Pies pana Ryśka
Jest to historia z małego misteczka o tym jak jednemu z mieszkańców zginął jego ukochany pies a jego siostrzenica szuak tego psa
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pies pana Ryśka
Pewnego sierpniowego wieczoru razem z Ulą wybraliśmy się na spacer. Robiliśmy tak często, co więc było wyjątkowego w tym wieczorze, że zasługuje on na osobną opowieść? Wieczór zapowiadał się zwyczajnie, jednak taki nie był i na długo zapadł nam w pamięci, zwłaszcza biednej Uli. Ale zanim opowiem o samym spacerze, potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Ula i ja uwielbiamy psy, bardzo. Każde z nas uważa swojego psa za wzór psiej doskonałości i kocha go nad życie, nie wyobrażamy sobie życia bez nich. Często zabieramy je ze sobą na nasze spacery. Nasze miasteczko położone jest w malowniczej dolinie otoczonej lasami, więc tras do spacerowanie jest tutaj mnóstwo. Psy mogą się wyhasać. Miłość do psów jest w naszym miasteczku powszechna. Prawie w każdym domu jest pies, czy to łańcuchowy Burek, czy też kanapowy Tofik, każdy jest tak samo mocno kochany przez swojego właściciela. Miłośnikiem psów jest także wujek Uli, pan Ryśek. Jest on szanowanym człowiekiem interesu, właścicielem kilku sklepów, zarówno w naszym miasteczku jak też w okolicy. Jest kawalerem i ponad wszystko kocha swojego psa Reksa. A jest to pies z ciekawą, choć smutną przeszłością. Pan Ryśek przygarnął go kilka lat temu, podczas jednej ze swoich podróży do swoich sklepów. Gdy zatrzymał się w lesie by rozprostować kości usłyszał głośne skowytanie dobiegające z pobliskiego zagajnika, pan Ryśek znalazł tam przywiązanego do drzewa, porzuconego, wygłodzonego i przemarzniętego psa. Od razu się w nim zakochał, niechybnie uratował Reksa od śmierci głodowej lub rozszarpania przez wilki. Reks był średniej wielkości mieszańcem owczarka niemieckiego z bliżej nieokreśloną rasą i musiał być bardzo źle traktowany przez poprzedniego właściciela. Weterynarz, który go badał powiedział panu Ryśkowi, że pies był bity i głodzony i to wywarło wpływ na jego psychikę. Tak rzeczywiście było, Reks bał się głośnych osób, jeżeli ktoś do niego zanadto się zbliżał, kulił ogon i chował się za pana Ryśka. Tylko jemu pozwalał się głaskać i przy nim tylko czuł się bezpiecznie. Trzeba przyznać, że stanowili zgraną parę. Dwójka samotników stroniąca od ludzi. Pan Ryśek zawsze zabierał Reksa ze sobą, pies szybko przyzwyczaił się do podróży samochodem. Wystarczyło, że wujek Uli otwierał drzwi swojego auta, a Reks już leżał na tylnim siedzeniu na swoim ulubionym kocu w kratę. W ten sposób podróżowali po całej okolicy. Reks był ulubieńcem wszystkich pracowników pana Ryśka. Zawsze dostawał kości i inne psie przysmaki, pan Ryśek wydzielał mu te delicje w rozsądnych ilościach i Reks szybko nabrał odpowiedniej wagi i jeszcze bardziej przypominał owczarka niemieckiego. I tak trwała ta przyjaźń, choć czas mijał Reks nadal bał się ludzi i hałasu, jednak był bardziej ufny niż na początku. Czasem zdarzało się, że pan Ryśek musiał rozstać się z Reksem. Czynił to niechętnie i tylko w wyjątkowych przypadkach, kiedy naprawdę musiał. Wtedy Reksem opiekowała się Ula. Musiała bezwzględnie przestrzegać kilku zasad. Po pierwsze nigdy nie spuszczać Reksa ze smyczy, po drugie nie zbliżać się z nim w pobliże tartaku, gdzie panował ogromny hałas, który mógł go wystraszyć. Zasady te miały swoje uzasadnienie. Kiedyś pan Ryśek nie trzymał Reksa na smyczy, po prostu spacerowali sobie po okolicy noga przy nodze. Szczególnie lubili chodzić na wzgórze, z którego roztaczał się widok na całe miasteczko. Pan Ryśek wyciągał scyzoryk i strugał patyki, a Reks siadał obok i rozglądał się po okolicy, spędzali tam tyle czasu ile tylko mogli. Pewnego razu wracając ze spaceru jak zwykle bez smyczy Reks szedł obok swojego pana, gdy w przejeżdżającym samochodzie strzelił tłumik. Pies bardzo się przestraszył i pobiegł przed siebie znikając panu Ryśkowi z oczu. Pół miasteczka go szukało, znalazł się dopiero wieczorem, gdy wyczerpany i zrozpaczony pan Ryśek wrócił do domu. Okazało się, że Reks przybiegł do domu i schował się pod schodami. Od tego czasu zawsze już chodził na smyczy, tak na wszelki wypadek. Ula przestrzegała tych zasad. Lubiła Reksa, było jej żal tego psiaka, który zawsze się czegoś bał. Nie było to życie zwykłego beztroskiego psa, jakie prowadziła cała reszta psiego świata. Nasze psy całe dnie wylegiwały się w ogrodach, ganiały koty i ptaki, wałęsały się z nami po lasach. Reks nie. On zawsze na smyczy szedł z panem Ryśkiem na wzgórze lub jechał z nim dopilnować interesu. Tego razu pan Ryśek nie mógł zabrać Reksa. Zepsuł mu się samochód i do swoich sklepów musiał jechać pociągiem. Tam zawsze jest tłok i hałas, więc nie chcąc narażać Reksa na nie potrzebny stres, zostawił go pod opieką Uli. Miał wrócić za kilka dni i wtedy odebrać stęsknionego Reksa. Jak zawsze wtedy, gdy musiał go zostawić. Rano przyprowadzał psa do domu Uli, witał się ze swoją siostrą a mamą Uli i robił to, czego nienawidził robić, zostawiał Reksa. Zawsze przynosił też jego ulubiony koc w kratę. Mama Uli rozkładała go w kuchni przy piecu gdzie nie kręciło się zbyt wiele osób i Reks posłusznie kładł się i obserwował, co się dzieje. Kilka razy dziennie Ula zabierała go na spacer, i tak mijało kilka dni. Zjawiał się pan Ryśek, który prawie biegł z dworca do domu Uli po swojego jedynego przyjaciela. Gdy wchodził, Reks zrywał się z posłania i okazywał radość całym sobą, dostawał prezent od swojego pana i już razem wracali do domu, gdzie świętowanie trwało dalej. Tego dnia jak to mieliśmy w zwyczaju wybraliśmy się z Ulą na spacer, jak zawsze towarzyszyły nam nasze psy, Ula zabrała także Reksa. Nasze psy znały się dobrze i na spacerach lubiły bawić się razem, więc chętnie zabieraliśmy je z nami. Szły gdzieś przed nami lub z tyłu, nie zwracaliśmy już na to uwagi, bo nie trzeba było ich pilnować. Zawsze, nawet gdy znikały nam na chwilę z oczu wracały jak gdyby nigdy nic. Tym razem także szliśmy sobie spokojnie, nasze psy hasały beztrosko, a biedny Reks szedł przy Uli na smyczy. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, żartowaliśmy i szliśmy przez nasze miasteczko w stronę lasu. Powoli zapadał zmierzch, latarnie uliczne i wystawy sklepowe sączyły na ulice swoje miodowe światło. Właśnie tę porę letniego dnia lubiłem najbardziej, świat nabierał wtedy lekko nierealnego charakteru, trochę jak z obrazów Hoppera. Tylko puste ulice, światła latarni i budynki, puste czekające na kogoś by do nich wszedł. Przechadzaliśmy się tak zawsze kilka godzin pozwalając psom wyładować swoją energię, a my miło kończyliśmy dzień Na samym końcu naszego miasteczka znajdowała się stacja benzynowa prowadzona przez panią Helenę z mężem. Wieczorem stacja ta była rozświetlona niezliczoną ilością świateł potęgowanych przez neony i reklamy. Dalej był już tylko las, piękny, stary, sosnowy las. Sierpniowy wiatr kołysał wierzchołki drzew, szyszki i zeschłe gałęzie szeleściły pod nogami, panował tutaj niczym niezmącony spokój. Ścieżka, którą najchętniej spacerowaliśmy odbiegała od głównej drogi tuż za stacją benzynową i prowadziła aż do dużej polany. Na niej odbywały się pikniki i majówki, czasem nawet ogniska. Było tam kilka stołów i ławek zrobionych z pni drzew. Siadaliśmy tam i albo rozmawialiśmy, albo po prostu słuchaliśmy wiatru obserwując bawiące się psy, w słabym świetle kilku latarń rozstawionych dookoła polany. Gdy zbliżyliśmy się do stacji benzynowej Ula powiedziała, że żal jej Reksa. - On nigdy nie czuł się jak prawdziwy pies, zawsze chodzi na smyczy, ciągle jest taki przestraszony, wszystkiego się boi. Założę się, że gdyby go puścić z tej smyczy, to szybko przyzwyczaiłby się do tego, zaczął biegać i zachowywać się jak na prawdziwego psa przystało. Wiesz co, chyba go puszczę jak tylko wejdziemy do lasu. Co ty na to? - Nie wiem czy to dobry pomysł, a jak ucieknie? Jest ciemno, trudno będzie go szukać, no i twój wujek nie będzie zachwycony. - No ale nie ucieknie, w lesie jest cisza i spokój i tam raczej niczego się nie przestraszy. - Ula, rób jak chcesz. Może masz rację, w końcu coś mu się od życia należy. Niech się poczuje jak prawdziwy pies.- Powiedziałem do Uli, bo zgadzałem się z nią. W końcu był to pies, w jego naturze leży chodzenie po lesie i gonienie zajęcy, a on tylko chodził na smyczy i bał się własnego cienia. Trzeba nauczyć go bycia psem. Wchodząc do lasu Ula odpięła smycz Reksowi. Pies zatrzymał się, popatrzył na nią jakby ze zdziwieniem, ale po chwili otrząsnął się, aż mu uszy zafurkotały i powoli ruszył przed siebie. Ciągle szedł przy Uli, jakby nadal był na smyczy, ale potem zatrzymał się, obwąchiwał jakieś drzewo a my szliśmy dalej i rozmawialiśmy. Powoli zapominaliśmy o Reksie, był z tyłu kilka metrów za nami, Ula powiedziała, że chociaż dzisiaj pożyje sobie jak prawdziwy pies. Gdy doszliśmy do polany Reks i nasze psy tworzyły już małą watahę, obwąchiwały te same drzewa i sprawiały wrażenie, że razem się świetnie bawią. Gdy siedzieliśmy na stole z nogami opartymi na ławce, nasze psy leżały pod stołem, a Reks nadrabiał zaległości w byciu psem. Szczególnie zainteresowany był krecim kopcem, wąchał go, obchodził dookoła, próbował rozkopać w końcu dał za wygraną i tez położył się pod stołem. - Zobacz, jeden spacer, a on już odżył, powiem o tym wujkowi, może nie będzie już tak przewrażliwiony na jego punkcie.-Z wyraźną dumą w głosie powiedziała Ula, odgarniając kosmyki włosów z twarzy. Wiał przyjemny wiatr, drzewa znajomo szumiały, na bezchmurnym niebie widać było gwiazdy. Sierpień zbliżał się ku końcowi, jednak w powietrzu pozostawał jeszcze zapach lata charakterystyczny dla czerwcowych i lipcowych wieczorów. Noc była bardzo przyjemna przez co przedłużyliśmy spacer i wracać zaczęliśmy tuz przed północą. Nasza piątka szła powoli ścieżką delektując się prostotą tego co nas otaczało. - Trudno sobie wyobrazić, że poza tym pięknem, jest jeszcze na tym świecie miejsce na taki bezsens jak wojny i zło.- Powiedziałem wskazując na las. - Cóż, natura to jedna sprawa, a postępowanie człowieka to zupełnie co innego. Tak bardzo jesteśmy pochłonięci swoimi sprawami, że nie widzimy piękna świata. A gdyby tak było, to nie tracilibyśmy czasu na bezsensowne wojny. Tyle piękna jest do zobaczenia na świecie.- Filozofowała Ula. I miała racje. - No, masz racje. Nie widzimy lasu, bo zasłaniają nam go drzewa, więc wycinamy je i budujemy miasta. Potem zamykamy się w betonie i na drugiego człowieka. Tutaj wszyscy się znają, wszystko o sobie wiedzą, interesują się sobą. Jesteśmy takim małym światem. A w mieście każdy sam jest sobie światem, tak naprawdę inni są niepotrzebni. - Nie, no chyba do końca tak nie jest. Myślę, że... Gdzie jest Reks?!- Ula nerwowo rozglądała się dookoła. No i rzeczywiście, w zasięgu mojego wzroku były tylko nasze psy, po Reksie nie było śladu. - Pewnie został trochę z tyłu. Cofnijmy się trochę, to się znajdzie. No chodź Ula. Bez paniki.- Powiedziałem zawracając nieco szybszym krokiem, pies mógł się bać gdzieś tam w lesie i w ciemnościach. Trzeba było szybko po niego wrócić.- Wystarczy trochę się cofnąć, zobaczysz. - Mam nadzieje, bo jeśli coś mu się stanie, to się chyba zabiję.- Denerwowała się Ula. - Spokojnie, nic mu się nie stało. Siedzi gdzieś pod drzewem i czeka na nas, bo się zagapił. Kilka metrów i już będzie. Spokojnie.- Jednak cofnęliśmy się aż do polany a psa nie znaleźliśmy. - Wojtek, no nie ma go! Co ja teraz zrobię!? O Boże!- Rozpaczliwie krzyczała Ula. - Proszę uspokój się, musi gdzieś tu być.- Ale w słabym świetle latarni na polanie nie widziałem nic co przypominałoby zarysy psa. Polana była pusta. - Ale gdzie? Jak mogłam go zgubić? Po co go w ogóle puszczałam? Ale ja głupia jestem! Jak mu się coś stało to tylko moja wina! Reks! Reks! Reeeks!- Wołała głośniej i głośniej Ula. -Słuchaj, a może pobiegł do domu? No, puściłaś go, on sobie biegał i zatęsknił za panem no i ruszył do domu. Kiedyś mówiłaś, że uciekł twojemu wujkowi i wtedy pobiegł do domu. Sprawdźmy tam, choć jestem pewien, ze po drodze go spotkamy. - Ale jak do domu, przecież widzielibyśmy jak nas mija? - Mógł przejść jakoś bokiem, prze zarośla, nie zauważyliśmy tego, bo się zagadaliśmy, na pewno go spotkamy po drodze. - No dobra, ale jeśli tak to jest jeszcze gorzej, bo tam jest droga jeżdżą samochody i w ogóle- mówiła Ula prawie nie oddychając- O Boże! Wojtek zgubiłam wujowi psa! Teraz on mnie zabije!- Ciągle rozpaczała, w oczach miała łzy. - Przestań wymyślać takie głupoty, pobiegł do domu i już. Na pewno siedzi pod schodami. Zobaczysz, idziemy. Nikt nikogo nie będzie zabijał. Uspokój się.- Starałem się z całych sił ja uspokoić, ale to nie wiele dało. Była cała roztrzęsiona, płytko oddychała i cały czas wołała: - Reeeks! Reeeks! Piesku gdzie jesteś? Reeeks! Reeeks! Na stacji benzynowej zapytaliśmy obsługę czy widzieli jakiegoś psa idącego lub biegnącego w stronę miasta. Niestety, nikt psa nie widział. Po drodze do domu zaglądaliśmy w każdy zakamarek, do każdej bramy, ale nie znaleźliśmy go. A co najgorsze przy domu pana Ryśka, także go nie było. Zacząłem się niepokoić. - Słuchaj…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sebastian Złotowski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…