Wróć do katalogu

Pmiętnik Zuzanny S.

Jest to opowiadanie w formie pamiętnika.Można poczytac o przyjaźni, miłości i cierpieniu.Jest to raczej opowiadanie dla kobiet, ponieważ bohaterką jest kobieta i świat oglądany jest jej oczami...jeśli rozumiecie o czym mówię ;)

Martulinka, opublikowano , 42 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1 marca Każdy człowiek ma wiele wspomnień. Takie, które chce zapamiętać i takie, o których woli zapomnieć. Chcę opisać w tym pamiętniku moją historię, która przyniosła mi wiele bólu i jeszcze więcej szczęścia. Nazywam się Zuzanna S. A oto moja historia... 2 marca

- No nie, znów to zrobił. Mam już tego dość. Łukasz! Dlaczego znów jesz moje kanapki? – krzyczałam na serio już wkurzona. - Oj myślałem, że to moje – powiedział Łukasz. Łukasz to mój kolega z pracy. Jest wysokim brunetem, bardzo przystojnym. Dużo uroku dodają mu te cienkie okularki na kształtnym nosie. Jest bardzo inteligentny, ale trzeba mieć do niego cierpliwość, ponieważ jest indywidualistą i ma trochę trudny charakter. Przyjaźnimy się od 3 lat, ale w takich sytuacjach, jak ta bardzo się sobie dziwię... - Przecież ty nigdy nie masz swoich – powiedziałam. - Nieprawda. Mam czasami – powiedział od niechcenia i nie mogąc się oprzeć zatopił zęby w smacznej kanapce. - Łukasz do cholery! To moja kanapka! – powiedziałam i niczym lwica broniąca swych młodych, rzuciłam się by ratować swoją kanapkę. - Pani Zuzanno – usłyszałam głos dochodzący od strony drzwi, kiedy akurat wyciągnęłam za okno rękę, w której trzymałam okulary Łukasza i przysięgałam, że je wyrzucę, jeśli on nie odda mojej kanapki. Ten głos należał do mojego szefa... Przerażona spojrzałam na niego i natychmiast schowałam okulary Łukasza za siebie. To i tak nie miało sensu, ale człowiek w chwilach przerażenia robi różne dziwne rzeczy. - Proszę do mnie – stanowczo powiedział szef i wyszedł. Łukasz patrzył na mnie współczująco i nadal trzymał w ręku moja kanapkę. Byłam przerażona, jego głos był stanowczy i nie wróżył nic dobrego. - Pewnie mnie teraz zmiesza z błotem– myślałam – a potem mi powie, że w jego firmie takie sytuacje nie mogą się zdarzać, bo pracują tu sami poważni ludzie, a po chwili milczenia powie” musimy się pożegnać pani Zuzanno”, i co ja wtedy zrobię? Kiedy weszliśmy do biura, szef wskazał mi miejsce na krześle, a sam usiadł naprzeciw. Popatrzył na mnie przez chwilę, wziął do ręki długopis i postukał nim o biurko, znów na mnie spojrzał. - Nie panikuj, bądź spokojna...wszystko będzie dobrze...O mój Boże, co on tak patrzy. Już widzę tę sytuację, wieczorem zadzwonię do mamy i powiem: „Mamo właśnie straciłam pracę w tej gazecie, którą wszyscy znają, która ma ogromną poczytalność i o którą starałam się ponad rok”, a matka mi powie: „Dziecko, jaka szkoda, ale tak szczerze, ja wiedziałam, że ty coś wykombinujesz. Dlaczego musisz być taka roztrzepana, dlaczego ty zawsze...bla, bla, bla”. W tej chwili szef głośniej zastukał długopisem o biurko, wyprostował się, a potem oparł ręce na biurko i zaczął: - Pani Zuzanno, dlaczego chciała pani wyrzucić okulary kolegi za okno? – zapytał. - Ponieważ zabrał moje kanapki – odpowiedziałam poważnie i natychmiast uświadomiłam się w tym jaka jestem głupia. - Zabrał pani kanapki, rozumiem – w głosie szefa zabrzmiała nutka rozbawienia – czy jeszcze coś pani zabiera? – zapytał. - Nie, tylko kanapki – odpowiedziałam i poczułam, jak robię się bardzo malutka. W ogóle sobie nie pomagam. Zamiast poważnie rozmawiać z szefem i ratować swoją sytuację, robię z siebie idiotkę, hm...a tak na marginesie, szef ma całkiem ładne oczy. Kiedy to zauważyłam, to naprawdę zaczęłam się denerwować. - Jeżeli chodzi tylko o kanapki, to może zbyt surowo go pani potraktowała co? – uśmiechnął się. - On robi to codziennie – odpowiedziałam patrząc w podłogę. - Pani Zuzanno w mojej firmie, takie sytuacje nie mogą się zdarzać, pracują tu dorośli, odpowiedzialni i poważni ludzie... Aha, zapomniałam o „odpowiedzialnych” – pomyślałam a głośno powiedziałam: - Dlatego musimy się pożegnać pani Zuzanno. - Słucham? - Chce mnie pan zwolnić prawda? - Ależ skąd! Chciałem tylko zawrzeć z panią układ, że kanapki panu Łukaszowi będzie kupowała codziennie rano pani Kasia, a pani nie będzie zabierać koledze okularów. Spojrzałam na niego zaskoczona i z lekkim oburzeniem zauważyłam, że szef siedział w swoim fotelu, w pozycji „luzaka”, czyli noga na nogę i ręka na oparciu, patrzył na mnie tymi swoimi ładnymi oczami i uśmiechał się drwiąco. On ze mnie drwił, cała ta sytuacja wydała mu się pewnie dziecinna. Zaczęłam jąkanie: - Pewnie cała ta sytuacja jest dla pana śmieszna, ale... - Nie skąd, ja traktuję tę sprawę całkiem poważnie. I znów ten uśmiech na twarzy. Boże pomóż, jak z tego wybrnąć i nie stracić twarzy. - Ale Łukasz zabierał mi kanapki codziennie i bardzo mnie to irytowało, zabierał je nawet kiedy prosiłam go, by tego nie robił – IDIOTKA, przestań gadać o kanapkach, teraz zgrabnie się wywiń z tej rozmowy, hm...inteligentne zakończenie, ale jak... – przepraszam pana bardzo, to już się więcej nie powtórzy. Proszę wybaczyć, ale nie mogę sobie pozwolić na zabieranie mi moich rzeczy i dlatego... – mów inteligentnie ty atrapo kobiety – jeszcze raz przepraszam, to był pierwszy i ostatni raz – świetnie, skrucha, spuszczony wzrok, można by tak ziewnąć dyskretnie, żeby oczy wyglądały na zapłakane, ale szef mógłby to ziewnięcie zauważyć, więc wystarczy smutny wzrok. Szef siedział nadal w swej pozycji „luzaka” z tym swoim uśmiechem, ale teraz nie był to drwiący uśmiech ,ale uśmiech prawdziwego rozbawienia. - Dobrze pani Zuzanno – powiedział zmieniając pozycję „luzaka” w pozycję „szefa”, czyli nogi równo i ręce na biurku – koniec sprawy, pan Łukasz będzie dostawał rano kanapki, a pani kanapki będą bezpieczne. - O mój Boże, nie straciłam pracy – pomyślałam z radością – zadzwonię dziś do mamy i powiem „Mamo nadal pracuję w tej gazecie, którą wszyscy znają...bla, bla, bla”, a ona odpowie: „zawsze w Ciebie wierzyłam córciu, tylko że...bla, bla, bla”. - Pani Zuzanno chcę, żeby pani zajęła się działem mody w naszym czasopiśmie. - O nie! Nie dość, że nadal pracuję w tej firmie, to jeszcze dostaję awans, niewiarygodne – pomyślałam, a głośno wyjąkałam – jak to?...mm, to znaczy...mm, ja dział...to jest, nie wiem czy...o Jezu... - Pozwoli pani, że powiem jej o szczegółach. - Tak, bardzo proszę. - Pani Agata od nas odchodzi, wie pani o tym? - Tak wiem, to wielka strata. - No, nie tak wielka, jakby się mogło wydawać. Chcę, żeby jej miejsce zajęła pani. - Ja? – nie mogłam w to uwierzyć. Modą interesowałam się już od dawna, a praca w dziale mody, to jak spełnienie marzeń. - Tak pani. Jest pani młoda, ma pani świetny gust, dobrze się pani ubiera, jest pani żywa, wesoła, z temperamentem, takiej osoby właśnie potrzebujemy na to miejsce – im dłużej mówił, tym większy uśmiech rozciągał mi się na twarzy – co pani na to? - Ja? Hm, tak, no oczywiście, że ja, nikogo innego nie ma w tym pokoju, oprócz pana i mnie, he he. Jest mi bardzo miło, że pan tak o mnie myśli, i że wziął mnie pan pod uwagę, oczywiście zgadzam się i będę się starać, żeby był pan ze mnie zadowolony – muszę przyznać, że moja odpowiedź była dobra, całkiem sprawnie, a do tego inteligentna. - Bardzo się cieszę. Kiedy może pani zacząć? - Choćby od zaraz, a...ale jeśli mogę, to od jutra, bo muszę się trochę zaznajomić z modą i innymi takimi, wie pan – wstałam i uśmiechnęłam się tym swoim uwodzicielskim uśmiechem, który widać podziałał również na szefa, ponieważ mocno uścisnął mi dłoń i długo patrzył w oczy. Wyszłam z biura szefa zaskoczona, szczęśliwa, mile połechtana jego pochwałami, pewniejsza siebie, no i z awansem! Pobiegłam powiedzieć o tym wszystkim, może załapię się jeszcze choć na jedną swoją kanapkę.

4 marca Weszłam do domu, zmęczona po całym dniu pracy. Moje kanapki są już bezpieczne, bo Łukaszowi rzeczywiście, pani Kasia, nasza sekretarka wczoraj i dziś kupiła kanapki. U drzwi przywitał mnie Tytus, dog niemiecki, mój współlokator. Mówię tak na niego, ponieważ zajmuje prawie tyle miejsca w naszym domu, co ja. Rzuciłam zakupy na stół w kuchni i wysypałam do wielkiej miski psa ogromną paczkę psiego jedzenia. - To na początek, zaraz przygotuję ci coś specjalnego – pies podniósł łeb i popatrzył na mnie oczami pełnymi miłości – wiesz Tytus, co mi się przytrafiło? – mówiłam do niego, pies znów podniósł łeb, jakby czekał, na to, co mu powiem – przedwczoraj dostałam awans, a dziś pochwałę od szefa– powiedziałam i pogłaskałam Tytusa po nosie – fajnie co? Zrobiłam sobie kawę, założyłam różowe kapcie z głowami świnek i wyciągnęłam się wygodnie na kanapie. Zaczęłam rozmyślać o pracy i o awansie. Do tej pory nie zastanawiałam się, dlaczego szef wybrał akurat mnie, ale bardzo mi to schlebiało. To otwierało przede mną lepszą perspektywę na życie, bardziej interesująca praca, większe zarobki, lepsze ciuszki, hmm zapowiada się bardzo miło. Z uśmiechem zadowolenia poszłam do łazienki, żeby nałożyć sobie maseczkę z glinką. Te maseczki to naprawdę dobra rzecz, jeżeli nawet nie pomagają, to pozostaje świadomość, że robi się chociaż coś, aby dobrze wyglądać. Z maseczką na twarzy weszłam do pokoju, chciałam położyć się na kanapie, ale była już zajęta, więc usadowiłam się wygodnie na miękkim dywanie przed kanapą. Często zastanawiam się, czy nie robię źle, ulegając Tytusowi. Kiedyś, owszem zrzucałam go z łóżka, kiedy chciałam się położyć, ale wówczas nie ważył 75 kilo. Dawno przestałam się z nim sprzeczać, ponieważ jakiekolwiek perswazje nie działały, a dźwiganiu psa na rękach nie było mowy. Na szczęście problem miałam tylko w tej sprawie, Tytus to bardzo inteligentny pies, miły, czuły i bardzo do mnie przywiązany. Dostałam go 4 lata temu od kuzyna, któremu rodzice zabronili mieć psa w domu. Wtedy od razu zakochałam się w tym niezgrabnym maleństwie i nawet nie zapytałam o jego rasę. Uświadomiłam się w tym dopiero, kiedy łeb Tytusa sięgał mi do biodra, a ja do niskich osób nie należę. Jednak żyło nam się bardzo wygodnie. Dostałam po babci trzypokojowe mieszkanie, w jednym pokoju zrobiłam sobie sypialnię (zawsze marzyłam o własnej sypialni), w drugim pokoju stała kanapa, telewizor, ogromny regał i komoda, a najmniejszy pokój zajmuje Tytus i moja garderoba. Nie narzekam na brak miejsca, mieszkam na parterze, a pod balkonem mam mały ogródek, toteż nie ma problemu, aby Tytus wychodził sobie na zewnątrz, kiedy tylko chciał. Kocham tego psa i za nic w świecie nie pozbyłabym się go, prędzej szukałabym większego mieszkania. Nie raz znajomi proponowali mi, że zabiorą Tytusa do siebie, bo mają dom na wsi, albo coś jeszcze innego. Ale nie pomyśleli, że więź między mną i tym ogromnym psem była tak wielka, że gdziekolwiek on by się nie znalazł, nie byłoby mu tam dobrze, tęskniłby strasznie i zapewne zdechł by ze zgryzoty. O sobie już nie wspominam, wylałabym morze łez i jeszcze popadłabym w jakąś depresję. Dlatego kategorycznie odmawiałam i odrzucałam wszelkie tego typu propozycje. Spojrzałam na leżącego na kanapie psa, a ten podniósł swój ogromny łeb, jakby chciał zapytać „O co chodzi?”, przytuliłam mocno twarz to tego łba i pocałowałam w nos. Zapomniałam niestety, że miałam na twarzy maseczkę z glinką i teraz miał ją również na pysku Tytus. Roześmiałam się i natychmiast poszłam do łazienki po chusteczkę, aby wytrzeć psi nos, kiedy zadzwonił dzwonek. - Kogo niesie? – zapytałam samą siebie i z przerażeniem spojrzałam w lustro – Jezu, maseczka – i nie wiedziałam, co najpierw zrobić. - Zuza, to ja Łukasz, nie musisz zmywać tego, co masz na twarzy, bo już widziałem przez okno – rozległ się głos zza drzwi. Zawstydzona otworzyłam drzwi. Łukasz wszedł i z uśmiechem spojrzał na moją twarz w maseczce. - Nie po to składaliśmy się wszyscy – powiedział zdejmując buty – aby kupić tobie na urodziny rolety, żebyś ty ich w ogóle nie używała. Spojrzałam przestraszona na okno. Faktycznie, od kilku miesięcy miałam nowe rolety i jeszcze nie zdążyłam się do nich przyzwyczaić. Dopadłam do okna i natychmiast wszystkie zasunęłam. - Mieszkasz na parterze dziewczyno, kiedy idzie się ulicą widać wszystko, co masz w domu – powiedział Łukasz siadając na fotelu. - Dobrze już – uśmiechnęłam się – już są zasunięte, musze się do nich przyzwyczaić. - Zuza, a na co jest ta maseczka, którą masz na twarzy? – zapytał patrząc dziwnie na Tytusa. - Oczyszczająca, na wągry i pryszcze. A co? - A czy Tytus też ma problemy z wągrami? – zapytał Łukasz poważnie. Zapomniałam, że ubrudziłam Tytusa! - Nie – odpowiedziałam – Tytus nie ma problemów z wągrami, on tylko dotrzymuje mi towarzystwa. - Aha... - Kawy? – zapytałam przyjaciela, który wygodnie ułożył się w fotelu. - Tak poproszę. - Białą z cukrem? - Dobrze pamiętasz. - Coś się stało? – zapytałam siadając obok Łukasza. - Nie, dlaczego pytasz? - Bo dawno mnie nie odwiedzałeś. - No co ty, nic się nie stało. Dlatego, że dawno cię nie odwiedzałem postanowiłem przyjść. - Łukasz... - Naprawdę, dlaczego myślisz, że miałbym przychodzić do ciebie, kiedy coś potrzebuję? - Łukasz znam cię... - Wiesz co, uraziłaś mnie – Łukasz zdjął okulary i potarł palcami oczy. - Łukasz... - Co? - Mów o co chodzi. - O Kaśkę – powiedział spuszczając głowę. - Wiedziałam – nie powiem, że nie byłam z siebie dumna. Znam tego człowieka od trzech lat i czasem mam wrażenie, że znam go lepiej niż on sam. Podałam mu kawę i spojrzeniem zachęciłam by powiedział, co go martwi. - Ona mnie zdradza... - O Jezu – rzuciłam się na kanapę. - Co? - Znowu to samo – zakryłam ręką oczy. Byłam już zmęczona tymi ciągłymi podejrzeniami Łukasza. To naprawdę fajny facet, ale strasznie zazdrosny i podejrzliwy, a takie zachowanie na dłuższa metę staje się bardzo męczące. - Kiedy ja to czuję – powiedział żałosnym tonem. - Przestań dobrze! Bo kiedyś tymi podejrzeniami wykraczesz i nikt ci wtedy nie uwierzy. - Ale Zuzia... - Żadne ale. Cały czas gadasz to samo, a ja wiem, jestem pewna, że ona cię nie zdradza... - Ale.... - Ja mówię okej? - Okej... - Związek musi być oparty na zaufaniu. Wy jesteście ze sobą kilka miesięcy, a ty cały czas podejrzewasz ją, że cię zdradza. Dlaczego nie możesz w końcu uwierzyć, że jesteś fajnym facetem i kobieta, która jest z tobą nie potrzebuje innych mężczyzn. - Ona tak często wychodzi – powiedział Łukasz ze smutkiem łykając kawę. - No bo ma swoje zainteresowania, swoje sprawy. Nie może przecież cały czas siedzieć przy tobie, głaskać Cię po głowie i mówić, jak bardzo cię uwielbia – było mi go żal., ale jednocześnie wkurzał mnie tymi swoimi nieuzasadnionymi podejrzeniami. - Może masz rację – Łukasz popatrzył na mnie z lekkim uśmiechem – w końcu ja też mam swoje sprawy, którym poświęcam dużo czasu. - No widzisz. Niepotrzebnie się dręczysz. Bądź po prostu szczęśliwy. - Wiesz co? Ja tak sobie czasami myślę, dajesz zawsze takie świetne rady, ale jestem ciekawy, dlaczego ty, do tej pory nie znalazłaś sobie faceta i nie jesteś szczęśliwa. Przecież niczego ci nie brakuje – Łukasz obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. - Dzięki – powiedziałam i jakoś odeszła mi ochota do śmiechu, do dawania rad i w ogóle do rozmowy o związkach i o miłości. - No co jest? – Łukasz spojrzał mi w oczy. - No nic, mam jeszcze czas, jestem młoda, a poza tym dobrze mi tak, jak jest – zawsze tak mówiłam, kiedy ktoś mnie pytał, dlaczego jestem sama. Ale tak naprawdę ja sama w to nie wierzyłam. Może byłam sama z wygody, a może dlatego, że nie spotkałam jeszcze faceta, z którym chciałabym się związać, tak na serio. Mimo pozorów często o tym myślałam, mam 27 lat, od 4 lat mieszkam sama i na wszystkie imprezy chodzę sama. Spotykam się czasami z facetami, chodzę na randki, ale...to nie to, czego oczekuję, chciałabym już mieć kogoś, komu mogłabym przy śniadaniu opowiedzieć, co będę dziś robić, kogoś, komu mogłabym robić kolację, kto nie śmiałby się z moich kapci z głowami świnek, kto nie krzywiłby się, widząc mnie z maseczką z glinki na twarzy. Chciałabym się wreszcie zakochać... - Zuzia! - Tak? - Nad czym tak myślisz? - A tak sobie... - Pewnie o jakimś przystojnym mężczyźnie, którego masz na oku co? - Nie ma takiego – miałam ochotę wybuchnąć płaczem – ja mam 27 lat, a nawet nie mam faceta na oku – moja rozpacz była wielka i Łukasz to zauważył. - Nie rycz – powiedział. - Nie ryczę. - Ale zaraz będziesz. - Skąd wiesz? - Bo już ci się broda trzęsie. - Bo jestem nieszczęśliwa! – krzyknęłam tak głośno i tak rozpaczliwie, że rozczuliło to nawet mojego psa. Tytus wyszedł z pokoju, podszedł do mnie i położył mi wielki łeb na kolanach i patrzył na mnie tymi swoimi mądrymi oczami. Zrobiło mi się jeszcze gorzej na duszy i mocno przytuliłam psa. Jest ze mną aż tak źle, że nawet pies mi współczuje. Łukasz widząc tą sytuację klepnął mnie po ramieniu i powiedział: - Widzę, że muszę działać, bo z tobą jest źle. Masz jakieś plany na wieczór? - Nie. - Jest piątek, a ty nie masz planów na wieczór? Z tobą jest naprawdę źle. - Łukasz nie załamuj mnie! - O Jezu, dobrze, że masz mnie – powiedział Łukasz, widocznie wrócił mu już humor – ubieraj się, wychodzimy. - Gdzie? - Na imprezę, nie pozwolę ci spędzić piątkowego wieczoru samotnie. Dalej, dalej, daje ci 30 minut. - Okej – powiedziałam. Co mi tam, lepsze to, niż siedzenie w domu, z paczką chipsów przed telewizorem. Ja nie żartuję...tak spędzam weekendowe wieczory...straszne prawda? Poszliśmy do „naszego” klubu. - Zuzka, miło cię widzieć – powiedziała Anka podbiegając do mnie i całując mnie w policzek. Była już nieźle wstawiona. Najstarsza z całej naszej paczki, ale chyba najbardziej zwariowana. Miała 31 lat, nadal pokazywała swe długie zgrabne nogi w seksownych mini, nęciła głębokim dekoltem, ale najbardziej przyciągały wzrok jej długie, kasztanowe włosy. Na imprezach była królową parkietu. Była też człowiekiem, do którego można było iść z każdym problemem, a ona obracając wszystko w żart, rozluźniała atmosferę i sprawiała, że człowiekowi robiło się lżej na duszy. - Szałowo wyglądasz – powiedziała Anka przyglądając mi się z uwagą. Nie jestem pewna, czy wyglądałam szałowo, ale nie było aż tak źle...tak mi się wydaje. Brązowe spodnie, zielona bluzka odsłaniająca ramiona, głęboki dekolt, marszczona pod biustem i lekko opadająca na brzuchu i do tego jeszcze koronka wokół dekoltu, mój nowy nabytek, była strasznie droga, ale musiałam czymś uczcić mój awans. - Dzięki – dopowiedziałam Ance na jej komplement. - Tylko czegoś zapomniałaś – powiedziała Anka. - Czego? – spojrzałam na siebie zdziwiona. - Biustu!!! – krzyknęła Anka i głośno się zaśmiała. - No tak, postanowiłam, że dziś zostawię go w domu – powiedziałam z uśmiechem. Przyzwyczaiłam się już do docinek Anki na temat mojego małego biustu. Fakt ona nie miała się czego wstydzić. Miseczka D Anki była wręcz ogromną przy moim kiepskim 75B . No ale cóż, nie każdego natura tak hojnie obdarowała. - Chodźcie do nas – zawołał Jarek, mąż Anki, machając do nich. Przy stoliku siedziało już mnóstwo ludzi. Lubiłam te spotkania. Byli wszyscy, z którymi pracuję. To, że potrafiliśmy się zaprzyjaźnić, sprawiło, że praca była dla nas przyjemnością, ponieważ wszyscy dobrze się rozumieliśmy i darzyliśmy siebie nawzajem wielką sympatią. Łukasz usiadł koło swojej Kasi, przytulał ja i musiał szepnąć jej do ucha coś lubieżnego, ponieważ ona zachichotała i pocałowała go chciwie. Patrzyłam na nich z uśmiechem. To, że nie miałam nikogo bolało mnie bardzo, ale nie potrafiłam zazdrościć bliskim mi ludziom szczęścia, potrafiłam się cieszyć razem z nimi. Prawdopodobnie odruchy ludzkie tego typu sprawiły, że jeszcze nie zwariowałam. - Hej Zuza – krzyknął Jarek, przysiadając się do mnie – słyszałem o twoim awansie. - Szef wiedział co robi, przecież jestem najlepsza – powiedziałam podnosząc głowę do góry i uśmiechając się dumnie. - I bardzo skromna – dodał Jarek. Zaśmialiśmy się oboje – A tak, a propos naszego szefa...spójrz... – dyskretnie kiwnął głową w stronę stolika na prawo. - O Jezu – szepnęłam i zaśmiałam się – przy wskazanym przez Jarka stoliku siedział szef z grupą kolegów, nieźle już chyba wstawiony, bo mówił i śmiał się bardzo głośno – no proszę, a ja myślałam, że on przyrósł do garnituru – powiedziałam do Jarka. Szef miał na sobie biały t – shirt i dżinsy. Hm wyglądał w tym stroju niezwykle seksownie. Przypatrywałam się, jak tłumaczył coś kolegom i śmiał się. O mój Boże, co się ze mną działo? Nie mogłam przestać patrzeć na tego mężczyznę - Oj nie moja droga – myślałam sobie – to jest twój szef, tak nie wolno...hm, ale ma ładny uśmiech, SZEF pamiętaj!!!...nie jest wyfryzowany, jak zwykle w pracy, lepiej mu tak. Halo ziemia, to twój pracodawca, zarabiasz u niego na chleb, hm...całkiem fajny pracodawca, ale na tym koniec...o Matko, spojrzał na mnie, pomachał, cześć, cześć... Mam nadzieję, że nie widział, jak się na niego gapiłam – natychmiast odwróciłam wzrok. - O mało cię nie przyłapał – usłyszałam obok siebie głos Łukasza. - Co? – zapytałam, udając, że nie wiem, o czym mowa. - Nie udawaj, tak się na niego gapiłaś, że chyba sobie pomyślę, że ci się podoba – Łukasz uśmiechał się trochę szyderczo. - Głupi jesteś – stwierdziłam krótko. - Może i głupi, ale nie ślepy – może poprosić szefa do nas co? - Łukasz przestań dobra? - Przyznaj się. - Do czego? - Do tego, że co się podoba. - Dobra. - Co dobra? - No…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych