Wróć do katalogu

PAWER OF LOVE

bajka o miłości, która jest potężną siłą

smokun, opublikowano , 34 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Treatment scenariusza pt. „PAWER OF LOVE”

Naszym oczom ukazuje się zamek wciśnięty w stok góry, budowla posiada wysoką basztę z koroną strzelniczą. Wybudowany jest na wybrzeżu, u jego podnóży zalega gwarne miasto portowe. W dalszej perspektywie lądu rosną sady i ogrody, a na łąkach pasie się inwentarz, czyli po prostu wiejska sielanka. W ogrodzie zamku bawi się w chowanego mała księżniczka, w towarzystwie paziów i jeszcze jednej dziewczynki w skromnej sukni. Przez płot przeskakuje zawadiacki chłopiec, typowy żak, czyli ubrany w ciżemki, grube rajstopy, kubrak z kapturem i oczywiście sakiewka przytwierdzona do sznurka. Chowa się za drzewo i odnajduje go szukająca dziewczynka, zagląda w jego zielone oczy. Królewna widząc tą scenę piszczy, paziowie dopadają bezczelnego chłopca, który wtargnął bez pytania na teren ogrodu i szarpią nim. Podbiega gwardzista łapie dzieciaka za kark i niesie do bramki, pyta się kim jest, a gdy dowiaduje się, że jest synem nadwornego alchemika, stawia go na nogi i wyrzuca na zewnątrz ogrodu, grożąc paluchem. Żak biegnie do baszty zamku. Z kuchni wychodzi kobieta w fartuszku i woła na obiad. Widząc syna, poleca aby zawołał ojca na obiat, chłopiec patrzy w grę, w oknie mruga światło. Zaglądamy przez okno do wieży. A tam alchemik, wysoki mężczyzna z brodą, ubrany w płaszcz haftowany w runiczne symbole, krząta się w pomieszczeniu pełnym słojów, próbówek z parującymi substancjami. Na środku komnaty jest wysoki stolik z otwartą księgą. Widzimy alchemika od przodu i zauważamy, że z tyłu za nim ktoś uchyla drzwi. To jego syn, znany nam żak, przygląda się i patrzy zachłannie na księgę. Jego ojciec jest odwrócony tyłem i nie zauważa jak dziecko wchodzi na czworakach i chowa się za zasłoną. Czarodziej słysząc wołanie żony i wychodzi pospiesznie z komnaty. Chłopiec podchodzi do księgi, i przekłada kartki, znajduje jakiś czar, jego twarz rozjaśnia się. Zaciera ręce i szuka składników, znajduje zasuszonego kameleona, nachyla się nad księgą. Zauważa zwisające skrzydło nietoperza, bierze je. Na palnik kładzie garnek, wlewa ciecz, miesza, wkłada składniki. Zagląda do księgi i nie zauważa, że po próbówkach i rurkach wdrapuje się jakiś rudy robal. Prusak wpada do garnka, ciecz syczy. Chłopiec odwraca się i miesza miksturę. Szepta pod nosem zapamiętany czar, wykonuje gesty, ciecz buzuje. Chłopak łapie garnek, przez tunikę, dmucha, chucha, parzy usta i w końcu wypija. Wstrząsa nim dreszcz, kuli się, para wylatuje mu z uszu, ale już po chwili uspokaja się. Chłopiec podchodzi do lustra i widzimy jak wtapia się w otoczenia, dziecko cieszy się, że jest praktycznie niewidoczne. Nagle jego radość zamiera, kurczy się w bólu, ulega dalszej transformacji, robi się pomarańczowy, a potem czerwony. Patrzy na swoje ręce, palce zaczynają się rozrastać, tworzą się szpony, beka i z ust wydobywają się płomienie, komnata zaczyna płonąc, chłopiec pada na posadzkę i przyjmuje pozycję embrionalną. Na dole są stragany, normalny dzień targowy. Widzimy basztę zamku, skupiamy się na jej oknie, z którego zaczyna się dymić. Słyszymy przejmujący skrzek, który zwraca uwagę ludzi. Zaskoczenie odbija się w oczach sprzedawców i kupujących. Ludzie krzyczą, że się pali. Jedzie straż pożarna, czyli olbrzymia beka na wozie, ciągniona końmi. Ludzie ustawiają się i podają sobie wiaderka z wodą. Odbywa się gaszenie. Po ugaszeniu jeden ze strażaków odnajduje spaloną, poszarpaną tunikę, kawałek ciżemki i sakiewkę, wręcza rodzicom chłopca, matka wtula się w ramiona Alchemika, czyli męża i szlocha. Nadchodzi następny dzień targowy, skupiamy się na straganie, gdzie otyły jegomość oprawia wiszącego świniaka, do wiaderka spływa krew. Zauważamy, że znika ze stołu kawał szynki. Sprzedawca przygląda się wystawionemu towarowi i coś mu nie pasuje, zagląda pod blat, ale okazuje się, że tam nic nie ma. Otyły mężczyzna zauważa, że znika kolejna porcja mięsa, powoli podnosi wiaderko i wylewa krew pod stół. Schyla się a na jego twarzy powstaje przerażenie. Zaglądamy, a tam małe straszydło, oblane krwią robi wielkie oczy. Powstaje gwar. Ludzie otaczają dziwne stworzenie, a gdy się cofa, śmieją się z jego pokracznych ruchów, zaczynają rzucać w niego odpadkami ze straganów. Małe stworzenie cofa się w dół ulicy i ucieka z rynku. Ludzie wołają straże i pojawiają się gwardziści biegną we wskazanym kierunku, a za nimi dzieci. Powiadomieni gwardziści gonią uciekiniera i dopadają w zaułku, dźgają go ostrymi końcami halabard, a gdy ten wydala z siebie płomień ognia ściągają z pleców kusze i ładują. Stworzenie ucieka, oni przyklękają, celują i strzelają, dostaje bełtami w plecy, upada. Żołnierze kiwają głowami zadowoleni z trafień, a kiedy potworek się podnosi, machają z pogardą i mówią, że teraz niech dzieci mają zabawę i odchodzą. Dzieci ruszają za stworzeniem, które wybiega przez bramę za miasto i ucieka w stronę gór. Jest umazane krwią. Obserwujemy z góry, jak banda dzieciaków goni stworzenie i rzuca w niego kamieniami. W dali majaczy przełęcz w kształcie otwartych nożyc. Dzieci krzyczą radośnie po każdym udanym trafieniu. Stworzenie dochodzi do podnóża gór, gdzie stoją wpite włócznie z ludzkimi czaszkami. Wygląda to na jakąś granicę. Grupka dzieciaków staje i mówią między sobą, że orki go dobiją. Dzieciaki zawracają do miasta, a stworzenie zanika w przełęczy. Chmury przyspieszają, pojawiają się zachody i wschody słońca, mamy wrażenie, że czas przyśpiesza, zniżamy się i widzimy z wysoka znajome miasto. Zamek jest w ruinie u jego podnóża powstała plaża, nie ma domostw i ogrodów i pól. Wznosimy się i w dali zauważamy kolumnę jezdnych, która przemieszcza się w stronę nożycowej przełęczy. Z wąwozu wyłaniają się jezdni. Za nimi krasnoludy, na swych szerokich ramionach dźwigają lektykę z księżniczką, która ma być zaręczona z księciem sąsiedniego królestwa. Jest ich ośmiu, rozdzielonych po dwóch do każdego drąga. Zarośnięci, krępi, ubrani w lekkie zbroje i skóry, niosą swoją ulubioną broń, przewieszone przez plecy, ciężkie podwójne topory. Dalej jedzie na koniach około dwudziestu rycerzy w lśniących zbrojach, nad ich głowami łopoczą sztandary rodowe. Słyszymy straszny ryk. Przelatuje nad nimi smok i zawraca. Konie wpadają w panikę. Zrzucają jeźdźców i biegną przed siebie w szaleńczym pędzie. Rycerze spadają, usiłują wstać. Smok przechodzi w lot nurkowy i parę razy rzyga ogniem. Czerwone języki pochłaniają rycerzy, którzy krzyczą i uciekają jak małe pochodnie. Krasnoludy widząc sylwetki zbrojnych uciekających w agonii otaczają lektykę i klękają. Smok przelatuje nad krasnoludami i skrzydłem targał płótno lektyki. Zawraca i przysiada, przygląda się. Krasnoludy klęczą. Ktoś szamocze się w lektyce. Słyszymy dwa głosy, jeden wyniosły a drugi spokojny i usłużny. Wreszcie królewna wydostaje się z pułapki materiału i mdleje, osuwa się na ręce służącej. Smok skrzydłem wskazuje kierunek w stronę nożycowej przełęczy. Służąca układają księżniczkę na lektykę, krasnoludy podnoszą lektykę. Idą posłusznie, tam gdzie im każe. Jest ich siedmiu, jeden leży i wygląda na martwego. Smok wzbija się w powietrze i parę razy zawraca łukiem, pokazując drogę, którą mają iść. Mijają przełęcz i widzimy znany nam zamek. Pochód staje przed ruinami zamku. Ocalała jedynie baszta. Krasnoludy porozumiewają się ze smokiem w prostych gestach. Już po chwili zabierają się do pracy i sprzątają gruz, torując sobie drogę do wejścia baszty, najmłodszy grubasek lata za kurakiem i wrzeszczy radośnie kiedy mu się udaje złapać ptaka, oblizuje się. Dziadek klepie go po ramieniu, jest dumny z wnuka. Księżniczka dochodzi do siebie, jest wyniosła, a jej pokojówka uspokaja ją i pociesza. Smok siedzi u podnóża ruin, w pozostałościach lochów ma wygodne siedlisko. Księżniczce wydaje polecenia. Krasnoludy słuchają i zajmują się odgruzowaniem. Okazuje się, że w baszcie jest całkiem uroczy pokoik, do którego prowadzą kręte schody, pomieszczenie ma również wyjście na taras. Komnata posiada szereg małych okienek z widokiem na całą okolicę. Krasnoludy wkładają tam lektykę, która jest w formie łoża z baldachimem. Pokojówka wszystko układa, poprawia, ścieli łóżko. Powoli zapada zmierzch. Księżniczka pociąga nosem, czuje jakiś nęcący zapach, poleca pokojówce, aby zobaczyła, co się dzieje na dole i zapytała, co te leniwie krasnoludy mają zamiar robić i czy przypadkiem nie wypadałoby zabić smoka, jak ten śpi. Krasnoludy znalazły siebie schronienie na dole w zrujnowanej kuchni, w kominku rozpalają ognisko i pichcą coś do jedzenia, parę nabitych kuraków kręcą nad ogniem. Wchodzi pokojówka do kuchni. Na jej widok krasnoludy pochylają swe zarośnięte głowy, robią miejsce na przeciwko ogniska, następnie rozmowa, w której okazuje się, że jeden z krasnoludów udał śmierć i ruszył po pomoc. Pokojówka o wszystkim informuje księżniczkę. Jedzą, są radosne, powoli zalega ciemność, kładą się i zasypiają jak dzieci. Pokojówka czyli Wiktoria na dźwięk smoczych skrzydeł otwiera oczy, patrzy przez okno na skrzydlatą sylwetką, która zanika. Lecimy nad górami za smokiem i słyszymy jakieś ludzkie krzyki. Okazuje się, że dwaj żołnierze, którzy uszli z życiem przed smokiem uciekają przed orkami, które ich otaczają. Małe, wstrętne ludziki oblizują się, jeden z nich merda językiem, ich zachowanie obserwuje schowany za skałą krasnolud, który niezauważony rusza ze swoją misją, zanika w ciemności.

Zaczyna świtać. Widzimy z powietrza taras wieży. Wiktoria w halce wybiega na taras wieży i tańczy. Patrzy z nadzieją w skalistą dal, ze smutkiem wita promienie słońca, które przenikają i pieszczą jej jędrne ciało. Zauważa smoka, który popisuje się wyższym pilotażem, krasnoludy na dole biją brawo. Księżniczka również wychodzi i zafascynowana dołącza się z owacjami. Smok spiralą zniża się i siada na koronie wieży, mruga jak zwykle i zauważamy, że jego gadzie ślepie zmienia się w zielone, ludzkie oko ( mam na myśli oczywiście gałkę oczną). Księżniczka Róża na to bezczelne mrugnięcie okiem podnosi dumnie głowę, mówi. – Mości przerośnięta jaszczurko, ze skrzydłami latającej myszy, jaka szkoda, że te historie o gadających smokach, to bajki dla dzieci, na dobranoc... – Różo daj spokój mówisz do zwierzęcia.... – Potrafi tylko gapić się obleśnie... – Miałyśmy go nie drażnić, zapomniałaś? – Przyjdzie mi się tutaj zestarzeć w oczekiwaniu na ratunek niegramotnego księcia... Ależ to żałosne.... Smok słucha i widać po jego oczach, że smutnieje. Widzimy, że łuski na jego szyi robią się delikatniejsze, krztusi się, charczy i odpowiada. – Ufff... Ależ ulga! Jak miło usłyszeć własną mowę. Po tylu latach... O przepraszam! Nie przedstawiłem się... Jestem smok Kundo! Kundo zeskakuje z korony i pochyla nisko gadzi łeb, macha skrzydłem w szarmanckim ukłonie. Zaskoczona księżniczka traci grunt, Wiktoria ją podtrzymuje i siada za nią okrakiem. Halka Róży unosi się w górę odsłaniając kobiece wdzięki. Dla przyzwoitości widzimy ją od tyłu, i obserwujemy minę smoka, który oblizuje się lubieżnie. Księżniczka zasłoniła pośpiesznie swoją nagość i krzyczy. – O ty! Obleśna gadzino! Co to ma być?... – Księżniczko to może być zły czarodziej! – Masz rację! Chce mi odebrać niewinność. Jedyny skarb, jaki mi pozostał na tym odludziu, ratuj mnie Wiktorio! – Nie pozwolę! – Mylicie się o piękne panie! – Przywróć swoją prawdziwą postać! – Natychmiast Róża stuka bosą stópką jak niesforne dziecko, które chce postawić na swoim. – Mój narzeczony nie puści płazem takiej zniewagi... Księżniczka Grozi i przyjmuje dumną postawę. Na jej twarzy odbija się pogarda. – Mylicie się, tą gadzią skórę nie noszę dla przyjemności?... Jestem ofiarą złego czaru, który kiedyś tam upichciłem... – Tak?! Co ty powiesz?! – Różo spokojnie, może mówi prawdę... – I jak cię pocałuję czerwona paskudo, to się zamienisz w księcia i będziemy żyli długo i szczęśliwie, z gromadką różowych berbeci?... Masz mnie za naiwne ciele! Nie jestem już dzieckiem, i już dawno przestałam wierzyć w bajki. – Chcemy być wolne! – I to natychmiast! Kundo marszczy brwi, i mówi dobitnie. – Proszę o wybaczenie, ale wasza obecność ma na mnie kojący wpływ. Powoli umiera we mnie okrutne zwierzę. Robię się łagodny jak baranek, a smocze ciało ulega transformacji. Znowu staję się człekokształtną istotą. Właśnie przed chwilą odzyskałem struny głosowe i mogę wreszcie mówić... – Mam przez to rozumieć, że nas nie puścisz, tak! – Zdajesz sobie sprawę, jakie konsekwencje będzie to miało na moje królestwo i nie tylko? A mój ślub? Wszystko już zaplanowane... – Przykro mi, ale nie mam w zwyczaju zmieniać zdanie... – I nie myśl sobie, że tu długo zostaniemy... – Narzeczony księżniczki jest rycerzem, następcą tronu... – Nawet nie jesteś w stanie zrozumieć jak bardzo mnie kocha... Widzimy pod koniec wypowiedzi Księżniczki jak Kundo patrzy na Wiktorię. To znowu z drugiej strony widzimy przez oczy pokojówki zielone oczy smoka, uśmiecha się do niej i przypomina sobie dziewczynkę, która go odnalazła jak bawiła się w chowanego, potem przybiegają paziowie i go szarpią. Słyszymy krasnoludów na dole. Jeden z nich, uśmiechnięty grubasek pokazuje kosz pełny strąków fasoli. Jego dziadek wznosi oczy do góry i kręci głową. Wnuk robi potulną minę, niemal płacze. jakby prosił, ale jego towarzysz łapie się za wielki kindol i kreci głową. Patrzą w górę bo smok wzlatuje i leci nad górami. Kundo zniża się, przelatuje nad dwoma głowami uciekinierów, są tam i inne wbite na pale czaszki. To granica świata Orków, dale rozciągają się pola. Zawraca w stronę morza, nurkuje, płynie między rafami koralowymi, poluje na ryby, łapie jedną w zęby. Niespodziewanie dopływa do zatopionego miasta, wszystko jest zniszczone i zasypane mułem. Widać kościotrupy małe i duże. Wynurza się z wody i okazuje się, że przed nami są znajome ruiny zamku. Smok wyskakuje z wody przelatuje nad zamkiem i kieruje się w stronę gór, przysiada na swoim ulubionym miejscu i je upolowaną rybę. Kundo wstaje, jakby sobie coś przypomniał, rozpościera skrzydła, ogląda dokładnie powierzchnię błon, naciągając skórę między rozrośniętymi palcami. Sprawdza ostrość pazurów o skałę, zgrzyta zębami, przecina pazurem chitynowy pancerz, ogląda stan łusek. Kończy przegląd i kreci z dezaprobatom łbem, okazuje się, że jego przemiana zatrzymała się. Rozdrażnia się, ryczy głośno, strasząc stada ptaków, które wznawiają posępny taniec nad skalistymi wzgórzami. Widzimy dookoła rozrzucone kościotrupy i zbroje, które rdzewieją i już nie świecą srebrnym blaskiem. Rodowe proporce na osmolonych styliskach sterczą między skałami, trzymane przez ręce kościotrupów i wyglądają jak strachy na wróble. Wiatr targał herbowe symbole i strzępi tkaninę, która straszy dziurami i złowrogim łopotem. Zapada zmierzch. Róża i Wiktoria zasypiają. Księżniczka uśmiecha się, obserwujemy jej sen, jest w sali balowej w pięknej sukni i tańczy z księciem. Ich ojcowie w koronach siedzą przy stole i piją, jedzą, rozmawiają, wznoszą toasty. Zauważam, gdzieniegdzie inni goście patrzą z zazdrością, ważni ministrowie, coś szepczą, mają ponure miny. Nagle okazuje się, ze księżniczka tańczy z człekokształtnym smokiem, goście śmieją się, drwią, a królowie zaczynają się kłócić, obrzucać jedzenie i szarpią się.

Kolejny świt. Wiktoria jak zwykle wybiega w nocnej koszuli na taras, tańczy, wskakuje odważnie na koronę wierzy i w szerokim rozkroku witała złoty świt. Zauważamy dziwną rzeźbę na koronie wierzy, która otwiera zielone oko. Powoli smok nabiera swoich naturalnych kolorów i oblizuje się. Pokojówka jest oświetlona od przodu promieniami wschodzącego słońca. Smugi światła przeciskają się miedzy jej udami. Kundo przełyka ślinę, zeskakuje cicho, szybko wsuwa głową między rozstawione nogi, rozkłada kołnierz, odsłaniając delikatną skórę karku i odbił się od ziemi. Wiktoria krzyczy. Smok wraz z dziewczyną wzlatuje między chmury. Wiktoria ściska smoczą szyję udami, pląta stopy pod jego szyją i łapie za sterczące rogi kołnierza. Coś jej jednak przeszkadza, spogląda za siebie w okolicy swoich bioder i widzimy, że to początek płetwy grzbietowej, który ciągnie się przez cały tułów, aż po ogon gdzie rozrasta się w ostrza. Grzebień w tym miejscu jest mały, jednak mimo wszystko trochę uwiera z powodu sprężystości. Wiktoria siedzi na nim pośladkiem, rusza biodrami i teraz widzimy ją od przodu, wierci się nadal, a na jej twarzy pojawia się rumieniec, lekko przymyka oczka i wzdycha. Smok z piękną pasażerką na karku odlatuje od wieży zamku. Skalistą ziemię widzimy poprzez dziurawe zachmurzenie. Słońce nad obłokami ukazuje się w pełnej okazałości. Chmury pod nimi falują niczym morze kołysane wiatrem. Kundo wykonuje parę płytkich wiraży, między wypiętrzonymi chmurami, które wyrastają z pofałdowanej, pierzastej powierzchni niczym strzeliste wyspy. Wiktoria zachowuje się jak amazonka na skrzydlatym rumaku, mija jej strach

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych