Pociąg Do Wieczności
o pociagu ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Słonce wpadało do przedziału poprzez przybrudzoną (na brzegach) szybę, czyniąc wnętrze dusznym i sennym. Promienie oświetlały brudno brązowe siedziska dla pasażerów, które - mimo widocznych starań - z ledwością zasługiwały na szczytne miano kanap. Dwa rzędy miejsc czekały jednak na swoich podróżnych. Urwany z jednej strony śmietnik kołysał się, uderzając miarowo w stoliczek pod oknem. Firanki falowały głaskane podmuchami wiatru, przeciskającego się przez szczelinę w uszczelce okna. W szybie drzwi od przedziału odbijały się ludzkie twarze. Surowo wykaligrafowany, niemalże gotykiem, na pomiętej kartce wyraz “Rezerwacja” powstrzymywał niczym idea pruskich junkrów i kulturkampf najbardziej wymęczonych podróżą. Siła jaką niosło w sobie to obwieszczenie, siła - immanentna cecha wszystkich ogłoszeń - górowała jeszcze nad zmęczeniem i upałem. Wszyscy walczyli z nuda i męką podróży W przedziale siedział szpakowaty, mężczyzna.
Miarowy stukot kół usypiał podróżnych Polskich Kolei Państwowych. Pociąg relacji Warszawa – Gdańsk wypełniony był po brzegi ludźmi, ściśniętymi, narzekającymi i popijającymi dla ochłody zimne napoje. Dzieci ignorując ludzki tygiel rozkładały gdzie się tylko da zabawki i wołały o coca-cole. Przezorne matki rozsądnie podsuwały im wodę, twierdząc (poniekąd słusznie), że ta o wiele lepiej gasi pragnienie. Rozglądały się jednocześnie, czy w którymś z przedziałów nie zwalnia się miejsce. Mężowie popijali chłodne, urlopowe piwko mniemając, że skoro jadą na wczasy, to mogą sobie piwko wypić. Każdy łyk akcentowali głębokim westchnięciem i oblizaniem spienionych warg. Żony ze zrezygnowaną wyrozumiałością nie awanturowały się – „chłop się musi wyszaleć”, bo „oni są jak dzieci” – tak podpowiadały im wielopokoleniowe doświadczenia: matek, babek i prababek. Jakiś mężczyzna – najwidoczniej student - czytał “Naturę Biznesu” obowiązkową lekturę na trzecim roku ekonomi. Wyraz jego twarzy wyrażał pasję tak głęboką, jak omawiane tam zagadnienia. Oczy miał rozbiegane, jakby upewniał się, że wszyscy rozpoznają w nim studenta, elitę, kogoś - kogo czeka tylko świetlana przyszłość. Gdy zatrzymywał na kimś wzrok, to jakby mimochodem patrzył na niego ze spokojem człowieka, który niejedno już przeszedł. Można było pomyśleć, że widziały te oczy niejedno, rozumiały wszystko. Odbijały się w nich sybirackie szlaki i agitacja za akcesem do Unii Europejskiej. Uważny obserwator dostrzegłby jednak, że szlaki pochodzą raczej z obrazów Malczewskiego. A walka o akces, to debaty przy piwie z kolegami, w których słowa gęsto przetykane uniesionym w geście ostrzeżenia palcem, skierowane są do dziewczyny siedzącej gdzieś niedaleko. Zaraz za nim ktoś przypalił papierosa, kilka osób zgromiło go spojrzeniem lecz nie zdobyło się na oburzony komentarz. Młode małżeństwo dalej szeptało między sobą, wymieniając ironiczne uwagi o współpasażerach. A on między cichym śmiechem, a szeptanymi uwagami, rozglądał się, szukając wolnego miejsca w przedziale. Dowodząc tym niewątpliwie znacznej przedsiębiorczości, pewnego rodzaju niezłomności oraz hartu ducha. Gdyby w tym momencie zdobył się na chwilę introspekcji, odkryłby w sobie przy okazji tych poszukiwań romantyczną duszę powstańców polskich. I oni, i on, nie poddawali się, porywali na niemożliwe. Młode małżeństwo, patrzyło niepewnie na wolne miejsce w przedziale. Mężczyzna z przedziału rozumiał ich pragnienie by wreszcie usiąść. Wpatrywał się w nich z ciekawością. Daleką i wyboistą drogę mieli do przebycia. Najpierw musieliby przedostać się przez studenta, potem przez bagaże pięcioosobowej rodziny i przez samą rodzinę. Istniała tu możliwość, sabotażu ze strony rodziny. Gdyż ci błyskawicznie domyśliliby się, że idą do wolnego przedziału. Zmniejszając tym samym ich ewentualne szanse na dostanie się TAM. Potężnej budowy kobieta o wyglądzie urzędniczki dostrzegła, że młody mężczyzna coraz częściej zerka na wolny przedział. Odkleiła się od szyby i oparła plecami o drzwi sąsiedniego przedziału, niwecząc tym samym plan zdobycia miejsc siedzących. Mógłby wprawdzie ten młody pan puścić się sam w wędrówkę wzorem przygód Tomka Wilmowskiego i wejść do przedziału zapytując o wolne miejsca. Nawet gdyby mu się to udało, musiałby potem stać w drzwiach i rozpaczliwie machać do swej dziewczyny. Ta z kolei musiałaby porwać ich ciężkie torby (dwie ciężkie skórzane walizy, trzy reklamówki, plus jej torebka) i przebijać się z bagażami do przedziału. Czy Tomasz Wilmowski pozwoliby swej Sally dźwigać samej ciężkie torby? Istniała też możliwość, że to ona pójdzie na zwiady i zapyta o wolne miejsca w przedziale. Lecz w jakim świetle postawiło by to jego? Bezwolnego bawidamka, który ulega we wszystkim dziewczynie? A może niezdolnego do podjęcia decyzji pantoflarza? I nad tym chyba trwała dyskusja zażarta, powoli zmieniająca się w awanturę. Bo jeszcze mówili głosem teatralnie przyciszonym, jeszcze słuchali siebie. Ale już po chwili on macha lekceważąco ręką, dając sygnał, że wcale nie zależy mu na tych miejscach, które i tak były przecież zarezerwowane. Za nimi stało starsze już małżeństwo. On z głęboką łysiną i wąsem solidarnościowca, starał się sprawiać wrażenie ostoi spokoju w tym układzie atomowym. Były to jednak tylko pozory, gdyż jego żona, raczej przysadzista żeby nie powiedzieć korpulentna kobiecina, wypisz wymaluj Kybele – Ziemia, a on jej Księżyc. Weteranka szlaków kolejkowych, nocnych wystawań po meblościankę, śniadań przyszykowywanych z troską co rano dla całej rodziny. W jej ruchach – precyzyjnych i dokładnych – ukryta była wieczna krzątanina i ponadczasowa syzyfowa wytrwałość. Dwoje wnucząt, niczym komety, obiegały Ziemię – Matkę, naprzemian dopraszając się, czy to jedzenia, czy to zabawek. Obok nich stał 40-letni mężczyzna, ubrany elegancko i ze smakiem Wersalu. Dokładnie ogolony, roztaczał woń drogiej wody kolońskiej. Jasną koszulę w brązowe prążki miał rozpiętą, marynarkę trzymał przewieszoną przez ramię. W drugiej dłoni miał teczkę z brązowej skóry – jedyny jego bagaż – zaciskał na niej mocno palce, aż bielały mu kłykcie, można było odnieść wrażenie, że ma w niej ukrytą arkę przymierza lub, że wypełniona jest diamentami…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Dalekopatrzacy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…