Wróć do katalogu

Płomyk na wietrze

"Nic nie może przecież wiecznie trwać.Co zesłał los trzeba będzie stracić. Nic nie może przecież wiecznie trwać.Za miłoć też przyjdzie kiedyś nam zapłacić" (Anna Jantar,Nic nie może wiecznie trwać)

Mgła, opublikowano , 49 min czytania, 3,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Płomyk na wietrze

Zrzuciła na trawę plecak i usiadła na przewróconym drzewie. Popatrzyła na drogę, choć nic jej nie obchodziło, czy przejeżdżają tędy samochody. Postanowiła poruszać się pieszo, mimo iż plecak wydawał się za ciężki na taką wędrówkę. Z każdym krokiem czuła większy ból i zmęczenie. Wzięła za dużo bagażu, ale wszystkie rzeczy wydawały się niezbędne: ubrania, puszki z szynką, zupki w proszku i litr sprajtu. Musiała mieć przy sobie jedzenie i picie, w razie, gdyby coś się stało. Poruszała się z mapą, ale mogła zabłądzić. Nigdy nie była dobra w kartografii. Coraz popularniejsze szkoły przetrwania napawały ją strachem, niechęcią, a nawet rozdrażniały. Biegała tylko do autobusu albo na lekcjach w-fu. Nienawidziła tego. Uważała, że bieganie dookoła stadionu jest bezsensu, o ile nie ma się szansy startu w olimpiadzie. Kiedyś podzieliła się tą mądrością z nauczycielką i za karę musiała robić trzy okrążenia więcej niż reszta klasy. Celowo biegła tak wolno, że w połowie nauczycielka kazała jej przestać. Musiała wracać do szkoły na resztę lekcji. Szkoła średnia – to była dopiero zabawa... Nikt nie robił tego, na co miał ochotę, ani uczniowie, ani nauczyciele. Czuła się jak w cyrku. Treserzy, klowni, żonglerzy, akrobaci, małpy i dyrektor, pan Wojski, który na tym zarabiał. Zostawiła to wszystko za sobą, nie oglądając się do tyłu. I było jej z tym dobrze. Aż do momentu, gdy jedna chwila zmieniła piękny sen w koszmar. Sięgnęła do kieszeni po paczkę cameli. Wyjęła papierosa i już miała go zapalić, ale przypomniała sobie, że rzuciła. Rozchyliła palce, by papieros spadł na trawę. Drogą, naprzeciwko której siedziała, jak torpeda przemknęło BMW. Nie potrzebowała ani papierosów, ani innych używek. Po tym, co się stało rozważała nawet rozstanie się z kawą. Tylko, że to nic nie zmieni... Nie pamiętała dlaczego zaczęła palić. Chyba kiedyś, na przerwie, ktoś zaproponował jej camela na zdenerwowanie i tak już zostało. Na widnokręgu pojawił się kolejny samochód – niebieski pegout. Gdy ją minął zwolnił i cofnął. Wysiadł z niego młody chłopak. Gęste, czarne włosy, opadały mu na uszy, a z brązowych oczu biła łagodność. - Cześć, podwieźć cię? – spytał, posyłając jej uśmiech. - Nie wiesz dokąd idę – odpowiedziała. - Faktycznie. Dokąd cię podwieźć? - A gdzie ty jedziesz? - Teraz do Słowików, a potem dalej na północ. Pasuje ci? - Słowiki to najbliższa miejscowość, tak? Jak tam daleko? - Siedem kilometrów. Pięć minut i jesteśmy. Przyglądała mu się uważnie, choć od razu wiedziała, że nie wsiądzie do pegouta. Choćby na jego miejscu stała staruszka, Patrycja odpowiedziałaby tak samo: - Nie, dziękuję. Oczy chłopaka posmutniały. Zrobił krok w jej kierunku, ale przed następnym się zawahał. - Rozumiem. Boisz się wsiadać do samochodu z obcym facetem. Tak w ogóle, to mam na imię Mirek. Mirek Konraciuk. Oprócz tego, że jestem strasznym gadułą i bałaganiarzem, mam same pozytywne cechy. Jestem miły, dowcipny, kulturalny, opiekuńczy, zawsze otwieram drzwi przed dziewczyną i odwożę ją do domu. Przy mnie niczego nie musisz się bać. A uczciwość to moje drugie imię. Patrzyła na niego, zastanawiając się, czy przerwać tę paplaninę, czy poczekać aż skończy i wtedy powiedzieć, by nie strzępił języka, gdyż i tak z nim nie pojedzie. - A pierwsze to z pewnością skromność – stwierdziła – Gdzie ona jest? - Kto? - Ta szczęściara, przed którą otwierasz drzwi i odwozisz do domu. Spuścił wzrok i schował ręce w kieszeni. - Odeszła. Patrycja skinęła głową, a jej ręka automatycznie sięgnęła po paczkę papierosów. - Tak czasami bywa – stwierdziła, zostawiając camele w kieszeni. Mirek spojrzał jej w oczy, siląc się na uśmiech. - Może... Teraz na pewno wyleguje się na plaży z innym. - W maju? To jakaś maniaczka opalania? - Nie bardziej niż inne. Patrycja przyciągnęła do siebie plecak i wyjęła butelkę sprajtu. Nie miała ochoty wdawać się w dyskusję, z poglądami Mirka względem kobiet. - Uraziłem cię? Nie miałem nic złego na myśli. - Tak, wiem. Rozmowa się rwała, ale Patrycja nie miała zamiaru silić się, by ją podtrzymywać. Mirek wspominając dziewczynę, która odeszła przypomniał jej o Arku. Nie chciała o nim myśleć; nie mogła. Na każde wspomnienie z nim związane, cień rzucał wypadek, który zakończył ich związek. Cóż, przede wszystkim zakończył życie Arka. - Więc jak? Pozwolisz się podwieźć? – spytał Mirek. - Nie. - Dlaczego? Boisz się mnie? Nie mogła wytrzymać jego spojrzenia. Bała się, że ma na twarzy wypisaną całą winę. - Wolę się przejść. To niedaleko. - Siedem kilometrów. - Lubię spacery. - Z takim ciężarem? – spytał wskazując głową plecak – Jesteś masochistką? Patrycja zastanawiała się nad tym, odkąd wyruszyła w tę podróż. Być może będzie musiała przejść kilkaset kilometrów, zanim odnajdzie grób Arka, przez cały czas rozmyślając o nim i analizując, po raz nie wiadomo który wypadek. Z pewnością było w tym coś z masochizmu. - Dam sobie radę. - Jak chcesz – stwierdził i wrócił do samochodu – To cześć. - Cześć. - Może zobaczymy się w Słowikach. Mam tam do załatwienia kilka spraw. - Więc do może zobaczenia – odpowiedziała. Mirek zapuścił silnik i odjechał. Patrycja została na pustkowiu sama ze swoimi myślami.

***

Po godzinie marszu zaczęła się zastanawiać, jaki ma sens ta cała wędrówka. Było dopiero po trzeciej, a ona opadała z sił. Zgodnie z planem miała dzisiaj przejść jeszcze przynajmniej trzydzieści kilometrów, robiąc jedynie krótkie postoje, na uzupełnienie zapasów, czy posiłek. Tylko, że skoro już teraz nie miała siły, to raczej mało prawdopodobne, by zdołała przejść aż tyle. Najchętniej resztę dnia i noc spędziłaby w Słowikach, odpoczywając. Długi postój może zregeneruje jej siły, ale nie zmniejszy bólu pleców. Plecak jest za ciężki na takie wędrówki i tyle. Nie miała pojęcia, co z niego wyjąć. Puszki z szynką? Napój? Zbyt ryzykowne, bo miała przed sobą noc w lesie. Może namiot... Spanie pod gołym niebem, gdy temperatura nie przekracza dziesięciu stopni Celsjusza, było głupie. Śpiwór może jej nie uchronić przed zapaleniem płuc... zaraz, a może wywalić śpiwór? Miała jeszcze karimatę... Na to też nie mogła się zdobyć. Głos rozsądku podpowiadał jej doskonałe wyjście: autostop. Gdyby pozwoliła Mirkowi się podwieźć, już dawno byłaby w Słowikach. Odrzucając jego propozycję, skazała się na morderczy marsz. Nie mogła jednak postąpić inaczej. Choć od wypadku minęły trzy tygodnie, ciągle nie była w stanie dojść do siebie. Bała się wsiąść do samochodu, nawet jeśli stał na podwórku. Próbowała. Tydzień po wypadku, jej brat Filip, przyjechał sprawdzić, jak się czuje. Rodzice chcieli, by wróciła do domu, ale ona uparła się, że zostanie w mieszkaniu, które wynajmowali z Arkiem. Każdy mebel, przedmiot, fragment tapety, przypominały jej o ukochanym. Mimo to, a może właśnie dlatego, nie potrafiła opuścić tego mieszkania. Uznała, że to byłaby zdrada. Filip próbował ją zachęcić, by wsiadła do jego samochodu. Schował kluczyki do kieszeni i obiecał, że nie uruchomi silnika. Zgodziła się, choć wątpiła, czy to dobry pomysł. Chciała się pozbyć irracjonalnego lęku, ale przede wszystkim bólu, natrętnych myśli i koszmarów, które budziły ją, po kilka razy każdej nocy. Chciała, by było jak dawniej, by wrócił spokój, ale ciągle czuła się podle. Całymi dniami leżała na łóżku, nie miała ochoty na jedzenie, ani spotykanie z ludźmi. Nic nie mogła na to poradzić. Gdy zobaczyła zielone punto Filipa, którym jeździła setki razy wcześniej, przeszyły ją dreszcze. Mimo to wzięła się w garść. Choć z każdym krokiem, bardziej uginały się pod nią nogi, wsiadła do samochodu. Wybrała tylne siedzenie, bo w czasie wypadku siedziała z przodu. To nic nie zmieniło. Wytrzymała trzy albo cztery sekundy. Serce od razu zaczęło bić szybciej i nie mogła złapać powietrza. Znów zobaczyła, jak jadą z Arkiem swoim starym fiatem uno, śmieją się, rozmawiają. W tle słyszała nawet piosenkę: “Bullet in the head” Rage against the machine. Wszystko pamiętała dokładnie, choć znajdowała się pod wpływem alkoholu. Podobnie jak Arek, który prowadził. Wracali z imprezy. Ich wspólny przyjaciel Franek urządził w pubie urodziny. Całe towarzystwo upiło się do nieprzytomności. Arek był trzeźwiejszy, dlatego prowadził. - Dwadzieścia jeden wiosen, ale ten Franek stary – stwierdził Arek kilka minut przed wypadkiem. Jej pamięć z tamtego wieczoru zawsze włączała się w tym momencie. - Hej, dobrze się czujesz? – pyta następnie Arek, odgarniając jej włosy z czoła. - Tak. Tylko chce mi się spać. - Zaraz będziemy w domu. Nie zaśnij, bo będę musiał cię nieść. Trzy piętra, nie wiem czy dam radę. Najwyżej zostawię cię u Józka pod jedynką. - Śmieszne. Tylko, że pod jedynką mieszka Grzewuska nie Józek. - Tym lepiej – stwierdził i oboje się roześmiali. Arek podkręcił głośniej magnetofon. - Było super. Franek zawsze urządza fajne imprezy, prawda? - Tak. - Obiecał, że pogada o mnie z szefem. Pokaże mu moje rysunki. Wygląda na to, że mam sporą szansę dostać tą pracę na weekendy. Chcą, by ktoś nadał temu lokalowi oryginalności. - To świetnie. - Robiłbym to, co kocham. - Kiedyś będziesz. Patrycji przez cały czas kręciło się w głowie. Nie zwracała uwagi na jezdnię. Jedynie blask mijanych, co pewien czas świateł, witryn sklepowych, bilbordów, czy domów przyciągał jej wzrok. W źrenicach odbijała się jej szeroka gama barw: zielony, pomarańczowy, niebieski, czerwony, żółty. - Mam nadzieję. To byłby dobry start... – uśmiechnął się i spojrzał na Patrycję. Nie patrzył na drogę sekundę, może dwie, ale to wystarczyło, by stracił poczucie kierunku. Patrycja także zbyt późno zorientowała się, że samochód skręca w lewo, tuż pod koła ciężarówki. Oślepiły ich światła mijania, Arek gwałtownie skręcił w prawo, ale było już za późno. Przynajmniej dla niego. Uderzyli w ciężarówkę. Nie czołowo, tylko lewym bokiem. Cała siła uderzenia trafiła więc w Arka. Patrycja usłyszała jego przeraźliwy krzyk, przynajmniej tak jej się wydawało. Potem samochód zaczął koziołkować i straciła przytomność. Zapięte pasy nie pomogły. Trafiła w ciężkim stanie do szpitala, a Arek zginął na miejscu. Gdyby sekundę przed zderzeniem, nie skręcił w prawo, oboje byliby martwi. Bez przerwy przeżywała ten koszmar na nowo. W nocy nie spała, a za dnia nie mogła myśleć o niczym innym. Postanowiła trzymać się z daleka od wszystkich pojazdów, więc była skazana na pieszą wędrówkę. Nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby nie ciężki plecak. Na sam, jego widok odechciewało jej się wszystkiego. Wreszcie dostrzegła białą tablicę z napisem „Słowiki”. Wizja postoju dodała jej nowych sił, więc przyśpieszyła. W krajobrazie nie zmieniło się wiele. Las ustąpił miejsca polom i pojedynczym domom, rozrzuconym niezwykle rzadko, nawet jak na wieś. Sklep mieścił się w płaskim budynku, nieco większym od pozostałych. Od ulicy oddzielał go żwirowy plac. Stał na nim niebieski pegeout. Mirek siedział na schodach, prowadzących do sklepu, oglądając mapę. Od razu zauważył Patrycję. - Hej, co za spotkanie. Myślałem już, że mnie okłamałaś i wcale się tu nie wybierasz. - Chyba powinnam – stwierdziła Patrycja. Zrzuciła plecak, zanim usiadła na schodach. - Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że mnie nie lubisz. - Nie znam cię. - Zawsze jesteś taka poważna? Wstała i chwyciła plecak. - Nie twoja sprawa. - Przepraszam... Chciałem tylko zaprosić cię na obiad. Niedaleko jest bar. Sklepikarz twierdzi, że mają tam wspaniałe żeberka. - Nie lubię żeberek. - To zamówimy coś innego. Jego oczy wypełniała nadzieja i radość. Patrycja ostatnio miała rzadki kontakt z tymi uczuciami. Ludzie z jej otoczenia pogrążyli się w smutku. Byli sfrustrowani swoim życiem, jeszcze na długo przed śmiercią Arka. Tak naprawdę mało kto się nią przejął. Takie jest życie. Pewnie spodziewali się tej tragedii. Nie jeden i nie dwa razy, Arek prowadził pod wpływem alkoholu. - Dobrze – stwierdziła, by choć na chwilę odpędzić wspomnienia. - Świetnie. Pozwolisz? – spytał, zarzucając na ramię plecak. Skinęła głową. Sama myśl, że ma dalej dźwigać ten ciężar, sprawiała jej ból.

***

Restauracja znajdowała się w drewnianym domu, ogrodzonym płotem. Furtka była otwarta więc weszli. Wybrukowana kamieniami ścieżka prowadziła do drzwi, na których znajdował się szyld: „Restauracja Kazimierza. Tutaj zjesz smacznie i tanio”. Mirek nacisnął dzwonek. Cały czas się uśmiechał. Ciężar plecaka nie robił na nim wrażenia. W drzwiach pojawiła się siwowłosa kobieta w pomarańczowym fartuchu. Zaprowadziła ich do sali, w której stało sześć nakrytych zielonym obrusem stolików. Byli jedynymi gośćmi. Kobieta, która przedstawiła się jako Róża, zapaliła stojącą na stole świeczkę i podała im karty. - Proszę się zastanowić. Za chwilę wrócę – stwierdziła i zniknęła za drzwiami. Mirek zaczął studiować kartę, tak uważnie jak wcześniej mapę. W sali panowała miła atmosfera. Drewniane ściany, liczne kwiaty i kominek dodawały temu miejscu ciepła. Przez duże okna wpadały promienie południowego słońca rozświetlając całe pomieszczenie. Gdyby restauracja znajdowała się w mieście, pewnie wszystkie stoliki byłyby rezerwowane, z kilku dniowym wyprzedzeniem. Ale to już nie byłoby to samo. Tłum ludzi oziębiłby to miejsce. - Wybrałaś? – spytał Mirek. - Jeszcze nie. Patrycja zajrzała do karty. Jak można się było spodziewać, serwowano tu przede wszystkim domowe jedzenie. Ceny rzeczywiście nie były wygórowane. Róża wróciła z notatnikiem. - Zdecydowaliście? - Ja poproszę frytki z kotletem schabowym i sałatę – odpowiedziała Patrycja. - Dla mnie specjalność zakładu, żeberka, o ile są tak dobre jak mówią. - Nawet lepsze – odpowiedziała Róża – A do picia? - Herbatę. - To wszystko? Mamy wspaniałe desery. - Nad deserem się jeszcze zastanowimy – powiedział Mirek. - Oczywiście. - Czy jest tu łazienka? – spytała Patrycja. - W korytarzu naprzeciwko wejścia – odpowiedziała kobieta i odeszła - Przepraszam na chwilę – powiedziała Patrycja, wstając. Zawahała się, czy zostawić plecak pod okiem nieznajomego, ale nie miała ochoty brać go ze sobą do łazienki. Wszystkie pieniądze miała w kieszeni kurtki, a poza tym Mirek sprawiał wrażenie uczciwego.

***

Gdy wróciła, siedział nieruchomo, wpatrując się w kominek - Ładnie tu – stwierdził. - Bardzo. - Nawet nie znam twojego imienia... Zdjęła kurtkę i przewiesiła przez krzesło. - Patrycja. - A dokąd się właściwie wybierasz Patrycjo? - Właściwie donikąd. A ty? Patrzył na nią skupionym wzrokiem, cały czas się uśmiechając. - Sam nie wiem. Wybrałem się w podróż po Polsce. Jadę wszędzie, gdzie zawiozą mnie cztery koła. - Ciekawe, że przywiozły cię akurat do Słowików. - Tak na chybił trafi wybrałem drogę i zatrzymuję się w każdej mijanej wsi. - Dlaczego? - A dlaczego nie? Zwiedzam kraj. Patrycja obserwowała regularny płomień świeczki. Wyglądał na niezniszczalny, a przecież gdyby lekko dmuchnęła.... - Skąd jesteś? – zapytał Mirek. - Zależy od pogody. - Co...? Do sali weszła Róża z dwoma kubkami herbaty, miseczkami sałaty oraz sztućcami. Wszystko to wyłożyła z tacy na stół. - W obecnej chwili targam swój domek na plecach – powiedziała Patrycja, gdy kobieta wyszła. Znów w roztargnieniu zaczęła szukać w kieszeni cameli. Wieczna udręka, odzwyczajenie się od posiłkowania w trudnych chwilach papierosami. - Namiot? Ale lato prędzej czy później się skończy. Nie zamierzasz chyba tułać się po świecie do zimy? - Myślę, że prędzej, czy później, gdzieś się zaczepię. Spokojnie mam dokąd wracać – ostatnie zdanie dodała nie tylko, by Mirek przestał się niepokoić, ale przede wszystkim, żeby nie wtrącał się w jej życie. Kto wie, co by wymyślił, żeby uchronić ją przed zamarznięciem. Zresztą nie skłamała. Mogła w każdej chwili wrócić do rodziców. Prawdopodobnie tak właśnie zrobi, gdy odszuka grób Arka albo gdy skończą się jej pieniądze. - To dobrze. Zaczynałem się martwić. - Najwyraźniej. W drzwiach pojawiła się Róża z dwoma talerzami. Życzyła smacznego i zostawiła ich samych. - Pachnie wspaniale. Jesteś pewna, że nie chcesz żeberek? - Nie znoszę ich. Jedzenie nie tylko pachniało, ale i wyglądało smacznie. Patrycja poczuła się jak w domu. Jej mama zawsze robiła wspaniałe obiady. Gdy była mała zwykle zjeżdżała się na nie cała gromada krewnych. Patrycja nie przepadała za tymi uroczystościami. Co miesiąc dowiadywała się, że rośnie jak na drożdżach, a ten podły wujek Tadzio zdradza ciotkę Wandę, czemu w sumie nie ma się co dziwić, bo to straszna jędza, zarozumiała i pusta. - Ja jestem z Katowic- stwierdził Mirek, gdy przełknął pierwszy kawałek żeberek – Byłaś tam kiedyś? - Chyba tak. Na jakimś koncercie. Cranberries, bodajże. - Naprawdę? Ja też. - To aż cud, że się nie spotkaliśmy. Mirek roześmiał się i wrócił do jedzenia.

***

Później Mirek zamówił jeszcze dwa kawałki jabłecznika. Do rachunku dołożył suty napiwek, czym zasłużył sobie na szeroki uśmiech pani Róży. W restauracji spędzili ponad godzinę. Żaden inny gość się nie pojawił. - To opłacalne? – spytała Patrycja, kiedy Róża odprowadzała ich do wyjścia – Nie macie chyba zbyt wielu gości? - Teraz rzeczywiście nie ma ruchu, ale w sezonie jest o wiele lepiej. Ludzie ciągną nad nasze jezioro. Pole namiotowe jest przeważnie gęsto zapełnione. - A miejscowi? - Z nimi bywa różnie. Codziennie przed południem wpada kilka osób na obiad, ale znacznie więcej na kolację przy piwie. - Takie czasy – stwierdziła Patrycja przekraczając próg. - Taak. Chyba tak. - Do widzenia. - Do widzenia. Wpadnijcie jeszcze kiedyś. W niedziele mamy pyszne torty. Zapraszam. - Będzie nam miło – powiedział Mirek – Do widzenia.

***

Bez słowa skierowali się w stronę parkingu. Mirek uparł się, że poniesie jej plecak. Nie protestowała zbyt stanowczo. Czekało ją jeszcze kilka godzin marszu. Będzie miała dość czasu, by znów znienawidzić swój bagaż. - Dziękuję za obiad – powiedziała, gdy znaleźli się przy sklepie. - Cała przyjemność po mojej stronie. Może teraz dasz się podwieźć? - Wolę iść pieszo, taki ładny dzień. - Jesteś pewna? - Tak. - Będziesz samotnie nocować w lesie? - Po to niosę namiot. - To niebezpieczne. Wiesz, ilu po świecie krąży zboczeńców, tylko czekając na taką okazję? Znów to samo. Patrycja obawiała się, że tak będzie, jeśli zje z nim obiad. Bał się o nią, a przez jego paplaninę ona też zaczynała się denerwować. - Zaryzykuję. - Nadal sądzisz, że jestem niebezpieczny? Patrycja spojrzała mu w oczy, by sprawdzić, czy mówi poważnie. Wyglądało na to, że tak wiec powstrzymała śmiech. - Nigdy tak nie sądziłam. - Nigdy? A może powinnaś. Jesteś zbyt ufna. - Więc teraz będziesz mi wmawiał, że jesteś niebezpieczny? – przerwała mu, choć w zasadzie nigdy tego nie robiła. Dała się ponieść frustracji – Nie powiedziałam, że ci ufam, tylko że się ciebie nie boję. Wyczuwasz różnicę? Spochmurniał, patrzył na Patrycję z urazą. - Po prosto się martwię. - Więc przestań. Nie jesteś... Po prostu przestań – stwierdziła odwracając się w stronę sklepu. - Dobrze, zaczekaj. Dam ci mój numer telefonu. Zadzwoń do mnie kiedyś, jeśli chcesz. Wzięła od niego kartkę, na której pośpiesznie zapisał dziewięciocyfrowy numer. - W porządku - stwierdziła. - Jadę do Torunia, może po drodze, gdzieś się jeszcze spotkamy. A ty dokąd się wybierasz? - Jak najkrótszą drogą do Usłomki. Mam tam coś do załatwienia. - To niedaleko. Pewnie jutro w południe tam dojdziesz. - Mam nadzieję. Patrzył na nią, ale milczał. Pewnie zastanawiał się, czy nie próbować dalszych namów. W końcu rzucił: - No to cześć. - Cześć. I odjechał. Tak po prostu.

***

Zrobiła zakupy i ruszyła w dalszą drogę. Chciała odnaleźć dom, w którym do szesnastego roku życia mieszkał Arek i porozmawiać z jego rodzicami. Wątpiła, by byli zadowoleni z jej wizyty. Prawdopodobnie obwiniali ją za śmierć syna. Patrycji to nic nie obchodziło. Musiała dowiedzieć się, gdzie znajduje się grób Arka. Dopóki go nie zobaczy, nie będzie w stanie pogodzić się z jego śmiercią. Wizyta na cmentarzu miała pomóc jej, wrócić do normalnego życia. Rzeczywistość jest pełna paradoksów. Nie wiedziała zbyt wiele o rodzicach Arka. Rzadko o nich mówił i nigdy dobrze. Dom porównywał do więzienia, w którym wszelkie kary egzekwował najwyższy sędzia, jego ojciec, z zawodu policjant. Arek kiedyś chcąc zrobić mu na złość, razem z kilkoma kolegami pomalował sprayem urząd miasta w Usłomce. Śledztwo w tej sprawie prowadził właśnie jego tatuś. Nie mógł znaleźć sprawcy, co wprawiało go w furię, a Arka w radość. Po miesiącu gdy jasne stało się, że policja nie rozwiąże zagadki, Arek chcąc go wkurzyć jeszcze bardziej, przyznał się do pomalowania ścian. Ojciec wściekł się, nałożył na niego tysiąc zakazów, ale nikomu nie powiedział, że autorem graffiti jest jego syn. Z matką, Arek także nie mógł się porozumieć. Nigdy nie sprzeciwiała się mężowi. Przede wszystkim dbała o to, co ludzie myślą o jej rodzinie. Wychodząc z domu ubierała szpilki, kilka godzin układała włosy i nakładała bardzo gruby makijaż. Godzinami rozmawiała przez telefon i bez przerwy urządzała przyjęcia. Z wiekiem, to podobno stawało się jej obsesją. Ubierający się na czarno albo w kolorze khaki, noszący kolczyk w uchu i na brwi, długowłosy Arek, na pewno nie był synem jakiego sobie wymarzyła. Ogłada towarzyska także nie była jego mocną stroną. Kiedy chciał, potrafił być miły i zauroczyć każdego, ale zwykle dla innych pozostawał chłodny. Ich opinia go nie obchodziła, a staranie o względy męczyło. Stosunki Arka z rodzicami, nigdy nie uległy poprawie. W wieku szesnastu lat po prostu spakował się i wyjechał do Warszawy. Odbyło się to za ich cichym przyzwoleniem, więc mógł bez przeszkód skończyć liceum, a potem zdawać na studia. Przez ten czas utrzymywał się, pracując w koktajlbarze. Patrycja nie spodziewała się miłego przyjęcia ze strony rodziców Arka. Pokazali, co o niej myślą, zabierając jego ciało z Warszawy, gdy jeszcze leżała na oddziale intensywnej terapii. Nikomu nie powiedzieli, gdzie go pochowają, nie poinformowali o dacie pogrzebu. Nie chcieli jej widzieć. To akurat Patrycji nie dziwiło. Nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego nie próbowali dowiedzieć się, co ich syn robił przez te siedem lat, odkąd uciekł z domu. Nie miała zamiaru, na siłę im o tym opowiadać. Jedyne czego chciała od państwa Majewskich, to informacji, gdzie pochowali syna. Na pewno nie w Usłomce, bo to małe miasteczko, bez cmentarza. Patrząc na mapę, w grę wchodziło kilka okolicznych miejscowości. Patrycja rozważała, czy nie sprawdzić ich przed wizytą w Usłomce, ale nie miała ochoty nadkładać drogi. Rodzice Arka muszą jej powiedzieć, gdzie spoczywa jego ciało. Miała prawo wiedzieć. W końcu mieli się pobrać. Rozmowa z nimi na pewno nie będzie łatwa. Z tego, co mówił Arek, ciężko się z nimi porozumieć. Wszystko wiedzą lepiej, innych traktują, jak gorszych i często bywają złośliwi. Patrycja nie znosiła tego typu ludzi. Do Usłomki było jeszcze szmat drogi. Słońce grzało o wiele mocniej niż przed południem. W pobliżu akurat nie było lasu, w którym mogłaby się ukryć. Po obu stronach ścieżki rozciągały się pola. Zatrzymała się więc, by założyć na głowę bandamkę. Zrzuciła na ziemię plecak i zaczęła szukać czarnej chustki. Gdy ją znalazła, kątem oka spojrzała w stronę, z której przyszła. Kilkanaście metrów za nią szedł staruszek, pchając wózek pełen tulipanów. Pomachał do niej, wiec się do niego uśmiechnęła. Zapięła plecak, ale nie zarzuciła go na ramię, bo usłyszała głos starszego pana. - Proszę pani, chwileczkę! Spojrzała w stronę siwowłosego mężczyzny. Energicznie maszerował, a jego wózek podskakiwał na najmniejszych wybojach. Ubrany był w czarny płaszcz, który o wiele bardziej pasował do jesieni, niż lata oraz brązowe przetarte spodnie. Wyglądał, jak połączenie żebraka z pracownikiem siłowym. Patrycji przypomniał się wiersz Konopnickiej „Wolny najmita”. - Kupi pani kwiatka? Każdy grosz się przyda – odezwał się zatrzymując obok Patrycji. Westchnęła. Pieniądze, czy zawsze musi chodzić tylko o to? - Przykro mi. Nie miała zamiaru się tłumaczyć przed obcym, że sama ma tylko kilka złotych. - To może chociaż papierosa? Sięgnęła do kieszeni, przewiązanej na brzuchu kurtki i wyjęła paczkę cameli. Staruszek wziął dwa papierosy. Jednego włożył do ust, a drugiego schował. Patrycja wyciągnęła dla siebie także camela, poczym schowała paczkę. Gdy mężczyzna skierował w jej stronę zapalniczkę, odmówiła przeczącym ruchem głowy. Zaczęła przyglądać się tulipanom. Powsadzane były w ściśle przylegające do siebie długie wazoniki. - Wiozę je na targ do Streczyna. Mamy z żoną piękną hodowlę kwiatów. Żyjemy z ich sprzedaży. - Nie zwiędną w czasie drogi? - Nie proszę pani. Jeśli dba się o kwiaty i obdarza miłością, nie zwiędną, choćby stały kilka dni na słońcu, pozbawione wody. A my oboje z żoną kochamy kwiaty. Latem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych