Pewnego lata w Toruniu
Zaginięcie czterech nastolatków w Toruniu zajmowało miejscową policję i było okazją do ponarzekania dla Andrzeja - prywatnego detektywa, który chciał to olać. Ale mu nie wyszło.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wiele razy zastanawiałem się, dlaczego krew jest czerwona. Nie zielona, jak w filmach science-fiction czy biała jak u owadów, których krew miałem okazję zobaczyć. Ale jest czerwona. I to nie czerwona jak nieorestaurowany fiat uno sprzed 10 lat. Jest, nomen omen, krwisto czerwona. Tak czerwona, jak tylko może być krew. Ten kolor zawsze mnie niepokoił. Miał różne znaczenia. Od miłości, przez wojnę, do śmierci. Czemu o tym mówię? Bo właśnie patrzę na poszerzającą się plamę krwi. Co gorsza, to jest moja własna krew. Wiele razy miałem okazję widzieć tą czerwień. Ale cudza krew to nic w porównaniu z widokiem niezamierzonej powodzi własnej juchy. Nie lubię. Ale może zacznę od tego, jak się to wszystko zaczęło. Żałośnie. Jak w pieprzonym kryminale klasy B. Przyszła do mnie zapłakana mamusia, że jej synek zaginął. A policja nie wie gdzie on jest. Więc wynajmie detektywa, może on będzie skuteczniejszy. Tak zniknął 2 tygodnie temu. Nie, na pewno nie uciekł z domu. I nie, fakt że jest środek sierpnia nie oznacza, że wyjechał bez zapowiedzi nad morze ze znajomymi. Bo, jak wiemy, młodzież mówi o wszystkim swoim rodzicom i zachowuje się w pełni racjonalnie.
No ale wziąłem sprawę. Potrzebowałem kasy, a jakoś ruchu w biznesie nie było. I teraz wiem, że była to moja prawie najgłupsza życiowa decyzja. Szkoda, że nie powiedziałem sobie, że będzie to moja ostatnia sprawa. Wtedy, to byłby dramatyzm. Czytaj- kryminał klasy C.
Tak więc zacząłem robić to, co robi każdy doświadczony detektyw. Zacząłem czekać na znalezienie dzieciaka przez policję, paląc w międzyczasie papierosa za papierosem i pić tanie whisky. Prędzej czy później, każdy podchodzi do życia z jedną, skuteczną filozofią- zarobić, ale się nie narobić. Tylko idealiści i inni idioci wierzą, że uczciwa praca popłaca.
Jednak pozory zachować trzeba. Więc zadzwoniłem do starego znajomego z policji. Był z jednej strony moim informatorem, z drugiej także żywicielem. Zawsze spotykaliśmy się w jakimś przyjemnym miejscu, gdzie obżerałem się jak głupi na jego koszt. Pieniędzy nigdy mu nie brakowało. Co mnie dziwiło, bo przecież utrzymywał się z państwowego garnuszka, i jak każdy urzędas powinien liczyć do dziesiątego, czy którego tam dostają wypłatę. Umówiliśmy się we włoskiej knajpce na obrzeżach miasta. Choć byliśmy ustawieni na dziewiętnastą, a ja przybyłem o dziesięć minut za wcześnie, Marek już siedział i wyglądał jakby czekał od kilku miesięcy na mnie. Przed wejściem dopaliłem papierosa. Jak tylko wszedłem do restauracji, Marek obdarzył mnie ogromnym uśmiechem. Zawsze był wobec mnie niesamowicie miły. Wiedział, że mnie to irytuje. -Cześć Marek. Długo czekałeś? - Nie, dopiero wszedłem – jasne… -Trzeba tutaj się dopraszać o jedzenie czy przyjdzie jakiś kelner? -Poczekaj, zaraz go zawołam. Garçon! Kelner spojrzał się w jego stronę, przez chwile zastanawiając się czy podejść z uśmiechem czy go walnąć, jednak uznał, że bezpieczniej wybrać opcję numer jeden. -Słucham panów. -Tak, chcieliśmy złożyć zamówienie. Może pan coś zaproponuje? -Więc, dzisiaj mamy do zaoferowania wspaniałą pastę z sosem bolońskim, do tego… -Świetnie- wtrąciłem- ja poproszę colgate a dla kolegi blend-a-med. -Słucham? -Plus dla ciebie za korzystanie ze zmysłów. Pasta to jest do zębów, ewentualnie do butów. Poproszę makaron, z tymże sosem bolońskim i kawałkami mięsa wielkości pięści. Marek? -Niech będzie to samo. I do tego butelkę czerwonego wina. -Tak jest- powiedział kelner po czym pośpiesznie się wycofał. -Więc, Andrzeju, w czym ci mogę pomóc? -Poszukałeś czegoś na temat tego chłopaka, Janka Siemińskiego? -Taak, mam to tutaj. Według zeznań matki wyszedł około godziny dwudziestej z domu. Nie mówił dokąd idzie. Jak dowiedzieliśmy się od jego znajomych, od dwudziestej trzydzieści był na imprezie u jednego z nich- niejakiego Mariusza, skąd wyszedł około pierwszej w nocy. Znajomi byli przekonani, że poszedł do domu. Po trzech dniach matka zgłosiła sprawę na policję. Jak kamień w wodę. Nikt nie ma pojęcia gdzie jest. -Zdarza się. -Tak. Ale… - tutaj Marek uciął, najwidoczniej nie był pewny czy dobrze zrobił zaczynając kwestię.- …zanim będę kontynuował, muszę cię o coś poprosić. Żebyś nie rozpowiadał tego co ci teraz powiem. To nic konkretnego, ale jeśli jakieś dziennikarzyny to wszystko podłapią, zrobią z tego sprawę na pierwsze strony gazet. -Jasne, masz moje słowo, że nic nie pisnę- Moje słowo nic nie znaczy. O czym zresztą Marek wiedział. Ale i tak pewnie mu było lżej na sercu. Chwilowo. -Więc… od kilku tygodni notujemy wzrost niewyjaśnionych zaginięć wśród młodych ludzi. Zazwyczaj Kilka dni po zgłoszeniu znajdujemy takowych we wraku rozbitego auta lub dryfujących w rzece, w ostateczności kilkaset kilometrów stąd. Jednak ostatnio coraz więcej nastolatków znika bez słowa. Nie wiemy, co jest tego przyczyną. Niektórzy zaczęli mówić o jakimś seryjnym zabójcy, jednak do mnie to nie przemawia. Sęk w tym, że z twoim chłopakiem jest podobnie. -Czyli nie wiecie co, gdzie i jak? Miło…
Siedzieliśmy tam jeszcze z godzinę, jedliśmy pastę(argh) i wspominaliśmy stare czasy. Jak przyszło do płacenia od razu Marek wyciągnął portfel i zabulił za cały rachunek plus VAT, co mnie bardzo ucieszyło. Wróciłem spacerem do mieszkania idąc w okropnym upale, mimo godziny dwudziestej było cholernie ciepło i duszno. Wyjąłem zbawcze, zimne piwo z lodówki gdy rozległo się natarczywe pukanie. Spojrzałem przez wizjerek – zgrabna blondynka, na oko 30 lat – prezent od Marka? Nie… cuda się nie zdarzają. Otworzyłem więc spokojnie drzwi i spojrzałem badawczo. -Witam. Nazywam się Anastazja Rabacka i jestem reporterką Gazety Pomorskiej. – tak oto cały czar prysł.- i chciałam zadać kilka pytań w sprawie zaginięć młodych ludzi w ostatnim czasie. -Hm… proszę mi podać chociaż jeden powód, czemu nie miałbym w tym momencie zamknąć drzwi? -Bo może będę mogła pomóc w znalezieniu chłopaka. A jeśli nie, zapłacę. -No… to chyba wystarczająco dobry powód. – zaprosiłem ją gestem do mieszkania i usadowiłem w jednym z pokoi, który służy mi za biuro. Nie myślałeś chyba, że będę posiadał gabinet w biurowcu w centrum miasta. – Napije się pani czegoś? -Wody, jeśli można. Poszedłem do kuchni i nalałem jej wody do szklanki, sobie biorąc przygotowane wcześniej piwo. Wróciłem do pokoju i podałem jej szklankę, za co podziękowała. Pełna kultura. -Może najpierw powiesz mi, jak to się w ogóle stało, że się tu znalazłaś? -Słyszałam twoją rozmowę z tym gliniarzem, Markiem Radeckim. Nie usłyszałam jednak niczego konkretnego, więc pomyślałam, że najprościej będzie ciebie wypytać. -Interesujące. Niestety nie wiem jak ci mogę pomóc, gdyż po prostu niewiele wiem. O co chcesz spytać? - Powiedz mi coś o tym chłopaku którego masz znaleźć. -Nazywa się Jan Siemiński i ma 19 lat. W tym roku napisał maturę, od października miał jechać na studia. Chodził do dobrego liceum i według matki był spokojnym chłopakiem. Nie zdarzały mu się wcześniej kilkudniowe zniknięcia, najczęściej wracał koło północy do domu. Na razie wiem tylko tyle. Jutro porozmawiam z jego dziewczyną, może dowiem się czegoś więcej. -A kiedy zaginął? -Dwa tygodnie temu. Wyszedł podszedł na imprezę i nie wrócił. Zniknął gdy już poszedł do domu z imprezy. –pociągnąłem łyk piwa – No, może teraz ty podzielisz się z klasą co wiesz? - Nie jest to pierwsze niewyjaśnione zaginięcie. Pierwsze miało miejsce prawie miesiąc temu. Jak na razie wiem o trzech zaginięciach, ten twój jest czwarty. To co mi powiedziałeś potwierdza pewną regułę którą zauważyłam. Każdy z nich znikał co trzy dni, koło północy. - A co wiesz o tych pozostałych? -Każdy z nich był w okolicach 18 lat. O pierwszym dowiedziałam się od matki która się do mnie zgłosiła, uważając, że policja niewystarczająco zajmuje się tą sprawą. Nazywa się Artur Legutko. To on zaginął jako pierwszy. O następnym – Marcinie Nowaku – dowiedziałam się od znajomego z policji. A trzeci… - tutaj zrobiła sporą pauzę, a ona sama jakby pobladła – Nazywa się Robert Rabacki. Jest moim bratem. -Przykro mi. -Jestem pewna, że się znajdzie cały i zdrowy – z jej tonu głosu jednak można było wyczytać coś innego– No cóż… będę się już zbierać. Mam nadzieję, że będziemy w kontakcie. Tu masz moją wizytówkę. -Oczywiście. W takim razie do zobaczenia. -Do widzienia. – odprowadziłem ją do drzwia następnie sobie wygodnie usiadłem żeby dopić piwo. Zapowiadało się ciekawie.
Jednak przez kilka następnych dni tak nie było. Przesłuchałem dziewczynę Janka i kilku jego znajomych, nikt z nich jednak nic nie wiedział. Ale nie spodziewałem się, że powiedzą mi coś, czego nie powiedzieliby policji. Wszystko zmieniło się pewnego ranka, gdy obudził mnie telefon. Spojrzałem się na zegarek- 6:20. Jeśli ktoś dzwoni o tej porze to raczej ma coś ważnego do powiedzenia. No więc odebrałem i usłyszałem głos Marka: -Wygoń dziwkę, zakładaj spodnie i przyjeżdżaj na Sienkiewicza 3. -Ale co się stało? -Musisz to zobaczyć. Przyjeżdżaj. -Dobra, zaraz będę. Wbrew temu, co mówił Marek, nie wygoniłem dziwki, gdyż takowej po prostu nie było. Nie stać mnie na takie luksusy. Natomiast założyłem spodnie i zapaliłem papierosa przed wyjściem. Bez śniadania, bo miałem dziwne przeczucie, że mój żołądek będzie protestował na miejscu. Wsiadłem do mojego wysłużonego forda escorta, palącego około sto litrów na sto kilometrów, i o dziwo odjechałem bez większych przeszkód. Kocham jazdę o tej porze. Korki tworzone przez liczne zastępy statystów pędzących do roboty zmiksowane z bilbordami głoszącymi, że jadę za szybko oraz radosną muzyką z radia powodują u mnie szeroki uśmiech na twarzy i nieodpartą chęć walnięcia kogoś solidnym kijem. Dowlokłem się jednak do celu. Było spore zamieszanie. Policjanci, ratownicy i gapie wlekli się wte i wewte bez ładu i składu. Przede mną stał dość stary domek piętrowy, może kilkurodzinny. Największy tłok panował przed drzwiami, tam też widziałem Marka. Stał i robił co potrafi najlepiej- kiwał mądrze głową. Więc i ja zrobiłem to, co robię najlepiej i zapaliłem papierosa. Zmierzałem sobie spokojnie w stronę drzwi do momentu, aż powstrzymał mnie jakiś młody policjant. Na szczęście w tym momencie dojrzał mnie Marek i pośpieszył z pomocą. Nie, żebym potrzebował, ale wiecie… -Proszę puścić tego pana – odezwał się Marek do zagradzającego mi drogę policjanta. -Ale nie wolno mi wpuszczać cywili. -Jeszcze jedno słowo a od jutra sam będziesz cywilem. W tym momencie ja oraz adresat tych słów wzięliśmy udział w konkursie na najbardziej zaskoczonego człowieka wszech czasów. Chyba był remis bo obaj wyglądaliśmy jak wyciągnięci z programu Mamy cię. Policjant w mig opanował umiejętność znikania nam z oczu dzięki czemu zostaliśmy względnie sami z Markiem. Od razu zwróciłem się do Marka: -Co to było? -Co co było? -Wystraszyłeś tego dzieciaka. Nie baw się we mnie. -Różnica pomiędzy nami polega na tym, że ja to mówiłem na serio. Zresztą nieważne. Chodź tutaj, musisz to zobaczyć. Prowadził mnie do centrum zainteresowania wszystkich dookoła. Ale żeby nie było za miło, zaczepiła nas kolejna osoba. Kolejny młody gliniarz. Ale, podobnie jak Marek, w ubraniu cywilnym. -Co pan tu robi? -On jest ze mną – odezwał się Marek -Przecież wiesz, że nie możemy tutaj wpuszczać cywili. -Andrzej jest tutaj na moją prośbę. -Co nie zmienia faktu, że… -On pracował swego czasu w policji. Dłużej niż ty. Dużo dłużej. - Eh. Miałem nadzieję, że to nie wyjdzie. Tak, byłem policjantem. Nie, nie chcę o tym gadać. Wróćmy do rozmowy. – a teraz pracuje jako detektyw na zlecenie matki jednego z porwanych. Powinien tutaj być. I będzie. -Ok. Ale jest tutaj na twoją odpowiedzialność. – spojrzał się na mnie – Witam. Nazywam się Krystian Bujakiewicz. -Andrzej Kolanko. -Dobra, dosyć tych uprzejmości – odezwał się Marek – czas, żebyś zobaczył, czemu cię tu wezwałem. Wskazał mi drzwi. Gdy się zbliżyłem, zobaczyłem język. Ludzki język odcięty od reszty ciała i przybity do drzwi. Była krew, był gwóźdź i był język. -W tym domu mieszkał pierwszy porwany – powiedział Marek wyrywając mnie z rozmyśleń o języku – Artur Legutko. Chcesz się założyć, że to jego język? -Więcej będziemy wiedzieli po tym, jak w laboratorium go zbadają – wtrącił Krystian – w tym momencie nie możemy być pewni niczego.
Rozejrzałem się po okolicy i zauważyłem nadjeżdżające blond włosy- już stąd widziałem do kogo należą. Cholera wie jak to się stało, że tak szybko się tu zjawiła. No ale dziennikarze mają te swoje całe wtyki. Czasem im tego zazdroszczę. Była daleko gdy wysiadła z samochodu, ale nawet z tej odległości widziałem – była zapłakana. W sumie się nie dziwię. Pewnie sam nie byłbym zachwycony świadomością, że mój brat został prawdopodobnie został porwany przez jakiegoś pojebanego mordercę. Więc postanowiłem pograć trochę dżentelmena i ruszyłem w jej stronę. Wpatrywała się w cały ten bajzel, ale gdy mnie zauważyła, skupiła swoją uwagę na mnie. Czas było odegrać rolę naczelnego pocieszyciela. -Słyszałam co się stało. To straszne. – próbowała coś jeszcze powiedzieć, ale przeszkodził jej natłok łez. - Chodź tu do mnie – powiedziałem i ją przytuliłem – odnajdziemy twojego brata zanim ten maniak go skrzywdzi. Obiecuję ci. -Przecież on już może nie żyć. - w tym miejscu rozpłakała się jeszcze bardziej. -Nie możesz tak mówić. Chodź do samochodu, nie musisz na to patrzeć. Zmierzaliśmy do samochodu, lecz podbiegł do nas Marek wołając mnie. Anastazja stała do niego tyłem ale ją poznał. Widać się znali. -A pani co? Szuka tutaj sensacji? – ostrym tonem ją potraktował. Postanowiłem mu zreplikować podobnie. -Pojebany jakiś jesteś? – krzyknąłem – przecież jej brat też został porwany! -Że co? – Zaskoczony Marek spojrzał na Anastazję i spytał – czemu pani tego nie zgłosiła? Dołączyłem się do pytania, bo już nic z tego nie rozumiałem. Anastazja się odwróciła i powiedziała – Niewiem czemu nie powiedziałam. Myślałam, że skoro szukacie innych to znajdziecie też mojego brata. Naprawdę nie wiem czemu tego nie zrobiłam – w tym miejscu spuściła głowę. -No kurwa… Krystian! Chodź tu! –zawołał Marek. Krystian przybiegł i Marek go poinstruował – Weź ją na komisariat. Jak się okazuje, mamy kolejnego zaginionego, o czym nas szanowana pani redaktor nie raczyła poinformować. Andrzej, jedziesz ze mną? Nie ma tu już w sumie niczego do szukania. -Jasne, tylko, że pojadę swoim gruchotem. -Dobra, to do zobaczenia na miejscu. –odwróciłem się do Anastazji i powiedziałem – Nie martw się. Pamiętaj co ci obiecałem. I powiedz wszystko co wiesz policji. -Nie traktuj mnie jak małą dziewczynkę – odpowiedziała mi. Chyba się wkurzyła. Więc poszedłem do auta. Zamiast pojechać prosto na komisariat, wybrałem się najpierw do mojej klientki. W zasadzie się z nią nie widziałem od czasu jak dostałem tą robotę, a nękała mnie telefonami. Parę „dobrych” wiadomości pewnie ją ucieszy…
Nie cierpię swojej pracy. Jest cholernie niewdzięczna. Jak powiesz żonie, że mąż ją zdradza, będzie na ciebie zła tylko dlatego, że jesteś pod ręką. Jak znajdziesz kogoś zaginionego, to ludzie skupiają się na obściskiwaniu się i cieszeniu, często muszę przypominać o zapłacie. Niestety do policji nie wrócę(nie pytaj, czemu) a nie mam zbyt wielu talentów pozwalających mi przebierać w ofertach pracy. Co prawda pomysł, żeby być detektywem w Toruniu jest głupi, ale jak wymyślisz jakiś lepszy pomysł na moje życie, daj mi znać. Powodzenia No więc podjeżdżam pod nawet nieźle prezentujący się domek jednorodzinny Siemińskich. Pozytywnie nastraja fakt, że jeśli stać ich na taką fajną chatę, stać ich pewnie będzie na zapłatę mi. Sowitą. Eh, rozmarzyłem się zbytnio, jeśli nie znajdę chłopaka całego i zdrowego, raczej nie będą zbyt skorzy do zapłaty. Więc co robię? Pukam. Otwiera matka Janka, chyba ucieszona na mój widok. Ale się rozczaruje… -Dzień dobry panu – powiedziała – ma pan jakieś wieści o Janku? -Niestety nie. Przyszedłem powiedzieć pani coś innego, zanim usłyszy pani o tym w telewizji. Są powody, żeby przypuszczać, że jeden z porwanych chłopaków został zabity. -Janek? – zapytała przerażona pani Siemińska -Nie. Nie mamy żadnych wieści o Janku. Ale miejmy nadzieję, że znajdziemy go zanim coś mu się stanie. Policja robi wszystko, co tylko może. Ja robię wszystko co tylko mogę. -Proszę tylko dostarczyć go całego i zdrowego do domu. Proszę pana. -Postaram się. Dostarczę go. Gorzej z tym, czy całego i zdrowego – myślę. -Cóż… to chyba wszystko… Do widzenia. Mam nadzieję, że następnym razem przyjdę z dobrymi wieściami. -Niech Bóg da. Do widzenia. Cholera. Naprawdę musiała w to wtrącać religię? Nie wierzę w Boga. Na dodatek wkurwia mnie cała ta religijność dookoła. Pieprzony katolicki kraj. Kocham Polskę ale nienawidzę ludzi w niej żyjących. Jeszcze nie ma południa a ja ciągle w ruchu. Nie lubię. Dzień powinien zaczynać się w południe, wcześniej nie ma sensu wstawać. No ale nie mogę narzekać, muszę ruszać na komisariat. Słońce w zenicie dosłownie parzyło. A ja wpisując się w pieprzoną konwencję zajebistości wrzuciłem na siebie marynarkę. Zrzuciłem ją z siebie i ruszyłem moim pogromcą dziur w asfalcie.
Komisariat policji Toruń-Śródmieście był spory i przeważnie żółty. Po drugiej stron ulicy był cmentarz. Wymowne, jakby mówili, że po złamaniu prawa trafisz w jedną z tych miejsc. Parking był zapchany, co kłuło w dupę, ale udało mi się wcisnąć między wypaśne audi i zdezelowanego volkswagena. Ot cała Polska – kraj pełen kontrastów. Marynarkę zostawiłem w aucie. Nie wytrzymałbym ani minuty dłużej w tym łapaczu fal słonecznych. W szarym podkoszulku wyglądam niepoważnie, ale na ten moment i tak miałem to w dupie. Były ważniejsze sprawy niż mój wygląd. Moje wejście zostało dobitnie odnotowane przez faceta z okienka, który miał gdzieś, że przyszedłem do Marka. Nawet nie chciało mu się ruszyć tyłka i zadzwonić do mojego byłego partnera, mówiąc, że jest on zajęty. (Cholera, dziwnie to zdanie wyszło. ) Miałem już mu powiedzieć, co myślę o jego toku rozumowania, ale zamiast tego stojąc przed tym imbecylem zadzwoniłem na komórkę Marka. Nie musiałem długo czekać aż recepcjonista otrzymał telefon i stał się skory do współpracy. Proste. Samo dostanie się do pokoju Marka nie sprawiało większych problemów. Po drodze spotkałem kilku dawnych znajomych, ale ani ja, ani oni nie byliśmy skorzy do rozmowy. Puk puk puk i jestem w pokoju Marka i jego partnera. Pokój był w miarę przestronny. Komputer wskazywał na rok produkcji z przełomu tysiącleci, a stoliki trzymały się zaprzeczając prawom fizyki. Jeden z nich należał do Marka, przy którym siedział on z Anastazją,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Tomash_skc?
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…