Wróć do katalogu

Pies wojny

Mimo tytułu nie ma to wiele wspólnego z Forsythem,raczej Sapkiem. Jest to fragment większej całości (dużo większej)

Winrich, opublikowano , 37 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pies wojny

Rycerz Jan Żiżka uporczywie drapał się po kudłatej głowie i wpatrywał szklistym wzrokiem w tlące się już ledwie ognisko. Nie miał jednak zamiaru dokładać do niego nowych drew. Do świtu nie pozostało już wiele czasu, a byli dalej na niepewnym terenie. Od zajętego przez Nogareta Wartburga dzielił ich zaledwie dzień marszu. Co prawda w tak dzikich okolicach nie spodziewał się spotkać ludzi, ale pogoń za nimi była raczej pewna. Dlatego też początkowo planował całe pasmo Schwarzwaldu przebyć jednym susem i nie zatrzymywać się nawet na postoje, ale księżna Adelajda nie zwyczajna była takiego wysiłku. Kiedy więc zobaczył, że – mimo dzielnej miny – księżna słania się już na siodle i w każdej chwili może zdarzyć się straszny w skutkach wypadek, gdyż droga akurat wypadła im tuż nad urwiskami, zdecydował się rozbić obozowisko. Mimo nieśmiałych prób protestu Adelajda przyjęła z wdzięcznością możliwość wypoczynku. Po niezbyt obfitym posiłku zasnęła prawie natychmiast. Jan spojrzał - po raz kolejny tej nocy – na pobladłą twarz księżnej i bezwiednie uśmiechnął się. W świetle rodzącego się właśnie dnia jej oblicze było tak niewinne i bezbronne, że Żiżce szaleństwem zdało się, by ktokolwiek się ośmielił podnieść na nią rękę. I w tym momencie przypomniał sobie wilczą twarz Nogareta. Ta myśl natychmiast poderwała go na równe nogi. - Dostojna pani! – cicho rzekł w stronę księżnej, nie śmiąc nawet dotknąć jej szat. – Już czas! Adelajda przeciągnęła się leniwie i jej modre oczy spojrzały na rycerza, który skulił się pod tym spojrzeniem i odwrócił głowę w inną stronę, by dać kobiecie czas na otrząśnięcie się z resztek snu i poprawienie garderoby. - Odwróćcie się, rycerzu! – srebrzysty głos księżnej przywrócił Żiżkę do rzeczywistości. – Nie godzi mi się rozmawiać z waszymi plecami. Najemnik posłusznie zwrócił twarz ku Adelajdzie, której spokojnie przespana noc najwyraźniej przywróciła pogodę ducha. Bo rzeczywiście była to istota o niespożytym duchu, która nawet z największej opresji wychodziła z pogodną twarzą. Z pewnością nie była osobą, którą mogły załamać przeciwności losu. Zawsze znajdowała coś, co mogło być nadzieją zwycięstwa w przyszłości. Tak też było wówczas, kiedy – załamany klęskami – jej ojciec Henryk Żelazny miał już zamiar skapitulować przed Przemysłem. Skłoniła go wtedy do zawarcia sojuszu z Wittelsbachami, sama płacąc za to wysoką cenę, gdyż ojciec – dla przypieczętowania paktu – wydał ją za dużo od niej starszego margrabiego Ludwika. Swego przyszłego męża zobaczyła dopiero w dniu ślubu i mimo łez nad swymi dziewczęcymi latami zdobyła się na uśmiech, który stał się zapowiedzią przyszłego szczęścia. Przy sporej różnicy wieku szybko znaleźli wspólny język i dzięki wzajemnemu zaufaniu doszli też do małżeńskiej miłości. Adelajda stała się prawdziwą podporą Ludwika Rzymskiego i najbardziej znienawidzoną przez Przemysła Ottokara istotą na terenie Rzeszy. Nie podłamały jej ani zagadkowa śmierć ojca, ani uwięzienie męża. Teraz też nawet utrata Oka Władzy i bardzo prawdopodobna klęska Ludwika z Czarnym Władcą nie doprowadziła jej do rozpaczy. Jan patrzył na nią z rosnącym coraz bardziej podziwem i uwielbieniem. Czuł, że gotów jest dla tej kobiety o dumnym czole oddać nie tylko życie, ale nawet duszę. Wiedział, że swoim postępkiem przekreślił wszystkie dotychczasowe osiągnięcia. Nie było dla niego już powrotu do Przemysła. Gdzieś w głębi duszy czuł pewne wyrzuty sumienia i czasem w duchu nazywał się nawet zdrajcą. W sumie jednak nie żałował swego postępku. Dość prędko, tuż po wschodzie słońca, ruszyli w dalszą drogę. Ścieżka pięła się ciągle w górę, ale Żiżka, który kiedyś już przemierzył te strony, wiedział, że wkrótce zaczną schodzić w miśnieńskie doliny. Tutejsze lesiste góry stanowiące naturalną granicę między Czechami a Turyngią były jednak niebezpieczne. W tych leśnych komyszach często szukali kryjówki miśnieńscy raubritterzy i zbiegowie z Czech. Dlatego też Żiżka miał zamiar przemierzyć je jak najprędzej, ale teren stawał się coraz bardziej stromy i w końcu rycerz musiał zarządzić dalszy pochód pieszo. Wyszli wreszcie na szeroką polanę śródgórską otoczoną wysokim ciemnym borem. Widok ten zaniepokoił z lekka Jana, ale wesoła mina Adelajdy odwróciła jego uwagę. - Wierzę już teraz cny rycerzu – zaszczebiotała beztrosko – że szczęśliwie przeprowadzisz nas przez te ostępy! - To dopiero początek drogi, pani! – próbował protestować najemnik, chociaż słowa księżnej najwyraźniej mu pochlebiały. – Pochwalicie mnie, dostojna pani, jeżeli dotrzemy do Kwedlinburgu! Nagle twarz Żiżki stężała i gwałtownie chwycił dłoń księżnej. - Cichajcie, pani! Ktoś siedzi w tych krzach! – wskazał na ruszające się w oddali zarośla. - Nie przesadzacie nieco, rycerzu? – Adelajda nadal beztrosko przyglądała się okolicy. Tymczasem spięty do granic możliwości najemnik puścił prowadzonego konia i wyszarpnął miecz, zasłaniając swym potężnym ciałem Adelajdę. - No, podchodźcie tutaj! – wrzasnął, stając w bojowej pozycji i groźnie wymachując mieczem. – Zaraz zapukacie do bram piekła! No, podchodźcie! Z zarośli wyłoniło się kilka ciemnych postaci. Jan szybko ocenił ich siłę i możliwości bojowe. Doszedł do wniosku, że nie jest bez szans. Chociaż dwóch z napastników nosiło rycerskie blachy to z daleka było widać, iż niezbyt biegle posługują się nimi. Pozostali, odziani tylko w skórzane kaftany z ponabijanymi gdzieniegdzie metalowymi ćwiekami, nie wyglądali zbyt groźnie. Mogli liczyć jedynie na liczebną przewagę, bo było ich co najmniej tuzin. - No chodźcie, psy! – pokrzykiwał bojowo Żiżka. – Zaraz mój miecz porachuje wasze kości! Skryjcie się, pani, między końmi – dodał już ciszej do wystraszonej księżnej. – Mogą szyć z łuków! - Oddajcie swoje mieszki i konie, a zostawimy was przy życiu! – chrapliwym głosem, z trudem formułując zdania, zakrzyknął jeden z „rycerzy”, który najwidoczniej przewodził bandzie. - Przyjdźcie tu sami i weźcie, jeśli będziecie potrafili! – Żiżka próbował sprowokować zbójów do nieskoordynowanego ataku, ale ci, widząc gotowego do walki zbrojnego rycerza, stracili jakoś ochotę do potyczki. - Zginiecie! – niepewnie zakrzyknął czarnobrody „rycerz”. W tym momencie z ust najemnika wyrwał się stek przeraźliwych przekleństw, których Żiżka nauczył się w czasie tych wielu lat, jakie spędził w żołnierskich obozach. Zbóje dosłownie oniemieli. - Wyście Czechem, panie? – nieśmiało zapytał „rycerz”, powoli zbliżając się do Żiżki. – My takoż, panie! Nie będziemy bili swojaków. - Jam ze zbójami nie swojak! – gniewnie zaprzeczył Jan, który już wiedział, że do walki nie dojdzie. Zbóje zresztą już opuścili broń i szczerzyli resztki zębów w ponurych uśmiechach. - Zechciejcie, dostojny rycerzu, przyjąć naszą skromną gościnę! – przywódca zbójów giął się w ukłonach aż blachy szczękały. – Obóz mamy niedaleczko! A upolowany jeleń już skwarzy się na ogniu! Żiżka zmarszczył brwi i popatrzył na wystraszoną jeszcze Adelajdę, która nie rozumiała, o czym rozmawia ze zbójem, gdyż mówili ze sobą po czesku. Zastanawiał się, czy przyjąć gościnę ludzi, którzy w każdej chwili mogli ich napaść, gdyby tylko wyczuli słabość. Zdecydował się jednak zaryzykować. Tacy ludzie musieli doskonale wiedzieć, co dzieje się w najbliższej okolicy. Przyjmując zaproszenie zbójników, mógł wyciągnąć z nich informacje o drodze nawet do Merseburga. - Nie myślcie jeno, żem wam się stał przyjacielem! – rzekł z udanym już gniewem najemnik, robiąc równocześnie porozumiewawczą minę ku Adelajdzie. Obozowisko rozbójników było rzeczywiście niedaleko, sprytnie ukryte w niewielkim siodle między dwoma górskimi zboczami. Przy tlącym się ognisku gospodarowała wielka, tłusta baba z potężnymi łapskami cyrkowego zapaśnika. Widząc ją, Żiżka pomyślał, że pewnie niejeden dwór dałby za takie monstrum niezgorszą kieskę. Zbójnicy okazali się wręcz niezwykle rozmowni, a szczególnie ich czarnobrody przywódca, który mówił nawet specjalnie nie wypytywany przez Jana. Z jego słów dość szybko Żiżka ułożył sobie w głowie historię bandy składającej się głównie ze zbiegłych chłopów, którzy pouciekali spod władzy czeskich baronów, ale dużą grupę stanowili też zbiegowie z cieszących się złą sławą lochów w Chebie. Sam Żiżka słyszał o chebskim kasztelanie Berengarze z Passawy, którego okrucieństwo imponowało nawet okrutnemu nad miarę Henrykowi Probusowi. Jan był świadkiem, jak ten, kulejący na jedną nogę, królewski komes oprawiał kiedyś przy nim człowieka. Nawet zwyczajnego krwi najemnika widok ten zmusił do odwrócenia oczu. - Tak, panie! – tokował głośno przywódca zbójów, sadzając Żiżkę na sosnowej ławie obok ognia. – Jakem Cypis! – walnął się pięścią w przerdzewiałą kolczugę. – Dopóki ten krwawy pies siedzi na zamku w Chebie, nie będzie spokoju w tej okolicy! – czarnobrody „rycerz” uderzył się ponownie w piersi. – Posłuchajcie, panie, jak to ze mną było. Bo ja nie od zawsze siedziałem w tych borach! Po ojcu odziedziczyłem kilka lechów ziemi i trzy dymy. Mało tego było, ale jakoś wiązałem koniec z końcem, dopóki nie zachciało mi się poszerzyć swego mająteczku. Po sąsiedzku mieszkał pewien włodyczka, którego ziemia, licha zresztą, wchodziła w sam środek moich gruntów. Nie miał on synów tylko córkę – jedynaczkę. Na swoje utrapienie wziąłem tę wiedźmę z piekła rodem za żonę. Nie wiedziałem zaprawdę, co robię. Szybko pokazała swe prawdziwe oblicze i mój dworek przekształcił się w istny zamtuz, do którego zjeżdżały się najgorsze typy spod ciemnej gwiazdy. Próbowałem protestować, ale wtedy moja żona – Cypis przy tych słowach splunął na ziemię – sprowadziła tego psa – krwawego Berengara, który, powołując się na rozkazy królewskie, odebrał mi mój Żychlin, a mnie samego, kiedy chciałem się odwołać do króla Przemysła, kazał uwięzić w chebskich lochach. Nie miałem już więcej ujrzeć światła dziennego, co obiecał mi sam Berengar, który na dodatek związał się z tą czarownicą – moją żoną. Umieszczono mnie w najgłębszym lochu Chebu i to, co miało być moją zgubą, przyniosło mi niespodziewany ratunek. Kiedy już straciłem jakąkolwiek nadzieję, kiedy wydało mi się, że już niedługo zleję się w jedno z nawozem, jakim zaścielano nasze mieszkanie, pojawiła się ona – ręka zbója powędrowała w stronę olbrzymiej kobiety. – Do dzisiaj nie wiemy, jak ma na imię. Na rozkaz Berengara wydarto jej język, choć powinien jej raczej odjąć te ręce. Z jakiegoś niewiadomego nam powodu Berengar kazał wrzucić ją do naszego lochu, szykując dla niej widocznie jakieś wymyślne tortury, do których miał ją odpowiednio „zmiękczyć” pobyt w najgłębszym lochu. Ona to właśnie znalazła miejsce, skąd stale sączyła się woda, a jej olbrzymia siła pozwoliła nam roztrzaskać osłabioną ścianę lochu, za którą znajdował się wąski korytarz prowadzący w głąb skały. Pewnie kiedyś płynęła tędy podziemna rzeczka, o której później zapomniano. Tym korytarzem wydostaliśmy się na wolność, a później skryliśmy się w mrokach Czarnego Lasu. Z czasem dołączyli do nas następni. Wszyscy pałają chęcią zemsty na Berengarze i jego pobratymcach. Łupimy więc wszystko, co gada po niemiecku i dobrze nam się żyje. Kiedyś jednak, jak odpowiednio spotężniejemy, ruszymy tam, na wschód, do Chebu! A wtedy Berengar niechaj drży! – zęby Cypisa groźnie zgrzytnęły. - Czemu więc, szykując się na Cheb, siedzicie w tych górach i rabujecie podróżnych zamiast zbroić się i zbierać ludzi. Pewnie niezadowolonych nie brakuje? – Żiżka spojrzał uważnie na gadatliwego zbója. - No pewnie, że nie brakuje! – gorączkowo potwierdził Cypis. – Cały kraj aż jęczy pod jarzmem przeklętego Przemysła i jego psa Berengara. Przed niemiecką samowolą, której sprzyja i król, i Krwawy Komes, uciekają czeladnicy i pachołkowie aż po Kutną Horę. Wolą tam kopać w górach niż dalej żyć w niewoli. Wolnych kmieci już praktycznie nie ma, a chłopi dyszą żądzą zemsty za traktowanie ich jak zwierząt. Najbardziej buntują się jednakowoż odmieńcy. Słyszałem, że atakują sługi Przemysła wszędzie. Nawet niedaleko stąd działa grupa gnomów, którzy dają się Niemiaszkom porządnie we znaki. - A wojska jakoweś tu są? – zaczął wypytywać Jan, który doszedł do wniosku, że nadszedł właściwy moment na zebranie potrzebnych mu informacji. - Jeszcze niedawno były! – skinął włochatą głową Cypis. – Tropiły nas po Czarnym Lesie aż po miśnieńskie równiny. Ostatnio jednak poszły sobie gdzieś na zachód. Odeszła nawet straż z przełęczy. Tak że w górach nie ma praktycznie nikogo oprócz nas i gnomów. - A jak wygląda sytuacja na północy? – pytał dalej rycerz. - Graf Ekkehardt nie opowiedział się jeszcze po żadnej stronie. Myślę jednak, że nie ma on serca dla Przemysła! – pewnym tonem dodał brodaty zbój. – Jak dotrzecie do Łaby, możecie się czuć bezpieczni. Tam rozciąga się już władza margrabiego Ekkehardta. - Słyszałem jednak, że córka grafa miała poślubić Przemyślidowy pomiot – księcia Vacka! - Iście! – pokiwał głową Cypis. – Regelinda miała pójść za Wacława, ale Przemysł zdradził układy i nic z tego nie wyszło. Graf zaś specjalnie nie nalegał i hrabianka pozostała w ojcowskim zamku. - A w Merseburgu? – zapytał jeszcze Żiżka, nie licząc już specjalnie na odpowiedź, ale Cypis był człowiekiem, który interesował się nawet dość odległymi terenami. - Marchia Wschodnia, na swoje nieszczęście, wiernie stoi przy rzymskim królu! Hrabia Zygfryd wyraźnie opowiedział się przeciwko margrabiemu Ludwikowi i najechał nawet jego Łużyce! Żiżka wstał z ławy i wzrokiem zachęcił do tego samego Adelajdę, która przez cały czas trzymała się na wszelki wypadek blisko swojego rycerza. A „jej rycerz” zdecydował, że już wystarczająco długo przebywali w gościnie u zbójników i począł szykować się do dalszej drogi. - Pamiętajcie – rzekł już z wysokości konia – lud jest jak żywioł! Trzeba go tylko umieć skłonić do działania, a zmiecie ze swej drogi dosłownie wszystko. Jak wiosenna woda! Żegnały ich okrzyki zbójów i głośne pohukiwania olbrzymki, która niespodziewanie chwyciła rękę Adelajdy swymi mocarnymi dłońmi i przycisnęła do potężnej piersi. W pierwszej chwili Żiżka wystraszył się i odruchowo ścisnął głownię miecza, ale – widząc, że księżna łagodnie uśmiecha się do niemowy – puścił broń. Kiedy obozowisko Cypisa pozostało za nimi, Jan popatrzył na pobladłą nieco z jakiegoś wzruszenia Adelajdę. - Źle się czujecie, pani? – zaniepokoił się rycerz. - Nie, panie! – zaprzeczyła księżna. – Pomyślałam tylko, że w takich właśnie ludziach cała nasza nadzieja. Dziwne, prawda? Żiżka zadumał się nad słowami towarzyszki. On, który znał tylko życie w żołnierskim obozie, nie mógł pojąć toku rozumowania Adelajdy. Jak ci ludzie, których – prawdę mówiąc – potrafiłby sam jeden pokonać, mieli zwyciężyć potężnego Przemysła Ottokara? Może jednak księżna lepiej od niego rozumiała otaczający ich świat, który jemu przesłoniła wszechwładna wojna. Tylko ją właściwie rozumiał, chociaż nigdy natura żołdaka nie zabiła jego prawdziwego oblicza. Spotkanie z Adelajdą wyzwoliło w nim tę skrytą część jego duszy i od tej pory już innymi oczami patrzył na świat. Podróżowali teraz dużo szybciej, gdyż Jan, wiedząc, że w lasach nie ma żywej duszy, poganiał konie, by jak najszybciej znaleźć się nad Łabą. Dzięki temu już następnego dnia byli na ziemiach margrabiego Ekkehardta. Na wszelki jednak wypadek ominęli samą Miśnię, nie będąc do końca pewnym zachowania grafa. Przed ludźmi się jednakowoż nie kryli i jechali uczęszczanymi szlakami, a dla wygody zatrzymywali się nawet w przydrożnych karczmach na noclegi, nie obawiając się już specjalnie pościgu. Kraj to był zresztą spokojny, gdyż żelazna ręka margrabiego nie wpuszczała najezdników i – mimo toczącej się wokół pożogi wojennej – Miśnia pozostawała oazą spokoju. Inaczej było już na terenie Turyngii. Tutaj niejednokrotnie jedynie groźny wygląd najemnika i potężny miecz u jego pasa chronił ich przed napastnikami. Na szczęście do celu ich podróży było już całkiem niedaleko. Jakoż w tydzień od opuszczenia zamku w Wartburgu dojechali wreszcie pod zębate blanki Kwedlinburgu. Miasto i zamek pamiętały jeszcze dobrze czasy Ottonów. Widać było też ślady świeżych napraw, które zarządził zapobiegliwy książę Henryk Lew, zdając sobie sprawę z tego, że gród jest prawdziwym kluczem do saskiego księstwa. I Jan, który okiem fachowca obejrzał mury zamku, musiał przyznać, że jeśli tylko obrońcom serca nie zbraknie to czarne pułki Przemysła wyszczerbią sobie o nie zęby. Adelajda, która doskonale znała Kwedlinburg, służyła za przewodnika. Bez większych problemów przekroczyli bramę zamku, chociaż jasnooki szyldwach obrzucił ich nieufnym spojrzeniem, lecz władczy wzrok Adelajdy otworzył w jego umyśle klapkę pamięci. Z uniżonym ukłonem wskazał im drogę do miejscowego grododzierżcy. Ale to nie jego szukali wędrowcy. Żiżka zamierzał trafić do miejscowej komandorii templariuszy, licząc na to, że będą oni najpewniejszą ochroną dla uwielbianej księżnej. Lepiej było też utrzymać jej pobyt w Kwedlinburgu w jak największej tajemnicy. Zemsta okrutnego Przemysła potrafiła mieć bardzo długie ręce. Do kwedlinburskiej siedziby Zakonu Świątyni trafili już z niejakim trudem. Dopiero krościaty wyrostek, któremu Jan przyobiecał groszaka, wskazał im przysadzistą kamienicę otoczoną dodatkowym murem. Była to swoista twierdza w twierdzy, co raczej nie zdziwiło rycerza. Mocne stukanie kołatką wywołało brodatego knechta, który – widząc twarz Adelajdy – natychmiast otworzył wrota i kłaniając się po ziemię, rzekł: - Witamy was, dostojna pani! – ponownie się skłonił uroczyście. – Zaraz powiadomię mistrza Anzelma. Knecht odwrócił się i prawie biegiem odszedł długim korytarzem. - Znają was tu, pani! – z nieukrywanym zdziwieniem stwierdził rycerz. – Byliście już tutaj? - Nie, Janie! – płowowłosa głowa poruszyła się przecząco. – Ten knecht towarzyszył mi po prostu kiedyś w podróży! Pamiętajcie rycerzu, że zarówno mojego ojca jak i męża łączyły z templariuszami bardzo żywe więzy. - To dobrze dla nas, wielmożna pani! – uśmiechnął się tajemniczo Żiżka. – Mam nadzieję, że pod ich czujnym okiem nic złego się waszej książęcej mości stać nie może. - Nie macie chyba zamiaru mnie opuścić, mój rycerzu? – z jakimś przestrachem w głosie zapytała Adelajda. Na swoje szczęście nie zdołał jej odpowiedzieć, bo knecht w międzyczasie wrócił i poprowadził ich do przełożonego. Mistrz Anzelm był człowiekiem niezwykle starym. Nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych