Pierwsza praca
Problemy na rynku pracy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzień wstał rześki i słoneczny. Ptactwo wygnane z grzęd i gniazd porannym pianiem kogutów, dreptało w obejściach, skubiąc, rzadko jeszcze występujące, świeże, zielone listki i źdźbła traw. W oborze krowy, donośnym muczeniem domagały się dojenia. Nie wszystkie bowiem baby zdążyły już to uczynić. Dziś był dzień wiosennego przesilenia, dzień, w którym z niejednej chałupy otroki pójdą w termin, a to do szewca, a to do kowala, czy innego mistrza cechowego, albo na pacholę do kupca, czy na zamek. Matki starały się, by ich pociechy wyglądały jak najlepiej. Przygotowały co miały najlepszego: świeże, białe koszule, kaftany przetrzepane i połatane, często jeszcze po dziadku, albo i starsze. Spodnie te od święta i chodaki jak kto miał, albo łapcie plecione. Na drogę do miasta w węzełku kawałek chleba i sera, czasem jajo gotowane, co bogatsi pęto kiełbasy. Wszystko w pośpiechu i ze łzami w oczach. W końcu, po błogosławieństwie i pożegnaniu z rodziną, z chałup zaczęli wychodzić przyszli rzemieślnicy, kupcy, żołnierze, służący itd. Idąc drogą ku miastu i swojej przyszłości, łączyli się w małe grupki przyjaciół, towarzyszy dotychczasowych zabaw i psot. Ich cel był oddalony o trzy godziny marszu. Byli tacy, którzy lekkim krokiem gnali do przodu. Głównie ci, którzy mieli już zgodzonego mistrza, u którego będą uczyć się fachu, albo też miejsce przy dalszej rodzinie jako pomoc w domu i w pracy. Prócz nich i grupy takich, co to wszędzie sobie dadzą radę, w tyle ciągnęło się kilku obiboków i marzycieli, którym niepilno było podjąć pracę. Jedni wcześniej, inni później, jednak wszyscy dotarli w końcu na rynek, gdzie z boku oddaleni nieco od straganów, kramów, zagród i związanego z tym hałasu, zbierali się chłopcy i dziewczęta z miasta i okolicznych wsi w nadziei na znalezienie pracy. Zebrali się tu także przedstawiciele najprzeróżniejszych rzemiosł, wokół nich i znaku ich cechu gromadzili się chętni do terminu. Zaglądali tu także kupcy i szynkarze w poszukiwaniu pomocników. Był także jeden z sierżantów, zapisujący chętnych do służby w wojsku. Prócz tego nastolatków śledziły z tłumu oczy członków gildii złodziei i żebraków, wypatrując czy któryś z nich nie wykazuje skłonności i umiejętności cenionych w ich zawodzie. Powoli, lecz nieustannie, malała zarówno grupa szukająca pracy jak i jej oferentów. Co i rusz jarmark opuszczał jakiś rzemieślnik z jednym lub kilkoma kandydatami na uczniów. Również sierżant zakończył już zapisy i ruszył w stronę zamku, prowadząc za sobą kilkunastoosobową grupę, która usiłowała iść kolumną dwójkową, ale na zamiarach się kończyło. Zaczynało szarzeć, gdy ostatni z mieszkańców, szukający pomocnika, odszedł usatysfakcjonowany i na placu zostało tylko kilku chłopców. Ich przyszłość nie zapowiadała się różowo. Mogli wrócić do domów, gdzie i tak za wiele było gąb do wykarmienia. Mogli popróbować samemu poszukać pracy, chodząc od domu do domu, ale była to raczej praca dorywcza. Można też było ruszyć do innego miasta i tam liczyć na więcej szczęścia, ale najbliższe duże miasto, oddalone było o tydzień jazdy konnej. Zaczęli się rozchodzić w poszukiwaniu miejsca na nocleg i jakiejś strawy w zamian za pracę. Jednym z tych, którzy pozostali, był Omejsa. Nie za wysoki, ni za mały, w sam raz na swój wiek trzynastolatka. Dość silny, o ponurym usposobieniu, raczej mrukowaty i stroniący od towarzystwa. Właśnie planował drogę ucieczki, kiedy zwędzi już z najbliższego straganu placek, gdy podeszła do niego jakaś skulona starowina podpierająca się kosturem. - Poniechaj tego. Lepiej trochę pogłodować, niż trafić w dyby, albo do lochu. - rzekła skrzekliwym głosem. - O co wam chodzi, babo? Czego to niby mam poniechać? Coś się wam zwidziało. - odburknął, zły, że tak łatwo go przejrzała. - Już ja swoje wiem. No nieważne. Głodnyś? Niedługo będziem wieczerzać. Chodź ze mną. - A juści. A dokąd, to niby i po co? Idźta lepiej swoją drogą i ostawcie mnie w spokoju. - wbrew temu co mówił, zaciekawiło go kim ona jest i czego od niego chce. - Toć pracy szukasz, ja ci ją dam. Właściwie może nie pracę, co zadanie, ale zarobić można dobrze. Nie chcesz? - Co mam nie chcieć. A co to za zadanie? Aby nie kradzież jaka, albo ubić kogo, na to się nie godzę. No mówcie, co mam zrobić? - Powoli synku, powoli. Nie będziem się układać na drodze. Pójdziem do mojej chałupy, tam przy wieczerzy rzecz obgadamy. Zgodzisz się albo i nie, a zjeść dostaniesz i przespać się możesz na ławie. Sam zysk. - Dobra, co mi tam. Chyba lepiej u was, niż gdzie pod płotem. Prowadźcie. Babina mrucząc coś do siebie, ruszyła w kierunku bram miasta. Gdy zbliżyli się do wrót, zdziwiony Omejsa zapytał: - A gdzie ta wasza chałupa? Toż zara za mury wyjdziem. - Ano prawda. Mieszkam tu niedaleko, w lesie nad rzeką. Nie bój się, przeca cię nie zjem? - zachichotała. - Głupot nie wyplatajta. - obruszył się chłopak. - Wcale się nie boję, myślałem jeno, że chałupa wasza w mieście. Las mi nie pierwszyzna, a i w nocy zdarzało się, zasadzać na zwierza u wodopoju. - dodał z dumą w głosie. Minęli bramę i po kilkudziesięciu krokach, zeszli z głównego traktu na wąską ścieżkę, niknącą w lesie. Najwyraźniej często z niej korzystano, gdyż trawa była mocno przydeptana, a gdzieniegdzie nawet całkowicie wytarta. Pewnie chadzali tędy zbieracze ziół, grzybów, chrustu, czy też dziatwa ku wspomnianej rzece, kąpać się gdy przychodziły upały. Mrok gęstniał coraz bardziej, rozpraszany blaskiem księżyca, który to chował się, to wynurzał zza kolejnej chmury. Szczęściem listowie dopiero zaczynało pączkować i nieśmiało rozwijać swe blaszki, w niewielkim stopniu odcinając podszycie i dolne partie drzew od światła słonecznego i księżyca. Szli już z pół godziny, skręcając co i rusz w inne ścieżki i przecinki, kiedy przed sobą ujrzeli chatkę z małym ogrodem otoczonym niskim płotem. - Jesteśmy na miejscu. - rzekła starucha. Omejsa obejrzał się za siebie, ale ciemność i drzewa skrywały miasto, które opuścili. Weszli do środka. Babina roznieciła ogień w palenisku, rozgrzebując żarzące się jeszcze resztki. Zamieszała w kociołku, z którego uniósł się zapach mięty, majeranku i jeszcze jakichś ziół, których Omejsa nie znał. - Siadaj do stołu, zaraz będzie gotowe. - rzekła, stawiając dwie miski na blacie. - Nie za gęsta ta zupa i okraszona mało, ale pożywna bardzo i sił dodaje. - A wy, nie boicie się tak w lesie sama? Do miasta i ludzi spory to kawałek, nie ckni się to wam? - spytał siadając. - Przyzwyczaiłam się, a i tak wolę. - odrzekła, z lekką nutą smutku w głosie. - Las mnie nie krzywdzi, już prędzej ludziska. Krzywo patrzą, od wiedźm wyzywają, ale jak który zachorze, to do kogo po ratunek lecą? Ano do mnie, bo to na ziołach się znam, maści różne i mikstury na bolączki uwarzyć potrafię. Dobrze jest jak jest, w oczy im nie lazę, to i spokój mam. Rozlała zupę do misek i siadła naprzeciw chłopaka. - Jedz, teraz możem pogadać o twojej robocie. Ano posłuchaj. Roków temu ze czterysta, albo i więcej, kiedy zamek dopiero budowano, a z dzisiejszego miasta, ledwie parę chałup stało, przybył na budowę mag i zaoferował ówczesnemu władyce pomoc. Twierdził, że potrafi czarami tak wzmocnić zaprawę do łączenia kamieni, że żadna siła, prócz potężniejszych czarów oczywiście, nie przemoże takich murów. Propozycja przypadła budowniczym do gustu, tym bardziej, że w onych czasach miejsce to leżało tuż przy granicy z królestwem Rasthurii, z którym toczono nieustanne wojny, aż do pokoju w Utremie. Solidny zamek mógł i zresztą przyczynił się do zwycięstwa podczas kolejnej wojny. Spytano maga, czego żąda w zamian za swe usługi. Cena jaką podał, zadziwiła wszystkich. Był nią pierścień herbowy grododzierżcy, oraz obietnica, że właściciel klejnotu, albo jego potomkowie spełnią trzy prośby człowieka, który im go okaże. Władyka zgodził się, pod warunkiem, że polecenia te nie będą obejmowały zabójstw i zdrady wobec panującego księcia. Mag przystał na te warunki i umowę zawarto. - Nic nowego nie rzekliście, historię tę znają wszystkie dzieciaki w okolicy. Wiedzą też, że po skończeniu robót, młody panicz napadł na odjeżdżającego maga, chcąc odebrać pierścień ojca. Jednak żadne tortury nie pomogły, mag oddał ducha, a pierścień przepadł. - odezwał się znudzony Omejsa. - Co wy, na bajarza chcecie mnie uczyć? A gdzie to zadanie? A pewnie śniło się wam, gdzie zguba ukryta. - dodał i zaśmiał się. - Może przyśniło, a może ktoś mi rzekł, ale widzę, co z wioskowym mędrkiem przyszło mi się układać. - burknęła urażona babina. - Kładź się spać, jutro pójdę na rynek głupszego poszukam. - No co wy babko, ja ino tak. Nie boczcie się - chłopak spokorniał nieco. - Wiecie gdzie jest? Kto…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Czarny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…