Po horyzont
windą do miasta....
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Spoglądał co chwila na zegarek, chociaż sam nie za bardzo wiedział po co. Nie spieszyło mu się nigdzie. Nikt na niego nie czekał. Nigdzie nie zmierzał. Ale uparcie, co kilka chwil sprawdzał, która jest godzina, jakby chcąc się upewnić, że bateria się nie rozładowała. Albo może chciał zyskać pewność, że czas płynie nadal, że nie zatrzymał się i zmierza tam gdzie zmierzał zawsze, nie zważając na to, czy komuś może to się nie podobać. Tykanie zegara zlewało się z szumem powietrza pomiędzy piętrami.
Winda powoli jechała w dół. Wolał poruszać się w przeciwnym kierunku, bo tylko wtedy miał pewność, że wszystko jest w porządku. A gdy opada się powoli, skąd można wiedzieć czy mechanizm działa prawidłowo? Wcale nie musi ona zatrzymać się na parterze. Może opaść z hukiem do piwnicy i wtedy będzie jasne, że tylko zsuwała się szybem, zaś wyobrażenia o trwałości podtrzymujących ją lin były iluzją. Każdy poranek zaczynał od tych obaw. Każdego poranka wysiadał bezpiecznie na parterze.
Przez dźwiękoszczelne ściany do windy nie docierał żaden dźwięk, ale wiedział, że gdy tylko wyjdzie na zewnątrz, powita go nienawistny warkot silników samochodowych. O poranku każdy dźwięk pojazdu miał w sobie agresję. Wyrwani ze snu, wtłoczeni w ciasne auta kierowcy stojący w korkach, patrzyli na wszystko wokoło z odrazą i chęcią ucieczki wypisaną w oczach. Jedyną ich myślą, było pragnienie znalezienia się w miejscu pracy, jak najdalej od ulicy. Myślał o tym każdy. Nie ważne, jaką pracę wykonywał – pragnął tylko być jak najdalej stąd. Same samochody również rozbudzone po mroźnej nocy, warczały tak, jakby stan dawnej hibernacji był dla nich wymarzony. Zabawne było to, jak te naszpikowane technologią wehikuły buntowały się przeciwko temu, do czego były stworzone. Ostatkiem mechanicznych sił opierały się rozbudzeniu o poranku. A gdy już ulegały, to przy każdej nadarzającej się okazji demonstracyjnie okazywały swoją niezgodę. Najczęściej na środkach skrzyżowań.
Przeszklone ściany windy umożliwiały mu podziwianie dachów budynków. Miasto schłodzone porannymi kroplami rosy parowało kominami bloków oraz wodą spoczywającą w zagłębieniach między czerwonymi i matowo-srebrnymi dachówkami. Drapacze chmur i niższe od nich biurowce otaczały każda uliczkę, każdy skwer i każde samotne drzewo. Z kabiny windy widział tylko srebrno-szare monumenty wypełniające całą przestrzeń aż po horyzont i tylko gdzieniegdzie dostrzegało się resztki dawnych kamienic. Każdego ranka, gdy budził się i widział wstające daleko słońce, starał się dostrzec gdzieś w oddali coś więcej niż zabudowania. Ale miasto wypełniało wszystko. Labirynt budynków aż po rozmazaną linę widnokręgu. Spojrzysz w drugą stronę – miasto. Wejdziesz na dach – nic tylko inne dachy. Ulice nie prowadziły nigdzie poza zurbanizowany teren. Tylko miasto, miasto, miasto...
Dlatego wyprowadził się na poddasze wieżowca – tam horyzont też nie był widoczny, ale nieba nie zasłaniały lustra ścian, które tylko odbijały delikatne struktury chmur. Dlatego też może buntowały się samochody – swoim mechanicznym instynktem wyczuwały, że nie będą w stanie wyjść z asfaltowego labiryntu dróg i odbić nieba. Stawały więc w miejscu warcząc groźnie.
Ale dopóki winda zmierzała jeszcze w dół, delektował się chwilą ciszy poprzedzającą codzienność. Gdy zatrzymał się na osiemnastym piętrze, dostrzegł że w wieżowcu naprzeciw ludzie już powoli zasiadają do swoich biurek. Rozbłyskiwały ekrany komputerów, które (obok oszklonych ścian) były jedynym oknem na świat. Kontrola przepływu pieniędzy, kapitałów czy umów nie była aż tak absorbująca, by poprzez Internet nie pooglądać miejsc, do których mogłoby się pojechać. Albo przynajmniej tych, do których pojechać by się chciało. Jakiś mężczyzna odchylił się mocno do tyłu, opierając się o przezroczystą barierę ściany, wpatrywał się w ekran monitora i w takiej pozycji zawieszenia - gdzieś pomiędzy samobójczym niemal wypadnięciem przez okno a beztroskim wylegiwaniem się na wirtualnej plaży - trwał w oczekiwaniu na dźwięk komunikatora internetowego, który oznajmi mu nadejście kolejnego zamówienia. W lustrze ściany wieżowca widział również swój budynek i swoją windę ociężale sunącą w dół. Pomachał do swojego odbicia.
ażdego poranka obserwował ślimaczy ruch na ulicach. Wiedział, że gdy już winda dojedzie na parter, wyjdzie na parujące poranną rosą chodniki i pomaszeruje wzdłuż wystaw sklepowych, a w tle usłyszy jedynie szum ruchu ulicznego. Zapewne będzie się rozglądał po okolicy. Lubił wyobrażać sobie w szczegółach, jak będzie wyglądał dzień po wyjściu w windy. Wymyślił sobie, że zejdzie na prawą część chodnika, by nie wpadać co chwila na idących w przeciwnym kierunku ludzi. Jakaś kobieta przed nim będzie się wlokła niemiłosiernie, najwyraźniej nie mogąc już przyśpieszyć. Początkowo chciałby ją wyminąć, ale potem… Potem… Zrezygnowałby. W tej dzielnicy w dobrym tonie było nie wymijanie nikogo. Ani mężczyzn w garniturach, którym można było przeszkodzić w rozmowie przez komórkę, ani także kobietom w służbowych mundurkach (szaro-granatowych, czasami zielonkawych, ze sztywnym kołnierzem, czarnymi, ozdobnymi guzikami i spódnicą do kompletu sięgająca kolan). Kobietom nie należało przeszkadzać z dokładnie tego samego powodu co mężczyznom w garniturach. To oni byli sprawcami wzrostu PKB, a szkodzenie gospodarce narodowej było karalne. Przy budynkach, które czasami zahaczał rękawem marynarki, migałyby nieznane mu osoby wpatrujące się w przechodniów. Przeważnie byli to żebracy. Ale z rana również właściciele kawiarni i pubów wychodzili na zewnątrz, by sprawdzić, jaki jest ruch i czy wszystko przebiega tak jak dzień wcześniej. I tydzień temu, i dwa tygodnie. I miesiąc. Czy pogoda jest ta sama? Jest. Czy ludzie wstali o tej samej porze? Wstali. „Pora otwierać”.
Gdy mijał zaspanych ludzi, odkrywał przyjemność w przyglądaniu się mokrym rękawom barmanów, zwilżonych podczas wycierania baru i kufli. Pogięte fartuchy, wyciągnięte spod lady, oznajmiały gotowość do pracy. Obok barmanów pojawiali się sprzedawcy gazet. Z przewieszoną przez ramię prasą wyruszali na swoje kwatery w okolicach centrów. Ale gazeciarze nigdy nie stawali na samym środku rynku, lecz na jego obrzeżach. W przy centralnej fontannie ruch był zbyt duży i zawsze ktoś mógł bez płacenia wyrwać gazetę. Na obrzeżach zaś tłok był mniejszy – ewentualna pogoń miała większe szanse powodzenia, a omijanie podejrzanych osób również było łatwiejsze. Środek rynku przy fontannie był strefą zagrożenia. W takim tłumie nie dostrzeżesz nigdy, czy ktoś uśmiecha się przyjaźnie czy ironicznie.
Również on podchodzi do fontanny tylko w największe upały. Gdy pragnie się poczuć krople opadające na twarz i schładzające policzki. Odrobina wytchnienia. Tylko kobiety omijały wodę z daleka - mogła ona im rozmazać makijaż. Wolały parzącą czerwień chodników. A gdy już minąłby fontannę… To skręciłby w stronę zacienionych alejek. Tam chodniki nie wyparowywały tak szybko wody pobranej nocą, a stojących ludzi też spotykało się tam niewielu. Przeważnie spoczywali oni w ogródkach restauracji, delektując się piwem. A parę kroków od restauracji napotykało się wypoczywające kobiety. W swoich (mniej lub bardziej) skąpych strojach przesiadywały pod parasolami (zawsze to go dziwiło – przecież tam jest cień). Podziwiałby kątem oka delikatne wzorki na ich rajstopach, lekko rozpuszczone włosy pokryte jakąś błyszczącą substancją. Nie znał się na kobiecych kosmetykach, ani na wszelkiego rodzaju ozdobach, więc nie wiedział, od czego ich włosy tak się mienią. Po minięciu kobiet przez kilkanaście kroków szedłby przez pustkę. Schody kamienic opustoszały, okna zasłonięte byłyby firankami, przez które nie można dostrzec nic, poza własnym odbiciem w szybie.
A potem pojawiłyby się kolejne kawiarnie, a za (lub też przed) nimi kolejne grupki kobiet. Roześmianych, samotnych, pozornie skupionych na własnych rozmowach lub na soku sączonym przez słomkę. Szarość pogrążonej w cieniu alejki wędrowałaby po ich twarzach, powodując, że nie sposób byłoby dostrzec ich źrenic. Jakaś z dziewczyn rozczesywałaby palcami posklejane lakierem, rozwichrzone włosy. Inna podrygiwałaby stopą w rytm jazzowej muzyki dobiegającego z jednej z kawiarni. Lekkie zawodzenie trąbki powodowałoby, że szarość na twarzach dziewczyn doskonale komponowała się z ich pstrokatym strojem, który tu stawał się już tylko czarno-biały.
Wnętrze windy również straciło barwy. Choć wypełnione światłem, było tak ascetyczne, że nie znalazło się miejsce na kolory. Z każdym piętrem w dół, coraz bardziej traciła swoją biel, by na parterze pogrążyć się w mroku - cień sąsiedniego budynku padał bowiem na szyb. We wnętrzu nawet linie pomiędzy poszczególnymi elementami nie były widoczne.
Podobnie było z twarzami dziewczyn, które mocno umalowane i pokryte grubą warstwą pudru, w cieniu wieżowców przybierały barwę popiołu. Tak jakby ich oblicza były jedynie tekturowymi matrycami nadpalonymi przez ogień. Jeszcze niespopielone do końca, ale już uszkodzone. Choć młode, to w cieniu wieżowców zamierały w jakimś półśnie, oczy pod umalowanymi powiekami były jedynie lekko iskrzącymi się punkcikami. Podobnie wargi, choć umalowane zdawały się być wykonane ze szkła, pokrywały się coraz gęstszą siecią kresek przypominających linie papilarne. U każdej z nich dostrzegłby pieprzyk - mniej lub bardziej zarysowany. Na policzku, brodzie, czole, szyi. Czasami na ramieniu lub biodrze (ale tylko wtedy, gdy dziewczyna nosiła krótką bluzeczkę). Przeważnie były to pieprzyki sztuczne - namalowane jakąś kredką lub naklejone.
Roześmiał się na myśl, że przy którejś z kawiarni mógłby zauważyć dziewczynę bez pieprzyka. Uznał początkowo, że jest to całkowicie nieprawdopodobne. Ale ostatecznie – czemu nie? Przecież równie dobrze skoro dziewczyny malowały sobie pieprzyki, jedna
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil akkicaante
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…