Piłeczka kauczukowa
Opowiadanie napisane w bardzo "dostojewskim" stylu, z pogranicza jawy i snu, przedstawiające historię kilkunastolatka, który uratował życie chłopakowi dziewczyny, w której jest zakochany i tego, jaki wywarło to wpływ na jego życie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PIŁECZKA KAUCZUKOWA
Pociąg trasy Warszawa-Kraków z głośnym stukotem pędził przez zalane promieniami słońca pola i pastwiska. Dawno przejechał przez te najdziksze tereny polskiego krajobrazu, coraz częściej mijał już miasteczka usiane ceglanymi domami, nielicznymi słupami napięciowymi i starymi samochodami przemierzającymi wąskie uliczki. Torów po bokach było powoli coraz więcej, znamionując zbliżanie się do jakiejś dużej stacji. Szyby w oknach pociągu lśniły w odbitym słońcu, które tamtego dnia było niezwykle silne. Na czystym, błękitnym niebie trudno było dostrzec choćby najmniejszą chmurkę. Wiał przyjemny, letni wiatr, kołysząc liśćmi na drzewach i wprawiając je w miły dla uszu szelest, zakłócany przez donośny szum przejeżdżającego nieopodal pociągu. Jaskrawe kolory starych, zniszczonych wagonów kłóciły się z panującą wszędzie zielenią drzew i pól. Co jakiś czas dzieci z położonych przy torach miasteczek, ujrzawszy mknący pociąg, biegły za nim szaleńczo, czasem też jechały na rowerkach, i machały swoimi malutkimi rączkami w kierunku błyskawicznie niknących w oddali okien. Tamtego dnia, wewnątrz pociągu było dość pusto, najwyżej po dwie, trzy osoby na przedział. Niewielu ludzi snuło się po korytarzach, co miało tę zaletę, że przeciśnięcie się do wagonu restauracyjnego nie sprawiało dużych trudności. Wszędzie panowała atmosfera słodkiego, letniego rozleniwienia, relaksu i zapomnienia o kłopotach. Większość pasażerów ułożyła się w swoich przedziałach do snu, podkładając sobie puchowe poduszki pod głowę. W jednym z wagonów drugiej klasy, tuż przy oknie, siedziały jednak dwie, całkowicie świadome swojego istnienia, osoby. Jedną z nich była drobna, koścista siostra zakonna, mniej niż średniego wzrostu, o pomarszczonej, poznaczonej troskami twarzy, przenikliwych błękitnych oczach i jakby nieśmiało siedząca w fotelu. Była ubrana w czarny, nasunięty na głowę habit.. Ukryte za grubymi szkłami okularów oczy, raz po raz przebiegały wzrokiem po wyblakłych stronicach książki, którą trzymała otwartą w swoich rękach nad kolanami. Postronny obserwator pewnie by uznał, że jest lekko zmęczona - wskazywała na to jej przygarbiona poza i ciężki oddech - jednak jej twarz była całkowicie pogrążona w skupieniu, w lekturze i nie dałoby się po niej samej rozpoznać, w jakiej kondycji fizycznej czy psychicznej znajduje się jej posiadaczka. Na oko miała ponad sześćdziesiąt lat, zmarszczki pod oczami, na policzkach i dookoła nosa silnie pokryły już jej oblicze, zapewne niegdyś należące do pięknej kobiety, niezwykle dobrotliwe i ciepłe, jednak ktoś, kto by w nie spojrzał od pierwszej chwili nabrałby intuicyjnej pewności, że potrafiło ono błyskawicznie przybrać całkowicie odmienny, agresywny i przenikliwy wyraz, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. W fotelu dokładnie naprzeciwko niej siedział młody, czarnowłosy mężczyzna, nie więcej niż dwudziestotrzyletni. Długie włosy, niemal o barwie smoły, opadające mu prawie do ramion, miał porozrzucane w nieładzie. Ubrany był w błękitny podkoszulek z narzuconą na niego rozpiętą czarną koszulą, a także ciemne, granatowe dżinsy i czarne adidasy. Sylwetkę miał dość chudą, prawie wątłą, wzrostu był więcej niż średniego. Stopy trzymał teraz swobodnie wyciągnięte przed sobą, niemal dotykając stóp siostry zakonnej, plecy zgarbione a kark swobodnie oparł o zagłówek fotela. Owalna twarz, z głęboko osadzonymi, również niebieskimi, oczami, niskim podbródkiem i bladymi, pomarszczonymi ustami była niezwykle przystojna, wzbudzała jakąś sympatię i życzliwość niemniej podobnie jak w przypadku kobiety naprzeciwko, rysy tego oblicza wskazywały na jego niezwykłą wręcz zdolność przybierania morderczej formy w razie konieczności. W tym momencie jednak nie wyrażało ono absolutnie żadnych uczuć poza obojętnością i wyczekiwaniem - błękitne oczy naznaczone lekko zmarszczonymi brwiami wpatrywały się bezmyślnie przez okno pociągu, w migające za szybą zielone smugi mijanych drzew i szarawe skupiska miasteczek. W dłoniach młodzieniec obracał różowawą, jasnofioletową piłeczkę kauczukową, którą nieustannie podrzucał w górę lub przerzucał między dłońmi. Oboje siedzieli już tak od ponad dwóch i pół godziny, bez słowa, prawie się nie poruszając. Młodzieniec nieustannie obracał między palcami piłeczką, a odblask odbijanych w niej promieni słonecznych tworzył świetliste wzorki na szybie okiennej. Po kilku kolejnych minutach pasażerowie odczuli, że pociąg zaczął zwalniać. W pewnej chwili w przedziale rozległa się prymitywnie brzmiąca, elektroniczna muzyczka dzwonka polifonicznego. Siostra zakonna na moment podniosła głowę zdziwiona, ale młodzieniec tylko sięgnął do kieszeni spodni i wyjął jakiś stary model Nokii, z którego rozlegał się dźwięk. Mężczyzna odebrał telefon, a kobieta wróciła do lektury książki. - Tak? - zapytał cichym głosem. - Gdzie jesteś? - w słuchawce rozległ się nerwowy, roztrzęsiony szept, niewątpliwie należący do mężczyzny. - W pociągu, zaraz będę na miejscu. A ty? - W domu - odparł rozmówca. - Ale właśnie wychodzę. Będę na ciebie czekał na Rynku, rozumiesz? Na Rynku... - Ale po co? - zapytał młodzieniec. - Nie możemy o tym porozmawiać u ciebie w domu...? - Nie. Rynek. Spotkamy się na Rynku. Będę po stronie Ratusza. Bądź jak najszybciej. I zanim zdążył odpowiedzieć, w słuchawce rozległ się długi, monotonny sygnał. Chłopak westchnął i przerwał połączenie. Podrzucił w dłoni piłeczkę, potarł dłonią czoło i wpatrzył się w szybę zmarszczywszy brwi, jakby usilnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili najwyraźniej podjął jakąś decyzję, bo wklepał na klawiaturze telefonu komórkowego komendę i przystawił aparat do ucha. - Halo? - rozległ się w słuchawce głos. - Cześć. Marcin wychodzi z domu. Idzie do Rynku. - Po co? - Powiedział, że chce tam na mnie poczekać. Ale wiesz jak to z nim jest. Boję się, że może zrobić coś głupiego. - A niech to szlag... - Karol, proszę cię, idź tam za nim. Obserwuj go, upewnij się, że jest bezpieczny. Będę na miejscu za jakieś pół godziny, do tego czasu chciałbym, żeby on był pod twoją kontrolą, dobrze? - Ech... Cholera jasna, no dobrze, skoro nie ma wyjścia... - Weź kogoś ze sobą, jeśli chcesz. Ankę, Karolinę, Krzyśka, nieważne. Im więcej osób będzie go miało na oku tym lepiej. Tylko zrób to tak, żeby was nie zauważył, dobrze? Nie chcę, żeby poczuł się osaczony... - Spoko, dopilnuję tego. Zaraz ich tutaj zbiorę. Pół godziny, tak? - Tak. Widzimy się na Rynku, mówił że będzie po stronie Ratusza. Trzymaj się. - Na razie. Mężczyzna schował telefon do kieszeni i przez następne kilka minut znów bezmyślnie podrzucał w rękach piłeczkę. Tymczasem pociąg jechał coraz wolniej. W głośnikach w przedziałach i na korytarzach rozległ się głos konduktora oznajmiający o zbliżaniu się do stacji kolejowej w Krakowie. Pasażerowie zaczynali powoli wychodzić ze swoich przedziałów, zdejmując torby i plecaki z półek i powoli kierując się ku wyjściom. Siostra zakonna i młodzieniec również zaczęli się zbierać. Kobieta zamknęła książkę, schowała ją do swojej torebki i zaczęła zdejmować drugą, o wiele większą, z półki nad sobą. Chłopak naprzeciwko zdjął jedynie niewielki, czarny plecak a piłeczkę schował do kieszeni. Już miał się kierować ku wyjściu, gdy nagle wyraz jego twarzy się zmienił. Spojrzał na krzątającą się przy nim siostrę zakonną, jakby przyszedł mu do głowy jakiś pomysł i jakby walczył sam ze sobą zastanawiając się, czy go zrealizować czy nie. Zatrzymał się w przedziale w pół kroku, nie wiedząc do końca co zrobić. Stukot pociągu był coraz spokojniejszy i powolniejszy. Za szybą można już było dojrzeć zarysy dworca kolejowego Kraków-Balice. Tłum na korytarzu zwiększał się z każdą chwilą, a jednak chłopiec wciąż stał i gorączkowo nad czymś myślał. W końcu za szybą pokazały się kolumny i ławki dworca, a pociąg zatrzymał się całkowicie. Z korytarza dobiegł odgłos otwieranych drzwi i tłum zaczął powoli przesuwać się ku wyjściu. Wiedząc, że ma już ostatnią szansę, młodzieniec udał, że zmierza ku drzwiom przedziału, po czym jakby z oporem odwrócił się do stojącej za nim zakonnicy i zapytał cichym, ciepłym głosem: - Proszę siostry, bardzo przepraszam, ale czy mógłbym o coś siostrę prosić? W pierwszej chwili kobieta spojrzała na niego podejrzliwie, ale ujrzawszy jego oblicze, niemal natychmiast się rozpogodziła, a jej pomarszczona twarz przybrała przyjazny wyraz. - Ależ oczywiście, kochanie - odparła zaskakująco młodym i ożywczym głosem. - Czy... czy mogłaby siostra... głupio mi o to prosić, tak tylko pomyślałem... - zaczął urywanym głosem, uśmiechając się sympatycznie i niezręcznie, najwyraźniej jąkając się z powodu swojej nieśmiałości, jednak uważny obserwator zobaczyłby, że ta nieśmiałość tylko po części jest prawdziwa, a po części udawana. - Czy mogłaby siostra pomodlić się za kogoś? Kobieta spojrzała na niego zaskoczonym wzrokiem, zamrugała nerwowo, jednak zanim zdążyła odpowiedzieć, chłopiec powiedział: - To bardzo dobry człowiek, prawie bez skazy i bardzo... bardzo cierpiący. I potrzebuje teraz bardzo pomocy, z każdej możliwej strony. Przepraszam bardzo, siostro, że zwracam się do siostry z taką prośbą - dodał - ale... tak sobie pomyślałem... że ucieszyłby się, gdyby wiedział, że ktoś inny na świecie jeszcze o nim myśli. - Ależ oczywiście... - wykrztusiła zaskoczona siostra, wciąż wpatrując się zdziwionym wzrokiem w rozmówcę. - Oczywiście, nie ma problemu... A jak on się nazywa? - zapytała z uśmiechem. - Marcin, proszę siostro. Za Marcina, za grzesznego Marcina. Tyle wystarczy. - Oczywiście... tylko gdybym wiedziała... co mu dolega? - On... jest po prostu bardzo samotny. I bardzo brakuje mu ciepła drugiego człowieka. - A czy wierzy? - Nie... kiedyś wierzył... ale niestety teraz już nie - odparł nieśmiało mężczyzna, jakby bojąc się reakcji kobiety na tę informację. - A czy to w czymś przeszkadza? - Rozumiem, rozumiem... Nie, nie sądzę, żeby to w czymś przeszkadzało - wyrzekła po cichu siostra. Najwyraźniej chciała coś jeszcze dodać, ale spojrzała w kierunku korytarza za przedziałem i ujrzawszy, że pasażerowie już opuszczają pociąg, zrezygnowała z kontynuowania rozmowy. - Będę o tym pamiętać, kochanie - rzekła jeszcze, ponownie promiennie się uśmiechając. Młodzieniec odwzajemnił uśmiech. - Dziękuję, proszę siostry. Naprawdę, bardzo... bardzo dziękuję. Skłonił nisko głowę, uśmiechnął się raz jeszcze, po czym wyszedł z przedziału, kierując się wraz z tłumem ku wyjściu z pociągu. Chwilę później siostra próbowała go dojrzeć wśród ludzi na peronie, ale nigdzie nie mogła go już zobaczyć.
* * *
Drobna postać zmierzającego w stronę Rynku Daniela S. momentami tonęła w falach przechodniów zmierzających w jedną bądź drugą stronę. Dzień był słoneczny, pogodny, a popołudniowe godziny wlekły się w ślimaczym, wakacyjnym tempie toteż teraz właśnie można było się tu natknąć na wyjątkowo dużą ilość zwiedzających i turystów, czy to z Polski czy z innych krajów. Do uszu Daniela niemal nieustannie dochodziły słowa wypowiadane w obcych językach, przez ludzi odmiennych kolorów skóry i o dziwnych akcentach. Ciągle też mijał stojących po bokach ulicy żebraków, klaunów, błaznów, grajków wygrywających jakieś skoczne melodie czy rysowników rysujących karykatury. Wszystkich łączyło jedno: przed każdym z nich, na ziemi leżała puszka, pojemnik czy też jakikolwiek inny przedmiot zdolny zmieścić w sobie bardzo wiele złotych czy srebrnych monet. Wszystko to jednak przepływało przez umysł Daniela nie pozostawiając w nim żadnego śladu, rejestrował doznane zjawiska, po czym spychał je na tył głowy i wracał do swoich spraw. Szedł jak zwykle niezwykle żwawym krokiem, jakby się gdzieś spieszył, mimo, że bardzo wiele razy było to całkowicie zbyteczne. Chwilami jego podróż na Rynek przypominała tor z przeszkodami - mijał i przemykał pomiędzy zwiedzającymi turystami, małżeństwami, rodzinami z dziećmi, sznurami wycieczek szkolnych czy rzędami śmiejących się do siebie przyjaciół. Widząc już przed sobą Kościół Mariacki, przyspieszył jeszcze kroku, jednak nagle jego wzrok przyciągnęła zmierzająca w przeciwną stronę grupa ludzi. Było to właśnie jedno z tych wielodzietnych małżeństw, które zapewne postanowiło udać się całą rodziną do dawnej stolicy Polski i pozwiedzać zabytki, przy okazji dokształcając również swoje dzieci. Oboje nie mieli jeszcze czterdziestu lat, byli weseli i uśmiechnięci, jednak wzrok Daniela przyciągnęły ich latorośle - dwójka małych chłopców, po pięć czy może sześć lat, goniąca się po ulicy w tę i z powrotem, starająca się nie oddalić od rodziców na jakąś niebezpieczną odległość. - Pocekaj! - krzyczał jeden z chłopczyków, ganiając naokoło uśmiechniętej pary swojego brata - Pocekaj! Ubrany był w krótkie, dżinsowe spodenki i żółtą koszulkę w kratki, a jego gładko ostrzyżone blond włosy lśniły w czystym słońcu. Na nosie miał okulary, które przez ciągłe zakręty w biegu ledwo już trzymały się na swoim miejscu. Jego braciszek miał nieco bardziej podłużną twarz od niego, ciemniejsze włosy i nie nosił okularów, jednak poza tym nie widać było między nimi żadnej różnicy. Obaj wciąż ganiali się naokoło rodziców, nieraz i wpadając na przechodniów, ale zupełnie się tym nie przejmując, kontynuowali zabawę. - No! - krzyczał goniony. - Zlap mnie, zlap! Obaj mieli niezwykle cienkie głosiki. Słysząc je i patrząc na nich, S. uśmiechnął się łagodnie pod nosem. Na chwilę wyrwał się ze swoich rozmyślań i przystanął, obserwując dziecięcą zabawę, z wyrazem jakiegoś szczęścia na twarzy. Po chwili, gdy cała rodzina zniknęła w tłumie, odwrócił się i tak samo żwawym krokiem jak przedtem, pospieszył w stronę Rynku.
* * *
Podobnie jak ulice naokoło, również i Rynek tamtego dnia był wyjątkowo zatłoczony. Daniel szybko minął Mariacki i przeszedł na drugą stronę Sukiennic, rozglądając się i wypatrując kogoś spojrzeniem. Nagle usłyszał dzwonek telefonu komórkowego. - Gdzie jesteś? - usłyszał głos w słuchawce. - Na Rynku, a ty? - Stoimy pod Ratuszem. - Zaraz tam będę. Kilka minut później S. spotkał się z trzema osobami: była to trójka młodych ludzi, mniej więcej w jego wieku. Pierwszy z nich, Karol K., był wysokiego wzrostu i masywnej budowy ciała, z długimi jasnymi włosami opadającymi mu na ramiona. Na widok Daniela nie uśmiechnął się jednak, jego pryszczata twarz jedynie stężała i przybrała ponury wyraz. Dwie pozostałe osoby, Ania M. i Karolina L., były to niskie brunetki o wesołym spojrzeniu, rozmawiające o czymś kilka kroków dalej. Zobaczywszy S. również jednak zaniechały tej czynności i zwróciły się ku niemu. - Gdzie on jest? - zapytał Daniel, nawet nie witając się z nimi, ukrywając się w cieniu budynku Ratusza przed upalnym słońcem. - Tam, siedzi pod ścianą - odparł Karol, wskazując ruchem głowy Sukiennice. - Siedzi na ziemi, nie poruszył się od czasu jak tu jest. - Czyli od kiedy? - Jakieś piętnaście minut. Daniel spojrzał w stronę, którą pokazał mu Karol i pośród nóg spacerujących ludzi rzeczywiście udało mu się dojrzeć drobną, skuloną na ziemi postać, opierającą się o mury Sukiennic. Stał chwilę nieruchomo, z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jakby się nad czymś zastanawiał. - Widział was? - Chyba nie. - Będę miał do was prośbę - zwrócił się po chwili do przyjaciół rzeczowym tonem. - Karol, idź do jego domu i przyprowadź tu jego rodziców, teraz, w tej chwili. Aniu, wróć do siebie do domu albo zadzwoń do swoich rodziców i zapytaj się ich czy moglibyście ugościć u siebie jedną dodatkową osobę na tę noc. Kara, idź do jakiegoś sklepu spożywczego, kup butelkę wody mineralnej i wróć tutaj. Moglibyście to zrobić? Jeśli którekolwiek z nich uznało polecenia Daniela za dziwne czy bezsensowne, to żadne nie dało tego po sobie poznać. Kiwnęli tylko głowami i rozeszli się. S. tymczasem zwrócił się w kierunku Sukiennic, westchnął głęboko i ruszył przed siebie.
* * *
O zabytkowy budynek opierała się jakaś mizerna postać. Był to chyba najdrobniejszy, najchudszy i najniechlujniej ubrany człowiek jakiego Daniel widział w ciągu ostatnich miesięcy. Był młodszy od niego, miał nie więcej niż siedemnaście, może osiemnaście lat. Jego owalna twarz, z głęboko osadzonymi, mądrze wyglądającymi oczami, mogłaby się wydać poczciwa, gdyby nie straszliwy stan, w jakim się teraz znajdowała - była straszliwie zapadła, ze szpecącymi ją, groteskowo wystającymi kośćmi policzkowymi, chorobliwie blada, z wypiekami, na skutek długotrwałego braku jedzenia i picia. Bezwładnie zwisające z nosa, jakby miały zaraz upaść na ziemię, grube szkła okularów wydawały się uniemożliwiać ich posiadaczowi jakąkolwiek, choćby najlichszą widoczność. Sylwetka ciała przypominała więźnia, który dopiero co wyszedł z obozu koncentracyjnego - ręce były nienaturalnie długie, nogi wyglądały jakby nie były w stanie utrzymać nawet piórka, o ciele żywego człowieka nie wspominając, co razem z ich długością tworzyło komiczny efekt. Chłopiec ubrany był w czarne, brudne od jakichś tłuszczy dżinsy i w kremowy sweter z kołnierzem w kratkę, wsunięty w spodnie. Siedział skulony na bruku, z nogami ugiętymi w kolanach, i oplecionymi wokół nich rękami. Twarz miał ukrytą w cieniu, opartą o podciągnięte uda, także niemal wydawało się, że śpi, jednak Daniel miał wrażenie, że od czasu do czasu jakby się budził i szybko, z niepokojem i gwałtownością rozglądał się naokoło, jakby wypatrując czegoś lub kogoś. W tych krótkich chwilach można było zobaczyć jego wyraz twarzy - oblicze miał silnie zaognione, podniecone jakąś emocją czy też skrajnie niespokojne. Usta otwarte, oczy jakoś zbyt szeroko rozchylone i z trudem łapiące powietrze. Po chwili wracał do poprzedniej pozycji choć zauważyć można było dziwną rzecz - przez cały czas lekko drżał pomimo, że ani nie płakał ani też na dworze nie było zimno. Daniel podszedł do niego i usiadł tuż przed nim na bruku ze skrzyżowanymi nogami. - Cześć - powiedział. - Wiesz - odparł chłopak, jakimś dziwnym, drżącym, świszcząco-grubym głosem, jak gdyby z trudem powstrzymującym się przed wybuchnięciem wrzaskiem, a jednocześnie na tyle cichym, że S. musiał wytężyć słuch, aby wyłowić słowa spośród tupotu nóg i szmeru głosów ludzkich za nimi - w życiu każdego człowieka bywają takie chwile kiedy chce się zabić, bo czuje, że po prostu nie ma innego wyjścia na pozbycie się bólu i kiedy jest tak samoświadomy swojego stanu, że mimo, że dobrze wie, że nikt nie zrozumie go ani nie poczuje tego co on chociaż w połowie, i że sam musi sobie z tym poradzić to i tak dzwoni do osoby oddalonej o trzysta kilometrów od niego, mając nadzieję na jakiś cud i na to, że może ból przejdzie. Taki ktoś mówi sobie "przecież to nie jego sprawa, przeszkodzę mu, przerwę coś, zatruję mu życie, przecież tak nie można...", ale w końcu i tak to robi, bo jest egoistą. Jak każdy zresztą. I wiesz - dodał po kilkusekundowej przerwie, trochę głośniejszym tonem - taki człowiek zaznał już tyle smutku w życiu, że oswoił się z nim, w jakiś sposób nawet zaprzyjaźnił i dobrze wie, że smutek przychodzi i odchodzi, przybywa i oddala się, niczym przypływ i odpływ morza, w rytm ludzkiego serca, jak piaski na Saharze, jak rafa koralowa (co ma z tym wspólnego piasek i rafa? - dodał po cichu.). I wie, że ten smutek jest tak strasznie chwiejny i niestabilny, że jakieś jedno czyjeś słowo albo czyjś gest może ten smutek z jego psychiki przepędzić i taki człowiek może być znów szczęśliwy, ale mimo to tkwi w tym dalej, uparcie, opornie, jakby znajdywał w tym jakąś przyjemność. Jednym słowem ja... ja... - próbował coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu nie znalazł odpowiednich słów i zamilkł. - Też się cieszę, że cię widzę, Marcin - odparł S., uśmiechając się pierwszy raz tego dnia. - Długo przygotowywałeś tę mowę? Wyciągnął z kieszeni różową piłeczkę kauczukową i zaczął ją przerzucać między dłońmi, odbijając od ziemi. Przez cały czas swojej wypowiedzi Marcin trzymał głowę między swoimi kolanami, patrząc martwym wzrokiem na ziemię, jakby bojąc się, że gdy spojrzy na S. to zabraknie mu odwagi, śmiałości czy może jeszcze czegoś innego i nic więcej z siebie nie wydusi. - Dzięki, że przyjechałeś - powiedział po chwili. - Nie ma sprawy. Obaj zamilkli i można było jedynie usłyszeć uliczny gwar Krakowa oraz odgłos odbijanej od betonu piłeczki. - Czemu od piętnastu minut siedzisz na środku krakowskiego rynku jak bezdomny, w brudnym ubraniu, a skulony i trzęsący się jakby był mróz? - zapytał po chwili S., z pozoru od niechcenia, wpatrzony w przerzucaną między swoimi dłońmi piłeczkę. Marcin z początku nie odpowiedział, ale nie dlatego, że nie chciał, gdyż widać było, że próbował sklecić jakieś zdanie, jednak żaden dźwięk nie mógł się wydobyć z jego ust. - Chyba... - Tylko nie mów, że ci to pomaga - przerwał mu S. - bo nie uwierzę. - Nie... - Uratowałeś życie człowiekowi. To nie jest powód do smutku. W tym momencie S. oderwał wzrok od kauczuku i spojrzał wprost w jego oczy. Jakby tylko na to czekając, Marcin również podniósł głowę zza kolan i ich spojrzenia się połączyły. Dopiero teraz Daniel zobaczył jego krótko ostrzyżone, jasne włosy zdobiące usiane krostami i bliznami blade oblicze. Wzrok chłopca przypominał spojrzenie szaleńca, niby skomlącego psa, ale wtedy nagle ujrzał w nim cień jakowegoś gniewu czy też nienawiści, a całe jego ciało zadrżało. - Kiedy patrzysz w otchłań, ona również patrzy na ciebie, co? - powiedział S. cicho, nieledwie smutno. Moment minął, szaleństwo z twarzy Marcina zniknęło. - Nie jestem otchłanią... - Nie? A bo z tego co pamiętam sam kiedyś o sobie tak powiedziałeś, prawda? - Jakie to dziwne - Marcin podniósł wzrok i tym razem już bez oporów mógł mówić patrząc na S. - że kiedy w myślach opracowuje się rozmowę z drugim człowiekiem to zupełnie inaczej ona wychodzi niż naprawdę... - Na tym właśnie polega różnica. Niestety nie wszystko w realnym świecie jest takie jakie byśmy chcieli, żeby było w naszych myślach. - Myślę zawsze nad tym co powiem, wyobrażam sobie twoją odpowiedź, potem przewiduję jaka będzie moja odpowiedź... - Tylko jakoś nigdy nie mówię tego co ty chcesz i wtedy kiedy chcesz, prawda? - odparł S. z uśmiechem - Nigdy się to nie zgadza... - Naprawdę myślisz, że zdołasz mi pomóc samymi słowami? - przerwał mu nagle Marcin. - Co masz na myśli? - Sądzisz, że słowa, jęki wydobywające się z twojego gardła zdołają zmienić mój stan duchowy? Patrz, patrz, jakie to dziwne - chłopak nerwowo przełknął ślinę i zaczął dziwnie złączać i rozłączać palce swoich dłoni. - Problem, przed którym stanąłem tkwi we mnie, we mnie samym, tutaj chodzi o moje wnętrze i mój umysł, sam o tym dobrze wiem. A ty przyjechałeś tu po to, żeby mi pomóc, żeby mnie pocieszyć używając słów... Patrz: mi jest źle na skutek reakcji fizjologicznych zachodzących w moim mózgu, moja dusza cierpi... A ty chcesz to zmienić słowami, a więc czymś tak bardzo innym, odmiennym, dalekim od duszy i mojego wnętrza... Jak to możliwe, że coś tak przyziemnego jak odgłosy pochodzące z naszych gardeł są w stanie oddziałać na tak daleko wyżej stojące od nich rzeczy jak nasze stany duchowe, emocje? - zaśmiał się nerwowo. - Widzisz to, S., widzisz? Ludzie aż do tego stopnia zdołali udoskonalić nasz język, zdołali stworzyć słowa, które tak mocno wbijają się w nasze wnętrze, że potrafią nas aż tak zmienić, tak zasmucić albo pocieszyć, rozgniewać czy uspokoić... A może to my po prostu tak głęboko weszliśmy w ten świat, że nasze mózgi skurczyły się, aby się przystosować do wymogów naszego prymitywnego języka i w ten sposób słowa i umysł tak bardzo się ze sobą złączyły, co, jak sądzisz, S...? - Marcin, spójrz na siebie - odparł Daniel, patrząc smutno na rozmówcę. - Zobacz, co się z tobą stało. Naprawdę chciałeś taki być...? - Ja zawsze taki byłem. - Bo lepiej być "otchłanią, która wszystko wie o wszystkich, a nikt o niej nic", co? - w głosie S. zabrzmiała irytacja. Marcin pochylił głowę i na jego ustach odmalował się jakby pogardliwy uśmiech. - Lubisz przytaczać cudze myśli. - Zwłaszcza jak są twoje. - Martwiłeś się czy sobie czegoś nie zrobię. - Dlaczego tak uważasz? - Widziałem Karola z resztą. - Ach, no tak - S. udał dramatyczny ton i uśmiechnął się lekko. - Przecież przed tobą nic się nie ukryje. - Martwiłeś się o mnie - powtórzył Marcin. - Po tym co ostatnio robiłeś to chyba normalne. To źle, że się martwiłem? - Nie... - Jeszcze jedna próba samobójcza chyba nie zrobiłaby ci dobrze. - Nie zrobiłbym tego teraz. - Po ostatnim razie jakoś ci mniej wierzę... - A szkoda, bo powinieneś. Chociaż ty tego nigdy nie przeżyłeś, więc skąd możesz wiedzieć... - Tylko nie zaczynaj znowu - odrzekł S. lekko podniesionym głosem. - Już to przerabialiśmy. - Byłeś kiedyś samotny? - Na miłość boską! - Daniel wstał z gniewem z ziemi, biorąc do ręki piłeczkę, i zaczął chodzić po Rynku szybkim krokiem, w tę i z powrotem, a Marcin wodził za nim obojętnym spojrzeniem. - Przestań się wreszcie użalać nad sobą! Życie żeś niewinnemu człowiekowi uratował, dlaczego tego nie widzisz?! Tak, wiem, wiem, on nie jest dla ciebie niewinny! - dodał, zobaczywszy nienawistną minę rozmówcy. - Ale nie masz prawa o nic go oskarżać, nie rozumiesz?! - Nie mów mi... co ja rozumiem a czego nie, chłopczyku... - odparł Marcin zmienionym głosem, jakby nienaturalnie spokojnym, cichym i monotonnym, usilnie przeciągającym sylaby. Oczy za połówkami okularów zeszkliły mu się, wzrok stał się nagle dziwnie odległy a cała postać jakby oklapła. Wyciągnął nogi przed siebie i opuścił głowę, wpatrując się w swoje kolana, jakby znowu bojąc się spojrzeć gdziekolwiek indziej, żeby nie stracić odwagi. Daniel zauważył, że przechodzący obok nich ludzie zaczęli się im ciekawie przyglądać. - Bo to ty nie rozumiesz tego, co przeżywam. Bo nie przeszedłeś choćby połowy rzeczy, których ja doznałem. Nigdy nie musiałeś z nimi walczyć. Ani pokonywać tych przeciwności, co ja. I dlatego nie wiesz jak to jest jak... - zakończył, choć widać było, że chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie był w stanie. Daniel mógł przysiąc, że zobaczył jak policzki lekko mu się zarumieniły. - Może i nie wiem, może nie przeżyłem dokładnie tego, co ty - odparł. - Ale wiem jedno. Musisz przestać się nad sobą użalać. - To w takim razie wymyśl mi coś lepszego, coś, co mi pomoże!!! - zupełnie niespodziewanie wrzasnął Marcin w odpowiedzi, zupełnie tak, jakby wyrzucał z siebie jakąś truciznę. S. zauważył, że cała jego sylwetka napięła się, dłonie zacisnął w pięści i zaczął szybciej oddychać. Już miał mu odpowiedzieć, gdy nagle jego wzrok przyciągnęła inna rzecz. Rozejrzał się, pozornie bezwiednie, żeby się przekonać jak duże zainteresowanie wywołała ich rozmowa, gdy na prawo od siebie, tuż przy grupce turystów robiących zdjęcia zobaczył jakieś dziecko. Stało w odległości dziesięciu, może piętnastu metrów od nich. Była to nie więcej niż sześcioletnia, śliczna czarnowłosa dziewczynka o lekko ciemnej karnacji. Daniel jeszcze nigdy nie widział tak pięknego dziecka: miała cudowną, okrągłą buzię, ani nie za grubą, ani nie nazbyt zapadłą, dokładnie taką, jaką powinno mieć dziecko w tym wieku. Włosy czarne, sięgające do ramion, nie dalej, ale tak czyste i lśniące, że odbijały się w nich promienie słońca. Usta czerwone i wydatne, nosek idealnie na środku, a oczy czarne niczym odmęty morza, jednak tak dobre i tak przepełnione radością, że po prostu nie można na nie było patrzeć obojętnie. Jej uszy zdobiły ledwo widoczne, złote kolczyki, ubrana była w zieloną bluzkę i sięgającą do kolan, zieloną spódniczkę. Stała teraz na chodniku, z nóżkami niemal złączonymi ze sobą i wpatrywała się prosto w skuloną na ziemi sylwetkę Marcina. Mimo, że jej oczy były radosne to wyraz twarzy był w tej chwili przepełniony takim smutkiem, takim współczuciem i taką litością jakiej S. nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić u człowieka, jakiej jeszcze nigdy u nikogo nie widział. Usta miała lekko rozwarte, jakby sama miała trudności z oddychaniem na skutek tego co widziała, jak gdyby próbowała przekazać cząstkę powietrza opierającemu się o Sukiennice chłopcu. Wytrzeszczyła oczy, lekko zmrużyła brwi, ale nie za bardzo, tak że wyglądało jakby miała się zaraz rozpłakać, wydawało się, że zaraz podbiegnie do Marcina i go obejmie, ale coś ją przed tym powstrzymywało. Nie zatrzymując na niej wzroku, S. spojrzał w drugą stronę i, zdziwiony, zmarszczył brwi. Stało tam bowiem drugie dziecko, ale tym razem chłopiec. Był o wiele niższy i grubszy niż stojąca naprzeciwko niego dziewczynka, choć mniej więcej w tym samym wieku. Miał nienaturalnie szerokie i mięsiste kończyny jak na swój wiek, brzuch pękaty, a twarz tak szkaradną, że w pierwszej chwili S. pomyślał, że patrzy na starca. Włosów nie zobaczył zupełnie, nos był spłaszczony, a usta wykrzywione w jakimś obrzydliwym, szyderczym uśmiechu, zupełnie niepasującym do dziecka w tym wieku i odsłaniającym na wpół bezzębną szczękę. Ubrany był w czarne, dżinsowe spodenki i białą koszulkę z krótkimi rękawami, ale nawet to ubranie leżało na nim jakoś niezgrabnie i nienaturalnie. On również wpatrywał się w Marcina, ale w tym spojrzeniu nie było ani krztyny ciepła. Oczy były pożądliwie wytrzeszczone, policzki jakoś obrzydliwie rumiane a cała postać nieustannie przestępowała w miejscu z nogi na nogę, jakby ze zniecierpliwienia, jakby się chciała rzucić na leżącą na ziemi ofiarę, ale natrafiała na jakąś zasłonę, niewidzialną barierę czy coś innego. Zdziwiony S. patrzył przez chwilę to na jedno, to na drugie. Przy żadnym z nich nie zobaczył rodzica, żadne też nie widziało czy też nie zwracało uwagi na ludzi przechadzających się po Rynku i, co S. zauważył z jeszcze większym zdziwieniem, nikt z przechodniów nie zwracał też uwagi na dzieci. Oboje stali w miejscach, wpatrując się jedynie w Marcina, i tylko na nim skupiając swoje spojrzenia. Nagle uświadomił sobie, że już idąc w tę stronę zobaczył tę parę, wtedy jednak nie zwrócił na nią większej uwagi. Marcin siedział ciężko oparty o mury Sukiennic, oddychając ciężko, jakby wyczerpany swoim krzykiem. S. podszedł do niego i ukucnął przed nim. - Jeśli ją kochasz, - powiedział cicho - jeśli ją naprawdę kochasz, to wiesz co musisz zrobić. Wiesz o tym. - Ale ona... - Wiem, kim ona dla ciebie jest i wiem, jaką rolę pełni w twoim życiu. Wiem, ile dla ciebie znaczy. Ale nie tędy droga. Ona ci nie pomoże w ułożeniu sobie życia, to nie należy do niej. Sam musisz to zrobić. - Ja nie umiem sam... - To cię nauczymy. Pomożemy ci. Ale nie zrzucaj tego na nią... - To jest straszne uczucie, S. - wyrzekł Marcin po chwili ciszy, nachylając głowę jeszcze bardziej, tak, że S. również musiał się nachylić, żeby go usłyszeć. - Straszne. Rozrywa na kawałki... - ... rodzi taką chamską bezradność, co? Cokolwiek nie zrobisz to i tak będzie źle... - Ręce ci się pocą... - ... trzęsiesz się... - ... nie możesz oddychać... - ... a ten nieznośny, duszący ból w piersi jest tak silny, że wydaje ci się, że cię wypali od środka, że cię wgniecie w ziemię i już nie wstaniesz, prawda? To uczucie... - S. zamilkł na chwilę, szukając odpowiedniego słowa. - ... jest jak śmierć, nie? - Nie - odparł Marcin. - To coś gorszego. To umieranie, ale nie śmierć. Wieczne. Umierasz i nie możesz umrzeć. Każdego dnia uchodzi z ciebie życie, ale nie umierasz całkowicie. Trwasz w tym. Codziennie... codziennie przez lata - dodał, a w tym ostatnim zwrocie zabrzmiało jakby coś w rodzaju wyrzutu. - Dlaczego pozwoliłeś się aż tak od niej uzależnić, co? - Nie miałem wyboru. - Słucham? - zapytał S. takim tonem jakby usłyszał jakąś głupotę. - Wyboru nie miałeś? A czyje to serce, czyja to dusza? - Jesteś żałosny! - krzyknął Marcin znienacka, zrywając się z ziemi i stając na nogach. - Naprawdę sądzisz, że nad tym można zapanować, że to jest zależne od mojej woli, że mi się tak podobało?! Nie wiesz przez co przeszedłem i nawet sobie nie wyobrażasz w jakim stopniu znajdowałem ukojenie od tych przeżyć, gdy z nią rozmawiałem, gdy byłem przy niej! To było jak lekarstwo na każdy ból, jak nowe życie... Więc mi nie mów! - wrzasnął, wskazując palcem w kierunku Daniela. - Nie mów, że to jest zależne ode mnie! - I wtedy nagle zaśmiał się krótko, nerwowo, jak szaleniec, a S. kątem oka zauważył, że to szkaradne dziecko na lewo od niego uśmiechnęło się jeszcze obrzydliwiej niż przedtem. - Dwa razy stawałem przed obliczem śmierci. I dwa razy mnie od niej odwiedziono. Byłem z nią bliżej niż ktokolwiek inny, poznałem to mrożące uczucie kiedy chcesz to wszystko skończyć, ale nie starcza ci odwagi... To ewolucja, to wszystko ewolucja. Darwin by mnie polubił, jak sądzisz, S.? Nie mogłem się zabić... instynkt samozachowawczy mi na to nie pozwolił... A może kocham ją też tylko dlatego, że chcę przetrwać, co? Jak myślisz? - I nagle roześmiał się, głośno, przeciągle, roześmiał się obłąkańczym śmiechem, który się poniósł po zatłoczonym Rynku. Zaniepokojeni przechodnie zaczęli oglądać za siebie, kilka osób przystanęło, żeby popatrzeć na dziwne zdarzenie. Marcin zatoczył się. - No, dalej S., ponoć jesteś taki inteligentny! Może kocham ją tylko dlatego, że ewolucja tak mi każe bo przy niej mam lepsze szanse przetrwania, co? Ale to byłby numer! Pięć lat zmarnowanego życia przez coś takiego! - Miłość nigdy nie jest marnotrawstwem... - MORDA! - Wrzasnął Marcin, a twarz wykrzywiła mu się nieludzko. Daniel wstał z ziemi. Był autentycznie przerażony. - Szedłem wtedy z nimi, jak pies na smyczy, jak śmieć i umierałem z każdym krokiem, wnętrzności mi się przewracały i miałem ochotę się na niego rzucić! Mordowali mnie, krok za krokiem mnie mordowali! A potem uratowałem życie temu robakowi! Temu cholernemu pasożytowi, tej larwie prowadzącej tak bezsensowną egzystencję! Zarżnąć go wtedy powinni, powinienem był im pozwolić, powinien był wtedy zdechnąć, w taki sam sposób w jaki żył...! - Marcin stanął przed S., znów wyciągnąwszy palec w jego kierunku, na rozstawionych, trzęsących się nogach, dysząc ciężko. - Uratowałeś życie człowiekowi! Dałeś mu najcenniejszy dar jaki może dać jeden człowiek drugiemu, dar życia! Jak możesz tak mówić! - Daniel też zaczął krzyczeć, zmrużył oczy jakby nie mógł patrzeć na swojego rozmówcę, jakby widok jego agonii sprawiał ból również i jemu. - Marcin, zdajesz sobie sprawę jak niewielu ludzi zrobiłoby to, co ty?! - krzyczał, gestykulując żywo, sam z ledwością panując nad emocjami. - Wiele szczęśliwych, normalnych osób nie zdobyłoby się na taki czyn, nie byłoby w stanie pokonać swoich słabości, a ty tego dokonałeś, ty, który pomimo cierpienia i upokorzenia, którego zaznałeś w swoim życiu potrafiłeś zachować serce czystym aż do teraz, potrafiłeś odepchnąć swój egoizm i życie ocalić człowiekowi, którego najbardziej na tym świecie nienawidzisz! - Ja... ja... ja mam czyste serce? - Marcin opuścił rękę i obniżył głos niemal do szeptu. Coraz więcej ludzi stawało dookoła nich i przypatrywało się tej scenie. - Ja... który nawet nie jestem się w stanie się jej wyrzec i sprawiam jej tym ból... ja mam mieć czyste serce? - zapytał, jakby sam siebie. - Tak czyste, jak tylko człowiek może mieć. Nie chodzi o to, że nie potrafisz się jej wyrzec. Chodzi o to, że nie potrafisz się przywiązać do innych. Że nie odpowiadasz jak cię pytają, że ich olewasz, że uważasz się za kogoś lepszego. Że jesteś otchłanią, wiedzącą o wszystkich każdą rzecz... podczas, gdy o tobie nikt nic nie wie. Rozumiesz? Chodzi o to - S. uniósł w górę zaciśniętą w pięść prawą rękę - że nie łapiesz piłeczki kauczukowej, gdy ktoś ją do ciebie rzuca. Delikatnym, płynnym ruchem rozwarł pięść i rzucił w kierunku Marcina fioletową piłeczkę. Okrągły kształt, jakby w zwolnionym tempie, odbił się od bruku krakowskiego rynku i powolnym łukiem, jakby leniwie, poszybował w kierunku chłopca. W jego oczach S. zobaczył najpierw bezgraniczne zdumienie, a potem, zupełnie niespodziewanie, strach, najprawdziwszy strach. Nieśmiało, bojaźliwie, jakby to była nie jego ręka, wyciągnął prawą dłoń lekko przed siebie i w ostatniej chwili, niezgrabnym ruchem, złapał piłeczkę tuż nad ziemią. Zastygł w tej pozycji i wpatrzył się w przedmiot, z otwartymi ustami, jakby pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Obrócił go delikatnie w dłoniach, uważnie oglądając, niczym jakiś eksponat w muzeum czy prezent na urodziny. - I chodzi o to - wyrzekł Daniel cicho - żebyś tę piłeczkę rzucał innym, jeśli cię o to poproszą. Nie zmieniając pozycji ani o milimetr i utkwiwszy wzrok w purpurowym przedmiocie, Marcin delikatnie poruszył do przodu samym tylko nadgarstkiem i wypuścił piłeczkę z dłoni. Ta ponownie odbiła się od ziemi i wylądowała w dłoni Daniela. - Właśnie tak - rzekł z uśmiechem, pochylając głowę do rozmówcy w geście uznania. Sam właściwie nie wiedząc dlaczego, spojrzał w prawo, w kierunku dziewczynki w zielonej sukience. Uśmiechała się. Jakby ten ostatni wysiłek wyczerpał jego siły, Marcin, z błyszczącym od potu czołem, oparł się ponownie o ścianę Sukiennic i osunął na ziemię, oddychając ciężko, ale już o wiele wolniej i spokojniej niż wcześniej. Ludzie stali dookoła, niektórzy szepcząc coś do siebie, inni nawet nie próbując zachować pozorów dyskrecji, jeszcze inni chichotali i śmiali się. Bitwa. Pole bitwy. Czarne kruki na niebie, tarcze i miecze dookoła. Ale nie ma ciał. Jałowa ziemia aż po horyzont, kruki, tarcze i miecze dookoła. Rycerz w okularach siedzący na ziemi, oparty o jakąś armatę, krwawiący z piersi, z wygiętym mieczem obok siebie. Roland. To Roland, ze wstydu wrócił na ziemię, żeby stoczyć bitwę raz jeszcze, bo takiej zniewagi znieść nie mógł, bo żal do ludzi nie pozwolił mu odejść. Pole bitwy. Kruki. Tarcze i miecze dookoła. Roland. Roland. Roland w okularach. Roland coś mówi. "Pozwólcie mi, pozwólcie nienawidzić, wróciłem bo wstydu znieść nie umiem. Pozwólcie... pozwólcie mi się wstydzić." Ale Roland nagle znika i zamiast niego pojawia się Werter. Rycerz w okularach siedzi na ziemi i krwawi z piersi. Werter. Werter w okularach. Też coś mówi. "Pozwólcie mi, pozwólcie zazdrościć. Pozwólcie, błagam, już dłużej walczyć nie mogę, swój miecz wygiąłem. Pozwólcie mi, bo ja nie jestem, nie jestem aniołem." Ale Werter też znika i zmienia się w Konrada. Konrad w okularach i blond włosach siedzi na ziemi. Konrad w okularach. Mówi. "Pozwólcie mi, pozwólcie świat ratować. Przepowiednia tak powiedziała.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil The One
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…