił sobie poradzić, z niewielką pomocą swojego pomocnika Gawła. Crosno było bowiem spokojnym miasteczkiem, zamieszkiwanym głównie przez ludzi, przesiedlonych tutaj, by zajęli się wycinaniem rosnących wszędzie buków, jodeł, jaworów, lip a przede wszystkim potężnych czarnych dębów. Drzewo ściągano końmi do rzeki i za pomocą kobylic, kształtowano kłody w tratwy. Następnie spławiano je w dół nurtu, do Nedevcaru, a potem już dalej, aż do Królewskiego Portu, znajdującego się nad samym morzem. Osadnikom nadano liczne przywileje, ze względu na ich trudną i niebezpieczną pracę. Każdą osobę która zdecydowała się przybyć do Crosna zwalniano z podatku, na okres dwudziestu lat, pozwalano na odłów ryb w rzece i polowania na zwierzynę w lesie, oraz wyrąb drewna do własnych celów. Nic więc dziwnego, że ludzie ciągnęli tu szerokim strumieniem, a osada w szybkim tempie zaczęła się rozrastać. Na początku osiedlano się tylko na lewym, zachodnim brzegu rzeki, gdzie z czasem ulokowane zostały kościół, gmina, cmentarz, karczma i rynek; miejsce największego okolicznego jarmarku, organizowanego raz w roku. Tam wiódł też szlak, łączący Crosno kolejno z Bobrownikiem, Bystrzycą i w końcu z Nedevcarem, w którym wybudowano zamek, strzegący wąski przesmyk skalny, jedyną drogę którą można było dostać się konno do Crosna, a także kontrolujący spływ rzeki. Drugi brzeg zaczęto zasiedlać jakieś dziesięć lat temu, gdy zaczęło powoli brakować miejsca na pierwszym. Miejsce to zwano Zawodziem. I wtedy zaczęły się problemy. Od samego początku sytuacja ludzi zamieszkujących wschodni brzeg momentami przybierała wręcz dramatyczne oblicze. Najgorszym dla nich momentem był okres przedwiośnia, zazwyczaj trwający około miesiąca, gdy gwałtowne topnienie śniegu niosło ze sobą znaczny przybór wody, rwąc prowizoryczną kładkę i sprawiając, że przeprawa stawała się niezwykle niebezpieczna. Często bywało tak, że chorzy umierali tam bez pomocy lekarskiej i kościelnej, a dzieci bez chrztu. Do przeprawiania się przez wodę używano wtedy brodu. Było to najpłytsze i najkorzystniejsze miejsce do przekraczania rzeki, jednak dość oddalone i cieszące się złą sławą. Rzeka mogła bowiem zabrać z sobą nierozważnego przechodnia. Tak jak stało się to z Kołodziejem, młodym parobkiem. Wysłano go do kowala, po zamówione kobylice. Nurt sięgał mu tylko do kolan, a i tak nie oparł się sile rzeki, która zepchnęła go na głębszą wodę. Znaleziono go dopiero paręnaście kilometrów niżej. Wyciągnął go z wody i niósł na plecach, wędrowny bajarz, który zmierzał właśnie do osady. Doniósł trupa. Gdy badano jego ciało na jego plecach odkryto jadzący się krwawy ślad. Jakby coś wbiło zęby w nieszczęśnika i wyrwało wielki kawał mięsa. Były i inne wypadki, z którymi Maciej już nie potrafił sobie poradzić. Tak jak ta z pewnej niedzieli, sprzed dwóch lat, kiedy to cnotliwi parafianie z dziećmi, po zakończeniu nabożeństwa, wsiedli do dwóch czółen i próbowali wrócić na Zawodzie, do domów. Ledwie dotarli do środka rzeki a czółna się odwróciły i zostały wciągnięte pod wodę. Same z siebie, bez widocznego powodu, na spokojnej rzece. Strażnik też to widział. Nikt nie wypłynął, żaden z dziesięciu dorosłych i piątki dzieci, nie pojawił się na powierzchni. Po tej stronie były jeszcze dwie łodzie należące do probostwa, a z których korzystał ksiądz do przeprawy na drugą stronę, w czasie gdy przeprawa taka była w ogóle możliwa. Do jednej rzucił się on i jego pomocnik Gaweł, który również przyszedł na mszę. Do drugiej wsiadł sam wójt Madej i jego syn Andrzej. Szybko dopłynęli do środka rzeki, szukali, nawoływali i nic, ani ludzi ani czółen. Nikogo nie udało się znaleźć. Wrócili zrezygnowani. Potem po godzinie, skrzyknąwszy ludzi wypłynęli kolejny raz, już w pięć łodzi, w każdej po dwie osoby. Jedna z nich sterowała a druga długim drągiem sprawdzała dno. Przez dwa pierwsze dni, nie znaleźli nic. Dopiero trzeciego, jakieś pięć kilometrów poniżej miejsca wypadku, w rozlewisku, przy którym rosły olszyny i woda stała spokojnie udało się odnaleźć topielców. Ktoś zahaczył drągiem o trupa. Potem znów ktoś krzyknął, znaleziono kolejnego. I tak łowili, te ciała, przyjaciół, znajomych, rodzinę, sąsiadów. W ciągu godziny znaleźli dziewięciu, samych dorosłych. Ktoś zaczął coś szeptać o czarach, ktoś się przeżegnał. A tam coś było, w tej wodzie. Strażnik też to czół. Coś kręciło się wokół nich, obserwowało. Było już późno, słońce zaczęło zachodzić, a drzewa rzucać długie cienie, które sprawiały, że po ich plecach raz po raz przechodziły dreszcze. Mieli już wracać, gdy udało mu się znaleźć kolejne ciało. Był to jeden z drwali, który czasem zachodził do gospody. Strażnik bywało wypił z nim kufel, lub dwa. Zaczął go wciągać do łodzi. Wtem poczuł opór. Coś zaczęło ciągnąć trupa w toń, w głębinę, a ich łódź zachwiała się niebezpiecznie. Musiał użyć całej swojej siły, a i jego przyjaciel widząc co się dzieje pospieszył mu z pomocą. Strażnik przerwał na chwilę przemyślenia i wędrówkę. Wydało mu się bowiem, że do jego uszy doleciał szmer tak cichy, że raczej go poczuł niż usłyszał. Jakby coś otarło się o gałąź, albo potrąciło w oddali jakiś mały kamyk. Przesunął dookoła latarnie próbując przeniknąć wzrokiem kłęby gęstej mgły i ciemność, ale było to niewykonalne. Mgła oblepiała go, z każdym oddechem sączyła się do jego płuc i sprawiała, że miał uczucie jakby się dusił. Jakby musiał walczyć o każdy kolejny oddech. Teraz czekała go najmniej ulubiona część drogi,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pasterzwilkow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…