Pętla
Chłopak z dziewczyną niespodziewanie dostają się na rozprawę sądową
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzika Małpa I - Mamusiu, ten strumyk, w którym się kąpałem, a ty prałaś w nim bieliznę, to jak się nazywa? - To jest bardzo mały strumyk. - Nie ma nazwy? - Chyba nie. Po prostu strumyk. - Mogę go nazwać, nasz strumyk? - Możesz synku, nawet ładnie brzmi, nasz strumyk. - A dokąd on płynie? - Niedaleko. - Ale dokąd? - Do rzeki. Wpada do dużej rzeki. - A jak się nazywa ta rzeka? - To jest duża rzeka. - A dokąd płynie duża rzeka? - Płynie daleko, daleko. - Też wpada do rzeki? - Nie, ona nie wpada do rzeki. - To co się z nią dzieje? - Rzeka wpada do morza? - Do morza? A jak się nazywa to morze? - Morze, po prostu morze. - I dokąd płynie morze? - Morze nie płynie. Ono jest. - Coś jednak musi robić? - Morze faluje. - No a dalej, co jest dalej, za morzem? - Za morzem jest ocean. - A za oceanem? Co jest za oceanem? - Za oceanem jest olbrzymi kontynent. - Mamusiu, to znaczy jakbym płynął naszym strumykiem, później rzeką i morzem, to bym dopłynął do oceanu i do tego olbrzymiego kontynentu.
Ktoś ostrożnie zapukał do drzwi, później je uchylił. Smuga światła wśliznęła się do ciemnej piwnicy. Jakaś postać szeptem powiedziała. - Pani Mario, mam dobre wiadomości od męża. Jutro po południu przyjedzie po panią i syna. Będziecie mogli razem wyjechać. Drzwi zamknęły się. Znów zapanowała ciemność. Maria się ucieszyła. Okres niepewności, oczekiwania na wyjazd zbliżał się ku końcowi.
Stanisław przyjechał po Marię i syna następnego dnia rankiem. Opuścili miejscowość, gdzie od dłuższego czasu przebywali. Po południu, z pobliskiego dworca odjeżdżał ich pociąg. Na torze stał już parowóz z doczepionym składem wagonów. - Tato, będziemy jechać tym pociągiem - syn był podniecony podróżą. - Tak synku. Bagażowy, przykurczony człowiek podszedł do nich, pomógł nieść walizki. Zwrócił się do Stanisława przyciszonym głosem. Maria jednak usłyszała. - Jak nie chcecie państwo jechać to ja wam pomogę. Ukryję was. - Dlaczego! - Stanisław był tak zaskoczony propozycją, że aż krzyknął. - Mamy się ukrywać? Znowu? W jakim celu? - Niektórzy nie chcą jechać, pragną zostać. - My nie. Starałem się o ten wyjazd bardzo długo. - Decyzja należy do pana - Bagażowy włożył walizki do przedziału, Stanisław zapłacił za usługę. Zapytał, gdy tamten opuszczał przedział. - Ukrywa pan już kogoś? - Dwie rodziny. - Jak długo? - Już kilka miesięcy. - Dlaczego pan to robi? - Prosili mnie o tę przysługę. - Ale to jest przecież nielegalne. Bagażowemu twarz stężała. Na czole pojawiły się krople potu.. - Niech pan nikomu nie mówi. Błagam pana - złożył ręce jak do modlitwy. - Proszę się nie martwić. Z resztą komu mógłbym powiedzieć? - Dziękuję panu - tamten uspokoił się, odszedł. Stanisław z Marią usiedli w fotelach, syn zajął miejsce przy oknie. - Może powinniśmy skorzystać z jego propozycji? – zapytała Maria. - Nie. Wyglądał na podejrzanego typa. Na pewno nie robi tego za darmo. - Nasza podróż jest tak osobliwa. - Co w tym osobliwego. Siedzimy wygodnie w przedziale. Dojedziemy na miejsce, tam się nami zajmą inni odpowiedzialni ludzie. Będzie dobrze, nie martw się. Maria wyjęła z torby podróżnej kolorową apaszkę, zawiązała Stanisławowi na szyi. - To na wszelki wypadek, jakby nas rozdzielili. Zawsze się później odnajdziemy. - Dlaczego mieliby nas rozdzielać? Starszy, nobliwy pan wszedł do przedziału. Ubrany w spodnie podróżne i koszulę flanelową. - Dzień dobry. Jestem państwa konwojentem. Proszę o dokumenty. Stanisław zdziwił się, że tak zwyczajnie ubrany człowiek może być ich konwojentem lecz posłusznie pokazał polecenie wyjazdu wraz z paszportami, swoim, żony i syna. Dokładnie je sprawdzał. - W porządku proszę pana – Konwojent zwrócił dokumenty Stanisławowi - wszystko się zgadza proszę pana. Do wyjazdu jest jeszcze trochę czasu proszę pana. Proszę się częstować, na półkach są wyłożone kanapki, napoje i owoce proszę pana. Jest również prasa proszę pana, życzę miłej podróży - usiadł w rogu przedziału, przykrył twarz zasłoną, jakby pragnął się zdrzemnąć. Stanisław zdążył jeszcze zapytać. - O której wyruszamy? - Pociągi z tego toru proszę pana nie mają uregulowanego rozkładu. Ja proszę pana nie wiem. Ja tylko konwojuję proszę pana. Ale mogę pana proszę pana zapewnić, że pociąg na pewno dojedzie do celu proszę pana. Zawsze dojeżdża proszę pana. - Dziękuję - Stanisław uśmiechnął się do Marii, rozbawiony śmieszną mową. Po pewnej chwili z rogu przedziału zaczęło dochodzić sapanie, które później przerodziło się w delikatne chrapanie. Do pociągu wsiadało coraz więcej podróżnych, pojedynczo, rodziny, młode pary. Wagony powoli zapełniały się. Późnym wieczorem transport ruszył. Stanisław z synem, póki jeszcze było widno oglądali krajobrazy za oknem. Przy jednej z ulic minęli znajdujące się tam przyjezdne, wesołe miasteczko pełne ludzi. Oświetlone neony, karuzela, ruch, gwar, chłopcy, dziewczęta. „A my jedziemy nie wiadomo dokąd” - pomyślał Stanisław. Dzień pełen wrażeń, monotonny stukot kół spowodował, że szybko usnęli. Pociąg jechał całą noc, oprócz pierwszej stacji nigdzie się nie zatrzymywał. Obudziły ich głośne krzyki i nawoływania. - Wysiadać, wysiadać, pociąg dalej nie jedzie. Nastał dzień, Stanisław przecierał oczy, otworzył okno, zimne powietrze wdarło się do przedziału, rozglądał się po okolicy. Zatrzymali się na małej, kolejowej stacyjce. W oddali zobaczył napis na drogowskazie „Grabina Zameczek 15km”. Przy rampie na polnej drodze stały ciężarówki. - Jesteśmy na miejscu? - zapytała przebudzona Maria. - Chyba tak - Stanisław odpowiedział. - Tato, dalej nie pojedziemy? - Nie synku. Śpiącego w rogu przedziału Konwojenta nie przebudziły okrzyki, tak jak zasnął na początku podróży tak spał nadal. Kobieta w przybrudzonym drelichu podeszła do wagonu. - Dalsza podróż odbędzie się w ciężarówkach. Proszę się przesiąść, kierowcy czekają. - Dokąd nas zawiozą? - Nie wiem, prosili mnie bym państwu przekazała, pociąg przyjechał spóźniony, proszę się pośpieszyć, silniki mają włączone – Kobieta przechodziła od wagonu do wagonu i powtarzała „wysiadać”, „proszę wysiadać”. Stanisław z Marią i synem, z pozostałymi podróżnymi, wysiedli z pociągu, zajmowali miejsca we wskazanych ciężarówkach. Kobieta w przybrudzonym drelichu pomagała układać bagaże pod plandeką. - Strasznie niewygodnie - narzekała Maria. - Długo nie potrwa, cel podróży powinien być niedaleko - uspokajał Stanisław. - To jest blisko – Kobieta w drelichu przytaknęła, zawiązywała plandekę - podróż będzie krótka, po co macie iść piechotą jeśli są samochody. Lepiej niewygodnie jechać niż wygodnie iść miła pani - uśmiechnęła się do Marii. - Jaka pani uprzejma - Maria odwzajemniła uśmiech, rozpogodziła się. Podróż trwała krótko. Dojechali na miejsce, wysiadali z ciężarówek. Znaleźli się w dużym gospodarskim obejściu. Obora, szopy, budynki gospodarcze. Wokół kręcili się ludzie ubrani w robocze kombinezony, na nogach kalosze. - Tutaj, tutaj - krzyczeli, machali rękami do nowoprzybyłych. - Tato gdzie my jesteśmy? - zapytał syn. Stanisław nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. Pierwszy raz do momentu wyjazdu poczuł zaniepokojenie. - To nic synku, to nic, nie przejmuj się - chwycił go mocno za rękę. Do Stanisława podszedł brodaty mężczyzna. - Chodźmy - ruszył do przodu - proszę za mną. - Dokąd idziemy? - zaciekawił się Stanisław. - Zaraz będziemy na miejscu. Proszę za mną - powtórzył, spojrzenie skierował na stojących bez ruchu Stanisława z synem i Marię - proszę. Nie ociągajcie się państwo, bardzo was proszę. - Pójdźmy Stanisławie - Maria ze zrozumieniem przyjęła prośbę Brodacza. Podążyli w kierunku przez niego wskazanym. Krok w krok za nimi szedł pomocnik Brodacza. Niski, zuchwały, wynaturzony osobnik, w przepoconej kurtce i zabłoconych butach. Zatrzymali się przed oborą pokrytą odpadającym tynkiem. - Co to za zabudowania? -zapytała Maria. - Budynki gospodarcze. Proszę się nie obawiać. Budynki zostały zmodernizowane. Bagaże proszę tu zostawić - wskazał miejsce pod ścianą. - Weźmiemy je ze sobą. Zabraliśmy nasze najwartościowsze rzeczy - powiedziała Maria. - Nie, musicie je tu zostawić, takie zarządzenie - nie czekając na odpowiedź rzucił krótkie, szybkie słowo do kroczącego za nim pomocnika - Bierz! Ten tylko czekał na sygnał, chwycił, wyrwał z rąk walizki, mały plecak wyszarpywał chłopcu. Odskoczył z łupem pod ścianę. - Tam są moje klocki - rozpłakał się syn. - Nie martw się chłopcze, otrzymasz je z powrotem. Później - Brodacz pogłaskał go po główce. Otworzył stalowe, zardzewiałe drzwi budynku. - Proszę państwa do środka - wskazał ręką ciemne wnętrze. Stanisław przyglądał się całej sytuacji z zakłopotaniem, myślał co mógłby uczynić. Podszedł do mężczyzny bardzo blisko, tak żeby ten usłyszał jego przyciszony głos. - Rozmyśliłem się. Chcemy jednak wrócić. Nie podoba nam się tutaj. - Co się panu nie podoba, szanowny panie? - Tak w ogóle, atmosfera, brudne ściany, przyciemnione wnętrze pomieszczenia gdzie mamy wejść, pański niechlujny pomocnik. Proszę nas uwolnić, oddać bagaże, do pociągu dojdziemy piechotą, wsiądziemy i wrócimy do miasta, do naszego domu, do naszej rodziny, do przyjaciół. - Ależ nie ma takiej możliwości – odpowiedział Brodacz - Choćbym chciał, choćbym bardzo tego pragnął. Ciężarówki odjechały, pociągi też, zresztą w powrotną drogę nie zabierają pasażerów. Odjeżdżają tylko z konwojentami. - Nie - Stanisław chwycił go mocno za rękę - nie podoba mi się sytuacja w jakiej się znaleźliśmy. Proszę nam pomóc. Proszę nas uwolnić. Bardzo pana o to proszę w imieniu swoim, mojej żony i ukochanego naszego synka. - Panie Stanisławie - Brodacz łagodnie próbował odsunąć się - pan przecenia moje możliwości. Moja chęć czy niechęć do niesienia pomocy nic nie znaczy. Żeby pana uwolnić, musiałbym otrzymać nakaz pańskiego uwolnienia. Może go wystawić tylko ten, kto wydał nakaz wyjazdu. - Czyli kto? - Nie wiem. To nie moja sprawa. Swoje zadanie staram się należycie wypełnić. Powtarzam, nie jestem w stanie nic zrobić. Nie mam takiej władzy. Mogę tylko być bardziej miły. Nic więcej. - Nie może pan nas gdzieś ukryć? - Stanisław przypomniał sobie propozycję z dworca. - Ukryć? Gdzie was ukryję? W tym gospodarskim obejściu? - Nie, w domu. Bagażowy ukrywa dwie rodziny - Stanisław chociaż obiecał, że nie powie o tym nikomu, jednak w tej według niego nieprzyjemnej sytuacji postanowił zdradzić tajemnicę. - Nie, nie ukryję i proszę nie zawracać mi więcej głowy - Brodacz obruszył się- To może się dla was źle skończyć. - Może mi pan przynajmniej powiedzieć co się tutaj wyprawia? - Świński ryj? Chodzi panu o niego?- wskazał na chytrego osobnika plądrującego bagaże - próbuję nad nim zapanować. Trudno go powstrzymać. - Obawiam się takich ludzi. Lecz bardziej niepokoi mnie to co się dzieje w zabudowaniach, za tymi drzwiami? - Nic groźnego. Panie Stanisławie, nic nie poradzę w pańskiej sytuacji. Musi pan wejść do wnętrza. Proszę - wskazał drzwi. Stanisław zrezygnował z dalszego nalegania. Trzymając syna za rękę posłusznie weszli do budynku, Maria postępowała za nimi. Drzwi zatrzasnęły się. Pomieszczenie oświetlone było mdłym światłem z przybrudzonej i upstrzonej martwymi muchami żarówki. Kilka boksów przedzielonych kotarami. - Tato boję się - szepnął syn. Stanisław też się bał, jednak nie dawał poznać tego po sobie, chciał być wsparciem dla syna i żony swojej. - Spokojnie, spokojnie, zaraz się wszystko wyjaśni - uspokajał. Zza kotary wyszedł młody mężczyzna. - Dzień dobry państwu. Witam serdecznie - usłyszeli miły głos. - Kim pan jest? - zapytała zaskoczona nagłym pojawieniem się mężczyzny Maria. - Kąpielowy do państwa usług. - Kąpielowy? - zdziwiła się Maria. - Co w tym dziwnego? Po podróży powinniście się państwo odświeżyć. Proszę rozebrać się. Tam, za parawanem. Na wieszakach są ręczniki a w pojemnikach mydło. Później pod prysznic, pani do pomieszczenia na prawo, pan na lewo a dziecko do środka. - Ja nie chcę sam, ja chcę z tatą - zaprotestował syn. - Nie możesz synku, takie są przepisy - Kąpielowy podszedł do dziecka, pogłaskał go po głowie – Później się spotkacie. - Proszę pana - Stanisław drugi raz krótkim czasie zwrócił się do obcego człowieka z prośbą - proszę nas uwolnić. - Uwolnić? Stąd? - żachnął się Kąpielowy - Dlaczego? - Mam złe przeczucia. Proszę pana o to bardzo. - Ależ ja nie mogę. Wydaję ręczniki i mydło. Jedynie co mogę, to wydać świeższy ręcznik i mniej wymydlone mydło. Maria nie czekała, skierowała się za parawan, rozebrała się, weszła do umywalni dla kobiet. Syn uczynił to samo, wszedł do pomieszczenia przewidzianego dla dzieci. Stanisław opierał się, wahał, myślał co zrobić. Po kilku nieudanych prośbach nie widział innego wyjścia jak poddać się istniejącemu ciągowi zdarzeń. Gdy już się zdecydował, Kąpielowy nagle chwycił go za rękę. - Mam do pana wielką prośbę –głos jego zabrzmiał lękliwie – wielką prośbę. Proszę mnie wysłuchać. Tam po drugiej stronie znajduje się moja żona z najmilszą moją córeczką. Proszę im powiedzieć, że bardzo je kocham - pomieszczenie było przyciemnione, Stanisław zauważył jednak jak na jego twarzy pojawiły się łzy, spływały po policzkach. - Jak to? - Stanisław był zaskoczony. - Nikomu o tym nie mówiłem. Ale pan jest tak przestraszony, jak ja kiedyś byłem. Jestem takim samym podróżnym jak pan. Też otrzymałem nakaz wyjazdu. Kilka miesięcy temu przyjechaliśmy jednym z pierwszych transportów. Tu w przebieralni nie wytrzymałem, ogarnął mnie strach. Tak wielki, że nie mogłem zrobić kroku w przód. To była krótka chwila, chwilka, chwilunia lęku i przestrachu. Ale to wystarczyło bym się zatrzymał. Stanąłem nad Otchłanią. Wielką, niesamowitą głębią męki i cierpienia. Przeraziłem się. Żona z córeczką już weszły za parawan, poszły dalej. Ja nie dałem rady. Zostałem. Uprosiłem Brodacza, na kolanach go prosiłem, błagałem, pełzałem przed nim. Po czasie dał się przekonać, zgodził się. Wcześniej on, prócz tego, że odpowiadał za porządek i spokój ludzi, to jeszcze wydawał ręczniki i mydło. Po moich prośbach przekazał tę funkcję mnie. Zostałem Kąpielowym. Kocham bardzo moją żonę i córeczkę - wyjął z kieszeni fotografię pięknej jasnowłosej kobiety z przytulającą się, obejmującą jej szyję uśmiechniętą dziewczynką ze splecionymi warkoczykami. - Dlaczego sam pan do nich nie pójdzie? - Boję się. Bardzo się boję. Do bojaźni doszedł jeszcze wstyd. Zostawiłem je same. Wstydzę się. Nie jestem ich godzien. Czuję do siebie wstręt, obrzydzenie. Czasu jednak cofnąć się nie da. Z takim piętnem muszę żyć, pracować dla Brodacza. Stanisława spojrzenie wyrażało współczucie przemieszane z pogardą. Marii i syna już nie było. Stanisław odszedł od Kąpielowego. Wszedł za parawan. Rozebrał się, znalazł się w umywalni. - Tato, to nic strasznego? Wszystko będzie dobrze? – usłyszał dochodzący gdzieś z oddali głos ukochanego syna. - Tak synu, będzie dobrze - krzyknął Stanisław. - Na pewno tato? Tutaj tak ciemno, boję się. Dlaczego my tu jesteśmy? Stanisław nic nie odpowiedział, odkręcił zawór prysznica. Na jego nagie, przemęczone barki spływały kojące strumienie.
II To była najdziwniejsza sprawa w całej mojej karierze adwokackiej. Do tej pory jeszcze z trwogą myślę, jak w tamtym czasie udało mi się ujść z życiem. Nawet nie wiem komu mam dziękować, gdyż przychodzące na myśl standardowe „dzięki Bogu” zakrawa na kpinę. Przypadek, łut szczęścia, moja determinacja, początkowy strach i bojaźń przeradzające się w odwagę i opór? Czy to zaważyło, że ja żyję, a oprócz mnie nikt się nie uratował? Nawet moi klienci, których pragnąłem bronić. I wielu, wielu innych ludzi, dziesiątki, setki, którzy dostali się w kleszcze morderczego reżimu, z których nie byli w stanie się wydostać. Czy ktoś się za mną wstawił? Ktoś mi pomógł? Ktoś obezwładnił moich oprawców? Zaczęło się dosyć niewinnie. Z mojej skrzynki pocztowej wyjąłem list, nadawcą była Izba Adwokacka. W kopercie był drugi list, od nieznanego nadawcy. Proponowano mi obronę kilku osób, którzy podlegali procedurze sądowej, i którym groził wyrok skazujący. O szczegółach miałem się dowiedzieć w wydziale obrony adwokackiej Urzędu Miasta Gdańska, kiedy przyjmę zlecenie. Nie zastanawiałem się, jako młody adwokat nie miałem zbyt dużego wyboru. Następnego dnia już tam byłem. Gdańska nie znałem zbyt dobrze, właściwie w ogóle nie znałem. Urodziłem się, uczyłem, studiowałem w Warszawie, nad morze przyjechałem, gdyż moja dziewczyna nie chciała się przeprowadzić do stolicy. Z trudnością odszukałem adres widniejący na kopercie, wydział do spraw obrony adwokackiej znajdował się na Dolnym Mieście, tuż przy świetlicy ogródków działkowych. Recepcjonista nie wiedział, jaki pokój wskazać. Przewracał zeszyt raz w na jedną, raz na drugą stronę. Mruczał niezadowolony. - Nie wiem, gdzie pana skierować. Nie przypominam sobie tego powiadomienia. Proszę, może do tego pokoju, wskazał najbliższe drzwi. Tam jedna z urzędniczek coś sobie przypomniała. Krzyknęła do koleżanki siedzącej przy biurku na drugim końcu pokoju. - Sabina! To twoja sprawa. Kobieta w średnim wieku podeszła do mnie. - Obrona? – ni to zapytała, ni to stwierdziła. - Zna pani tę sprawę? - Przydzielono mi temat w ostatniej chwili. Z tego co wiem to chodziło o kilka osób. - Tak, mam być ich adwokatem. - Ale to chyba już nieaktualne. Wycofano zlecenie. - Kto wycofał? - Nie wiem. Zastępowałam tylko koleżankę. Nie pracuje już u nas. - Niczego się nie dowiem? - Przykro mi. Wyszedłem niezadowolony z magistratu. Miałem nadzieję na zarobek, chociaż skromny to jednak. Na ulicy zaczepił mnie recepcjonista, wybiegł za mną. - Wiem, wiem kto się tym zajmował. - Kto? - Władzio! Jest niedaleko, na ulicy Chłodnej. Razem z całą, swoją zgrają.
Pod Kotwicą. Tak, rzeczywiście to była niebywała zgraja. Z perspektywy czasu zastanawiam się skąd tacy ludzie się wzięli. Może nie tyle wzięli, bo podobnych pojedynczych typów można spotkać na całym świecie wielu lecz zastanawiające było, jak oni się wspólnie odnaleźli, jak stworzyli taki dobrze rozumiejący się, przede wszystkim uzupełniający się zespół ludzi, taką zgraną paczkę? Ludzi, którzy z pozoru emanowali łagodnością i naiwnością, a spod tych powierzchownych przymiotów w decydujących momentach wypełzła bezwzględność, surowość i pogarda. Jest takie angielskie słowo „teamworks” idealnie pasujące do tej zgrai. Stworzonej przypadkowo? Czy też był to czyjś zamysł, by ta grupa ludzi decydowała o losach dużej części społeczeństwa? Współpraca pomiędzy nimi, co miała pokazać przyszłość, układała się wręcz idealnie, wszelkie uchybienia bądź luki powstałe przez błędy jednego z nich były natychmiast korygowane i wypełniane przez drugiego, także system przez nich konstruowany na zewnątrz świecił blaskiem zjednoczonego i pewnego monolitu. Zastałem ich w barze „Pod Kotwicą”, w wyjątkowo podłej mordowni mieszczącej się na Dolnym Mieście, na rogu ulicy Łąkowej i Chłodnej. Bar, właściwie jego jaskrawożółty szyld z wymalowaną czerwoną kotwicą był widoczny z daleka. Wahadłowe drzwi, przez które wchodziło się do środka położone były poniżej poziomu ulicy. Zszedłem po kamiennych schodach na dół, pchnąłem drzwi, znalazłem się wewnątrz. Było tam kilkadziesiąt osób, przeważnie mężczyźni, stojący przy wysokich stołach i popijający piwo z litrowych kufli, przy ławach siedziało kilka kobiet. W sali panował gwar, gęsty dym papierosowy wypełniał każda wolną przestrzeń, zapach będący mieszaniną potu, odgrzewanego bigosu i rozlanego piwa nieznośnie wnikał w nozdrza. Gruba kelnerka z pokaźnym, wylewającym się z ciasnego stanika biustem, z przewieszonym przez ramię ręcznikiem, trzymająca w rękach cztery kufle piwa, podbródkiem wskazała stolik. Podziękowałem jej skinieniem głowy. Zapytałem tylko. -Władzio? Nie czekałem na odpowiedź. Nie sposób jego, właściwie ich, było nie zauważyć i nie usłyszeć. Siedzieli przy stoliku, na końcu sali, kilka charakterystycznych postaci, wyróżniających się spośród bywalców baru, ubranych w stroje robocze robotników z Blaszanki i robotnic z Dagomy, pracowników pobliskich zakładów przemysłowych. Podszedłem do stolika. - Pan Władzio? – pytanie skierowałem do pulchnego mężczyzny w wieku trzydziestu kilku lat, głośno opowiadającego jakieś zdarzenie, co wywoływało co chwila salwy śmiechu wśród słuchaczy. Mężczyzna przerwał swoją opowieść i przypatrując się mi uważnie odpowiedział lekko zaczepnym tonem. - Tak. A o co chodzi? - Skierowano mnie tu z urzędu. - To siadaj pan -przysunął z sąsiedniego stolika taboret -Zaraz pogadamy, tylko skończę. Przysłuchiwałem się dalszemu ciągowi przerwanej opowieści. „…. wówczas skierowałem się do pokoju w celu uzyskania ważnego potwierdzenia, o które dopominałem się od dłuższego już czasu u inspektora Buciora. Zawsze zgłaszałem się do niego i zawsze miałem kłopoty z przeciągającą się procedurą. Zza drzwi dochodziły jęki, łkania. Zapukałem, po dłuższej chwili ciszy, nie spodziewając się odpowiedzi nacisnąłem klamkę i wszedłem do pokoju. Inspektor Bucior siedział za biurkiem, na którym leżały sterty papierów i tomy dokumentacji. Nawet nie zwrócił uwagi na mnie, po prostu nie zauważył mnie. Głowę przytrzymywał obiema rękami, pochylony wpatrywał się w drewniany blat biurka i łkał. - Tyle pracy, tyle pracy, dlaczego to na mnie trafiło, dlaczego to mi się przydarzyło? Dlaczego, dlaczego? Tyle pracy, tyle pracy. - Dzień dobry panu –nieśmiało przerwałem mu wywody. - A pan, kto? – Inspektor Bucior spojrzał na mnie, chyba mnie rozpoznawał, przestał łkać - Sam jeden nie nadążam. Sam jestem. Nie daję rady. Nic jeszcze w pana sprawie nie zrobiłem. Sam pan widzi ile mam roboty – wskazał na zasłane papierami biurko- musi pan przyjść za kilka dni. - Ale ja już tyle razy przychodzę, a pan zawsze powtarza, że za kilka dni, kilka dni. A to już się ciągnie miesiącami. - I co ja mam zrobić, przecież nie nadążam. Sam jestem. Kiedyś było nas tu dwóch. Teraz zostałem sam i cóż poradzę. To musi trwać i już. Proszę uzbroić się w cierpliwość. - Może panu w czymś pomóc? - Pan? Pan przecież się nie zna na tych sprawach. Tu potrzeba doświadczenia, odpowiednich kwalifikacji, inwencji. To musi być fachowiec taki jak ja. Pan nie jest w stanie mi pomóc. Sam to zrobię, lecz potrzebny mi jest czas. Z zewnątrz ktoś otworzył drzwi. Do pokoju wszedł pomocnik. Mały, chudy, z krostami na twarzy. W wyciągniętych do przodu rękach trzymał opasłe tomisko dokumentów. - Na ziemię! –Ryknął inspektor Bucior. Chłopak skulił się przestraszony, chciał już klapnąć na podłogę, lecz grube tomisko mu przeszkodziło. - Nie ty ciamajdo! Nie widzisz, że biurko zajęte. Rzucaj papiery. Chłopak rzucił dokumenty na podłogę, aż zatrzęsło całym pokojem. - O rany, z kim ja pracuję, nie możesz ciszej. Wynoś mi się, ale już – Inspektor był mocno poirytowany. Chłopak opuścił pokój. - No widzi pan! Jeszcze donoszą nowe tomiska. Tamtych nie skończyłem a tutaj nowe. A ja jestem przecież sam, nie daję rady. Nic na to nie poradzę. Z resztą idę już do domu, dochodzi czwarta godzina – Inspektor podniósł stojącą przy nodze krzesła teczkę, do kosza wyrzucił wystający z niej papier, w który jeszcze przed paroma godzinami zawinięte było drugie śniadanie i błyskawicznie opuścił pokój. Przez chwilę rozglądałem się po pokoju i wyszedłem zrezygnowany zaraz za inspektorem Buciorem. Kierowałem się ku wyjściu gdzie spotkałem krostowatego pomocnika. Próbował mnie pocieszyć z powodu tak złego potraktowania przez inspektora. - Proszę się nie martwić. Inspektor Bucior miał dzisiaj zły humor. Ma tyle spraw do załatwienia, dlatego jest mocno zdenerwowany -Chłopak nie wydawał się przejęty- Żal mi jest jego. Starszy, doświadczony inspektor a nie może prostych spraw załatwić. Przecież gdyby nie ja toby już utonął w tych dokumentach, ludzie by go nachodzili i nachodzili. A nie wszyscy są cierpliwi tak jak pan. Od niejednego petenta Bucior już dostał po twarzy. - Co to znaczy gdyby nie pan? Gdyby nie ja, pan tak powiedział? - zapytałem. - No tak, ja. Ja za niego załatwiam sprawy. Przecież on nie jest w stanie nic zrobić. On tylko łka i łka. - Kiedy pan to robi? To znaczy, kiedy pan załatwia te sprawy? - Po godzinach. Wtedy, kiedy inspektor Bucior idzie do domu. - To znaczy teraz? - Tak, teraz. - To, dlaczego pan nic nie robi teraz? - Bo nikt mnie o to nie poprosił. - A jak bym ja poprosił, to by pan moje dokumenty potwierdził. - Oczywiście. Jak najbardziej. - No to ja poproszę by pan załatwił moją sprawę. Chodzi o potwierdzenie dostarczonych wcześniej dokumentów. - Proszę bardzo –chłopak otworzył drzwi od pokoju inspektora, z szuflady biurka wyjął klucze, podszedł do szafy pancernej, otworzył ją i wyjął ogromną pieczęć. - Gdzie ją przystawić? –Zapytał. Zdziwiony zacząłem szukać w stercie papierzysk leżących na biurku moich dokumentów. Znalazłem je, były w nietypowej bordowej oprawie. - Tutaj, tutaj –wskazałem palcem na specjalnie zostawione puste miejsce na stronie. Krostowaty chłopak z rozmachem przybił pieczęć. Ujrzałem okrągłe godło urzędu, na które tyle czasu bezskutecznie oczekiwałem. - Okrągła pieczęć –stwierdził chłopak z satysfakcją– mówiono mi, że na potwierdzeniu liczy się tylko okrągła pieczęć. Prostokąty, romby, kwadraty czy też inne kształty są nieważne, są nic nie warte. - Tak, kwadratowa czy prostokątna nie ma takiego znaczenia – przytaknąłem. - Nasza jest okrągła –powiedział z powagą chłopak- i wielka jak talerz, ciężka, waży chyba kilogram. Ona jest jak najbardziej prawidłowa. Nikt się nie przyczepi do pańskich dokumentów jak zobaczy taką solidną pieczęć. Nikt nie ma prawa negować mojego, właściwie inspektora Buciora potwierdzenia. - Nic pan nie napisze pod pieczęcią? – zapytałem krostowatego chłopaka. - A co pan chce bym napisał? - No nie wiem, Bucior zawsze coś pisze. Jakieś swoje spostrzeżenia, uwagi, propozycje. - To było wcześniej, teraz już nic nie pisze. Nie ma czasu. Lecz jak pan uważa to napiszę. Chłopak napisał drukowanymi literami „nie mam uwag”, trochę koślawo, wstawił datę, podpisał się takimi dziwnymi osobnymi literami. - Może być? - Oczywiście, nie wiem jak panu dziękować. Tyle czasu nachodziłem Buciora a on zwlekał i zwlekał. Zawsze taki zapracowany, nigdy nie miał dla mnie czasu. A panu zajęło to króciutką chwilę i już po wszystkim. Nie spodziewałem się, że to takie proste. Dlaczego wcześniej pan tego nie uczynił? - Nie prosił mnie pan. - Nie wiedziałem, że pan może przystawiać pieczęcie i potwierdzać dokumenty. - To teraz pan już wie. - Dlaczego pan to robi? - Żal mi inspektora. Chociaż w stosunku do mnie jest niegrzeczny. Ale jak zaczyna łkać to mi się robi go żal. Boję się też, że petenci go pobiją, jak będzie przedłużał w nieskończoność niezałatwione sprawy. - On wie, że pan to robi? - Myślę, że nie. Chociaż powinien się domyślać, że ubywa spraw. Ale on jest tak zajęty, że chyba nie zauważa. - Dla mnie to, co pan zrobił jest bardzo ważne. Uzyskałem od pana potwierdzenie, które przedstawię prokuratorowi. Długo na to czekałem. Spodziewałem się od inspektora Buciora wielu skomplikowanych i podchwytliwych pytań, lecz byłem na nie przygotowany. Jednak pan tak szybko i w taki prosty sposób to załatwił. Dziękuję panu bardzo -nie mogłem się nadziwić sprawności krostowatego chłopaka. - Proszę mi nie dziękować. Już panu powiedziałem, dlaczego to robię. - Tak, tak. Mam jednak jeszcze jedno pytanie. Pan w ogóle się nie wgłębiał w moje dokumenty tylko do razu przystawił pieczęć. Na podstawie tej pieczęci prokurator zaakceptuje potwierdzoną dokumentację, ufając temu, który przystawił ogromną jak talerz pieczęć. Ale wewnątrz mogą być błędy, każdy może się przecież mylić. Dokumenty mogą zawierać poważne błędy! I co wówczas? - To już nie moja sprawa –chłopak wzruszył ramionami- ja nie analizuję dokumentów, w ogóle nie zaglądam. Przystawiam pieczęć i się podpisuję. A poza tym nawet jakbym otworzył pierwszą stronę to nic z tego bym nie zrozumiał. Ja ledwie umiem czytać i to tylko drukowane litery, a co dopiero zastanawiać się co jest napisane. Inspektor Bucior jest fachowcem, ma wieloletnie doświadczenie, lecz widzi pan, w jakim on jest w stanie. Na pewno jakby mógł to by przeczytał dokładnie papiery, wniósł swoje poprawki i spostrzeżenia, wychwycił błędy, nakazał ich usunięcie. Lecz musi pan zadowolić się tym, co jest. Czy chce pan czekać na potwierdzenie poczynione przez inspektora Buciora? - Nie, nie –żachnąłem się - zależy mi na czasie. Zadanie musi być zrealizowane. - Jedyny sposób to unikać błędów, być pewnym swoich rozwiązań i nie oczekiwać znikąd pomocy. - Tak, ma pan rację. Opuściłem urząd, w którym po wielu trudach i w taki dziwny sposób załatwiłem potwierdzenie ważnych dokumentów.” Władzio zakończył swoją opowieść z tryumfującą miną, siedzący przy stoliku spoglądali na niego z podziwem i satysfakcją, że udało mu się pozytywnie zakończyć trudną sprawę. W trakcie opowieści przyglądałem się dyskretnie osobom, wśród których towarzystwie się znalazłem. Obok perorującego wytrwale cały czas Władzia siedziała starsza kobieta, siwiuteńka, chyba miała już ponad osiemdziesiąt lat. Z rysów twarzy można było określić pewne podobieństwo do Władzia, może była jego matką lub babcią. Ubrana co sprawiało trochę dziwne wrażenie, w jaskrawie kolorową sukienkę kończącą się przed kolanami, na gołych łydkach i częściowo udach prześwitywała niebieska pajęczyna żylnych rozgałęzień. Po jej lewej stronie, naprzeciwko mnie rozsiadł się w niedbałej pozie mężczyzna w sile wieku, ubrany w jasny garnitur, z błękitnym krawatem pod szyją, butonierką w tym samym kolorze i spinkami na mankietach. Jego czoło było wysokie, brwi podniesione, przysłuchując się mowie Władzia jednocześnie nad czymś intensywnie myślał, marszcząc czoło i zakładając ręce za głowę. Dwóch osobników siedzących obok siebie i sprawiający wrażenie trzymających się razem, uzupełniało skład siedzący przy stoliku. Mocno zbudowany, muskularny mężczyzna, z gęstym zarostem, w podkoszulku, z wytatuowanymi na obu przedramionach kotwicami, takim samymi jak na barowym szyldzie, wyglądem przypominający marynarza, który zszedł na ląd, przeczekując czas pomiędzy rejsami po dalekich, wschodnich morzach. Przy nim, na drewnianym stołku przycupnął człowiek o nieokreślonym wieku, równie dobrze mógłby mieć pięćdziesiąt jak i trzydzieści lat, szczupły o przebiegłej, lisiej twarzy. To na pierwszy rzut oka, przy uważnym zaś przyjrzeniu się tej chytrej fizjonomii sprawiała ona wrażenie i bardziej upodabniała się do prawdziwie świńskiego ryja. Jedno krzesło było wolne, Władzio mi go nie wskazał, dla mnie przysunął taborecik z sąsiedniego stolika, z tego wynikało, że do kompletu zespołu brakowało jeszcze jednej osoby. - To co pana do nas sprowadza – po zakończeniu swojej przemowy, zwrócił się do mnie. - Jestem adwokatem. Jak już wspomniałem otrzymałem z urzędu zlecenie obrony. - To spóźnił się pan, panie mecenasie – Władzio poufale klepnął mnie po plecach, jednocześnie spojrzał w kierunku mężczyzny w garniturze – zlecenie zostało wycofane. Tak panie prokuratorze? Mężczyzna zagłębiony w swoich myślach, nie spoglądając na pytającego, przytaknął ruchem głowy. - To jest pan zwolniony z obowiązku, nie musi się pan trudzić panie mecenasie – Władzio starał się być uprzejmy wobec mnie. - Zaraz, zaraz – nie dawałem za wygraną – kto wycofał zlecenie? Władzio skrzywił się, ze ktoś zadaje mu pytanie, jeszcze takie, na które nie był w stanie odpowiedzieć. - Sędzia –odezwał się milczący do tej pory mężczyzna w garniturze, tytułowany przez Władzia prokuratorem – sędzia wycofał zlecenie i nie można już nic zrobić. Pozamiatane. Jest pan wolny. Brodacz ze Świńskim Ryjem milczeli, chyba nie mieli w tym towarzystwie wiele do powiedzenia, za to odezwała się siwiuteńka babcia. - Ależ Władzio, ależ panie Profesorze, mecenas może się nam przydać, nie musimy go naprędce zwalniać. Brakuje w naszym gronie światłych ludzi – wypowiadając te słowa wymownie spojrzała na Brodacza i jego towarzysza. - Ależ babciu Eryko – odpowiedział Profesor przedrzeźniając ją – ależ dajemy sobie sami radę, nie potrzebujemy dodatkowej pomocy. - Posiada pan tytuł Profesora?– zaciekawiłem się. - Tak mnie tylko nazywają. To z powodu mojej mądrości. Mądry jak Profesor – tak zawsze na mnie mówili ludzie z Chłodnej. Już od dzieciństwa. Ale to nie ma nic do rzeczy –mężczyzna zatopił się ponownie w swoich myślach, dając mi do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Władzio wzruszył tylko ramionami. - Usłyszał pan od Profesora, nie potrzebujemy dodatkowej pomocy. Sami sobie radzimy. - W takim razie do widzenia – wstałem od stolika i szedłem w kierunku wyjścia. Tuż przed wahadłowymi drzwiami doszła do mnie babcia Eryka. - Proszę pana, proszę zaczekać. Zaraz powinien przyjść Sędzia. Czasami się spóźnia na nasze posiedzenia, lecz zawsze przychodzi. Porozmawia pan z nim. On ma decydujący głos. Proszę usiąść i czekać. Wróciłem na swój taboret, Władzio tak jak poprzednio opowiadał o swoich doświadczeniach z uzyskiwaniem ważnych potwierdzeń, Profesor zamyślony z założonymi pod głową rękoma, Brodacz i Świński Ryj wsłuchani. Po pewnym czasie zjawił się starszy pan z poważną miną. Ubrany niedbale lecz elegancko, z rozpiętą koszulą pod szyją. Rzucił wszystkim „dzień dobry”, usiadł na krześle, które cały czas było wolne, jakby czekało na niego. Babcia Eryka wstała, ukłoniła się, „witamy panie Sędzio” -powiedziała w imieniu wszystkich. On pytająco spojrzał na mnie. - To pan mecenas –babcia Eryka przedstawiła mnie- w sprawie obrony. Pomyślałam, że może nam być pomocny. - Wycofaliśmy zlecenie, nikt panu nie powiedział? –Sędzia zwrócił się do mnie. - Tak, mówiono mi. Chciałem się dowiedzieć dlaczego? - Doszliśmy do wniosku, że nie potrzebujemy obrońcy. - My? - Tak, my, których widzi pan siedzących przy tym stole - A oskarżeni? - Nie mają nic do powiedzenia. - Nigdy nie mieli obrońcy? - Był kiedyś. Starszy pan. Nie dawał sobie rady. Ledwo widział, ledwo słyszał. Ukrywał pewną tajemnicę. - Którą ja odkryłem –wtrącił Władzio- Inspektor Bucior mi ją zdradził. - Dlatego zrezygnowaliśmy z jego usług. - Nie można ot tak sobie zrezygnować. Obowiązuje procedura procesowa. - Przyśpieszyliśmy ją i uprościliśmy -Sędzia starał się mi wytłumaczyć– Wystarczy skład jaki pan widzi przy stoliku. W zupełności panujemy nad sytuacją. Prokurator sporządza dokumentację z propozycją wyroku, Władzio zanosi ją do urzędu, uzyskuje potwierdzenie. Potwierdzenie jest dla nas bardzo istotne. Prokurator czyli pan Profesor podczas procesu nawet nie musi odczytywać aktu oskarżenia, wystarczy jak wywoła numer osoby. - Ostatecznie to sędzia ogłasza wyrok. - Tak, na podstawie potwierdzonych dokumentów. Inspektor Bucior potwierdza propozycję wyroku otrzymaną od prokuratora. Ja go ogłaszam. - Czy oskarżeni są winni? - Wszyscy. Bez wyjątku.
III Na Starym Mieście, przy ulicy Dylinki, równoległej do ulic Czopowej i Grodzkiej stała kilkupiętrowa kamienica. W niej, nie remontowanej przez ostatnich kilkadziesiąt lat, na parterze, od urodzenia mieszkał stary adwokat. Udało mi się zdobyć jego adres w magistracie. W mieszkaniu, do którego zaprosiła mnie starsza kobieta mówiąca gwarą kaszubską, znajdowały się zabytkowe meble, poszczerbione naczynia, zakurzone książki. Poczułem się jakbym znalazł się w antykwariacie. Stary adwokat siedział w fotelu i wertował stronice „Prawa karnego” czytając je przy pomocy lupy z grubym szkłem powiększającym. Gospodyni podsunęła mi taboret. - Proszę, pan usiądzie. Rzadko kto nas odwiedza, proszę mówić głośno i wyraźnie. Pan mecenas słabo słyszy. Usiadłem na skrzypiącym, rozsypującym się krześle, przedstawiłem pokrótce mój problem. - Otrzymałem list z urzędowym zleceniem obrony, teraz dowiedziałem się, że zlecenie wycofano. A pan uprzednio był adwokatem oskarżonych, których teraz ja miałem bronić. Staruszek ze zrozumieniem kiwał głową. - Tak, miałem bronić oskarżonych. Mam tu odpisy ich akt, które poczyniłem. Są u na górnej półce. Proszę je zdjąć - adwokat wskazał na biblioteczkę. Zdjąłem zakurzone skoroszyty z górnej półki, zajrzałem do nich do środka. Drobnym pismem zapełnione stronice. Cztery zeszyty, z napisami wielkimi literami na pierwszych stronach, Konstanty, Jonasz, Jan, Sieger. Dołączone były też ich zdjęcia, młodzi chłopcy w wieku kilkunastu, dwudziestu kilku lat. - Proszę dokumenty te należą do pana. - To są te osoby? - Czterech chłopców. Każda historia inna. - Dlaczego pan nie podjął się obrony? - Podjąłem się, jak najbardziej. Po zapoznaniu się z dokumentacją, podczas pierwszego posiedzenia sądu przedstawiłem moją linię obrony. Uznałem, że oskarżeni są niewinni i nie powinno się ich sądzić. Sędzia z prokuratorem byli bardzo źli. - Dlaczego? - Ponieważ mieli już potwierdzony urzędowo wyrok. Nie mogłem się na to zgodzić, rozstali się ze mną. Szukali nowego adwokata i widzę, że znaleźli. Życzę powodzenia. - Dziękuję - mimo woli mi się wyrwało - Nie, nie dziękuję. Wycofali zlecenie. - Z jakiego powodu? - Sami sobie dają radę. Spotkałem się z Sędzią, Prokuratorem, babcią Eryką, Władziem i ich pomocnikami, Brodaczem i Świńskim Ryjem - To poznał pan ich wszystkich. - W pewnym momencie nawet się ucieszyłem, że wycofali zlecenie i nie będę musiał z nimi współpracować. - Ma pan oryginalne pismo? Przeszukałem kieszenie, wyjąłem list. Starszy adwokat za pomocą lupy go odczytywał. Wskazał na znak wodny prześwitujący w nagłówku listu. - Ten list został wysłany do urzędu bezpośrednio z Zamku. - Z Zamku? - Znajduje się on na terenie Grabiny Zameczek. Mała wioska na Żuławach. Tam odbywa się rozprawa sądowa. Właściwie egzekucja, ponieważ wyroki są już ustalone. - Kto przesłał pismo? - Nie sędzia ani jego świta. Tym bardziej nie mogą go anulować. Oni nie mogą pana powstrzymać, to nie jest w ich mocy. - W takim razie kto przysłał list? - Ten kto potrzebuje pomocy. To nie jest zwykła obrona czterech młodych ludzi. Coś więcej. To wołanie o pomoc. Powinien pan działać. Samodzielnie, nie patrząc się na poczynania tego śmiesznego zespołu, nawet jak nie potrzebują nikogo, kto by się wtrącał w ich sprawy. - Dlaczego w takim razie pan się wycofał? Dlaczego pan tego nie czyni? - Nie jestem w stanie walczyć. Wiek i zdrowie. Swoje już w życiu zrobiłem. Pan jest młody. Wycofać się to znaczy okazać bojaźń. Strach. Proszę tego nie czynić, chociaż współczuję, dostał się pan w łapy nieodpowiedzialnych ludzi. Łagodnie ich określając. - Zapoznam się z aktami. - Proszę się pośpieszyć. Termin rozprawy wyznaczono na jutro. Proszę się nie poddawać, działać. Ważny jest spokój ducha i trzeźwość umysłu. - Tylko tyle? - To jest bardzo dużo. Opuszczałem suterynę, mieszczącą się przy ulicy Dylinki. Przy wyjściu zatrzymał mnie stary adwokat. Wręczył pomiętą teczkę. - Jeszcze kościół św. Ducha. - Kościół? - Nie byłem pewien czy mogę panu ją dać. - Dlaczego? - Byłem osobiście związany z tą sprawą. - W jaki sposób? - Proszę przeczytać i się domyślić. Do widzenia. - Do widzenia. Gospodyni zamykała drzwi. - Wymęczył pan starszego pana. - Przepraszam, ale to było bardzo ważne spotkanie.
IV Wszyscy podróżni dostali wezwanie do stawienia się o określonej godzinie na dworcu Kłodno. Można było wziąć tylko najbardziej niezbędne rzeczy i przybory. Jedną walizkę lub plecak. Wezwania były w formie zaproszenia, wydrukowane na kredowym papierze z grzecznym powiadomieniem o terminie stawienia się. Zapakowane w śnieżnobiałą kopertę z wytłoczonym imieniem, nazwiskiem, adresem oraz zaczynające się od słów „Wielce szanowna Pani/Pan”. Przed niektórymi nazwiskami umieszczony był skrót posiadanego przez adresata tytułu inżyniera, magistra, byli nawet Profesorowie, zwyczajni i nadzwyczajni. W jakim celu byli zapraszani? Nikt nie wiedział. Otrzymali zaproszenia. Czego oczekiwali? Co miało ich spotkać? Co powodowało, że porzucali dom, pakowali niezbędne rzeczy i udawali się w nieznane? Wszystko owiane było tajemnicą, która wzbudzała zainteresowanie, ciekawość. Postanowiłem zapoznać się z zapiskami starszego mecenasa podczas podróży. Na dworcu zjawiłem się z samego rana, pociąg już był podstawiony. Zająłem miejsce w przedziale i zagłębiłem się w notatki. Pociąg stał na peronie, ludzi już się schodzili, kręcili się na peronie, zajmowali miejsca w przedziałach, kobiety z dziećmi, mężczyźni, starsi, młodzieńcy, uśmiechnięte dziewczęta. Obserwowałem. Korpulentna kobieta z małym dzieckiem, ciemnooki, kaszlący młodzieniec, kobieta z gromadką dzieci, mały chłopiec z koszykiem w ręku, młoda dziewczyna, brzuchacz w przybrudzonym podkoszulku, mężczyzna w średnim wieku, starsza kobieta, młody chłopak, dziewczyna z zajęczą wargą, karzeł z wielkimi dłońmi, człowiek z matowym nosem, mężczyzna ze świętym obrazem, dziewczynka z chusteczką na głowie, mały chłopczyk, mężczyzna w niebieskiej pidżamie, młodzieniec w słomkowym kapeluszu, człowiek z krową na łańcuchu. Gwar i tumult. Wcisnąłem się w kąt przedziału, czytałem otrzymane od starego adwokata dokumenty. Przedział zapełnił się, obok mnie usiadła korpulentna kobieta z małym chłopcem na kolanach. Pociąg ruszył. Jechaliśmy przez pola uprawne, mijaliśmy pojedyncze zabudowania, żuławskie strugi i kanały. Po jeździe trwającej około dwóch godzin zatrzymaliśmy się w szczerym polu. Światło na semaforze było czerwone. Ludzie niecierpliwili się.
Konstanty Prokop urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku, w małej wiosce Kościelec niedaleko Miasteczka, w północnej części obecnego województwa małopolskiego. Tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, w wieku siedemnastu lat został powołany do rosyjskiego wojska. Przydzielono go do oddziału kawalerii działającego wzdłuż Wisły, która była rzeką graniczną pomiędzy Austro-Wegrami i Rosją. Pilnowali granicy, by wróg nie przedostał się na tereny zawładnięte przez Rosję. W oddziale większość stanowili Polacy, kilku dragonów rosyjskich, dowódca był Rosjaninem o nazwisku Trofimienko. Jesienią otrzymali informację, że obcy żołnierze przekroczyli granicę, przedostali się na lewy brzeg Wisły i opanowali Miasteczko. Oddział Prokopa ruszył na zwiad, wpadli w zasadzkę, ostrzelano ich, zmuszeni byli do wycofania się. Trofimienko wezwał posiłki ze stacjonującego niedaleko garnizonu. Na drugi dzień przypuścili szturm na pałac we wsi Czarkowy, rozegrała się dramatyczna i krwawa walka, która przeniosła na teren pomiędzy wsią i Wisłą. Prokop wykazał się dużą odwagą i poświęceniem, tak jak i jego polscy koledzy. Zabito wielu żołnierzy przeciwnika, reszta wycofała się, pozostawiając na polu ciężko rannego. Dowódca zakazał brania jeńców. - Przesłuchać i dobić. Prokop ruszył w kierunku leżącego. Próbował mówić do niego po rosyjsku, tamten nie rozumiał. Odpowiedział po polsku. - Jestem Polakiem. - Polakiem? - zdziwił się Prokop – I walczysz w wojsku austriackim? My jesteśmy Polakami. - Jesteśmy wojskiem polskim - wykrztusił jeniec - A z ciebie co za Polak jeśli strzelasz do swoich. Trofimienko podszedł do Prokopa. - A ty co? Pogaduszki urządzasz sobie? Z jakiego oddziału, kto ich prowadził do walki? Nazwisko, stopień? Dowiedziałeś się? - To Polak. Taki sam jak my? - Taki sam, dobre sobie. Same Polaki wojują. Przypiąć jeńca do konia i popędzić ku Wiśle. Wykonać. Natychmiast! - Rannych się nie dobija - odpowiedział Prokop. Rozkazu nie wykonał czym wzbudził wściekłość Trofimienki. - Ja ci w takim razie pokażę jak należy się obchodzić z wrogiem. Przywiązał jeńca za nogi do postronka, przyczepił do swojego siodła. Ruszył ostro z miejsca. - Jak się nazywasz? - zdążył zapytać jeszcze Prokop. - Oddział Orlicza, Syg…. – zdołał zrozumieć dwa słowa. Trofimienko popędził konia galopem kilkadziesiąt metrów, zatrzymał się, odwiązał postronek i wrócił do oddziału. Dwóch rosyjskich dragonów powiesiło jeńca na przydrożnej wierzbie. Za nieposłuszeństwo i niewykonanie rozkazu Prokop został skazany na ciężkie roboty. Ofensywa rosyjska nie przebiegała zgodnie z planem, Rosjanie zmuszeni zostali do wycofania się. Prokop wraz z innymi więźniami dostał się do karnego batalionu, który skierowano na Daleki Wschód. Pracowali fizycznie przy przekopie kanału łączącego dwie rzeki. Ponownie uzbrojono ich gdy wybuchła rewolucja, Prokop walczył z bolszewikami, został ciężko ranny, wraz z resztkami oddziału ewakuowali się do Harbina leżącego w Mandżurii. W szpitalu opiekowała się nim polska pielęgniarka, Anastazja Wasilewska, córka Henryka. Henryk Wasilewski był młodym ziemianinem, w tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim roku, gdy wybuchło powstanie styczniowe zarządzał dużym folwarkiem, położonym niedaleko Kościelca. Zaciągnął się od oddziału pułkownika Langiewicza, odznaczył się walecznością i odwagą podczas bitwy pod Grochowiskami. Po bitwie ewakuowali się na drugą stronę Wisły, zostali internowani przez Austriaków. Rosjanie zażądali przekazania zbiegów, po długich pertraktacjach Austriacy wydali internowanych żołnierzy. Wasilewskiego zesłano na Sybir, skazano go na ciężkie roboty, do kopalni w pobliżu Irkucka. Po kilku latach niewoli Polacy postanowili zrzucić rosyjskie jarzmo, wywołali powstanie zabajkalskie, Henryk był dowódcą jednego z oddziałów. Po pierwszych zwycięskich potyczkach i próbach włączenia do wspólnej walki miejscowej ludności przyszły porażki. Powstańców zdradzono i okrążono. Po nierównej i krwawej walce większość z nich zginęła lub dostała się do niewoli. Tych powieszono na placu w Irkucku. Henrykowi wydostał się z okrążenia, po kilkutygodniowej wędrówce przekroczył chińską granicę i znalazł się wraz z kilkoma Polakami w małej osadzie Harbin, która z czasem dzięki napływowi polskich osadników z Rosji rozrosła się do dużego miasta. Henryk pracował przy budowie kolei, ożenił się z miejscową kobietą, ze związku urodziła się córka Anastazja. Uczyła się w polskim gimnazjum, w czasie pierwszej wojny światowej pracowała w szpitalu, opiekowała się rannymi żołnierzami. Tam poznała Prokopa. Spodobali się sobie, wzięli ślub gdy tylko rany wydobrzał, kupili dom w Harbinie. Henryk póki czuł się dobrze pomagał młodym w urządzeniu się, niestety trudy powstania, odniesione rany dały znać o sobie. Umarł i został pochowany na polskim cmentarzu w Harbinie. Anastazja dwukrotnie spodziewała się dziecka i dwukrotnie poroniła. Pogodzili się, że nie będą mieli dzieci, myśleli o adopcji z miejskiego ośrodka, lecz w końcu zrezygnowali. Prokop miał dobrą pracę, żyli spokojnie wśród miejscowej Polonii aż do wybuchu drugiej wojny światowej i późniejszej chińskiej rewolucji. Chińskie, komunistyczne oddziały opanowały Harbin, zaprowadzając nieznane dotąd Polakom nakazy i zarządzenia. Trwało to kilka lat. I wówczas, całkiem niespodziewanie Anastazja zaszła w ciążę. Byli zaskoczeni, nie spodziewali się, że w ich wieku, Prokop miał prawie pięćdziesiąt lat, Anastazja była kilka lat młodsza, po tylu niepowodzeniach, mogli jeszcze być szczęśliwi. Jednak okres ciąży Anastazja znosiła bardzo dobrze, i w roku 1953 roku powiła zdrowego syna, nazywając go Konstanty. Prokop nie posiadał się ze szczęścia, wreszcie miał upragnionego potomka, własnego syna. W odróżnieniu od ich osobistego szczęścia sytuacja polityczna w Harbinie nie przedstawiała się optymistycznie. Po wprowadzeniu zarządzeń nowych władz, które zakazywały działalności polskich organizacji oraz po konfiskatach prywatnych majątków, Prokop wraz z żoną i dzieckiem zdecydowali się opuścić coraz bardziej niegościnny Harbin. Polski konsulat organizował powroty do ojczyzny, spakowali do kilku kufrów dobytek i wraz z pozostałą rzeszą Polaków wrócili do dawno lub w ogóle niewidzianego kraju. Dla Anastazji Polska to był nieznany kraj, słyszała o nim tylko z opowiadań ojca i męża. Właściwie Prokop też o nim wiele nie wiedział, opuścił go w wieku osiemnastu lat, wrócił do Polski gdy miał już ponad pięćdziesiąt lat, był już mężczyzną w sile wieku. W Kościelcu nie spodziewali się jego przyjazdu. Przez tyle lat nie dawał znaku życia, rodzina myślała, że nie żyje, że dawno temu zginął. Przecież przeszły dwie duże wojny światowe, rewolucje, przesunięcia granic. Kto by tam myślał o jednym młodym chłopaku którego kiedyś wzięto do carskiego wojska. Aż tu nagle zjawił się. Młodszy brat, który urodził się już po pierwszej wojnie, słyszał o starszym bracie od ojca ale z biegiem czasu nie przywiązywał do tego większej uwagi. Traktował brata jako postać - legendę a nie żywą istotę. Prokop z Anastazją zamieszkali w jednym z dwóch pokoi jakie były w rodzinnym domu, żyli bardzo skromnie tak jak większość ludzi po wojnie. Anastazja przyzwyczajona do całkiem innego klimatu i odmiennych warunków życia na wsi umarła rok po powrocie. Prokop przeżył ją jeszcze o dwa lata. Oboje zostali pochowani w jednym grobie na cmentarzu w Kościelcu. Ich syn wychowywał się w rodzinie młodszego brata. Wysłali go do Krakowa, do szkół, mieszkał w bursie. Radził sobie sam, nawet dobrze. Gdy nadszedł czas poboru do wojska, trafił do Marynarki Wojennej, najpierw do trzyletniej służby zasadniczej, później postanowił zostać zawodowym żołnierzem.
Konstanty stawił się w grudniu 1981r. w Komendzie Portu Wojennego w Gdyni punktualnie o godzinie 8.00. Komandor już na niego czekał. - Oficer Dywizji Okrętów Podwodnych z Wicka melduje swoje przybycie, zgodnie z rozkazem. - Witam panie poruczniku. Proszę usiąść – Komandor zasalutował – Jak minęła podróż? - Dziękuje, bez niespodzianek. - Jak sprawuje się nasza Dywizja? - Jesteśmy w stanie podwyższonej gotowości bojowej, panie komandorze. - Tak jak wszyscy teraz. Jezioro zamarzło? - Utrzymujemy przesmyk łączący je z Bałtykiem, także w każdej chwili możemy wypłynąć na pełne morze. - Dobrze panie poruczniku, przejdźmy do sprawy, w której pana wezwałem. Czas jest bardzo ważny. Komandor przedstawił Konstantemu pokrótce sytuację w Polsce i na Wybrzeżu, nakreślił plan do wykonania. - Dni, które obecnie przeżywamy są trudne dla nas wszystkich, nas osobiście, naszych rodzin, obywateli naszego kraju. Nierozsądni ludzie igrają z ogniem siedząc na beczce prochu. Myślą krótkowzrocznie. Żyjąc dniem dzisiejszym nie mają pojęcia o wielkiej polityce, o dalekosiężnej strategii naszych partnerów. Stan wojenny okazał się jedynym wyjściem w zaistniałej, patowej dla obu stron sytuacji. Nie można było pozwolić na dalszą, destrukcyjną działalność zaślepionych w swych czynach pseudorewolucjonistów. Polska nie jest placem ćwiczeń i podwórkowych zabaw w wojnę. Gra toczy się o najwyższą stawkę jaką jest wolność i niepodległość naszej Ojczyzny. Krew o nią przelewali nasi ojcowie i pradziadowie. Niestety, nie wszyscy to rozumieją. Kilka tysięcy robotników opanowało stocznię, załoga rozpoczęła strajk okupacyjny, zawiązał się komitet strajkowy, oddziały wojska otoczyły cały teren. W jednym z doków znajduje się nasz okręt podwodny. Od kilku tygodni trwa na nim remont. Mieliśmy go na dniach odbierać, nie zdążyliśmy. Znalazł się w rękach strajkujących. Mają co do niego swoje plany. Chcą nim niezauważenie przewieźć do stoczni przywódcę strajku, który ukrywa się w mieście, ścigany przez naszych agentów. Brakuje im kapitana okrętu, nie znają się na obsłudze urządzeń nawigacyjnych. Zgłosiło się trzech młodych robotników, służyli kiedyś w marynarce, będą obsługiwali maszynownię. Czy już domyśla się, jakie otrzyma pan zadanie? Konstanty milczał, czekał na dalszy ciąg opowiadania komandora. - W komitecie strajkowym znajduje się nasz człowiek. On wprowadzi pana do stoczni. Obejmie pan dowództwo okrętu, wypłynie ze stoczni, wprowadzi na pokład ukrywającego się przywódcę strajku i przypłynie z nim do komendy portu, zamiast do stoczni. Tutaj my się nim zajmiemy. To jest właśnie pańskie zadanie, w tym celu został pan wezwany. Jakby uprzedzając pytanie, komandor kontynuował. - Był pan jednym ze zdolniejszych podchorążych naszej szkoły, ten okręt zna pan jak własną kieszeń, plan jest pewny, nie ma w nim miejsca na jakąkolwiek niespodziankę. Jutro przywódca strajku musi siedzieć przed moim biurkiem, tak jak teraz siedzi pan. Inaczej całe Wybrzeże może spotkać opłakany los. Komandor przycisnął jeden z guzików znajdujących się na jego biurku. Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna w wieku ooło czterdziestu lat, w cywilnym ubraniu. Komandor go przedstawił. - Bosman Friedl. Obecnie członek komitetu strajkowego. Wprowadzi pana do stoczni jako swojego zaufanego człowieka i rekomenduje na dowódcę okrętu. Razem też popłyniecie po przywódcę. - Gdzie ukrywa się przywódca strajku? –zapytał Konstanty. - Nie wiemy. Śledzący go agenci są blisko, lecz on jest przebiegły. Wiadomość o kryjówce prześle do stoczni przez zaufanego człowieka. Stamtąd go zabierzecie. To wszystko panie poruczniku.
Wieczorem, przy nabrzeżu komendy portu, w wiosłowej łodzi, na Konstantego czekało dwóch milczących, wąsatych Kaszubów. Pod osłoną ciemności sprawnie i szybko przewieźli go na drugi brzeg basenu portowego, na teren stoczni. Friedl stał w umówionym miejscu. Był lekko zdenerwowany. - Otrzymaliśmy wiadomość, że jeden z agentów depcze po piętach przywódcy strajku. Istnieje obawa, że możemy nie zdążyć. Komitet nalega, by jak najszybciej wypłynąć ze stoczni i uratować przywódcę. Trwa narada, wprowadzę tam pana. Narada odbywała się w baraku stoczniowym, przy świetle z lamp naftowych. Przy stołówkowych, obitych ceratą stołach siedziało kilkanaście osób w roboczych drelichach. Dyskutowali, palili papierosy. Umilkli, gdy pojawił się Friedl z Konstantym. Jeden z siedzących od razu zwrócił się do Konstantego. - Pan będzie kapitanem okrętu? Gdzie się pan nauczył nawigacji? - W wojsku. - Gdzie, w jakiej jednostce, kiedy? Friedl przerwał zadawanie podejrzliwych pytań. - Ja go tu wprowadziłem i ja za niego odpowiadam. Skończ. Musimy szybko podjąć decyzję. Czas ucieka. Większość poparła Friedla. Starszy robotnik prowadzący naradę mówił zmęczonym głosem. - Panowie, nie czas na zbędne dyskusje. Nasza ukochana Ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, zagrożona jest wolność i niepodległość Polski. Sytuacja staje się dramatyczna. W każdej chwili może dojść do pacyfikacji stoczni. Wojsko otoczyło nas szczelnym kordonem. Generałowie czekają na najbardziej dogodny moment by wydać rozkaz szturmu. Naszym obowiązkiem jest sprowadzić przywódcę i razem z nim prowadzić walkę aż do zwycięstwa. Okręt jest przygotowany, młodzi robotnicy włączyli już silniki. Można wypływać. Goniec przed chwilą dotarł z informacją, że przywódca ukrył się w doku przemysłowym, na nabrzeżu portowej wyspy. Prawdopodobnie jest z nim agent, który cały czas go śledził. Friedl ołówkiem zaznaczył wskazane miejsce na rozłożonej mapie. - Nie jest to blisko, podróż zajmie nam trochę czasu. Za kilka godzin powinniśmy być z powrotem. Miejmy nadzieję, że przez ten czas nic niespodziewanego nie zajdzie. - Ruszajcie z Bogiem. Nie ma chwili do stracenia. My spróbujemy tu na miejscu zorganizować obronę.
Ze stoczni wypłynęli po północy. Okręt podwodny nazywał się „Kuna” i należał do jednych z najlepszych jednostek w marynarce. Konstanty znał go bardzo dobrze, gdyż pływał nim wielokrotnie podczas ćwiczebnych manewrów. Był to niewielki lecz szybki i zwinny okręt, idealny do celów wywiadowczych. Młodzi robotnicy sprawnie obsługiwali maszynownię. Odległość dzielącą ich do nabrzeża portowego pokonali stosunkowo szybko, szybciej niż początkowo przypuszczali. Bosman Friedl obserwował przez peryskop teren na zewnątrz. - Zbliżamy się do nabrzeża, widzę już zarysy doku. Wpłyniemy do środka i tam się wynurzymy. Dok w formie stalowej, szczelnej grodzy zbudowany został na początku lat siedemdziesiątych przez jedną z firm hydrotechnicznych budujących Port Północny. Wykonywano w nim olbrzymie skrzynie żelbetowe, stanowiące podstawę morskich pirsów. Po zabetonowaniu ścian i dna, grodzę zalewano, wypór wody unosił skrzynie, holowniki holowały je na miejsce wbudowania. Budowę portu zakończono, obecnie dok stał pusty. Konstanty znalazł tunel, którym skrzynie wypływały na zewnątrz grodzy. „Kuna” zwinnie wpłynęła do wnętrza doku. Okręt wynurzył się spod wody, zacumowali przy odbojnicy. Nie wyłączono maszyn, utrzymując okręt w pełnej gotowości podjęcia w każdej chwili żądanego manewru. Bosman Friedl z porucznikiem wyszli na zewnątrz, latarkami oświetlali wnętrze doku. Stalowe konstrukcje ociekające rdzawobrunatną wodą sprawiały nieprzyjemne wrażenie. -Nikogo nie ma, nikt na nas nie czeka –powiedział Konstanty Bosman Friedl był pewien. - Informacja przekazana przez gońca jest prawdziwa. Przywódca musi tu na nas czekać. W świetle latarek poruszali się po dnie olbrzymiego doku. - Tam, tam ktoś leży –krzyknął bosman Friedl. Podeszli we wskazanym kierunku. Na podłodze z podziurawionych desek leżały dwie, skulone męskie postacie. Bosman przewrócił je na plecy. Jeden z mężczyzn głośno jęknął z bólu. Drugi nie wydał żadnego dźwięku. - Ten nie żyje –powiedział bosman Friedl nachylając się nad jego twarzą– nie oddycha- wskazał na ranę w brzuchu i leżące obok dwie żelazne sztaby- stoczyli walkę na stalowe łomy. Zwyciężył Piotr. - Pan zna tych mężczyzn, bosmanie Friedl? - Nie, ale proszę spojrzeć panie poruczniku, na klapie drelichu widnieje napis –oświetlił szarą drelichową marynarkę. W klapie wyhaftowane było imię „Piotr”. Na zakrwawionej klapie drugiego z mężczyzn przeliterowali napis „Jerzy”. - Jak ma na imię przywódca strajku? –zapytał Konstanty - Nie mam pojęcia. Nigdy nie operowano jego imieniem ani nazwiskiem. Mówiono wyłącznie przywódca strajku –odparł bosman Friedl- nawet nie wiem jak wygląda. Ale przeczucie mi mówi, że to musi być on. Ten zabity to agent, który deptał przywódcy po piętach. Dał się pewnie zaskoczyć i dostał łomem w brzuch. - Nie, przecież walczyli. Jerzy zginał w równej walce, ale Piotr też jest ciężko ranny. Posłuchajmy bosmanie Friedl, on coś mówi. Piotr majaczył. -Ojczyzna nasza, ukochana Polska, wolność, niepodległość. - Mówi to samo co starszy robotnik w stoczni –powiedział Konstanty –co z nim będzie bosmanie Friedl? Jaki go czeka los? - Jak to co, panie poruczniku? Dostanie w czapę. Taki go czeka los. Jest stan wojenny, nikt się nie będzie z nim patyczkował. A zwłaszcza komandor, który już niejeden wydał wyrok. - Zastrzelą go? Za co? - Zdradził Ojczyznę. Jest zdrajcą. Wystąpił czynnie przeciw prawowitej władzy, którą między innymi pan reprezentuje i ja. A władza nie może pozwolić by jacyś nawiedzeni fanatycy mieszali w głowach robotników i organizowali strajki. Podkopują fundamenty niepodległości. To zagraża strukturom naszego państwa, naszej Ojczyzny. I to jest powód dla którego go rozstrzelają. - Nawiedzony fanatyk? Przecież jest ciężko ranny a z jego ust wydobywają się słowa o Ojczyźnie, o Polsce, o wolności. On nie jest zdrajcą. Ten człowiek jest patriotą, bosmanie Friedl! - Jeśli on jest patriotą, to kim my jesteśmy panie poruczniku? Myślę, że marnujemy czas na czcze rozmowy. Powinniśmy wykonać rozkaz komandora. Przewieźć jak najszybciej Piotra do komendy portu. - A co z Jerzym? - Po powrocie zgłoszę do agentury by zabrali ciało swojego człowieka. Pewnie zostanie pośmiertnie odznaczony. Zasłużył. Zginął jak przystało na prawdziwego Polaka. Usłyszeli stukot pośpiesznych kroków. Po stalowych schodach, w dół grodzy schodził jeden z młodych robotników. Mówił prędko, urywanym głosem. - Otrzymaliśmy wiadomość przez radio. Stocznia spacyfikowana. Wojsko przypuściło szturm, czołgi rozjechały bramy, piechota wtargnęła do środka, doszło do walk wręcz, nasi dostali się do magazynów ze zbiornikami sprężonego tlenu, próbowali wysadzić stocznię w powietrze, nie udało się, są zabici, mnóstwo rannych. Stocznia rozbita, nie mamy dokąd wracać. Bosman Friedl zachował zimną krew. - Proszę wrócić na swoje stanowisko i utrzymywać silniki w ruchu, młody człowieku. Zaraz odpływamy. - Zaczekaj! Weź na ramiona tego rannego mężczyznę, zanieś go na pokład okrętu –powiedział gwałtownie, po chwili namysłu, Konstanty Chłopak podniósł rannego Piotra, ten w dalszym ciągi był nieprzytomny. Chłopak wnosił go po stalowych schodach, na górę. Konstanty zwrócił się do bosmana Friedla. - Pan, bosmanie Friedl zostanie tutaj z ciałem Jerzego. - Panie poruczniku! Co pan zamyśla, co pan chce zrobić? Mieliśmy zabrać przywódcę strajku i razem wrócić do komendy portu. Taki był wyraźny rozkaz komandora. - Teraz proszę wypełniać moje polecenia, bosmanie Friedl. - Nie, panie poruczniku, nie zostanę. Razem wrócimy. - Bosmanie Friedl, to jest rozkaz i pan go wypełni. Inaczej –Konstanty wyciągnął z kabury pistolet- chyba wie pan czym grozi odmowa wykonania rozkazu w takiej sytuacji. Bosman Friedl zatrzymał się przy ciele Jerzego, Konstanty wszedł na górę. Bosman Friedl myślał przez chwilę, potem krzyknął. - Panie poruczniku! Byś może to Jerzy był przywódcą strajku. Warkot silników okrętu podwodnego zagłuszył jego krzyk.
Minęli główki falochronu, silniki pracowały pełną parą, wypływali w pełne morze. Dwaj młodzi robotnicy obsługiwali maszynownię. Piotr leżał w kajucie marynarskiej, oddychał nierównomiernie, wykrzykiwał patriotyczne hasła. Konstanty skierował „Kunę” na północ, ku granicy polskich wód terytorialnych. Obserwował radar. Dopiero po dłuższej chwili zauważył pościg. „Dwa Muflony nie dadzą rady szybkiej Kunie” –pomyślał ironicznie rozpoznając ścigających go przyjaciół. Bosman Friedl postarał się, wydostał się z przerdzewiałej grodzy i dosyć szybko powiadomił o zaistniałym zdarzeniu komendę portu. Komandor kipiał gniewem. Natychmiast zarządził pościg. „Muflon I” i „Muflon II” ruszyły jak psy gończe. - Jak pan mógł do tego dopuścić bosmanie Friedl? Pan taki doświadczony wywiadowca? - Panie komandorze, porucznik groził mi bronią. Mógł jej użyć. Zostałem w doku pod przymusem. - Agenci rozpoznali swojego człowieka? Ten Jerzy to ich człowiek, czy agentem był ten drugi? - Niestety, to Jerzy był agentem. Nie żyje. Przywódca strajku Piotr jest na okręcie, razem z porucznikiem i dwoma młodymi robotnikami. - Proszę nikomu tego nie rozpowiadać. Agenci też niech nabiorą wody w usta. Piotr czy Jerzy, bez znaczenia. To nieporozumienie możemy w przyszłości wykorzystać. Stocznia spacyfikowana, kilku zginęło, ważniejsi pozamykani, reszta rozpierzchła się w strachu. Na razie będzie spokój. „Muflony” goniły resztkami sił a odległość między nimi a „Kuną” wcale nie zmniejszała się. Konstanty z uwagą obserwował radar. Spodziewał się ujrzeć na nim jeszcze jednego gościa. Niecierpliwił się. „Przecież musi się pojawić, zawsze wynurzał się w tych okolicach. Jest, jest, wreszcie jest.” Obcy „Gepard” już podążał w kierunku intruza zbliżającego się do szwedzkich wód terytorialnych. Konstanty Morse’m nadał sygnał. Prosił o wynurzenie i zabranie na pokład rannego. Podczas manewrów kilka lat wcześniej, kiedy zaistniała podobna sytuacja, Szwedzi, z uwagi na bliskość swoich lądowych posterunków, zgodzili się i zabrali ciężko chorego na swój pokład. Konstanty krzyknął do młodych robotników. - Wynurzamy się. Zabieracie przywódcę strajku, odczepiacie szalupę i dopływacie do szwedzkiego okrętu. Jeden z was zostaje do obsługi maszyn. - A pan? - Ja? - Nie płynie pan z nami? - Nie. Ja wracam. - Gdzie? Dokąd pan wraca? - Do Polski -odpowiedział Konstanty. Zaplanowana akcja przebiegła sprawnie. Szalupa już dopływała do szwedzkiego okrętu, Konstanty ponownie zanurzał swoją „Kunę” w głębinach Morza Bałtyckiego. Pracujące pełną mocą silniki zdały się wyłącznie na doświadczenie jednego człowieka. Zasapane „Muflony” zanim zdążyły dopłynąć do granicy polskich wód terytorialnych, „Kuna” już ich minęła i podążała w kierunku przeciwnym, w kierunku polskiego brzegu. One zdezorientowane też zawróciły i nie wiedząc czy gonić czy też spokojnie żeglować na wszelki wypadek zwiększyły obroty swoich wymęczonych silników.
Sąd polowy nad Konstantym odbył się następnego dnia, zaraz po powrocie „Kuny” do Komendy Portu. Wyrok brzmiał: degradacja do szeregowego marynarza i śmierć przez rozstrzelanie. Komandor potwierdził go swym podpisem. Wczesnym rankiem na cmentarzu garnizonowym na Oksywiu ustawił się pluton egzekucyjny. Prowadzono Konstantego. Po drodze wśród rzędów nagrobków mignął mu jeden z nich. Nie zdążył dokładnie przeczytać nazwiska wyrytego na nim. Szreder? próbował zapamiętać. „Dlaczego wśród setek nagrobków mignęło mi właśnie to nazwisko? Czy to ma jakieś znaczenie? Czy cokolwiek w takiej chwili ma jakieś znaczenie” –pomyślał. „Ale właśnie w takiej chwili zapamiętuje się najdrobniejsze momenty. To jest nić wiążąca nas jeszcze ze światem żyjących. Wątła, cieniutka lecz jeszcze nie zerwana”. Konstanty w mundurze z oderwanymi pagonami stanął przed plutonem egzekucyjnym. Wpatrywał się w znajome kontury Formozy wynurzające się z morskiej toni. Dodatkowo zarysy stalowoszarych chmur na tle błękitnego morza w blasku wschodzącego słońca tworzyły wspaniały widok. „Jak to dobrze móc zobaczyć taki cudowny, morski krajobraz” –pomyślał Konstanty. Zaczął na głos liczyć wybuchy wystrzeliwanych właśnie z pomostu Formozy torped. Jeden, dwa, trzy, cztery... –Konstanty oczekiwał na strzały plutonu egzekucyjnego. Nie padły. Usłyszał dochodzące krzyki i prędkie rozkazy. Nastąpiło zamieszanie. Tuż przed mającą paść komendą wydaną przez dowódcę plutonu na plac wbiegł zdyszany posłaniec. Machał rękami do marynarzy. - Rozkaz! Nowy rozkaz! Nie strzelać! Nie strzelać! Dowódca plutonu czytał kartkę papieru dostarczoną przez posłańca. Podszedł do Konstantego. - Zmieniono panu wyrok. Śmierć zamieniono na dożywotnią banicję. Zostanie pan wydalony z Polski. Wypędzony bez prawa powrotu. Na zawsze. - Na zawsze? –zapytał Konstanty. - Na zawsze. Udało się panu uniknąć śmierci. Ma pan szczęście. - Szczęście? Szczęściem jest żyć z dala od Ojczyzny? - Będzie pan żył! Gdziekolwiek, lecz będzie pan żył.
Po ułaskawieniu Konstanty przebywał jeszcze przez kilka tygodni w areszcie na terenie garnizonu, na Oksywiu. W lutym 1982 roku w silnie eskortowanym konwoju przewieziono go na zachodnią granicę Polski. W Kostrzyniu kilku wschodnioniemieckich oficerów przejęło deportowanego i przewiozło do Oranienburga, do obozu szkoleniowego Stasi. Pobyt w obozie trwał miesiąc, Konstanty przebywał w pojedynczej celi. Raz zawieziono go do małego miasteczka o nazwie Parchim gdzie w budynku mieszkalnym dużego gospodarstwa rolnego jeden z oficerów wypytywał go o kontakty ze szwedzkimi służbami wojskowymi. Konstanty niewiele mógł na ten temat powiedzieć. Jedna ze starszych gospodyń mieszkających we wiosce usłyszawszy, że przyjechał Polak przypatrywała mu się nachalnie i próbowała porozumieć się z nim po niemiecku dodając kilka zdań w łamanej polszczyźnie. Niestety Konstanty nie zrozumiał jej, nie znał też języka niemieckiego. Kiwnął tylko przyjaźnie głową i uśmiechnął się do niej. Ona też przyjaźnie pomachała ręką, zawiedziona, że nie mogła mu powiedzieć o czymś co nurtowało jej myśli od wielu, wielu lat. Przekazanie go zachodnioniemieckim służbom granicznym odbyło się w podobny sposób jak na granicy polsko-wschodnioniemieckiej. Po załatwieniu formalności i kilkugodzinnej jeździe mikrobusem, Konstanty dostał się do ”Asylaufnahmestelle Zirndorf” koło Norymbergi. Tam przebywał trzy tygodnie. Przesłuchiwania trwały kilka godzin dziennie. Dokładnie wypytywano Konstantego o przebieg służby, w jakich jednostkach wojskowych służył, na jakich okrętach pływał. Niemieccy specjaliści chcieli wszystko wiedzieć o wyposażeniu polskich okrętów podwodnych, o stosowanych napędach i systemach sterowania, o rodzajach torped i sposobach nawigacji. O stanie posiadania polskiej armii, o ilości i typie okrętów podwodnych. Konstanty postanowił nie odpowiadać na stawiane pytania. Zbywał je milczeniem, w końcu na żądanie przesłuchujących napisał oświadczenie, że nie zamierza udzielać żadnych informacji. Uznał, że przyznanie statusu azylu politycznego w jego przypadku nie jest celem, któremu należy wszystko podporządkować. Pewnego razu jeden z niemieckich oficerów kontrwywiadu zaproponował mu stałą współpracę na bardzo dobrych warunkach finansowych. Konstanty odmówił, co przyjęto z dezaprobatą. Uratowało go jedno ze spotkań, na które zaproszono kapitana szwedzkiego okrętu podwodnego „Gepard”, któremu w grudniu 1981 roku przekazał przywódcę strajku. Od niego dowiedział się, że Stanisław nie odzyskał przytomności i zmarł w szwedzkim szpitalu, po kilku dniach ciężkiej choroby. Młodzi robotnicy zaaklimatyzowali się w nowym kraju, jeden mieszka w Sztokholmie, drugi w Uppsali. Konstanty podziękował kapitanowi za odzew na wysłany przez niego sygnał i zadeklarowaną pomoc. Tamten odpowiedział, że „morska przyjaźń” jest ponad politycznymi podziałami a problemy na lądzie nie mogą jej zachwiać. Pogratulował udanej ucieczki i „podwodnego instynktu”. Zdziwił się dlaczego wówczas zawrócił a nie płynął dalej do szwedzkiego brzegu. Konstanty na to pytanie nie odpowiedział. Po tym spotkaniu dano już spokój dalszym przesłuchaniom, przyznano azyl polityczny. Miał chwilę oddechu. Wypoczywał. Kilka razy udawał się do centrum miasta, zwiedzał Norymbergę. Do alpejskiej miejscowości Murnau Konstanty przyjechał w kwietniu 1982 roku. Tam w starych, pamiętających, wojenne czasy barakach przebywało kilkudziesięciu takich jak on kandydatów na emigrację. Panująca w obozie atmosfera nie była przyjemna, mocno nie odpowiadała Konstantemu. Wyczuwało się chęć współzawodnictwa i rywalizacji. Krajem, do którego większość chciała się udać była Kanada, w następnej kolejności Australia, Nowa Zelandia, Republika Południowej Afryki. Konstantemu właściwie to było obojętne, najchętniej pozostał by w Europie, lecz ze względów politycznych nie dostał takiej możliwości. Uczył się pilnie języka angielskiego, który to opanował po intensywnej kilkumiesięcznej nauce w stopniu bardzo dobrym. Nuda i tęsknota za krajem, z którego został wyrzucony, psychicznie wytrącały Konstantego z równowagi. Dlatego też jednoosobową propozycję wyjazdu do Nowej Gwinei, gdzie nie było chętnych, bo nikt nie chciał tam jechać, przyjął od razu. Do Port Moresby dopłynął statkiem na początku 1983 roku, dokładnie w dniu swoich trzydziestych urodzin. Osiadł w dzielnicy Papua Purple, w domu wynajmowanym przez organizacje społeczne. W Polsce ukończył Akademię Marynarki Wojennej, z zawodu był inżynierem wojskowym, tu na miejscu ze znalezieniem pracy nie miał problemów. Zatrudnił się w firmie budowlanej, która zajmowała się budowaniem domów posadowionych na drewnianych palach, na pobliskich oceanicznych lagunach. Przypominały mu one trochę zatoczki na południowym brzegu Morza Bałtyckiego, które znał jak własną kieszeń. Czasami zamykał oczy i wsłuchiwał się w szum fal tęskniąc za piaskowymi wydmami i meandrującymi ujściami wpływających do Bałtyku rzek. Został cenionym fachowcem w swojej branży. Po dwóch latach ożenił się z córką wodza, zamieszkującego w pobliżu jednej z lagun, plemienia Papuasów. Urodził się mu najpierw syn, po roku jasnobrązowa córeczka. Nie dane mu było jednak żyć w pokoju. Po okresie względnego spokoju na wyspie wybuchła wojna domowa i trwała z przerwami kilka lat. Konstanty nie angażował się po żadnej ze stron, nie był w stanie zrozumieć ich racji. Nie pochodził stąd. Mieszkał z rodziną nadal w Papua Purple, jednej ze spokojniejszych dzielnic Port Moresby, tam udawało im się skromnie żyć. O zmianach politycznych w Polsce dowiedział się z miejscowej prasy. W 1992 roku udał się do najbliższego, polskiego konsulatu w Australii. - Pan chce wracać do Polski? Źle panu? Może pan osiedlić się w Australii, potrzebują tutaj fachowców, ludzi z konkretnym zawodem. W Polsce życie nieciekawe, takie jakieś poszarpane, ludzie na siebie patrzą wilkiem, żrą się wiecznie i kłócą. Krzyki, kłótnie i wrzaski. Dlaczego chce pan wracać? Ja się cieszę, że wyrwałem się z polskiego bagna, chociaż na pewien czas –dziwił się konsul po wysłuchaniu jego opowieści. - Chcę wrócić do swojej ojczyzny. Proszę mi umożliwić powrót. - Dobrze, jeśli pan się tak upiera. Proszę napisać podanie o wydanie polskiego paszportu oraz załączyć wszelkie posiadane dokumenty. I przyjechać za trzy miesiące. Przy następnej wizycie konsul był bardziej zasadniczy. Bardziej oficjalny. Nieufny. - Bardzo mi przykro proszę pana. Nie możemy panu pomóc. Pańskie podanie zostało odrzucone. Nie może pan wrócić do Polski. - Jak to? Dlaczego? - Pan nie jest polskim obywatelem. Wydalono pana z kraju. Obywatelstwo odebrano panu w grudniu 1981 roku. - To proszę mi je przywrócić. - To niemożliwe. Powtarzam, nie ma pan polskiego obywatelstwa. - Innego nie posiadam. - Pan nie jest już Polakiem. - To kim ja jestem? - Nikim. - Gdzie jest moje miejsce? - Najlepszym dla pana rozwiązaniem jest staranie się o obywatelstwo kraju, w którym obecnie pan mieszka. To nie będzie trudne. Jest pan mężem córki miejscowego wodza. - Nie chcę mieć innej ojczyzny niż Polska. Chcę wrócić do swojego kraju. - To jest niemożliwe. Kategorycznie. - Co jest przyczyną? - Proszę pana, odpowiem panu szczerze, by nie miał pan więcej złudzeń. Poufne materiały dotyczące pańskiej osoby otrzymałem kilka dni temu z Warszawy. W 1981 roku został pan osądzony i skazany za zdradę kraju. Na dożywotnią banicję. Utracił pan prawa obywatelskie, publiczne i honorowe. - W 1981 roku panował reżim komunistyczny. Teraz Polska jest wolnym, demokratycznym krajem. - Zdrada jest zdradą, niezależnie w jakim systemie popełniona. Jest pan zdrajcą narodu polskiego. I zostanie pan nim już na zawsze. Zdrajcom nie możemy ufać. Jeśli raz zdradzili, mogą to zrobić ponownie. Lecz to jeszcze nie wszystko. W 1981 roku wywiózł pan z kraju komunistycznego agenta. Umożliwił pan jemu ucieczkę do Szwecji. Nie dociekam czy był pan z nim w zmowie czy też nie. Fakt pozostaje faktem. - To był przywódca strajku a nie żaden komunistyczny agent. - Nie do mnie należy to weryfikować, opieram się na otrzymanych dokumentach. Dodatkowo, w 1982 roku nawiązał pan współpracę z wywiadem zachodnioniemieckim. - Ależ to nieprawda. Odmówiłem. - Mam inne informacje. Na podstawie posiadanych dokumentów państwo polskie odmawia panu powrotu do ojczyzny. Nie potrzebujemy takich osobników jak pan. W naszym kraju jest miejsce wyłącznie dla ludzi nieskazitelnych i moralnie czystych. Proszę tu więcej nie przychodzić. Szkoda czasu. Żegnam pana. - Jeszcze kilka dni temu mówił pan o polskim piekle. W Polsce mieszkają tylko ludzie nieskazitelnie czyści? –zdziwił się Konstanty. - Przynajmniej staramy się by tak było. Nie zaśmiecamy naszego kraju. Konstanty klęknął przed konsulem, przyciągnął jego rękę i pocałował ją. - Panie konsulu, ja bardzo pana proszę. Proszę o umożliwienie mi powrotu do ojczyzny. Chcę wrócić do Polski. - Wynoś się stąd człowieku. Nie chcę cię więcej tu widzieć. Zawołam policję. -Konsul ze wstrętem i obrzydzeniem wyrwał swoją dłoń spod ust Konstantego, wytarł ją o spodnie. Spoglądał na klęczącego przed nim człowieka z wyższością i nieukrywaną pogardą. Konstanty opuścił budynek konsulatu. Nigdy więcej się tam nie pojawił. Pozostałą część swojego krótkiego, niespełna czterdziestoletniego życia spędził w Port Moresby, w dzielnicy Papua Purple. Aż do niespodziewanej, przedwczesnej śmierci. Zachorował na chorobę emigracyjną. Wspominał, cierpiał, męczył się. Ujawniły się nigdy wcześniej nieznane mu dolegliwości. Do osłabionego organizmu przyplątała się gorączka tropikalna. W ostatniej chwili jak by coś sobie przypomniał, krzyczał, zapragnął, by pochowano go w Polsce, wśród swoich rodaków. Ale majaczył w języku polskim, którego oprócz niego nikt w Papua Purple nie znał. A nawet jakby znali to żadnemu z nich, z plemienia Purpurowych Papuasów, żonie, synowi i córce nie przyszło na myśl, by ekspediować ciało męża, ojca i przyjaciela hen, hen daleko. Do nieznanego, zimnego kraju, leżącego gdzieś za górami, za oceanami, gdzie ludzie mówią w niezrozumiałym narzeczu i którego obraz Konstanty, poprzez swoje opowieści, próbował im nieskutecznie chociaż trochę przybliżyć. Pochowano go na plemiennym cmentarzu.
Jonasz Miasteczko w pobliżu Kościelca liczyło niecałe dwa tysiące mieszkańców, większość z nich stanowili Żydzi. Pisarz też nim był, urodził się w Miasteczku, rodzice prowadzili w rynku sklep z miotłami. Pisarz im pomagał, sprzedawał miotły, rozwoził po okolicznych wsiach. W wieku dwudziestu lat zakochał się z wzajemnością w pięknej dziewczynie, Dorze, mieszkającej w sąsiedztwie. Rodzice Dory przeznaczyli ją jednak dla kogoś innego, wybrali bogatszego chłopca niż Pisarz sprzedający miotły, mimo sprzeciwu dziewczyna musiała poślubić wybranka. Wkrótce młodej parze urodziły się dzieci, najpierw chłopiec, później dziewczynka. Pisarz początkowo rozpaczał po utracie ukochanej, później gdy już ochłonął, poszukiwał nowej narzeczonej. Do wybuchu wojny nie udało mu się. Gdy Niemcy zajęli Miasteczko inne już sprawy były ważniejsze. Przeżyć okres okupacji, tylko to się liczyło. W Miasteczku utworzono dzielnicę żydowską, ogrodzono częściowo murem, częściowo drewnianym płotem, tak, że nikt bez pozwolenia czy przepustki nie mógł wyjść. Pisarz wraz z rodzicami też się tam znaleźli. Miotły już nie były tak potrzebne jak wcześniej, brakowało surowca do ich produkcji. Przeżywali głodując dzień za dniem, wydając resztki oszczędności. Nędzne życie w getcie pewnego dnia się skończyło. Niemcy rozpoczęli jego likwidację. Wszystkich Żydów wypędzili z domów, uformowali kolumnę, pędzili brukowanym traktem na dworzec kolejowy odległy o kilkanaście kilometrów. Tam wpychano ich do wagonów bydlęcych i wieziono do obozu koncentracyjnego, gdzie czekała ich śmierć w komorze gazowej. Nie wszyscy z Miasteczka tam trafili. Niektórzy przeczuwając, co może ich czekać po wywózce, starali się ratować na własną rękę. Rodzinie Szapsy, mieszkającego w rynku, i którego syn ożenił się z Dorą, udało się ukryć w pobliskiej wsi. Mieszkał tam ze swoją rodziną Leśny, zabudowania jego były oddalone od innych domostw, otoczone wiekowymi drzewami i gęstymi krzewami. Leśny miał młodą, bardzo ładną żonę oraz trójkę dzieci, najmłodsze niedawno się urodziło, miało chyba trzy miesiące, matka trzymała je przy piersi, starsze już chodziły, córka miał dwa latka, syn trzy. Szapsa zapłacił Leśnemu i obiecał dodatkowe finanse na zapewnienie żywności. Gospodarz ukrył Szapsę, jego żonę, Dorę z mężem i ich dwójkę dzieci początkowo w stodole. Później wykopał w niej bunkier o wymiarach trzech metrów długości, dwóch metrów szerokości i około metra i trzydziestu centymetrów głębokości. Głębiej nie można było kopać gdyż pojawiła się woda. Dzieci mogły swobodnie stać, dorośli musieli kucać. Lecz nie skarżyli się, dziękowali Leśnemu za uratowanie życia. Bunkier zasunięty był drewnianą klapą, przy której stała buda, w niej mieszkał olbrzymi i bardzo groźny buldog. Oprócz gospodarza nikogo w pobliże nie dopuszczał. Leśny wieczorami przynosił do bunkra jedzenie, przeważnie sagan ugotowanych ziemniaków z brukwią, dzbanek mleka z wieczornego udoju, czasami porcję mięsa. Odbierał wiadro z nieczystościami. Szapsa myślał, że posiedzą w bunkrze kilka tygodni, później gdy pobyt się przedłużał, liczył miesiące, aż zaczął liczyć lata. Ciała im drętwiały, mieli przykurcze, że trudno było im rozprostować nogi. Przebywając cały czas w ciemności tracili wzrok. Leśny od czasu do czasu przekazywał informację o sytuacji na górze, cały czas jest niebezpiecznie, zagrożenie nie mija, Niemcy zabijają Żydów i jeśli Szapsa z rodziną chcą żyć to niech nie myślą o wychodzeniu z bunkra. - A Pisarz? Co się działo z Pisarzem? Pisarz uciekł z getta jeszcze przed jego likwidacją, początkowo ukrywał się u polskich przyjaciół w Miasteczku, później widząc w ich oczach strach i nie chcąc ich narażać, zbudował szałas w lesie i tam koczował kilka miesięcy żywiąc się roślinami i złapanymi we wnyki kuropatwami. Lecz szałas został odkryty przypadkowo przez strażników pilnujących ściętego drzewa i Pisarz musiał uciekać. Błąkał się po okolicy, ukrywał w opuszczonych szopach, stogach siana. Nie wiadomo jak trafił do Leśnego, chyba znał go sprzed wojny, gdy sprzedawał we wsi swoje miotły. Gospodarstwo położone było w ustronnym miejscu, budziło zaufanie jako miejsce do skutecznego ukrycia się. Udało się wybłagać Leśnego, by go przechował przez pewien czas. Trafił do bunkra, do rodziny Szapsy. Początkowo współżycie między nimi układało się dobrze, później doszło do poważnego zatargu. Miłość Pisarza do Dory, która wydawała się, że całkowicie wygasła, w ciemnym i ciasnym bunkrze powróciła ze zdwojoną intensywnością. Pisarz próbował odwieść Dorę od prawowitego męża. Ten nawet nie myślał, by jego żona mogła być z kimś innym. Wieczorami po posiłku wybuchały awantury, odgłosy kłótni z podziemnego bunkra wydostawały się na powierzchnię, krzyki wychodziły poza stodołę. To mocno denerwowało Leśnego, pewnej nocy wezwał Szapsę i rozmówił się z nim w stodole. Powiedział, że ma dosyć, jeśli nie przestaną się kłócić tam na dole to ich wszystkich wyrzuci. Ktoś przecież może usłyszeć odgłosy awantur i donieść żandarmom. Szapsa był bezradny, próbował już wcześniej negocjować z Pisarzem lecz bez rezultatu. Rozmyślali w tej stodole dosyć długo i Szapsa wpadł na pomysł. Zaproponował Leśnemu, by ich wszystkich wyrzucił z bunkra. Oni później wrócą lecz już bez Pisarza. Leśny się zgodził. Nazajutrz wieczorem nie przyniósł sagana ziemniaków i dzbanka mleka. Otworzył drewniane wieko bunkra i trzymając na uwięzi warczącego buldoga groźnym głosem powiedział. - Wynosić się z mojej stodoły! Dosyć wrzasków! Nie będę dłużej narażał za was życia. Żebym więcej was tu nie widział! Szapsa powiedział zdezorientowanej żonie, że muszą opuścić bunkier, Pisarz początkowo się wzbraniał, lecz zapowiedź Leśnego była tak stanowcza, że w końcu uległ i wyszedł. W ciemną noc opuścili bunkier. Szapsa powiedział Pisarzowi, by radził sobie sam i więcej nie zbliżał się do Dory. Rozdzielili się. Noc i następny dzień Szapsowie spędzili z niewielkim lasku nad rzeką, wieczorem wrócili do stodoły. Pisarz poszedł w przeciwnym kierunku, kręcił się w okolicy kilkanaście dni. Próbował odwiedzać znajomych, lecz oni byli tak przestraszeni jego widokiem, że odwracali głowy by móc go nie zobaczyć, nie spojrzeć mu w oczy. Poszedł do lasu i tam po pewnym czasie trafił do formującego się oddziału partyzanckiego tworzonego przez ludzi ze spacyfikowanej przez Niemców niedaleko położonej wsi. Został i walczył z nimi do końca wojny. Rodzina Szapsów ukrywała się w bunkrze wykopanym w stodole. Ktoś musiał donieść na posterunek żandarmerii, że Leśny przechowuje Żydów. Różni ludzie go odwiedzali, sąsiedzi, mieszkańcy Miasteczka chcący kupić jajka czy też kurę. Jeden zobaczył wielki sagan na piecu i podejrzliwie zapytał dla kogo gotuje tyle ziemniaków? Drugi zauważył jak żona Leśnego kupuje na jarmarku jedwabny szal, na którego kupno nie każdego było stać. Gdy Leśny bił cielaka, zwyczajowo zbierali się sąsiedzi i otrzymywali czy też kupowali kawałek cielęciny. Ostatnio Leśny odmawiał, nie dawał i nie sprzedawał. To wzbudziło podejrzenie. Pewnego dnia do zagrody przyszło trzech żandarmów. - Leśny, podobno trzymasz Żydów. - U mnie? Nie. - Wiesz czym to grozi. - Nie trzymam nikogo. - Rozejrzymy się w takim razie. Mieli ze sobą psa, wilczura, który, gdy go spuścili pobiegł w kierunku stodoły. Buldog się najeżył, warczał groźnie, wilczur skulił ogon i wrócił do Niemca. Ten zdjął karabin i zastrzelił buldoga. Powiedział do Leśnego. - I co, nadal nic nie wiesz? - Nie - odpowiadał coraz bardziej przerażony Leśny. Dwóch żandarmów weszło do stodoły, odsunęli budę, zauważyli i zdjęli pokrywę bunkra. Zobaczyli skulonych i oślepionych nagłą jasnością Żydów, Szapsę, jego żonę, Dorę z mężem i dwójkę ich dzieci, chłopczyka i dziewczynkę. Dzieci płakały przestraszone. - Wyłazić Żydy przeklęte - krzyknął Niemiec i skierował broń w stronę podnoszącego się Szapsy. On był przygotowany na taką sytuację. Przewidywał, że może kiedyś nastąpić, lecz w myślach odsuwał ją na daleką przyszłość i traktował jako ostateczność. Do tej pory się udawało. Ale już w getcie powiedział sobie, że nie da się zabić jak psa. Chwycił za karabin i mocno pociągnął Niemca, ten wpadł pomiędzy nich. Szapsa odbezpieczył granaty, które miał od początku na taką ewentualność przygotowane. Potężny wybuch wstrząsnął stodołą, część jej zapadła się i stanęła w ogniu. Kawałki ciał rozrzucone były w promieniu kilkunastu metrów. Drugi z żandarmów, poraniony i poparzony wyczołgiwał się ze stodoły z okropnym krzykiem. Zbiegli się ludzie z okolicy, z Miasteczka nadjeżdżał samochód z niemieckimi posiłkami. Żandarm z psem wyprowadzał przed dom rodzinę Leśnego, ustawiał wszystkich w szeregu, gospodarz na przedzie, żona z tulącym się dzieckiem, dalej dziewczynka i chłopczyk. Niemiec podchodził i strzelał każdemu w głowę. Małe dziecko oderwał od piersi martwej żony Leśnego, wrzucił do palącej się stodoły. Na koniec podpalili kolejne zabudowania by ślad po gospodarstwie nie pozostał. Niemcy odjechali, ludzie odeszli. - A Pisarz? Co się działo z Pisarzem? Po wojnie wrócił do Miasteczka. Tylko jemu jednemu z całej społeczności żydowskiej udało się przeżyć. Ktoś rzucił pogłoskę, że to Pisarz, z powodu odrzucenia miłosnego i zatargu z Szapsami, zdradził kryjówkę u Leśnego. Nikt mu tego nie udowodnił lecz plotka przylgnęła i on bardzo się umartwiał. Wiedział przecież, że nie zdradził ale trudno mu było przekonywać innych. W jego skromnym domku, w rynku, w którym kiedyś żył z rodzicami, mieszkał już ktoś inny, chłop Łapczywy. Pisarz pamiętał go jeszcze sprzed wojny, gdy jeździł po wsiach i sprzedawał miotły. Na prośbę Pisarza by opuścił jego rodzinny dom ten zaśmiał się. - Co ty Żydzie jeszcze tu robisz? Uciekaj stąd albo psami poszczuję. Nie waż mi się tu wracać bo zatłukę na śmierć! I Pisarz odszedł. Był sam wśród obcych. Chociaż przed wojną Żydzi stanowili większość mieszkańców Miasteczka, teraz został tylko on jeden. Domy do nich należące zajęli najpierw Niemcy i ich protegowani, później „namuloki”, ludzie z pobliskich wsi, którzy napłynęli po wojnie do Miasteczka i już go nie opuścili zasiedlając puste domostwa. Na wsiach panowała bieda, spotęgowana wojennym terrorem, ludzie mieszkali w kilka, kilkanaście osób w jednej izbie, mając za ścianą w drugiej izbie jako sąsiadów bydło i trzodę chlewną. Nic dziwnego, że domy żydowskie szybko zapełniły się nowymi mieszkańcami, którzy ani myśleli zwracać czegokolwiek komukolwiek z teraz już swojej własności. Nawet jak zgłosił się dawny, przedwojenny mieszkaniec, prawowity właściciel. Pisarz za bardzo nie wiedział co ma zrobić? Tak jak w czasie wojny, tak teraz tułał się bezmyślnie po okolicy, przyjmując datki od co łaskawszych, współczujących ludzi. Postanowił pójść do wójta i z nim się rozmówić. Akurat siedział u niego Łapczywy. - Co, ty jeszcze tutaj? Po swoje przyszedłeś? - Łapczywy był rozeźlony gdy zobaczył Pisarza. Wójt bezradnie rozkładał ręce. - Co lepsze i tak Niemcy wzięli, pozostawiając nędzną resztę. Każdy z nas po was coś wziął. Stół, płaszcz, łóżko, dom. Miało iść na marne? Przecież nie będziemy wam oddawać, bo niby komu. Was już nie ma. Komu oddać jak was nie ma? Byliście, zniknęliście, teraz my jesteśmy. Wyście wyszli, my przyszliśmy. - Ja jestem, chcę zamieszkać w swoim domu - odpowiedział Pisarz. - Nie ma miejsca! - krzyknął Łapczywy - Mam żonę i kilkoro dzieci. Nawet twój domek jest dla nas za ciasny. Dla ciebie nie ma już miejsca, wracaj skąd przybyłeś. Co mnie to obchodzi gdzie i jak będziesz sobie radził! Jeśli będziesz nalegał, szukał sprawiedliwości to dopiero zobaczysz co się stanie. Kijami obiję, nawet granat w ostateczności się znajdzie. Ale waszego, swojego nie oddamy. - Było was za dużo, byliście zbyt głośni, zbyt liczni. Teraz jest spokój. Nie zakłócaj go nam - tymi słowami wójt pożegnał Pisarza. Pisarz opuścił siedzibę urzędu wójta. Szedł przez rynek napotykając odważne spojrzenia mieszkańców. „Uciekaj Pisarz, uciekaj stąd jak najdalej od nich, wiecznie przez los krzywdzonych, co się im wydaje, że przez doznaną biedę i cierpienia mogą usprawiedliwiać swoje bezprawne czyny. Płyń Wisłą do Warszawy, do Gdańska, wsiadaj na morski statek i płyń daleko, daleko poza morze, cieśniny, oceany, poza horyzont. Jak najprędzej. Jak najdalej. Nie dadzą tobie tu żyć, ani tobie, ani twoim dzieciom, jeśli będziesz je kiedyś miał. Nie masz co tu szukać. To nie miejsce dla ciebie, znajdź inny zakątek, gdzie będziesz mógł bez strachu rozejrzeć się dookoła, spokojnie spoglądać w błękitne niebo. Wiem, że w dzisiejszym świecie trudno jest coś takiego znaleźć, ale musisz szukać, musisz szukać, nie masz innego wyjścia, tutaj zostać nie możesz. Tu nie ma miejsca dla ciebie.” Pisarz tak uczynił, pojechał do Gdańska, lecz dalsza podróż nie była możliwa, chociaż się bardzo starał. Przez kilka miesięcy próbował dostać się na statek, napotykał tyle przeciwności, że w końcu zrezygnował. Za to zakochał się w pięknej dziewczynie, repatriantce zza Buga, z wzajemnością. Anna, jedyna została z całej wielodzietnej rodziny, wywiezionej w czasie wojny przez Rosjan na daleki wschód. Ojcowie, dziadkowie, rodzeństwo pomarli z głodu i chłodu na bezkresnych, niegościnnych stepach Kazachstanu. Samotna w obcym mieście trafiła na zdezorientowanego, szukającego możliwości zamustrowania na statek, Pisarza. Pobrali się, uwili gniazdko w Gdańsku, przy ulicy Lawendowej, urodził się im syn. Pisarz postanowił nadać mu imię zamordowanego ojca, Jonasz. Ochrzcili syna, Anna wychowywała go w wierze katolickiej, tak jak ją wychowano, jej rodziców, dziadów i pradziadów.
Po zakończeniu zimowych ferii szkolnych, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku, w harmonogramie zajęć pojawił się nowy przedmiot, „Wychowanie obywatelskie”. Nauczycielem został pan Kranz, uczący do tej pory starsze klasy „Przysposobienia obronnego”. Na pierwszej lekcji wyczytywał z dziennika nasze imiona i nazwiska, chcąc zapoznać się z nami. Każdy wstawał i przedstawiał się, pan Kranz przypatrywał się poszczególnym twarzom, tak by w przyszłości kojarzyć je z nazwiskami. Przy Jonaszu zatrzymał się na dłużej. - Jonasz Pisarz. - Jestem – chłopak siedzący w trzeciej ławce środkowego rzędu wyprężył się. - Jonasz? - Tak.. - Żyd? - Polak. - Dziwne imię. Ojciec Żyd? - Ojciec Polak pochodzenia żydowskiego. - To znaczy Żyd. A matka? - Matka Polka. - To kim ty jesteś? - Jestem Polakiem. - Matka Polka, ale ty jesteś Żydem - nauczyciel był bezwzględny, nie ustępował – Siadaj, szkoda czasu. Jesteś Żydem i kropka. Nie zaprzeczaj – zdenerwował się. Wyczytywał dalsze nazwiska. Lekko byliśmy zdziwieni stanowczym tonem pana Kranza, nasi rodzice, z resztą tak jak większość rodziców w Gdańsku, przyjechali z różnych stron teraźniejszej i byłej Polski, repatrianci ze Wschodu, z Wilna, Lwowa, Podola, mieszkańcy centralnej i południowej Polski. Do opustoszałego po wojnie miasta, ludzie ściągali z różnych zakątków kraju. Dawnych mieszkańców Gdańska wywieziono na Zachód, na ich miejsce przyjechali nowi, ze Wschodu i Południa. My byliśmy pierwszym pokoleniem urodzonym po wojnie. Jonasz był jednym z nas, naszym przyjacielem, jego rodzice tak jak i nasi, po osobliwej wędrówce ludów po drugiej wojnie światowej, znaleźli się w tym egzotycznym dla wszystkich mieście. Na następnej lekcji, gdy zbliżała się ku końcowi i gdy już szykowaliśmy się na długą przerwę pan Kranz oznajmił nam. - Wielkimi krokami zbliża się rocznica powstania naszej państwowości, nasza ojczyzna, Polska ma już tysiąc lat. Zostałem zobligowany przez panią dyrektor do organizacji w miesiącu kwietniu uroczystej akademii. Proszę każdego z was o przygotowanie czegoś specjalnego z naszej tysiącletniej historii. Ma to być ważne i istotne wydarzenie, które uważacie, że wpłynęło na rozwój naszego dziedzictwa, naszej kultury i zasługuje na napisanie wiersza, opowiadania, namalowania obrazu czy też zaśpiewania pieśni. Gdy już wychodziliśmy z klasy na przerwę zatrzymał Jonasza. - Ty nie musisz nic przygotowywać. - Dlaczego? – odparł zdziwiony. - Ponieważ to nie twoja rocznica. - Jak to? - Wy obchodzicie swoje święta. Do naszych nic wam do tego, nie wtrącajcie się – ton jego głosu stawał się bardziej zły, agresywny Łzy pojawiły się w oczach Jonasza. - Przecież to jest też moje święto. Wyszliśmy z klasy coraz bardziej poirytowani zachowaniem pana Kranza. Przygotowywaliśmy się do akademii, każdy z nas wymyślał coś oryginalnego, by uczcić tysiącletnie święto, Jonasz też nad czymś myślał. Chodził z notesem w ręku, wpatrywał się w chmury, w otoczenie, w ziemię, notował. Na lekcji religii, które odbywały się w salce parafialnej przy Kaplicy Królewskiej, prowadzący ksiądz Ernest poradził, by namalować obraz przedstawiający Jana Chrzciciela obmywającego Chrystusa w świętej rzece Jordan. - Tysiąclecie państwa polskiego związane jest z rocznicą chrztu świętego przyjętego przez piastowskiego księcia. Tak jak Chrystus został przyjęty do chrześcijan tak naród polski został wprowadzony do grona chrześcijańskich narodów. Zenek podchwycił pomysł księdza Ernesta, ładnie malował, z rysunków miał piątkę, - Powstanie piękny obraz – powiedział. Jonasz uczęszczał z nami na religię, co niedziela widzieliśmy go jak siedział razem z mamą w pierwszej ławce na mszy świętej w naszym olbrzymim kościele Mariackim. Nie pojmowaliśmy dlaczego pan Kranz był na niego tak zły, dlaczego go prześladował? Przez imię jakie mu nadano na chrzcie? Przez ojca, którego Kranz uważał za Żyda, i który z faktycznie był Żydem? Termin akademii zbliżał się wielkimi krokami. Na lekcjach razem z panem Kranzem wyszukiwaliśmy w naszej historii ważne wydarzenia, o których chcieliśmy opowiedzieć, zaśpiewać, namalować obraz. Andrzej napisał piękne i wzruszające opowiadanie o obronie grodu w Niemczy przed germańską nawałą. Janek namalował, właściwie nieudolnie skopiował obraz Jana Matejki „Bitwa pod Grunwaldem”, gdzie główną postacią był Zawisza Czarny, jego ulubiony bohater. Gosia napisała wzruszający esej o powstaniu styczniowym, Hania nuciła na przerwach pieśń o bohaterskich zdobywcach wzgórza Monte Cassino. Romek wkuwał na pamięć wiersz o żołnierzach z Westerplatte, którzy do nieba czwórkami szli. Pan Kranz był zadowolony z naszych pomysłów i inicjatyw. Obraz Chrustusa z Janem Chrzcicielem, namalowany pięknie przez Zenka, nie spodobał mu się. Odrzucił go mówiąc, że nie jest na temat. - To nie rocznicę chrztu obchodzimy tylko tysiąclecie państwa polskiego. - A to nie jest to samo – zdziwił się Zenek, zachwalając swój obraz. - Nie, to nie to samo – odburknął pan Kranz – powieś sobie to dzieło u siebie w pokoju nad łóżkiem. Akademia miała się odbyć w czwartek czternastego kwietnia, jednak z uwagi na trwające ferie wielkanocne przesunięto ją na wtorek dziewiętnastego kwietnia. Odbyła się w sali gimnastycznej naszej szkoły i miała niecodzienny przebieg. Ściany udekorowano obrazami królów polskich, począwszy do pierwszego Piasta, poprzez Jagiellonów, Wazów, Sasów aż po ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Grono nauczycielskie zasiadło w pierwszych rzędach, uczniowie zajęli krzesła w środku i z tyłu sali. Uroczystość zaszczycił swoją obecnością wizytator z kuratorium wojewódzkiego, mężczyzna w sile wieku, postawny blondyn o niebieskich, bystrych oczach. Akademię rozpoczęła pani dyrektor, podniosłą przemową o tysiącletniej historii wielkiego i dumnego narodu jakim jest Polska. My Polacy, w dzisiejszych czasach ten wielki i wspaniały naród reprezentujemy. Przez tysiąc lat broniliśmy i walczyliśmy by polskie państwo nie zginęło w odmętach nieokiełznanej historii. Teraz mamy szczęście żyć w pokoju, co rzadko udawało się poprzednim pokoleniom. Przekazała głos panu Kranzowi odpowiedzialnemu za organizację rocznicy tego ważnego wydarzenia. Na znak dany przez pana Krenza na salę wtoczył się balet i odtańczył krakowiaka, kujawiaka i jako trzeci taniec, nie wiadomo dlaczego kozaka. Po balecie my przejęliśmy inicjatywę, obrona Niemczy, bitwa pod Grunwaldem, Kościuszko pod Racławicami, Poniatowski pod Moskwą, żołnierze Westerplatte, bitwa pod Lenino, czerwone maki pod Monte Cassino, każde z tych przedstawień było nagradzane gromkimi brawami przez nauczycieli i uczniów. Przy pieśni „Rozszumiały się wierzby płaczące” część sali dołączyła do chóru i wspólnie rozbrzmiewały dalsze zwrotki. Hania deklamowała jeden z wierszy Ildefonsa Gałczyńskiego i przy odpowiedzi na zapytanie stróża „...gdzieś pan był tyle lat? Wędrowałem przez głupi świat..” i dalej „lulajże Jezuniu, moja perełko, lulajże Jezuniu me pieścidełko” kilka nauczycielek płakało. Atmosfera do końca akademii był patriotyczna, podniosła i wzruszająca. Już mieliśmy się wszyscy rozchodzić gdy na środek sali wyszedł Jonasz. - Wracaj z powrotem na krzesło –krzyknął do niego pan Kranz – nie miałeś nic przygotowywać. - Przygotowałem wiersz. Sam napisałem. - Wracaj na krzesło - powtórzył -Mówiłem przecież, że to nie twoje święto. Wtrącił się wizytator z kuratorium. - Dlaczego pan zabrania mu występować? - Bo on, on..... nie jest Polakiem. - Kim jest? - Jest Żydem. Wizytator spojrzał na Kranza dziwnym wzrokiem. Zwrócił się do Jonasza. - Mów. Gdyby nie zamieszanie jakie powstało nie zwrócilibyśmy uwagi na ostatni występ. Jonasz przekonany, że nie otrzyma możliwości recytacji już schodził ze środka sali, lecz na słowa wizytatora wrócił i mówił. Deklamował wiersz, który napisał na cześć rocznicy tysiąclecia ojczyzny. Zamieszkałem w twoim domu zasypiam w twoim łóżku ubieram twój płaszcz piszę przy stole przy którym ty pisałeś modlę się do twojego Boga
To ja stałem wówczas na rampie spoglądałem jak ciebie prowadzą mój synek kulił się trwożliwie najukochańsza córeczka szeptała „przecież byliśmy grzeczni” kurczowo trzymali się moich rąk będąc pewnymi że przy mnie nic złego im stać się nie może
Nie wierzę że nie wiedzieliśmy niemożliwe że nas tam nie było staliśmy przecież obok nie mamy prawa zaprzeczać
Nasz ojciec wszedł pokornie w mroczną czeluść matka stąpała za nim niepewnie półnagą żonę gwałcili oprawcy to koniec powiedziałeś wtedy to już wszystko
A my istniejemy uśmiechamy się jednak piszemy wiersze zadania matematyczne rozwiązujemy
Mamy czelność żyć to nie może się powtórzyć tak myślimy obawiając się
Skończył, stał w milczeniu jakby czekał na oklaski. Ale sala też milczała. Nikt nie wiedział co powiedzieć, słowa wiersza były zanadto niezrozumiałe. Do patriotycznych pieśni o makach pod Monte Cassino i do utworów o żołnierzach Westerplatte ten wiersz nie pasował. Cisza trwała przez dłuższą chwilę, przerwał ją dopiero pan Kranz. - To oszczerstwo, paszkwil. Mnie Żydzie nie nabierzesz wzniosłymi strofami. Jacy my, jacy my! To wy a nie my! Nie porównuj nas do was. To Żyd! To Żyd! – ręką wskazywał zgroma-dzonej publiczności Jonasza. O dziwo, zawtórowała mu pani od muzyki, starsza, ułożona, dystyngowana pani, która akompaniowała nam przy piosenkach. - Bezczelny, zuchwały przechrzta. Śmie nam wypominać swoje sprawki. Kwas, nauczyciel chemii też się włączył do osób przeciwnych Jonaszowi. - Nie uszanujesz pięknej, odświętnej atmosfery. Ty parchaty żydowino! Twój wiersz jest paskudny. Chór głosów potępiających zuchwały wiersz wzmagał się, nauczyciele i część uczniów wygrażała Jonaszowi pięściami, atmosfera niebezpiecznie zaogniała się, baliśmy się, że może dojść do linczu na recytatorze. - Ty Żydzie, bezczelny Żydzie, jak możesz kalać nasz polski naród –słychać było głosy z sali. Za bardzo nie rozumieliśmy przyczyny powstania tak niebezpiecznej sytuacji. Wiersz jak wiersz, może zbyt obrazowy, zbyt śmiały, lecz by zaraz krzyczeć i grozić? Pani dyrektor nie wiedziała jak zareagować, czy przystąpić do chóru krzykaczy, czy ich potępić? Spoglądała z niepokojem w stronę wizytatora, chcąc odgadnąć jego myśli. Wizytator był potomkiem Piastów i Jagiellonów, w żyłach jego płynęła prawdziwie, polska, szlachecka krew. Powstał gwałtownie ze swojego krzesła w pierwszym rzędzie, podszedł do stojącego obok biurka, uderzył w nie mocno pięścią, krzyknął. - Cisza! Spokój! Sala ucichła. Wizytator dopiero po dłuższej chwili, gdy ucichły nawet szmery i cisza była absolutna, mówił donośnym głosem. - Chylę czoło przed cierpieniem jakie przeżyli Polacy podczas drugiej wojny światowej, przede wszystkim obywatele polscy pochodzenia żydowskiego. Tragedia jaka nas -poprawił się- jaka ich dotknęła jest nieporównywalna z żadnym zdarzeniem w historii świata. Jest niezrozumiała i niewytłumaczalna. I przez najbliższe wieki będzie niezrozumiała i niewytłumaczalna. Jak dzieci, które nie są w stanie uświadomić sobie szeregu niezrozumiałych wydarzeń. To się nie mieści w głowie…nie pojmuje, nie pojmuję….diabelskie czyny, diabelskie czyny -powtarzał ściszonym głosem, schylił się jakby chciał ukryć twarz, ramiona jego drżały, milczał przez dłuższą chwilę, dalej kontynuował już głośniej - Tej tragedii rozum nie jest w stanie objąć i pojąć. Przekracza to możliwości ludzkiego umysłu. Część naszego wspólnego, tysiącletniego dziedzictwa zniknęła bezpowrotnie. Solidaryzując się z niewinnymi bohaterami, którzy poświęcili swoje życie mogę tylko powiedzieć- i patrząc prosto w oczy milczących nauczycieli wypowiedział z naciskiem na każdy wyraz, wzorem prezydenta wielkiego kraju, słowa, robiąc przerwy między nimi, by nadać im jeszcze większe znaczenie – Ich…bin…ein…Jude. Wypowiadane słowa w języku jidysz były jak gwoździe wbijane miarowym uderzeniem młota w twarde drzewo. I też taki skutek odniosły wśród nauczycieli. Zrozumieli je aż zanadto, nie trzeba ich było tłumaczyć na język polski. Od wizytatora dużo zależało, status szkoły, uposażenie kadry nauczycielskiej, premie, możliwości awansu i wiele, wiele innych materialnych rzeczy i doczesnych spraw. „Jeśli on tak powiedział, to nie będziemy się sprzeciwiać” pomyśleli. „Co nam przeszkadza jakiś żydek wypowiadający obrazoburczy tekst. Świat się przecież nie zawali od kilku słów” – ucichli, z twarzy zniknęły ironiczne uśmieszki, ze skrzywionych ust nie wychodziły słowa pogardy. Wizytator był usatysfakcjonowany skutkiem jakie wywarło jego zdecydowane wystąpienie, oddźwiękiem jaki wśród zgromadzonych wywołał. Zakładał kapelusz, szykował się do wyjścia, pani dyrektor potulnie się przy nim krzątała. Jeszcze tylko Romek, o czarnych, kręconych włosach i granatowych źrenicach, który po wypowiedzeniu wiersza o żołnierzach Westerplatte, cicho siedział w przedostatnim rzędzie, teraz postanowił powstać. Ośmielił go jasnowłosy wizytator. Słowa wypowiadane przez Jonasza uruchomiły wspomnienia, wieczorne rozmowy w zaciszu domowym rodziców przybyłych po wojnie z Muranowa, których podsłuchiwał udając, ze śpi, stały się teraz bardziej zrozumiałe. Smocza, Waliców, Umschlagplatz, Treblinka, te nazwy pojawiały się w jego przerywanych snach, budziły go po nocach, nie pozwalając zasnąć. Poniżenie, głód, pogarda, śmiech oprawców, beznadziejna walka, śmierć. Wszechobecny strach i poczucie niesamowitej głębi samotności. I przede wszystkim wstyd, wstyd, wstyd. Przecież mógł wybrać! Tylko jak porównać bohaterską śmierć na Westerplatte, wspaniałe czyny pod Monte Cassino z nikczemną, podłą śmiercią w Birkenau, w komorach gazowych Treblinki? Brodaci starci, kobiety z małymi dziećmi na rękach to nie byli rycerze spod Grunwaldu, to nie byli kosynierzy spod Racławic! Nie wstydź się Romku, nie wstydź się o nich mówić, nie wstydź się wybierać między bohaterami Westerplatte a ofiarami Treblinki. Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, nie ma dwóch różnych śmierci. Śmierć jest jedna. Śmierć jest bohaterska. I oni, dla ciebie i następnych pokoleń będą bohaterami na wieki. Nie wstydź się ich. Wstał i chciał powiedzieć, że starcy, kobiety, małe niewinne dzieci, chociaż bezwolnie szli na zatracenie to można ich przyrównać do bohaterów, o których czytał w podręczniku historii, którzy tak mu imponowali. Pragnął zabrać głos, powiedzieć, wytłumaczyć, wykrzyczeć. Nikt go nie słuchał, obojętnie mijaliśmy go. Akademia ku czci tysiąclecia polskiej państwowości dobiegła końca. Opuszczaliśmy salę gimnastyczną i udawaliśmy się do naszych domów.
Jan Antoni wraz ze starszym bratem Jarosławem otrzymali w urzędzie gminy karty mobilizacyjne w drugiej połowie sierpnia 1939 roku i przydział do jednostki wojskowej w Krakowie. Gdy już tam dotarli po kilku dniach wybuchła wojna. Z całą kompanią otrzymali rozkaz wycofania się na wschód i tam w okolicach Halicza oczekiwania na rozkaz dowództwa. Nie doczekali się, siedemnastego września zaatakowali Rosjanie, kompania po krótkiej nierównej walce poddała się. Żołnierzy podzielono na oficerów, podoficerów i szeregowych. Dodatkowo wśród szeregowych przeprowadzono selekcję, sprawdzano dokładnie ręce. Obaj bracia dłonie mieli naznaczone ciężką pracy na roli, dlatego też ich i im podobnych wsadzono do pociągów towarowych i wywieziono na wschód. Pozostałych zamknięto w obozach w Kozielsku i Starobielsku. Pociągiem podróżowali przez bezkresne tereny Rosji około dwóch tygodni, aż za Ural. Tam otrzymali przydział do brygady zajmującej się wyrębem lasu. Praca była ciężka, jedzenie ledwo zaspakajało nieustanny głód, spali w drewnianych, zimnych chatach. Antoni z obawą myślał, czy przeżyją najbliższe miesiące zwłaszcza, że zbliżała się zima. Nieoczekiwana wiadomość przerwała ich pozbawioną widoków nędzną egzystencję. Niemcy z Rosjanami zawarli umowę, wymieniali się jeńcami. Mieszkańcy terenów zajętych przez Niemcy zostali wymienieni na jeńców, którzy wcześniej zamieszkiwali tereny okupowane przez Rosję. Znowu podróż wagonami towarowymi, tym razem na zachód. W okolicach Warszawy, podczas postoju pociągu, Jarosławowi udało się uciec, wrócił do rodzinnego domu. Antoni dostał się do stalagu w miejscowości Parchim, w Meklemburgii. Spędził tam ponad trzy lata, w ponurych, drewnianych barakach, tęskniąc do szerokich pól i pachnących łąk. Życie w stalagu było ciężkie. Dawał się we znaki głód, racje żywnościowe zmniejszano z miesiąca na miesiąc, tłumacząc to zwiększającymi się coraz to bardziej potrzebami wojska, walczącego na rozległych frontach. Kilkuletni pobyt w tym samym towarzystwie stawał się już nie do zniesienia. Te same twarze wokół, te same tematy dyskusji. Koledzy spoglądali na siebie niezbyt życzliwie, niewielkie nieporozumienia przeradzały się w kłótnie i dzikie awantury. Antoni bardzo źle znosił pobyt w zamkniętym, ogrodzonym kolczastym płotem, obozie. Przyzwyczajony był do otwartych przestrzeni, swoje dwudziestoletnie, przedwojenne życie spędził w gospodarstwie rolnym, leżącym w jego rodzinnym kraju. Teraz, czytając nieregularnie przychodzące listy od matki wracał do pól pokrytych zbożem, do zapachów unoszących się nad łąkami wysokich traw, do dźwięku kosy poruszanej wymachem silnych rąk. Marzył o wykonywaniu prostej, ciężkiej pracy na roli, do której był od małego przyzwyczajony. Tuż przed żniwami 1943 roku los Antoniego całkowicie się odmienił. W obozie ogłoszono nabór do prac w gospodarstwach rolnych, jeńców kierowano do pracy, Antoni natychmiast się zgłosił, trafił do gospodarstwa leżącego nieopodal. Błogosławił tę decyzję. W kraju brakowało siły roboczej. Miejscowi mężczyźni, którzy do tej pory zajmowali się uczciwą pracą, zostali zatrudnieni przez nowego pracodawcę, przez wojnę. Chociaż, może wcale nie mieli ochoty wojować, może nie pragnęli zamieniać lemieszy na karabiny, to jednak kazano im walczyć, zdobywać odległe, nieznane krainy, zabijać innych, podobnych im chłopów. Przekonywano ich, że od pracy ważniejsza jest walka, że sukcesy na polach wojennych wielokrotnie przewyższają te na zwyczajnych gruntach ornych. Mieli porzucić swe pola, zabudowania i walczyć, pracę pozostawić niewolnikom, prawdziwy mężczyzna stworzony jest do podbojów. Ich proste, chłopskie umysły nie pojmowały nowej ideologii. Nie pozwolono im stawiać pytań. Dzięki temu Antoni opuścił stalag i znalazł się w gospodarstwie rolnym. Właściciel jego już od dłuższego czasu przebywał na froncie, postawą swą nie bardzo potwierdzając tezę o niezłomnej woli walki prawdziwego mężczyzny. Podczas jego nieobecności gospodarstwem zajmowała się żona wraz z siedemnastoletnią córką Angeliną. Praca, praca, ciężka praca. Nie dawały sobie rady. Ziemi było dużo, do tego para mocnych koni, bydło, trzoda chlewna, drób. Przed wojną w gospodarstwie pracowało dwóch najemnych robotników, obecnie wszyscy pochłonięci byli wojną, trudno było kogoś nająć. W ratuszu, w szufladzie biurka, będącego własnością pomarszczonego staruszka, kierującego administracją miejscowości, już od dłuższego czasu leżało, złożone przez żonę, zapotrzebowanie na jednego przynajmniej pomocnika. Antoni zjawił się w samą porę, pszenica uginała się pod ciężarem napęczniałych kłosów. Najwyższy czas na rozpoczęcie żniw. Kobieta, pomimo że liczyła dopiero czterdzieści lat wyglądała na znacznie starszą, męcząca praca na roli pozostawiała ślady na jej ciele, twarzy, rękach. Ucieszyła się gdy staruszek z ratusza przyprowadził Antoniego, podpisała kwit przyjęcia. Przeznaczyła dla nowego lokatora jeden z wielu, pustych pokoi. Już następnego ranka Antoni wszedł w codzienny, monotonny rytm pracy, którą tak dobrze znał, do której tak tęsknił podczas smutnych dni żołnierskiej niewoli. Wyciągnął kosiarkę z szopy, zaprzęgał do niej konie. Przestawienie się z prostej kosy na maszynę nie nastręczyło zbyt wielu kłopotów, zwłaszcza, że umiał obchodzić się z końmi, praca z nimi była jego ulubionym zajęciem. One wyczuły to już po założeniu postronków, po pierwszych pociągnięciach lejc. Stały posłusznie wyczekując gospodarskich poleceń. Żniwa ruszyły pełną parą. Antoni powoził, żona z Angeliną odbierały i wiązały snopki. Porozumiewali się półsłówkami, mieszając dwujęzyczne wyrazy. Ale ile można mówić podczas pracy? Wystarczą drobne gesty, czasami wymach ręki, spojrzenie oczu. Praca przy panującej pięknej pogodzie przebiegała bardzo sprawnie i szybko. Żona była uradowana, dzięki Antoniemu spadł z jej serca olbrzymi ciężar, prowadzenie gospodarstwa stało się mniej kłopotliwe. Napisała list do męża, by się nie martwił, wszystko w porządku, ziemia uprawiona, bydło oporządzone, gdy wróci to zastanie należyty ład. Mąż już jednak nie myślał o gospodarstwie, nie myślał o powrocie. Zginął gdzieś tam, na dalekiej ziemi, podczas zdobywania czy też obrony jakiegoś ważnego obiektu. Zwłoki jego wraz z setkami innych, atakujących i broniących, zostały pogrzebane we wspólnej mogile. Zginął jak przystało na prawdziwego mężczyznę podczas walki, a nie przy pługu, czy na przykład dojąc krowę. List wysłany przez żonę wrócił z powrotem, wraz z innymi, związanymi w niewielką paczuszkę, w której, prócz nich, znajdowało się kilka osobistych rzeczy męża. Kobieta bardzo zmartwiła się tą wiadomością, spoglądała na gospodarstwo ze smutkiem i rezygnacją, odejście jej współtowarzysza pozbawiło ją radości dalszej pracy. Myślenie o powiększaniu wspólnego dobytku, o wspólnej przyszłości straciło nagle sens. Chodziła przygnębiona i zrozpaczona, coraz rzadziej wychodziła ze swego pokoju, nie pojawiała się w obejściu. Prowadzenie gospodarstwa spadło na głowę Antoniego. On poił, karmił konie, bydło, trzodę, on decydował jakie roboty i w jakiej kolejności miały być wykonywane. Młocka, orka, wykopki, poczuł się w swoim żywiole, wykonywane czynności sprawiały mu przyjemność, po beznadziejnym czasie spędzanym w stalagu w tej chwili czuł się naprawdę szczęśliwy. Angelina była posłuszna jego poleceniom, wykonywała te roboty, o kolejności których zarządzał. Po pewnym czasie wspólnej pracy, między nimi nawiązał się jakiś nieokreślony, bliższy kontakt. Ciekawość, ukradkowe spojrzenia, przypadkowe dotknięcia, takie były początki. Czy można byłoby to co zaszło między Antonim i Angeliną nazwać miłością? Czy nie za wielkie słowo dla nieznanego uczucia jakie zrodziło się między nimi. A właściwie między ich dwoma młodymi, zdrowymi organizmami. Dorastającej, siedemnastoletniej dziewczyny i dwudziestokilkuletniego chłopca, właściwie już mężczyzny. Nie miało znaczenia skąd oni pochodzili, w jakim kraju się wychowywali, kim byli ich ojcowie, dziadowie, jakiego koloru skórę posiadali, w jakiego Boga wierzyli. Oni nie mieli wiele do powiedzenia, to chyba odbyłoby się też bez ich zgody i potwierdzenia. Pożądania dwóch młodych, ciekawych, przyciągających się wzajemnie ciał nie byli w stanie opanować. Zbyt długo przebywali razem ze sobą. Praca, wspólny posiłek, wspólny odpoczynek na polu. Antoni nie musiał szukać i podpatrywać Angeliny, ani ona jego. W panujących upałach ubrani byli w najskromniejsze, niezbędne stroje. Pełne piersi Angeliny, odkryte jej nogi, jędrne uda, opalone ramiona, jasne włosy - po długim okresie, podczas którego nie widział żadnej kobiety - oko Antoniego na dłużej zatrzymywało się na odkrytych fragmentach jej ciała. Pobudzało to jego zmysły i pożądanie. Jej spojrzenia też kierowały się ku niemu, padały na muskularny tors, na silne ramiona powstrzymujące lejcami parę potężnych, trudnych do okiełzania koni. Ciało kwitnącej, buchającej świeżością i pachnącej gorącym mlekiem dziewczyny. Ciało młodego, drżącego, podnieconego mężczyzny. Natura skierowała je ku sobie. Któż na świecie jeszcze byłby w stanie jej się przeciwstawić, opanować powstały żywioł? Ujarzmić, zapanować nad dzikimi zmysłami. Pomarszczony, zniszczony życiem staruszek z ratusza, wczytujący się w martwe przepisy w księdze? Nie próbował nawet, wiedząc pewnie, że zostałby zgnieciony, starty na proch, zdeptany i porzucony bezlitośnie. Pewnego popołudnia, podczas poobiedniego wypoczynku, na skoszonej, wydzielającej oszałamiające, niesamowite aromaty, łące, ten niepojęty żywioł połączył wreszcie oba spocone ciała, w obecności dwóch rosłych, przypatrujących się ciekawie miłosnej scenie, wałachów. Oba wyczekujące niecierpliwie, łaknące siebie, organizmy złączyły się w drżącym, dyszącym uścisku, przerywając tamę nieśmiałości, wstydu, skrępowania. Trwały w nim wydając z siebie okrzyki zachwytu i przedziwnej, niespotykanej dotąd rozkoszy. Od tego czasu spotykali się częściej, wieczorami, w pokoju Antoniego. Staruszek i inni mieszkańcy małej wioski spali spokojnie, nie podejrzewając, że w ich sąsiedztwie rozwija się zakazane uczucie. Bo miłość najemnego robotnika do miejscowej dziewczyny była surowo zabroniona, była przestępstwem. Tak mówił przepis w jednej z ksiąg znajdujących się ratuszowym biurku. Angelina zaszła w ciążę. Po kilku miesiącach wszyscy we wsi o tym wiedzieli. Domyślili się sprawcy przestępstwa. Antoni został zaaresztowany i skazany na śmierć. Za zanieczyszczenie rasy. Jakby chłopskie rasy mogły się nawzajem zanieczyścić. Lecz takie były zarządzenia, nikt we wsi nie śmiał się im przeciwstawić. Więźnia przetransportowano do pobliskiego miasteczka, tam miał zostać przykładnie stracony, w obecności zaproszonych, okolicznych mieszkańców, ku przestrodze, ku chwale sprawiedliwości objawianej w sporządzanych na jej cześć przepisach i aktach prawnych. Lecz Angelina nie dała za wygraną. Zbyt mocno przeżyła chwile swej pierwszej rozkoszy, by teraz ulec niedołężnemu, zgarbionemu starcowi. Brakowało jej dotyków rąk Antoniego, jego zachłannych spojrzeń, jego dygoczącego ciała, namiętnych pocałunków. Naradzała się z matką, krótko rozmawiały, szybko udały się do ratusza, do zniszczonego przez życie staruszka. Obie zaświadczyły, że Antoniego z Angeliną, nic poza wspólną pracą, nie łączy i on nie jest ojcem mającego się narodzić dziecka. Angelina ze wstydem przyznała, że kilka miesięcy temu została zgwałcona przez uciekiniera z obozu, wieczorem, w pustym polu. Uciekinier został później zastrzelony przez straż, gdy próbował przedrzeć się dalej na zachód.. Głośno na temat tej nieudanej próby rozpisywały się w swoim czasie gazety. Matka poświadczyła, znajdowała się wówczas w pobliżu, słyszała szamotaninę i krzyki, gdy przybiegła było już po wszystkim, za późno, więzień zbiegł. Staruszek, choć ze zdumieniem i pytaniem, dlaczego wcześniej nie powiadomiły go o tak strasznym przestępstwie, dał wiarę oświadczeniu. Antoniego zwolniono kilka godzin przed zaplanowaną egzekucją. Na szubienicy nie zawiązano śmiercionośnej pętli, gapie nie zdążyli nadejść do zbiegowiska. Niedoszłego skazańca odesłano z powrotem do stalagu, nie pozwolono mu pożegnać się z Angeliną. Wrócił do swoich towarzyszy niedoli, do ciasnego, wilgotnego baraku, do przykrych dyskusji, wzajemnych żalów, nieinteresujących go problemów, do napięcia i zdenerwowania, do krzyków i złośliwości strażników. Nie sypiał po nocach, kilka miesięcy spędzonych w jakże odmiennym świecie nie pozwalało mu o niczym innym myśleć, niż o świeżym zapachu siana, o dojrzewającym zbożu, o rżących koniach, o spotkaniach z Angeliną. Rzeczywistość, w której się znalazł doprowadzała go do bezsilnej pasji i wewnętrznej wściekłości. Lecz wojna, tak jak i wszystko, też ma swój koniec. Objawił się on amerykańskim czołgiem niszczącym bramę wjazdową i wjeżdżającym do obozu. Pierwsze dni wolności pełne były euforii, później jednak wróciły dawne porządki. Więźniowie znaleźli się w tym samym zamkniętym obozie. Dawnych strażników zastąpili nowi, czarnoskórzy, nieprzystępni, niechętni, trudni w porozumieniu się. Tylko znacznie większe przydziały żywności, środków czystości i bardziej głośne rozmowy rozbrzmiewające od rana do późnej nocy potwierdzały fakt zaistniałego wyzwolenia i zwycięstwa. Antoni nie mógł tak żyć, zwłaszcza że na zewnątrz zazieleniła się trawa, drzewa pokrywały się świeżymi pąkami kwiatów. Nozdrza jego chwytały wiejącą od strony pól wiosenną woń ziemi, do uszu dochodziło brzmienie wesołego świergotu ptaków, spojrzenie kierowało się ku czystemu, błękitnemu niebu. Uciekł pewnej nocy, przez słabo strzeżone ogrodzenie. Po kilkunastu godzinach błądzenia i męczącej wędrówki znalazł się w małej meklemburskiej wiosce. Angelina czekała na niego, od dawna wsłuchiwała się w każdy, nieznany odgłos, wpatrywała się niecierpliwie w zakręty biegnącej zakolami drogi, niespokojnie spędzała noce. Matka umarła jeszcze przed zakończeniem wojny. Od otrzymania wiadomości o śmierci swego męża stawała się coraz bardziej apatyczna, małomówna, ociężała. Gospodarstwo, o które razem tak bardzo zabiegali, tak o nie dbali, tyle pracy, troski i oszczędności w nie włożyli, do którego tak bardzo byli przywiązani teraz całkowicie przestało ją interesować. Śmierć męża pozbawiła ją sensu dalszego istnienia. Odeszła. Antoni przytulał Angelinę, rozglądał się po obejściu. Po podwórzu kręcił się mały, jasnowłosy chłopczyk, bardzo podobny do niego. Przypatrywał się ciekawie przybyszowi, niezręcznie podchodził do niego, chwytał za nogawki od spodni, uśmiechał się. „To jest Hans, nasz syn” powiedziała Angelina. Gospodarstwo znalazło się w rękach Antoniego. Ożenił się z Angeliną kilka miesięcy po powrocie. Usynowił Hansa. Dziewczyna odwołała poprzednie oświadczenie o gwałcie, wskazała prawowitego ojca. Pomarszczony staruszek z ratusza, który wysyłał Antoniego na śmierć, teraz udzielał mu ślubu, przyznawał ojcostwo. Tak mówiły przepisy, w nowo dostarczonej księdze, przechowywanej pieczołowicie obok innych, w jednej ze szuflad staroświeckiego biurka. Antoni z Angeliną długo nie pogospodarzyli w swojej posiadłości. Wszystkie prywatne gospodarstwa we wschodnich Niemczech w ciągu kilku lat upaństwowiono. Właściciele stali się pracownikami najemnymi, wynagradzanymi co miesiąc z państwowej kasy. Antoni nie mógł się przyzwyczaić do takich czasów, przypominały mu pobyt w stalagu, dyscyplinę i unormowane godziny pracy. Wytrzymał kilka lat, buntując się przeciw komunistycznemu reżimowi i stylowi życia. Po stłumieniu przez rosyjskie czołgi powstania berlińskiego i braku widoków na poważne zmiany postanowił wrócić do Polski. Był obcy, miejscowi widzieli w nim cały czas jeńca polskiego, który przyjechał na roboty i wżenił się w niemiecką rodzinę. Angelina też była w jakiś sposób napiętnowana przez związek z Polakiem. Antoni namawiał ją do wyjazdu, ona kategorycznie odmawiała. - Tutaj się urodziłam i tutaj będę żyła. Życie w innym kulturowo społeczeństwie, tęsknota za ojczystym krajem jednak była silniejsza niż powoli stygnąca miłość do żony. Antoni postanowił działać na własną rękę. Skompletował odpowiednie dokumenty. Udało mu się zmylić Angelinę, pewnego dnia zabrał Hansa na niedzielną przejażdżkę, wsiedli do pociągu w kierunku wschodniej granicy, nie bez problemów ją przekroczyli, znaleźli się w Polsce. Wrócili do domu, zamieszkali w rodzinnym gospodarstwie. Syna, z Hansa stał się już Jan, Antoni posłał do szkoły, gdzie początkowo z dużymi trudnościami ale szybko nauczył się języka polskiego. Antoni przez pewien czas otrzymywał pisma od adwokatów z ambasady niemieckiej, nie odpisywał na nie. Zanosił je do gminy i mówił, by odsyłali z powrotem z adnotacją, że syn Antoniego, Jan jest Polakiem i nie ma możliwości powrotu do Niemiec. Urzędnicy polscy byli z takiego obrotu sprawy zadowoleni, nie przystawali na germanizację polskiego obywatela. Gospodarstwo pod nieobecność Antoniego przejął brat Jarosław, to on gospodarzył na ojcowiźnie, wraz żoną i rodzicami. Dla Antoniego w tej ciasnocie nie było miejsca. Pewnego wieczora zebrali się na rozmowę, po niej Jarosław postanowił spłacić brata za przynależną mu część gospodarstwa. Antoni opuścił rodzinną miejscowość, wyjechał do Gdańska, do miasta, które reklamowało się jako miejsce z perspektywami i niezaspokojonym rynkiem pracy. Znalazł pracę w stoczni, po przyuczeniu jako malarz kadłubów okrętowych, po krótkim pobycie w hotelu robotniczym otrzymał mieszkanie we Wrzeszczu, przy ulicy Traugutta. Wówczas dopiero ściągnął syna i zamieszkali razem. Jan uczęszczał do szkoły podstawowej, którą ukończył w terminie i zdał do liceum ogólnokształcącego. Uczył się średnio, ot tak by przejść z klasy do klasy. Matematyka i fizyka nastręczały mu dużo trudności. W maturalnej klasie nastąpiły zdarzenia, które zmieniły całkowicie jego życie. Z ojcem jego stosunki nie układały się najlepiej. Antoniemu trudno było przyzwyczaić się do miasta, żałował swojej decyzji wyjazdu z rodzinnego domu. Pracował ciężko, zaczął chorować na pylicę, miał trudności z oddychaniem, stał się zgorzkniały i impulsywny. Choroba nasilała się, Antoni większość czasu spędzał w szpitalach, do pracy już nie wrócił. Jan wyprowadził się z mieszkania przy ulicy Traugutta, wynajął niewielki pokój w sąsiedztwie szkoły, przy ulicy Robotniczej. Popołudniami pracował we wrzeszczańskim browarze, rozładowując wagony węgla, co zapewniało mu zarobek i samodzielne funkcjonowanie. Oszczędzał, pieniądze odkładał na sobie tylko znany cel. Stał się skryty, rozmyślał zamknięty w swoim pokoju, przeglądał mapy, robił samotne wycieczki nad morze, widywano go na przystani rybackiej na Oksywiu, gdzie zaprzyjaźnił się z kilkoma miejscowymi rybakami. Sinus cosinus Zawsze byłem najlepszy w klasie. Ze wszystkich przedmiotów. Wynikało to zarówno z moich zdolności jak i też starszej o dwa lata siostry. Z nudów od małego uczyłem się razem z nią. Rodzice byli zadowoleni, nie musieli się mną zajmować, gdy siedziałem nad książkami i zeszytami. W wieku czterech lat potrafiłem już pisać i czytać. Gdy poszedłem do szkoły nikt nie mógł się ze mną równać. Dyrektorka chciała mnie przenieść od razu do wyższej klasy, lecz rodzice się nie zgodzili. „Nie będziemy mu zabierać dzieciństwa” powiedzieli. Język polski, rachunki, przyroda, w późniejszych klasach doszła historia, geografia, fizyka i chemia. Z wszystkich przedmiotów byłem najlepszy. Nawet uczyłem moją starszą siostrę gdy nie dawała sobie rady z matematyki i fizyki. Wygrywałem szkolne zawody przedmiotowe, jeździłem na olimpiady języka polskiego i zawody matematyczne, uczestniczyłem w konkursach historycznych i geograficznych. Odznakę „wzorowy uczeń” otrzymywałem każdego roku, już od pierwszej klasy. Moje zdjęcie widniało na tablicy ściennej pomiędzy sekretariatem i gabinetem pani dyrektor. Miałem również czas na zajęcia dodatkowe, występowałem w szkolnym chórze, tańczyłem tańce ludowe w balecie, uczestniczyłem w zajęciach szkolnego klubu sportowego. Byłem chlubą szkoły, na uroczystych akademiach poświęconych jakimkolwiek rocznicom zawsze przedstawiano mnie jako wzór do naśladowania. Dostałem się do „Jedynki” najlepszego Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku. Byłem w klasie matematyczno-fizycznej, przygotowywałem się do egzaminu na wydział fizyki technicznej na Politechnice Gdańskiej. Właśnie wtedy, po zakończeniu lekcji, Sylwester, nasz wychowawca, jednocześnie nauczyciel matematyki, poprosił mnie do swojego gabinetu. - Jan z klasy IVi ma problemy z matematyką i fizyką. Może nie zdać matury. Obniża też średnią naszej szkoły, obciąża to też pośrednio moje kwalifikacje pedagogiczne. Musi poprawić klasówki, które bardzo źle napisał. Chciałbym byś mu pomógł w tych przedmiotach. Przekażę tobie zestaw zadań do nauki. Przygotuj go należycie. Jan jest też bardzo tajemniczy. Otrzymałem niepokojące sygnały dotyczące jego ojca. Postaraj się z nim zaprzyjaźnić, zostań jego zaufanym przyjacielem. W jakiś sposób odwdzięczę się tobie. Za bardzo nie orientowałem się jakie to niepokojące sygnały otrzymał Sylwester lecz przystałem na jego propozycję. Sylwester był przewodniczącym komisji olimpiady matematycznej, do której się również przygotowywałem, a której wygranie gwarantowało przyjęcie na Politechnikę bez egzaminów wstępnych. Zostawałem z Janem po lekcjach w szkole i nadrabiałem z nim zaległości z fizyki i matematyki. Trochę nie było mi to na rękę, w tym czasie opracowywałem algorytmy całkowe i różniczkowe na olimpiadę, równania z jedną i dwoma niewiadomymi nie były dla mnie żadnym wyzwaniem. Nie mogłem jednak odmówić Sylwestrowi licząc na jego późniejszą pomoc. Parabola, hiperbola, równania kwadratowe i sześcienne, prawo Gaussa, Newtona, cewka Faradaya, wstęga Möbiusa i przebieg funkcji, przerabialiśmy temat po temacie z zestawów zadań dostarczonych przez wychowawcę. Raz w tygodniu w pokoju nauczycielskim zdawałem relacje z postępów w nauce Jana. Sylwester wypytywał mnie o efekty mojej z nim pracy. Był zadowolony z odpowiedzi. - Coś wspominał o ojcu? -zapytał na koniec jednego ze spotkań. - Nie -odparłem zdziwiony pytaniem- Nie rozmawialiśmy na jego temat, zajmujemy się wyłącznie matematyką i fizyką. Sylwester lekko zirytował się. - Prosiłem cię przecież byś zdobył jego zaufanie, masz stać się jego przyjacielem, masz rozmawiać nie tylko o fizyce i matematyce. Ciekawe jak on to sobie wyobrażał, pomyślałem po cichu. Mam wyciągać od niego informacje? Jakie? Mam pytać o ojca? Z resztą Jan przebywał ze mną tylko podczas lekcji, po szkole nie miałem z nim żadnego kontaktu. Mieszkałem na ulicy Ogarnej, on na Robotniczej, chociaż to nie było tak daleko, to nie przychodził na nasze podwórko, nie chodził z nami po ulicach Głównego Miasta. Próbowałem raz namówić go na lody do nowo otwartego koktajl baru przy ulicy Długiej, ale nie odpowiedział na moje zaproszenie. Tak samo było z biletami do DKF-u, które zdobyłem po kilkugodzinnym oczekiwaniu w kolejce przed kasą kina. Odmawiał. Nie widziałem możliwości bliższych z nim spotkań jeśli inicjatywa nie wyszłaby od niego. Nieoczekiwanie sytuacja sama się rozwiązała i to w najmniej dla wszystkich stron spodziewanym kierunku. Tłumaczyłem mu zadanie o dwóch pociągach wyjeżdżających ze stacji A i stacji B z różnymi prędkościami, poruszających się na oddzielnych torach. Miał obliczyć po jakim czasie i na którym kilometrze od stacji A i stacji B się miną. Myślał, myślał, tarł czoło, po pewnym czasie jakby znalazł rozwiązanie. - To abstrakcja. Nie istnieje stacja A i stacja B. - To wstaw jakiekolwiek miasta. Zamiast A na przykład Gdańsk, zamiast B Kraków. - A Paryż? - Może być Paryż. - Sztokholm też? - Nawet Pekin. Tylko przyjmij jakąś odległość między miastami. - Czy to muszą być pociągi? - Niekoniecznie. Mogą samochody, mogą być nawet samoloty. - A statki? - Też, tylko zacznij wreszcie liczyć -lekko mnie zdenerwował gadaniną nie na temat. - Ja chcę obliczyć prawdziwy czas i prawdziwą odległość gdy się spotkają. Jeden statek wypływa z Gdańska, drugi ze Sztokholmu. - To musisz mieć rzeczywistą prędkość statków, którą się liczy w węzłach. I jest ona też uzależniona od warunków pogodowych panujących w danym czasie na morzu. - Potrafiłbyś to wyliczyć? - Oczywiście, lecz nie ja, tylko ty sam to wyliczysz, ja ci pomogę. Niezbyt skomplikowana fizyka, prędkość wiatru, kierunek prądu morskiego, wysokość fali, na wszystko są wzory, trzeba tylko podstawić dane. - Skąd je weźmiemy. - Są publikowane w rocznikach. Dla każdego portu, dla każdego morskiego akwenu są różne. Warunki pogodowe też. Musimy wiedzieć o jakiej porze roku, o jakiej porze dnia statki wypłyną. - Kutry - poprawił mnie Jan wyraźnie podniecony. - Kutry -zdziwiłem się- jakie kutry? - No zwyczajne, rybackie -zaczerwienił się jakby zdradził mi jakąś tajemnicę. Na następne nasze spotkanie przytaszczyłem encyklopedię morską ze wszystkimi dostępnymi danymi na temat dynamiki morza. Dnia dwudziestego czerwca roku kuter rybacki z Gdańska wypływał rankiem o godzinie szóstej zero zero, kuter rybacki ze Sztokholmu wypływał tego samego dnia rankiem o godzinie piątej zero zero. Podstawiliśmy dane do wzorów. Mieliśmy trochę problemów z kształtem fali i wysokością jej nabiegania lecz tu niezawodna stała się trygonometria. Spłaszczona sinusoida w miarę oddalania się od brzegu przekształcała się w stopniu wprost proporcjonalnym do zbliżającej się cosinusoidy, wreszcie po kilkukrotnym podstawianiu wszystkich danych nałożyła się na nią, dopiero to równanie drugiego stopnia pozwoliło nam precyzyjnie określić prędkości obu jednostek pływających oraz wpływ kierunku i prędkość wiatru w danym dniu kalendarzowym, na danym akwenie. Ustaliliśmy odległości, wyliczyliśmy dokładnie czas spotkania się dwóch kutrów na godzinę piętnastą trzydzieści cztery. Jan był uradowany. - Ta matematyka i fizyka rzeczywiście się do czegoś przydają. - A taki byłeś nie przekonany -jego satysfakcja sprawiła mi radość. Jan zdał poprawkowe klasówki z matematyki i fizyki. Na ostatnim spotkaniu w pokoju nauczycielskim Sylwester przeglądał moje notatki. Nie do końca był zadowolony. - Nie udało ci się zdobyć jego zaufania. Nic o nim nie wiemy. - Dlaczego pan chce o nim coś więcej wiedzieć? Nie wystarczy, że Jan zdał poprawkowe klasówki. Cel został osiągnięty. Pańska reputacja jest uratowana. Zapraszałem go na lody, do kina. Nie chciał. Też nie mam czasu, przygotowuję się do olimpiady. - Olimpiada, olimpiada…-nagle zamilkł, przerzucał nerwowo ostatnie kartki notatek- co to za kutry? Co to za wyliczenia? To przecież nie moje zadanie. -Zamiast pociągów wyjeżdżających ze stacji A do stacji B -wyjaśniałem. Sylwester zatrzymał się na wzorze obliczającym załamanie i wyniesienie fali. - Prawidłowo to wyliczyłeś? - To Jan wyliczył, ja mu tylko pomagałem -pragnąłem by Sylwester docenił samodzielność mojego ucznia. - Na pewno najpierw sinus a potem cosinus? Nie odwrotnie? - Na pewno -odpowiedziałem lekko urażony, że podważa moją wiedzę. - Który jest dzisiaj? -gwałtownie obrócił się w kierunku kalendarza wiszącego na przeciwległej ścianie. - Dziewiętnasty -nie zdążyłem powiedzieć, gdy wybiegł z pokoju. Olimpiadę wygrałem bez problemu, Sylwester gratulował mi sukcesu, dostałem się na wymarzone studia na Politechnice Gdańskiej na wydział fizyki technicznej i równolegle matematyki stosowanej.
Jan został ujęty podczas próby ucieczki z kraju, na granicy morskiej, patrolowym okrętem żołnierze wojsk ochrony pogranicza przetransportowali go na ląd. Zamknęli w areszcie, miał skończone już osiemnaście lat, potraktowano go jak dorosłego, otrzymał surowy wyrok. Piętnaście lat więzienia za próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Bronił się, mówił, że to tylko ucieczka z komunistycznej nędzy, której miał po dziurki w nosie i powiedział dość. Takie stwierdzenia jeszcze pogorszyły sprawę. Trafił do ciężkiego więzienia w Sztumie, do celi z przestępcami skazanymi za poważne przestępstwa. Cierpiał bardzo, trudno było mu wytrzymać w kilkuosobowej celi, był najmłodszym ze skazańców, wykorzystywany do różnych posług. Myślał o samobójstwie, dwie próby zakończyły się niepowodzeniem. Przypomniał sobie słowa nadzorcy, który już na wstępie zapowiedział „Jeśli wyjdziesz stąd żywy to na długie lata zapomnisz o szkalowaniu własnego kraju, wręcz przeciwnie będziesz starał się jemu służyć jak najgoręcej”. W tym czasie dowiedział się o śmierci ojca. Nie pozwolono mu pojechać na pogrzeb. Brat Jarosław zabrał brata i pochował w rodzinnej miejscowości. Po dwóch latach, gdy był już na skraju wytrzymałości i myślał, że do trzech razy sztuka i tym razem się uda, odwiedziło go dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Zabrali Jana do sali widzeń. Po krótkim powitaniu i ironicznym pytaniu „Jak się wiedzie, jak się czujesz?”, nie czekając na odpowiedź zaproponowali skrócenie wyroku, pracę w stoczni na stanowisku robotniczym z możliwością nauki i późniejszego awansu. - Jutro już możesz być na wolności, wszystko zależy od ciebie. - Zgadzam się - odpowiedział bez namysłu Jan - zgadzam się na wszystko co panowie zaproponujecie, bylebym tylko mógł się stąd wydostać. - W porządku - jeden z nich podsunął mu kartkę wypełnioną maszynowym pismem - W takim razie dokładnie przeczytaj i podpisz. „Ja niżej podpisany kierując się patriotycznym obowiązkiem zobowiązuję się wypełniania wszelkich otrzymywanych poleceń i wypełniania ich zgodnie z moim sumieniem i posiadanymi możliwościami. Będę rzetelnie informował i starannie relacjonował wszelkie zdarzenia i fakty. Jednocześnie zobowiązuję się do zachowania całkowitej dyskrecji i tajemnicy dotyczącej prowadzonej przez mnie działalności. W przeciwnym razie czeka mnie powrót do więzienia i odbycie całej zasądzonej mi kary. Do kontaktów obieram pseudonim…………” Jan bez namysłu dopisał „Hans” w wykropkowanym miejscu. Podpisał. - Jutro wyjdziesz na wolność - mężczyzna schował podpisaną kartkę do skórzanej teczki -zgłosisz się do szkoły zawodowej w Gdańsku, przy alei Karola Marksa. Będziesz się uczył i pracował. Jan zamieszkał w hotelu robotniczym, tym samym, w którym po przyjeździe do Gdańska mieszkał Antoni. Również pracował w tej samej stoczni co ojciec. Po pracy uczył się, zdał maturę, dostał się na studia wieczorowe, był bardzo pilnym studentem, osiągał bardzo dobre wyniki z kolokwiów i egzaminów. W pracy awansował, zaczynał od stanowiska prostego robotnika, później został brygadzistą, majstrem a po kilku latach kiedy już obronił pracę magisterską, kierownikiem budowy dużego statku. Robotnicy go szanowali, podejmował mądre i przemyślane decyzje, stał się autorytetem dla podległych mu pracowników, imponował posiadanym zasobem wiedzy i podejmowanymi trafnymi decyzjami. Również przełożeni byli zadowoleni, prace którymi kierował wykonywane były terminowo i bardzo dobrze pod względem jakościowym. Za wodowane kolejno statki otrzymywał nagrody i odznaczenia. Dopiero po kilku latach, kiedy nachodziły go myśli, że pobyt w więzieniu i sposób zwolnienia z niego stał się zapomnianym epizodem, odwiedził go w pracy jeden z mężczyzn, z którym niegdyś rozmawiał w Sztumie. Jan niechętnie zgodził się na rozmowę w zakładowej stołówce. - Chyba sobie mnie przypominasz? - No tak - w głosie Jana nie słychać było entuzjazmu. - Wyglądasz na zaskoczonego. - Myślałem, że o mnie zapomnieliście. - Słuchaj kolego - głos mężczyzny stał się ostry i przenikliwy. Groźny. - Nie kryguj się jak dziewica. My o takich jak ty nie zapominamy, zbyt dużo starań włożyliśmy by cię odpowiednio ukierunkować. Nie myśl, że to co osiągnąłeś zawdzięczasz tylko sobie. Przychodzi czas by się zrewanżować, czas by zapłacić też za swoją wolność, zgodnie z naszą umową. - Co mam robić? - Jan chciał zakończyć jak najszybciej nieprzyjemną rozmowę. - To pod czym się podpisałeś. Meldować o zdarzeniach i faktach. Wejdziesz w środowisko młodych robotników, są w twoich brygadach, będziesz odwiedzać ich w domach, uczestniczyć w świętach rodzinnych, w komuniach, chrztach, weselach i pogrzebach. Masz rozmawiać, dyskutować, przysłuchiwać się. To co usłyszysz zapiszesz, czego nie zobaczysz a będziesz się domyślać zanotujesz. Chcę to mieć na papierze, nazwiska, miejsca, daty, twoje przypuszczenia i przemyślenia. Meldunki sporządzane przez Jana były bardzo dokładne i szczegółowe, zawierały charakterystyki wszystkich osób, z którymi się kontaktował, ich możliwości, preferencje, zamiłowania, zdolności. Jan jeśli wykonywał jakąś pracę to zawsze starał się ją wykonywać perfekcyjnie, niezależnie czy dotyczyła ona konstrukcji budowanego statku czy też opisywania ze szczegółami spotkań i wydarzeń, w których brał udział i które również sam organizował. Analizował zachowanie poszczególnych osób pod kątem ich przyszłego działania, możliwości przywódczych lub osób, które tylko słuchają i wykonują rozkazy. Charakterystyki sporządzone przez Jana umożliwiły wcześniejsze wytypowanie stoczniowców odpowiedzialnych za rewolucyjną działalność przeciwko władzom w grudniu 1970 roku. Dosyć szybko aresztowano najważniejszych jego przywódców. Dzięki temu nastroje w stoczni udało się opanować i zneutralizować. W jednym z wielu w tym czasie sporządzanych meldunków Jan wskazał na młodego chłopaka, którego wyrzucono ze szkoły i który uczył się zawodu ślusarza w stoczni. Notatka zawierała jego charakterystykę, przedstawił go jako buntownika, napisał że ma niekorzystny wpływ na pozostałych praktykantów opowiadając im o Katyniu i o zbrodniach rosyjskich. Zalecał odseparowanie go od robotniczej młodzieży, najlepiej pozbycie się go ze stoczni. Na ulicach Gdańska i Gdyni krwawo rozprawiono się ze zrewoltowanym tłumem. W mieście szybko zaprowadzono porządek, sytuacja uspokoiła się. Jan ożenił się, otrzymał z pracy mieszkanie na Starym Mieście, niedaleko stoczni, tuż przy Wielkim Młynie, żona urodziła dwójkę dzieci, rok po roku, chłopczyka i dziewczynkę. Konieczność wykonywania zadań nakreślanych przez mężczyzn, w obecności których podpisał zobowiązanie o współpracy nie ustawała, była regularna, spotkania odbywały się raz w tygodniu w wynajętym mieszkaniu, w domu nad Motławą, przy ul. Powroźniczej. Był to dziwny i zarazem tajemniczy dom. Jako jedyny zachował się z szeregów stojących w gęstej zabudowie po obu stronach ulicy przed wojną. Stał samotny, sam chyba zdziwiony jak mu się udało przetrwać kwietniową pożogę roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego, gdy jego towarzysze rozpadli i zamienili się w ceglany gruz. Na parterze znajdował się przybytek z frywolnymi paniami, które późnym wieczorem i podczas nocy przyjmowały gości. Wpuszczał ich, po uiszczeniu odpowiedniej opłaty, starszy, przedwojenny portier ubrany w seledynowy uniform przetykany złotymi nitkami i w czapce z pozłacanym daszkiem. Wchodziło się tam przez ogólnodostępny korytarz. W ciągu dnia drzwi na parterze były zamknięte, portier urzędował tylko w godzinach wieczornych i nocnych. Na pierwszym piętrze znajdował się zakład repasacji pończoch, który prowadziła bardzo smutna kobieta w szarym fartuchu. Drzwi do zakładu były cały czas otwarte. Jan kłaniał się jej zawsze, gdy wchodził na drugie piętro, gdzie znajdowało się kontaktowe mieszkanie. Ona też odkłaniała się, spoglądając na niego smutnym wzrokiem. W mieszkaniu na drugim piętrze Jan przekazywał cotygodniowe meldunki, z tego co się dzieje na terenie stoczni oraz plany przewidywanych, najbliższych działań. Mężczyźni uczestniczyli w spotkaniach na przemian, lecz zachowanie ich było bliźniaczo podobne. Jan nie miał wysokiego mniemania o ich inteligencji, byli tylko zdyscyplinowanymi urzędnikami, przekazującymi sporządzane przez niego meldunki szczebel wyżej. Tam po analizie trafiały jeszcze wyżej lub zostawały na tym poziomie, na który trafiły. Nie wysilali się na swoje komentarze uważające, że Jana są wystarczające. Zresztą one były fachowe, analityczne, drobiazgowe. Mężczyźni byli bardzo zadowoleni z pracy Jana, dostawali od swoich przełożonych wysokie nagrody za prowadzenie tak sprawnego donosiciela. Chcieli dzielić się z Janem swoją radością, przynosili prezenty, drogie alkohole, zagraniczne papierosy. Jan odmawiał, pobierał za to wynagrodzenie pieniężne, w wysokości ustalanej na spotkaniach. Na pieniądzach mu zależało, żona była wymagająca, dzieci również potrzebowały odpowiedniego ubrania i wyżywienia. Pensja stoczniowego inżyniera nie była zbyt wysoka jak na potrzeby rodziny Jana. - Ostatnio napisałeś, że w stoczni formują się jakieś niezależne organizacje, opozycyjne w stosunku do istniejących związków zawodowych - napomknął podczas jednego ze spotkań mężczyzna . - Tak proszę pana - Jan zwracał się do mężczyzn w formie „pan”, co go stawiało w podrzędnej do nich roli, którzy od początku ich znajomości używali formy „ty”. Pragnął to zmienić, lecz chociaż przed spotkaniem zawsze myślał by z tym „panem” skończyć to nie mógł się przemóc i powiedzieć do nich „ty”. Zależność, która powstała podczas rozmowy w Sztumie była nie do przezwyciężania. Dochodził do tego strach. Obawiał się, że tak jak w ciągu kilku godzin wyciągnęli go z więzienia, to równie dobrze w takim samym czasie mogą wtrącić go z powrotem. Na samą myśl, że mógłby tam wrócić, sztywniał, dostawał dreszczy, prawie mdlał. Wszystko by zrobił, byle nie dostać się tam ponownie. Był im wdzięczny, że go z tej upadlającej codzienności uwolnili. Dlatego też pojawiające się od czasu do czasu wyrzuty sumienia, że zdradzał przyjaciół, kolegów z pracy, swoich współpracowników i podwładnych zagłuszane były przez ten obezwładniający strach. Nie, nigdy, nigdy, za żadne skarby nie wróciłby do celi, w której dręczono go i bito przez specjalnie dobranych współwięźniów. - Możesz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lacki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…