Pech
fantasy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pech
Hengist jeszcze spał, w swoim pokoju na górnym piętrze gospody „Pod Nieoberżniętym Miedziakiem”, kiedy obudził go przeraźliwy hałas dobiegający zza okna. Wstał z ociąganiem i z przekleństwem na ustach otworzył wyłamane i zeżarte przez korniki okiennice. Po drugiej stronie ulicy kowal walił młotem w swoje kowadło, najwyraźniej nie przejmując się hałasem, Hengist pomyślał że ogłuchł już po pierwszym miesiącu takiej roboty. - Przestań walić w to żelastwo, psi synu! – rozdarł się chrapliwie ze swojej kwatery na drugim piętrze gospody. Kowal spojrzał w górę ani na chwilę nie przerywając swojej pracy. Zwyczajem krasnoludzkim pokazał zgięty łokieć, dając do zrozumienia co o nim myśli. Hengist ubierał się w podłym nastroju. Nienawidził tego miasta. W Gastenburgu, jak zapamiętał z ostatniej, jak zwykle przymusowej wizyty, zapach gnoju, uryny i ekskrementów unosił się od bram miasta na północy aż po bramy w dzielnicy południowej. Kiedyś w mieście były kanały ale z powodu zbyt wielu i zbyt dużych można by powiedzieć „włazów wejściowych”, ludność miejska zaczęła ich używać jako wysypiska śmieci i kanały się zatkały. Kilka razy burmistrz powziął decyzje odetkania ich, ale podmiejski ekosystem okazał się już nieźle rozwinięty. W opadach, gównie i ekskrementach zamieszkało sobie kilka wstrętnych gamratek, nazwanych później przez biologów mianem Gastenburgia Giganta. Zaczęły się sporadyczne zniknięcia ludzi, zwierząt domowych i hodowlanych. Z zeznań świadków, najczęściej podchmielonych i żywo ubarwiających wydarzenia, z kanału wylazły wielkie pokryte wrzodami macki długie na co najmniej dziesięć metrów (Albo i dwadzieścia! Na grób mojej matki!) i wciągają do cuchnącej otchłani niczego niespodziewających się przechodniów. Burmistrz dobrze o tym wiedział ale nie robił nic ze względu na niewielką szkodliwość społeczną procederu – macki najczęściej porywały żebraków i inną biedotę. Oczywiście do czasu. Proceder zaczął się nasilać i to na dodatek pojawiały się przypadki zniknięć w dzielnicy południowej, gdzie mieszkały ważniejsze osobistości. Burmistrz nakazał coś z tym zrobić. - Wyplenić to ścierwo! Wytruć albo wybić! Pokażemy psubratom kto tu jest panem! Niestety straż miejska nie mogła sobie poradzić z tą potworą (Oby jedną!). Rozesłano więc wieści, że miasto słono płaci każdemu kto ubije wstrętne monstra i wybawi biednych mieszczan i cnotliwe dziewice spod jarzma Gastenburgii Gigantii. Znalazło się kilku śmiałków chętnych zmierzenia się z tak trudną i śmierdzącą sprawą. Przychodzili najemnicy, żołnierze, zabójcy, wojownicy i inni, lecz nikomu nie udało się pokonać wszystkich stworów, które w śmieciach czuły się bardzo swobodnie. Zjawił się nawet rycerz chcący rozsławić swe imię i na zawsze zapisać je w historii jako godnego i cnotliwego obrońcę dziewic i biednych mieszczan. Niestety kiedy zobaczył jak się sprawy mają, zwątpił i uznał że nurzanie się w śmieciach i odchodach byłoby ujmą na honorze i wielkim sromem dla bohatera. Po nim przyszli kapłani. - Słuchacie, a nie słyszycie! Patrzycie, a oczu nie macie! Kara boża dosięga grzeszników! Słuszny jest gniew za niecne postępki! Jesteście jakoby groby pobielane! Gładkie i białe na zewnątrz, ale w środku zgnilizna i plugastwo się lęgnie! Pomnijcie na me słowa, wielka będzie kara za grzechy wasze! Ukorzcie się i módlcie o zbawienie! Niestety kapłani też nie poskromili potworzyska. Burmistrz musiał wysłać poselstwo do kapituły czarodziejów i prosić o pomoc. Kilku się zjawiło. Rzucali swoje czary przez blisko dwa tygodnie. Po tym czasie przyszli do burmistrza. - Tak, można powiedzieć, że się nie udało… ale mogę zapewnić iż więcej się Gastenburgii nie urodzi. Tak więc czarodzieje odnieśli połowiczny sukces. Jakimś sposobem spowodowali że więcej się potworów nie lęgło. Burmistrz przyjął to obojętnie. Postanowiono poczekać aż stwory same wymrą. Niestety do tej pory nic się nie zmieniło. Ludzie nadal wyrzucają śmieci do kanałów i nadal słychać głosy o wielkich mackach porywających w nocy przechodniów i nadal miasto śmierdzi ekskrementami. Wąskie uliczki Gastenburgu wiły się między szarymi budynkami. Ludzie byli ponurzy, burkliwi i niemili, było mnóstwo żebraków oraz ladacznic dających wątpliwą rozkosz a niewątpliwą rzeżączkę. Tak wyglądało miasto od ponad pięciu lat. Tak, Hengist nienawidził Gastenburgu. *** Hengist był wysokim, żylastym mężczyzną, w wieku około trzydziestu lat. Miał kruczoczarne włosy i stalowoszare oczy, kanciasta twarz wydawała się wyrzeźbiona krasnoludzkim toporem, rzadko się golił więc prawie zawsze miał kilkudniowy zarost. Miał zęby pozbawione kłów i zaostrzone uszy wskazujące, że przynajmniej w części był elfem. Miecz nosił na plecach, sposobem wygodnym, aczkolwiek podpatrzonym u pewnego zabójcy którego imienia nie pamiętał. Za młodu ojciec wysłał go do szkoły magii, gdyż wykazywał niejakie zdolności, lecz nauka ta ani go nie fascynowała ani nie szła zbyt dobrze. Jednak nie przerwał, dopóki ojciec, oczywiście przybrany bo swoich prawdziwych rodziców nigdy nie znał, nie zginął na wojnie i nie mógł już opłacać jego nauki. Wtedy zaciągnął się do wojska imperialnego. Na początku w piechocie ale szybko przeniesiono go do kawalerii, jako, iż dobrze jeździł konno. Z wojska wydalono go kiedy dowódcy dowiedzieli się o jego magicznych zdolnościach. Od tamtej pory był najemnikiem. Hengist zamknął okiennice i zaczął się ubierać, starając się przy tym ignorować pulsujący ból w głowie. Miał podły nastrój, migrenę i zapewne jeszcze kilka dni musiał mieszkać w tym zasranym mieście. Zamknął pokój i zszedł na dół. W karczmie było już kilku gości. Wszyscy jedli śniadanie i pili piwo, jak zwykle. Hengist nie miał ochoty na śniadanie. Wyszedł na ulicę. Na frontowej ścianie budynku po drugiej stronie ulicy przeczytał wymalowane smołą napisy „śmierdź fszystkim nieludziom”. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że rzeczywiście w mieście było niewielu krasnoludów ani elfów. W mieście miał się spotkać z niejakim Terraemem w gospodzie „Zielona Dolina”. Gospoda wyglądała przyzwoicie, zapewne najlepiej w mieście. Mury były pokryte nową farbą, okiennice i drzwi wyglądały solidnie, zapewne właścicielowi nie powodziło się najgorzej.. Wszedł do środka. Wokół roznosiła się woń chleba i kiełbasy, dym z fajek nieco szczypał w oczy. Przy stoliku w rogu sali zobaczył człowieka z którym miał się spotkać, oberżysta przyniósł mu dużego, pieczonego kurczaka na drewnianym półmisku. - Można się przysiąść? - Można, siadaj pan – odpowiedział gruby, łysy mężczyzna, odrywając nogę od kurczaka – Hengit jak się domyślam? - Miałem odebrać jakieś pudło – nie lubił gdy przekręcano jego imię ale nie sprostował bo wiedział iż to nic nie da. - Tak – Terraem wyglądał jakby długo czekał na te słowa, wyjął spod stołu mały skórzany worek i postawił przed Hengistem – to jest to. Hengist podniósł mieszek, zajrzał do środka. Wewnątrz znajdował się okrągły, czarny kamień. - Czekaj, musisz powiedzieć, że przyjmujesz to z własnej woli – Terraem był dziwnie poruszony, wyglądał jakby nie mógł się doczekać odpowiedzi. - O co tu chodzi? Mam wziąć ten kamyk a potem straże mnie gdzieś przydybią o kradzież tak? - Nie, ni…nie – na czole Terraema perlił się pot – t...to legalne. Po prostu musisz to przyjąć. - Słuchaj, Terraem – Hengist robił się zły – jeśli zaraz się nie dowiem o co tu chodzi to bardzo tego pożałujesz… W głosie Hengista było coś co sprawiło że od razu mu uwierzył. Terraem zaczął gorączkowo myśleć. Powiedzieć, czy nie powiedzieć? A jeśli nie przyjmie? Może skłamać? Musze mu powiedzieć… - To jest przeklęte… - Terraem unikał wzroku Hengista, pocił się – i przynosi pecha… i nieszczęścia... - Co to za brednie? Dawaj pan ten kamyk i nie opowiadaj bajek – Hengist powstrzymał się od parsknięcia śmiechem i zabrał mieszek. - Ale to prawda! Nie kłamie, przysięgam na grób mojej matki! – przysięganie na grób własnej matki było chyba zwyczajem w Gastenburgu. - Dobra, dobra – Hengist wziął mieszek, mocno związał i schował do kieszeni pod kurtką – Hmm… chyba jednak zjem śniadanie… Zjadł śniadanie i wrócił do swojego pokoju. Był w dobrym humorze, sądził, że będzie musiał siedzieć w tej noże jeszcze kilka dni, a tu takie szczęście, może wyjechać z miasta nawet teraz i zanieść kamyk zleceniodawcy w Keadwen. Zabrał swoje rzeczy i wyszedł z gospody. Poszedł do stajni przy „Nieoberżniętym Miedziaku” odebrać konia, Czarna, tak bowiem nazywał się jego koń, była narowistą, czarną klaczą z białym paskiem sierści między oczami, ot taki przeciętny koń, ani ładny ani rączy. Osiodłał go i ruszył w stronę bram miasta, teraz nawet nie przeszkadzał mu już smród, który jeszcze dwadzieścia minut temu denerwował go niemiłosiernie. Czarna też czuła się chyba lepiej, wiedząc że zaraz wyjedzie z tego miasta. Pod bramą południową stało już kilka wozów i koni. Ludzie coś krzyczeli w stronę strażników stojących przy bramie. Hengist podjechał bliżej, ludzie byli bardzo zaaferowani. - Do dzieciaków musze wracać! Zróbcież coś z tym panie! - Nie będę tu czekała cały dzień! Naprawcie to albo się poskarżę do wojewody! Wiecie kim jestem? Mój mąż jest w radzie miasta! Zamkną was i powieszą! – bardzo głośno pouczała strażników kobieta w zgniło-zielonej sukni. - Co tu się stało dziadku? – zapytał Hengist jakiegoś gapia - Łooj panie… - staruszek machnął ręką - łańcuch sie urwoł i wóz zgnietło! Na dwoje go rozpłatało jak nic! Nie przejedziecie tera, bramę najwcześniej jutro naprawio, musicie z północny bramy jechać. Za moich czasów było lepi, łańcuchy to były moocne! Nie to co teraz! - Kurwa, franca, mór, zaraza i trąd – Hengist zawrócił konia i ruszył w kierunku bramy północnej. Im bardziej zbliżał się do północnej bramy tym mniejszy był smród i uliczki coraz węższe. Budynki po tej stronie miasta były dużo wyższe niż w innych dzielnicach. Przejechał przez plac targowy, gdzie zwykle wystawiali swoje towary kupcy. Większość z nich jednak omijała miasto i jechała do Gororogu kilka godzin drogi na północ, lub do Keadwen na południu. Obecnie na placu targowym było tylko kilka straganów. Duży namiot w czerwono-białe paski z szyldem przedstawiającym miecz i tarczę przed wejściem, mały straganik z łukami i strzałami, stragan z rybami, kiszoną kapustą i ziemniakami, oraz stragan z glinianymi garnkami. Na uliczce prowadzącej do bramy północnej zrobił się już spory tłok, prawdopodobnie wypadek w południowej dzielnicy zdarzył się wczesnym rankiem i wielu kupców musiało wyjechać bramą północną, okrążyć miasto i wjechać na trakt wiodący do Keadwen od zachodu. Hengist postanowił ominąć nieco kolejkę do bramy i ruszył wąskimi uliczkami między budynkami. Z tego co zapamiętał z ostatniego pobytu, wąska uliczka którą teraz jechał powinna go wyprowadzić zaraz przed bramą. - Stój, kochasiu… Gdzie ci tak spieszno? – Usłyszał cichy, szorstki, złowieszczy głos zza pleców – Zsiądź z konika… szybciutko… Drugi zbój wyszedł z przodu i pogłaskał Czarną po chrapach. Hengist zgodnie z poleceniem zszedł z konia, zobaczył że ten z tyłu trzymał naładowaną kuszę, zaś ten z przodu miał pałkę nabijaną gwoździami i sztylet. Nie widział nikogo więcej, ale podejrzewał że jeszcze ktoś czai się gdzieś w cieniu. - Dawaj mieszek odmieńcu! Szybko! – odezwał się ten z pałką, wydał się bardziej porywczy i najwyraźniej nie lubił osobników z najmniejszymi oznakami elfiej lub innej nieludziej krwi, Hengist zachowywał się tak spokojnie jak to tylko możliwe, powoli odwiązał mieszek ze złotem od pasa i rzucił zbójowi – OBA mieszki dawaj! - Zbój najwyraźniej zauważył wybrzuszenie pod kurtką, wskazujące na przesyłkę odebraną rano. Hengist sięgnął po mieszek z kamieniem i rzucił mu. Miał nadzieje, że kamyk rzeczywiście przyniesie mu pecha. Szybkim ruchem wyjął z rękawa mały sztylecik i rzucił nim w tego z kuszą. Nóż wbił mu się głęboko w szyję. Zbój z przodu rzucił na ziemię oba mieszki i bardzo silno zamachnął się na Hengista pałką. Ten jednak zdołał zrobić unik i obuch trafił go tylko w ramię, powodując straszliwy ból, zamiast dziury w czaszce, usłyszał chrzęst łamanej kości i poczuł jak gwóźdź z pałki szarpie mu skórę, coś ciepłego pociekło mu po ręce. Prawą ręką wyjął miecz z pochwy na plecach, lewą miał zgiętą i przyciskał ją do brzucha, starając się ignorować ból. Usłyszał za sobą ciche, szybkie kroki, odwrócił się i ciął mieczem na odlew w tamtym kierunku. Odciął trzeciemu zbójowi rękę trzymającą sztylet, nie miał czasu go oglądać bo drewniana pałka minęła jego głowę zaledwie o pół cala. Zbój stracił równowagę i potknął się, Hengist wbił mu miecz w plecy, był zły. Odwrócił się i powoli podszedł do oprycha z odciętą dłonią, uderzył go rękojeścią miecza w zęby, pozbawiając przytomności. Kopnął go od niechcenia i zabrał jego mieszek, razem z czterema pozostałymi, nie zapomniał także o swoim sztylecie do rzucania. Wytarł go w trupa i umieścił w małej kieszonce w rękawie. Zarobił trzydzieści koron i złamana rękę. Powstrzymał się od zabicia nieprzytomnego, pozbawionego prawej dłoni i zębów. Z trudnością wsiadł na konia i zawrócił. Nie miał siły kląć.
*** - No i po kłopocie. Nie bolało prawda? – powiedziała młoda medyczka. Była to chyba jedyna osoba w całym Gastenburgu, która nie była burkliwa, znudzona i niemiła. Hengist myślał. Szyny obwiązane bandażem, usztywniające rękę były bardzo uciążliwe. Zastanawiał się czy zdoła dojechać do Keadwen z taką ręką, nie trafiając na grasujące po lasach bandy rozbójników, co prawda często były to bandy jedno lub dwuosobowe, więc nie zaczepiali uzbrojonych wędrowców, ale człowiek z ręką w szynach stanowił łatwy łup. Stwierdził, że musi się udać, nie miał zamiaru przez dwa tygodnie siedzieć w Gastenburgu z ręką w bandażach. - Nie bolało, dziękuje – uśmiechnął się najładniej jak potrafił w obecnej sytuacji i rzucił małą, oberżniętą, srebrną monetę do miski z miedziakami. W pokoju znajdował się wygodny fotel dla pacjentów, prostokątny stół z przyborami medyka i szafka z lekarstwami, głównie ziołowymi, oraz półka z książkami medycznymi. Wchodząc tutaj nie zdołał ukryć zdziwienia, ponieważ był to jeden z najlepiej wyposażonych zakładów medycznych jakie widział, a widział bardzo wiele. Zwykle na ich wyposażenie składały się brudne szmaty, udające bandaże i nożyki do puszczania krwi. Założył kurtkę i wyszedł z gabinetu. Czarna stała przed budynkiem, zapewne nieco już zniecierpliwiona bo na jego widok prychnęła i uderzyła podkowami o bruk. - Szybciej się nie dało. Natychmiast ruszył w stronę bramy, tym razem jechał główną ulicą, na której był już mniejszy tłok. Wyjechał przez bramę i ruszył drogą okrążającą miasto, aby dotrzeć na trakt wiodący do Keadwen. Poczuł ulgę, że wreszcie opuścił Gastenburg. Powietrze poza miastem było czyste i rześkie, drzewa o tej porze roku przyciągały mnóstwo ptaków, których trel umilał wędrówkę. Trakt był twardy i lekko wilgotny, nie było więc kurzu wpadającego do oczu, zmory podróżnych. W połowie drogi między Keadwen była karczma „Pod Pełnym Kuflem”, Hengist postanowił się w niej zatrzymać, bo natychmiast poczuł się spragniony i głodny, kiedy zobaczył jej szyld. Przywiązał konia, przed gospodą obok innych i wszedł do środka. Oberża była prawie pusta, w środku zobaczył tylko trzech ludzi, z których każdy jadł osobno. Hengist zajął stolik w kącie, który w karczmach był wolny bardzo rzadko, i zamówił jajecznicę, piwo oraz chleb. Oberżysta przyniósł duży talerz z wielką porcją jajecznicy na boczku i cebuli. Hengist jadł powoli, nie spieszyło mu się. Później zaczął tego żałować, gdyż do karczmy wszedł goniec królewski z herbem Kedanii na płaszczu i lekkiej skórzanej kurtce do konnej jazdy. Wszyscy w karczmie schowali głowy w ramiona starając się wyglądać jak najbardziej niepozornie. Było powszechnie wiadomo, że królewskim prawem, goniec mógł wziąć konia napotkanej osoby w zamian za swojego własnego. - Potrzebuję konia – rzekł goniec, wyciągając jakąś kartkę z pieczęcią – oto królewski rozkaz. Wezmę tamtą czarną klacz. Wszyscy w karczmie odetchnęli z ulgą, na podwórzu stałą tylko jedna czarna klacz, klacz Hengista. Podszedł do gońca i przeczytał królewski rozkaz oraz obejrzał pieczęć, niemało było oszustów, ale raczej wątpił, że goniec może nie być gońcem. Wszystko się zgadzało, niestety. Wrócił do stolika i dokończył jajecznicę. Goniec wyszedł i od razu ruszył w dalszą drogę, tym razem na grzbiecie Czarnej. Hengist był zmuszony poczekać kilka godzin aż koń gońca odpocznie i będzie mógł jechać dalej. Niestety było nieco po południu więc wynajął pokój i poszedł spać, postanowił, że ruszy nocą. Obudził się wieczorem, założył buty i poszedł po konia. Koń gońca, jak wczoraj sprawdził, był brązowym ogierem, miał dobre siodło, dobre do szybkiej jazdy, jak to siodło dla gońca. Hengist wgramolił się na kulbakę, uważając na swoją rękę i ruszył w stronę Keadwen. Las był bardzo cichy nocą, słychać było jedynie wycie wilków i dzikich psów do księżyca. Jechał stępa, lubił podróżować nocą. Mógł rozmyślać i mówić do siebie, a nikt by go nie usłyszał. Poza tym lubił samotność, w nocy, zwłaszcza tak cichej jak ta, czuł się jakby został sam, nie było żadnych ludzi, żadnych problemów. Coś jednak było, przed nim, za zakrętem traktu, usłyszał, że ktoś biegnie w jego kierunku. Szybko wjechał między drzewa, nie sądził żeby ten ktoś miał przyjazne zamiary. Była to kobieta w pięknej, fioletowej sukni, podartej i urwanej do kolan, najwyraźniej przed czymś uciekała Za nią biegło dwóch mężczyzn w baranich kożuchach, mieli miecze u pasa i krew na ubraniach, Hengist nie był w pełni elfem więc nie widział tak dobrze w ciemności jak elfy ale lepiej niż jakikolwiek człowiek. Łysy zbir z blizną na czole złapał kobietę za suknie i przewrócił
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kronos
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…