Piekielny Raj
Historia fantasy o zemście która dokonała się po upływie dwóch pokoleń
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Piekielny Raj
Wśród buków i olch malowniczo wiła się rzeka. Nad jej brzegiem leżeli ludzie, kobieta i mężczyzna . Oboje byli nadzy, właśnie skończyli się kochać i odpoczywali w cieniu drzew. Kobieta była młoda, jej ciało lśniące od potu prezentowało się doskonale, jędrne o kształtnych nogach i piersiach. Twarz o regularnych rysach miała nie pasujący dla tak młodej osoby wyraz zgorzknienia. Mężczyzna był silnie umięśniony i także jego twarz nie pasowała do wieku, była pełna życiowej mądrości którą mędrcy nabywają pod koniec życia.
– Coś się musi zdarzyć. Gdybym mogła to bym stąd wyjechała, jak najdalej.
– Nie przejmuj się tak. Mamy siebie i to jest najważniejsze. Nie myśl o tym.
– Nie mogę. Oni nie dają mi spokoju, te ciągłe kłótnie, zatruwają mi życie.
Mężczyzna zamiast dalej rozmawiać, pochylił się nad nią i pocałował. Wtedy zniknął. Kobieta zaczęła krzyczeć.
Wild przedzierał się z trudem przez gęstwinę krzewów. Cały swój bagaż niósł w lnianym worku na plecach. Powrozy wrzynały mu się w barki. Nie miał konia ani muła. W terenie w którym się poruszał nie sposób było jechać konno, drogi nie było, a ziemia była poprzecinana zarośniętymi jarami i zapadliskami. Wild świadomie wybrał taką trasę. Szedł już drugi tydzień i jak na razie nic nie wskazywało by był śledzony. Nie zabrał ze sobą dużo jedzenia, zaledwie parę bochenków chleba. Żywił się polując. Zastrzelił z łuku parę zajęcy, a dwa dni temu jelenia. Choć było mu szkoda tyle dobrego mięsa, zabrał ze sobą tylko najsmaczniejsze kawałki. Reszty by nie uniósł. W swojej wędrówce kierował się pozycją słońca, a gdy go nie było widać mchem, który gęściej porastał północne strony drzew. Trzy tygodnie temu powiedział wszystkim, że wybiera się na polowanie. I rzeczywiście urządził w Czarnym Lesie polowanie z nagonką, później oznajmił służbie, że rusza na samotne polowanie z łukiem i nie będzie go parę dni. Od tamtej pory nieprzerwanie szedł.
Przodek Wilda, Zytemur został oskarżony o zdradę i spiskowanie przeciwko królowi. Dowodów dostarczył jego sąsiad, który otrzymał za to jego ziemie. Zytemur został w kraju by się bronić, a rodzinę wysłał zagranicę do krewnych. Król skazał Zytemura na śmierć, a jego potomkowie do dziesiątego pokolenia mieli zostać zabici jeśliby powrócili do kraju. Parę lat temu ojciec Wilda, wrócił do kraju by przed śmiercią zobaczyć rodzinne strony. Myślał, że nikt już nie będzie pamiętał o Zytemurze i o wyroku. Król nie zapomniał jednak, już na granicy go zatrzymano. Zawieziono go do królewskiego zamku i publicznie stracono.
Wild chciał się zemścić, nie na królu, a na spadkobiercach oszczercy. Wiedział jednak, że wśród służby jest królewski szpieg, bo jak inaczej ludzie króla tak szybko by się dowiedzieli o ojcu Wilda. Dlatego wybrał okrężną drogę poprzez lasy. Nie powiedział o tym matce, ani Zince, by ich strach o to że zginął podczas samotnego polowania wyglądał naturalnie. Wild tęsknił także za przygodą, chciał dokonać czegoś odważnego. Brał udział w paru potyczkach, nie wymagały one jednak wielkiej odwagi, chyba, że można tak sądzić o szarży zakutej w stalowe blachy bandy jeźdźców na wojowników z gór odzianych w skóry i uzbrojonych jedynie w włócznie i topory. Jedynym ryzykiem na jakie się narażał, był upadek z konia i stratowanie przez własnych towarzyszy.
Wild dotarł do polany, która dziwnie nie pasowała do gąszczu do o koła. Stał na niej dom, który wyglądał jakby budował go jednoręki ślepiec. Wild ostrożnie zbliżył się do rudery. Wyłoniła się z niej stara, poskręcana kobieta. Idąc podpierała się laską i ciężko powłóczyła nogami.
– Czy mogłabyś babciu wskazać...
Zdania nie dokończył. Babcia coś zamruczała i zrobiła szybki ruch ręką . Wild poczuł, że coś się zmieniło. Ta jedna zmiana wywołała reakcje łańcuchową, która pociągnęła za sobą inne, cały świat. Wild zniknął.
Saatbir szedł do Pankrra, jednego z nielicznych ludzi z którymi był jeszcze wstanie rozmawiać. Omijał szerokim łukiem wioskę, a raczej to co z niej zostało. Nie spieszył się, już od dawna się nigdzie nie spieszył. Mimo to nie nudziło mu się. Dużo rozmyślał, zawsze lubił to robić, a teraz mógł godzinami, a nawet całymi dniami rozważać jeden problem i nie miał uczucia, że traci czas. Idąc starał się wyłowić jakiś nowy szczegół coś, czego dotąd nie widział. Zadziwiało go, że zawsze coś przeoczył, jakiś kamień, krzak, a nawet drzewo. I wtedy nad rzeką zobaczył nad rzeką Lawrena, który także go spostrzegł. Zmierzyli się wzrokiem pełnym nienawiści. Kiedyś rozpoczęła by się w tym momencie kłótnia teraz tylko stali i patrzyli na siebie. Saatbir ten spokojny, o kontemplacyjnej naturze człowiek, nie wytrzymał pierwszy i rzucił się na Lawrena. Obalił go swoim impetem na ziemie i zaczął tłuc jego głową o kamień. Uderzał, aż pękła czaszka i wypłynął mózg. Saatbir podniósł się i kopnął z całej siły Lawrena w żebra. Kiedyś poczułby się lepiej, dał upust irytacji, dokonał swoistego katharsis, teraz jednak nie czuł nic, nawet ulgi. Zdawał sobie sprawę z bezcelowości swoich działań. Ruszył w kierunku lasu i rozpłynął się, zniknął. O tym, że przed chwilą, szedł tutaj człowiek świadczyła powgniatana trawa. Czaszka Lawrena zaczęła się zrastać i po chwili nie było śladu uderzenia. Lawren odzyskał świadomość, wstał otrzepał ubranie i popatrzył z satysfakcją na nagle urwane ślady stóp na trawie. Dając upust wielkiej radości odszedł śpiewając wesoło pod nosem.
Wild ostrożnie badał swoje ciało. Był poobijany, miał wrażenie, że stoczył się z kamienistej góry. Otoczenie w jakim się znalazł dziwiło go. Drzewa, trawa, kamienie na drodze niby wyglądały normalnie jednak czymś nie uchwytnym różniły się od tego, do czego był przyzwyczajony. Najdziwniejsze było jednak niebo. Było wklęsłe i zwężało się do środka. Wyglądało jak wir wodny. Słońca nie było widać, całe sklepienie miało jednakową jasność. Wild ruszył w kierunku rzeki, którą dojrzał pośród drzew. Gdy nad nią doszedł skierował się w dół jej biegu. Liczył, że trafi na jakieś osiedle. Za około pół godziny natrafił na zabudowania. Kilka zadbanych domów tworzyło miasteczko. Nigdzie nie było jednak ludzi. Wild chodził od domu do domu, aż natrafił na samotnego mężczyznę. Nie odpowiedział na pozdrowienie. Tylko siedział i patrzył wciąż w to samo miejsce. Wild zrozumiał. Zaczął biec wzdłuż rzeki. Biegł, minął punkt w którym trafił na rzekę, biegł dalej, ale było mu coraz trudniej. W końcu nie mógł się już poruszać do przodu. Potworna siła pociągnęła go do tyłu. Tak jakby był przywiązany do elastycznej liny. Poruszał się wzdłuż bariery, opór jednak nigdzie nie zelżał.
Wrócił nad rzekę. Czekał tam niego chudy, wysoki mężczyzna o bystrym spojrzeniu.
– Jesteś tu nowy- było to stwierdzenie, nie pytanie- Znalazłeś się tu przypadkiem czy celowo. Zresztą nie ważne. Musisz wybaczyć innym, że cię nie przywitali. Boją się. Uciekli poza miasto.
– Zaraza?
Nieznajomy zaśmiał się.
– Jeśli zaraza to duszy.
– Gdzie ja jestem.
– To miejsce było rajem, zanim powrócił strach. Chociaż nie, wszystko zaczęło psuć się wcześniej. Za dużo wybitnych indywidualności, na zbyt małym terenie. I tak mało do robienia.
– Gdzie ja jestem? – zapytał ponownie Wild.
– W żarcie wiedźmy.
Wtedy rozległ się kobiecy krzyk.
– To Ann muszę biec.
Wild pobiegł za nim. Na obrzeżach miasta leżała kobieta. Zebrało się wokół niej kilku ludzi nikt jednak nie podszedł. Dopiero znajomy Wild podszedł do niej i objął. Gdy doszła do siebie odepchnęła go i pobiegła do lasu.
– Jej córka znikła. Była moją kochanką, porzuciłem ją i teraz nie chce mojej pomocy – powiedział z goryczą, bardziej do siebie, niż do Wilda. Usiadł zasępiony na ziemi.
– Pytałeś mnie co to za miejsce. Otóż jesteś w butelce. Nie żartuję. Czarownica Variks nie lubi gdy się jej przeszkadza. Każdego kto to uczyni, przenosi to stworzonego przez siebie świata w tej oto butelce. Tutaj nie ma chorób, śmierci, ludzie żyją wiecznie. Dlatego niektórzy zaczęli
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Knefel
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…