Penangglan, czyli Rokuro-Kubi
Moja historia jest opowieścią o zmarnotrawionym życiu – zmarnotrawionym z własnej winy. Służyłem u pewnego daimyo i zajmowałem wysokie stanowisko, lecz nadto kochałem kobiety i wino, w porywach tej namiętności postępowałem nikczemnie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kto z nas nie zastanawiał się kiedyś czytając książki z fantasy, skąd biorą się niebagatelne pomysły autorów dotyczące pochodzenia, właściwości potworów, mrożących krew w żyłach, czy też niezwykłych bohaterów i ich ekwipunku. Wszystkie mają swój pierwotny początek. Powstały z legend... Każdy do nich dodawał własną idee ,aż narodziła się nowa istota. Taki jest też Penangglan, bestia "stworzona" przez Kate Novak–Grubb ("Krainy Magii"– Powszechny Czar) na potrzeby książki. Jednak tym razem amerykańska pisarka jedynie zmieniła imię demona, dzięki czemu udaje mi się odgadnąć skąd naprawdę pochodzi źródło. Rozsiąć się zatem wygodnie przed kominkiem, miły czytelniku i wysłuchaj japońskiej legendy braciach wampirów– Rokuro–Kubi:
Blisko pięćset lat temu, w służbie u księcia Kikuji z Kiusiu był samuraj Isogai Heidazaemon Takesura Ów Isogai odziedziczył po licznych przodkach, także rycerskiego stanu, wrodzony talent do wojennego rzemiosła i niepospolitą siłę. Już jako chłopiec prześcignął swych nauczycieli w sztuce szermierczej, w strzelaniu z łuku i we władaniu włócznią, miał wszystkie zalety odważnego, a zarazem zręcznego żołnierza. Później wyróżnił się podczas wojen Eikyo, spłynęły w ten czas nań wielkie zaszczyty. Wraz z upadkiem domu Kikuji dobiegła jednak kresu jego służba. Bez trudu mógł przejść pod rozkazy innego daimyo, lecz ponieważ sercu pozostawał wierny dawnemu panu, a sam nie szukał chwały wyłącznie dla siebie, bez żalu zrezygnował z blasków doczesnego świata. Ogolił głowę i stał się wędrownym kapłanem, przybierając buddyjskie imię Kwairyo.
Pod kapłańskim koromo (tak nazywa się wierzchnie okrycie kapłana Buddy) nie przestało jednakże bić w jego piersi serce samuraja. I tak, jak za dawnych lat drwił on z niebezpieczeństw, tak i teraz nimi pogardzał, ponieważ w każdą pogodę, o każdej porze roku podróżował, by głosić dobre Prawo w stronach, dokąd żaden inny duchowny nie odważyłby się zapuścić ( "Chińskie duchy"). Czasy te bowiem były czasami przemocy i chaosu, a drogi bynajmniej nie należały do bezpiecznych dla samotnego wędrowca, choćby nawet był on kapłanem.
Podczas pierwszej długiej wyprawy Kwairyo odwiedził prowincję Kai. Kiedy pewnego razu przemierzał górzystą część owej prowincji, w odludnej okolicy, wiele mil od najbliższej wioski zaskoczył go zmrok. Chcąc nie chcąc, musiał więc spędzić noc pod gołym niebem i znalazłszy odpowiednie, trawą porośnięte miejsce nieopodal drogi, położył się i przysposobił do snu. Zawsze z zadowoleniem znosił niewygody i nawet goła skała była dlań dobrym posłaniem, a korzeń sosny doskonałą poduszką. Ciało miał jak ze stali i nigdy nie przejmował się rosą i deszczem, szronem i śniegiem.
Ledwo zdążył się ułożyć, gdy drogą nadszedł mężczyzna niosący siekierę i duże naręcze drew. Spostrzegłszy Kwairyo przystanął i chwilę przypatrywał się mu w milczeniu, po czym odezwał się tonem wielkiego zdziwienia:
– Musisz być panie nie byle kim, skoro masz śmiałość spać samotnie w takim miejscu. Okolica ta jest nawiedzona przez całe zastępy upiorów – czyżbyś nie lękał się Włochatych Istot?
– Mój przyjacielu – wesoło odrzekł Kwairyo. – Jestem tylko wędrownym kapłanem, "gościem chmur i deszczu" – jak mówią ludzie, a Włochatych Istot nie obawiam się w najmniejszym stopniu, jeśli masz na myśli upiory w skórze lisów, borsuków, czy też inne stworzenia tego rodzaju, zaś co do samotnych miejsc, lubię je, są bowiem stosowne do medytacji. Zwykłem sypiać na świeżym powietrzu i nauczyłem się nigdy nie trwożyć o swoje życie.
– Doprawdy, trzeba być odważnym człowiekiem, by tu leżeć! – powiedział drwal. – Miejsce to cieszy się złą sławą. Lecz przysłowie mówi: Kunshi ayayuki–ni chikayorazu (Mądry człowiek nie wystawia się bez potrzeby na niebezpieczeństwo), a muszę, panie, zapewnić, że spać tutaj jest bardzo niebezpiecznie. Przeto, choć dom mój jest zaledwie nędzną, strzechą krytą chatą, przyjmij, proszę moje zaproszenie i udaj się tam ze mną bez chwili zwłoki. Jeśli chodzi o posiłek, niczego zaoferować nie mogę, ale jest przynajmniej dach, pod którym przenocujesz nie narażając życia.
Szczerość z jaką mówił i uprzejmy ton spodobały się kapłanowi, toteż skorzystał z zaproszenia.
Drwal poprowadził go wąską ścieżką wiodącą w górę przez las. Nierówna i zdradliwa była to droga – chwilami biegła skrajem przepaści, innym razem jako oparcie dla stóp dawała plątaninę oślizgłych korzeni, chwilami wiła się śród masywów najeżonych skał. Lecz wreszcie Kwairyo znalazł się na otwartej przestrzeni na szczycie wzgórza, ponad nim zaś jasno świecił księżyc. Na wprost stała, pokryta strzechą chata, a w niej wesoło paliło się światło. Gospodarz zaprowadził go do szopy na tyłach domostwa, dokąd bambusowymi rurami doprowadzono wodę z jakiegoś pobliskiego strumienia i obaj umyli nogi. Za szopą był ogród warzywny oraz gaj cedrów wraz z bambusami, a w oddali, za drzewami, połyskiwał spływający z niewidocznego progu wodospad, podobny w blasku księżyca zwiewnej, długiej, białej szacie.
Kiedy Kwairyo wszedł do chaty ze swym przewodnikiem, ujrzał cztery osoby grzejące dłonie nad niewielkim płomieniem roznieconym w ro (rodzaj małego paleniska). Mężczyźni i kobiety pokłonili się nisko duchownemu i pozdrowili go z najwyższym szacunkiem, a ten zdumiał się, że osoby tak ubogie i mieszkające na takim odludziu znają równie grzeczne formy powitania. "To dobrzy ludzie – pomyślał – i z całą pewnością zetknęli się z kimś dobrze obznajomionym z dworską etykietą".
Zwróciwszy się do pana domu powiedział:
– Z układności twej mowy i z wielce uprzejmego powitania tutaj mi zgotowanego, wnoszę, iż nie zawsze byłeś drwalem. Być może niegdyś należałeś do jednej z wyższych klas?
– Nie mylisz się panie – uśmiechnął się spytany. – Choć dzisiaj jak sam widzisz, byłem kiedyś osobą znacznej rangi. Moja historia jest opowieścią o zmarnotrawionym życiu – zmarnotrawionym z własnej winy. Służyłem u pewnego daimyo i zajmowałem wysokie stanowisko, lecz nadto kochałem kobiety i wino, w porywach tej namiętności postępowałem nikczemnie. Mój egoizm sprowadził ruinę na nasz dom, a także spowodował śmierć
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Night_Blade
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…