Pod skrzydłami nienawiści. Część 3
Mężczyzn do końca wychować się nie da. To niespokojne duchy, pełne romantyzmu i tego nieuchwytnego buntu, który nie pozwala im być do końca dżentelmenami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
5.
Helen miło wspominała sąsiedzkie spotkanie, ale postanowiła odłożyć rewizytę u pani Trevor na nieokreślony czas. Nie pragnęła bliższej znajomości. Nękała ją myśl o dziwnym zainteresowaniu pana Hadley jej domostwem. Jej strach wzmógł jeszcze bardziej, gdy dwa dni później przed jej dom zajechał mały drewniany powozik, a na nim bracia Fred i John Bull z piłą i siekierami. Na ich widok w Helen zamarło na moment serce. Podeszli do niej, trzymając skromnie w dłoniach czapki i kłaniając się nisko. - Dzień dobry panno Clays. Przyszliśmy tak, jak kazał sir Hadley. Poruszyła się niespokojnie, słysząc za sobą kroki babki. Nie chciała, żeby ta dowiedziała się czegokolwiek. Chciała powiedzieć braciom, żeby sobie poszli, a ona sama rozmówi się z panem Hadley. Niestety babka właśnie nadeszła i stanęła obok. - Bracia Bull? Witajcie. Widzę, że znaleźliście jakąś pracę. Spojrzeli na siebie ze zdziwionymi minami. Starszy z nich, Fred, powiedział ostrożnie. - No, pan Hadley kazał nam przyjść i pomóc przy tych drzewach, co zasłaniają cieplarnię. I mamy jeszcze naprawić murek w ogrodzie, bo parę kamieni odpadło. - Pan Hadley powiedział, żebyśmy się postarali – dodał nieśmiało John. - Ach, to – rzekła słabo Helen – Tak, rzeczywiście wspominałam o tym, ale nie myślałam, że tak szybko ktoś się pojawi. - To możemy zaczynać? - Oczywiście – odsunęła się odrobinę, a bracia podprowadzili konia z wozem za dom koło szklarni. Babka wzięła ją pod rękę i weszły powoli do domu. - Nie wiedziałam, że poprosiłaś pana Hadley o pomoc – rzekła pani Walley. – Sądziłam, że nie darzycie się wielką sympatią. - Tylko rozmawialiśmy o tych drzewach. Nie przypuszczałam, że tak to odbierze – odparła zamyślona Helen. Zastanawiała się , czym zapłaci pracownikom. Miała trochę oszczędności, ale chciała przeznaczyć jej na nowe sadzonki. Jednak w tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak wysupłać ostatni grosz. Obawiała się, że pan Hadley uczynił to jedynie po to, aby mógł wypominać, że kiedyś jej pomógł. Bracia pracowali niemal cały dzień. Ścieli niepotrzebne, stare, zbyt duże gałęzie. Po jednym drzewie, które okazało się stare i spróchniałe, został jedynie nieduży pniak. Potem poprzecinali drewno na mniejsze kawałki i ułożyli jej równiutko koło szopy. Zaraz po zjedzeniu obiadu, zabrali się do naprawy murka. Gdy skończyli, Helen zeszła z sakiewką w dłoni. Stanęła obok nich i zaczęła odliczać pieniądze. Widząc to, Fred obruszył się i machnął w powietrzu ręką: - My żadnej zapłaty nie przyjmiemy od panienki. Pan Hadley nas już sowicie wynagrodził. - Pracowaliście dla mnie, nie dla niego. - Nie weźmiemy i już. Sir powiedział, że nam skórę wygarbuje, jak dostaniemy od panienki choćby jednego funta – wyjaśnił szybko John, a starszy brat spojrzał na niego z wyrzutem. – Oj, miałem o tym nie wspominać. Helen chciała jeszcze coś dodać, ale Fred stanowczo uciął rozmowę: - Panienko Calys, za raz wykonana robotę, należy się tylko raz zapłata. My od panienki nic nie weźmiemy, bo jesteśmy uczciwi. Jeśli panienka chce, niech rozmówi się z sir Hadley. – A murek pierwszorzędna robota. Proszę spojrzeć. Obejrzała z nimi naprawione ogrodzenie i pochwalił ich za sumienność i pracowitość. Nacięła jeszcze starszemu bratu białych różyczek, na wianek dla jego córki, która jutro wychodziła za mąż. Bracia opuścili Rosenfield późnym popołudniem. Prawie zaraz po nich pojawił się służący z Seaside z listem. Pani Trevor zapraszała do swojego domu na jutrzejszy wieczór. Helen pokazał wiadomość babce, którą list ten bardzo ucieszył. - Kto by pomyślał, że pan Hadley to taki miły i pomocny człowiek, mimo tego wcześniejszego nieprzyjemnego zachowania. Myślę, że on cię polubił, moja droga. - Nie sądzę babciu. - Och przestań! – żachnęła się pani Walley. – Wszędzie widzisz tylko cynizm, obłudę i chęć dokuczenia sobie. Gdzie w tobie romantyzm chwili? - Istotnie, nie ma we mnie nawet kropli romantyzmu, bo w cale nie jest mi potrzebny. Poszła do swojego pokoju, gdzie w ciszy i względnym spokoju mogła pomyśleć. Pan Hadley zadziwiał ja coraz bardziej. Czasem, gdy są sami, rozmawia z nią tak poważnie i uprzejmie, czasem wypowiada takie słowa, na które nie mogła być obojętna. A może chodziło mu tylko o przejaw ludzkiej dobroci? Może nie warto roztrząsać w nieskończoność faktu, że jej pomógł. Spojrzała w kierunku szklarni. Stała w pełnym słońcu i wydawało się, że z wdzięcznością przyjmuje każdy jego promień. Następnego dnia Helen wraz babką udały się piechotą do posiadłości Seaside. To był wyjątkowo udany i zgrabny dom z wielkim, półkolistym zajazdem przed głównym wejściem, z mnóstwem okien i pięknie utrzymanym angielskim ogrodem od północno-wschodniej strony. Tuż za domem ciągnęła się dość szeroka aleja, która prowadziła w kierunku morza i nagle ginęła wśród nadmorskiej plaży. Z południowej strony znajdowały się gospodarcze budynki i białych ścianach, zadbane i schludne. Daleko za nimi pasły się konie na rozległej łące, która łagodnie wznosiła się i opadała. W drzwiach ukazał się pani Trevor, która najwidoczniej postanowiła przywitać ich sama. Zaprowadziła je do pięknie umeblowanej jadalni, gdzie zwyczajowo jadano obiad. Panów z Seaside nie było, co Helen przyjęła z rozczarowaniem, ale zaraz skarciła się w duchu, że przecież nigdy nie zależało jej na towarzystwie pana Hadley. Zjadły obiad prawie w milczeniu, nie licząc jedynie kilku uwag pani Walley na temat domu. Po posiłku przeszły do pokoju muzycznego, gdzie panna Bergin zasiadła do fortepianu i prawie godzinę słuchały jej krótkiego koncertu. Grała znakomicie. Kiedy podano herbatę, ku wielkiemu zaskoczeniu Helen do pokoju weszły dwie piastunki. Jedna na ręku trzymała spore już niemowlę, a druga prowadziła za koło siebie chłopczyka, który bardzo przypominał pana Trevor. Nie zawstydzony widokiem obcych twarzy, podszedł do matki i usiadł obok niej. Przyglądał się przez chwilę Helen, a potem zwrócił się do niej: - Dziękuję, że podarowała pani mojej mamie kwiaty. Bardzo się jej podobają. - Cieszy mnie to. Taki był mój zamiar. - Panna Bergin też jest zadowolona – powiedział poważnym tonem dorosłego człowieka, a po chwili dodał – Tylko panna Darwen wyrzuciła kwiaty. Wszystkie spojrzały niemal równocześnie na pannę Adelaide, która spłonęła krwistym rumieńcem. Wykonał w powietrzu nieokreślony ruch. - Wazon spadł i połamały się, więc musiałam je wyrzucić – wyjaśniła, choć zabrzmiało to wyjątkowo nieszczerze. - Szkoda, że nie ususzyła ich pani. Płatki róż pachną bardzo intensywnie i są idealne do kąpieli – powiedziała spokojnie Helen, choć w głębi duszy wcale spokojną nie była. Wiedziała, że panna Darwen nie darzy jej wielką sympatią, ale nie musiała okazywać tego tak jawnie. Adelaide bardziej się skrzywiła niż uśmiechnęła z wdzięczności. W powietrzu zawisła ciężka atmosfera. Pani Trevor wzięła od niani młodsze dziecko i zapytała Helen: - Lubi pani dzieci? - Trudno ich nie lubić, choć przyznam, że nie miałam okazji długo z nimi przebywać. - Może to i lepiej. Albert, jak sama pani widzi, to urodzona dusza towarzystwa. Wszędzie potrafi się odnaleźć. Pani Walley nie mogła ukryć swojego zdziwienia: - Nie przypuszczałam, że są tu dzieci. Ani razu pani o nich nie wspominała. Katherine Trevor skinęła głową z lekkim uśmiechem. - Dzieci nie są po to, żeby się nimi chwalić. Pewnie by sobie tego nie życzyły. Jedynie w królewskiej rodzinie jest to wciąż praktykowane. - Jednak przyzna pani, że to miejsce jest idealne dla dzieci – zmieniała temat, speszona nieco, pani Walley. - Morze, piękna okolica, niedaleko Londyn. Zdecydowali się już państwo na kupno Seaside? - Och, panie nic nie wiedzą, a przecież mój brat z moim mężem i panem Bergin pojechali dziś załatwić ostatnie sprawy związane z Seaside. Nie zastanawialiśmy się długo. Jak pani powiedziała to urocza okolica, ale ja dodam jeszcze, że równie uroczy mieszkańcy. Nie wiem, skąd taki pośpiech u mojego brata, lecz dziś stwierdził, że koniecznie trzeba jechać do Londynu i załatwić najpilniejsze sprawy. Prosił o wybaczenie, iż nie mógł się z paniami spotkać. Przypuszczam, że chodziło tu o jego zakłopotanie – pani Trevor spojrzała znacząco na Helen. - Pan Hadley zakłopotany? Nigdy w to nie uwierzę – zaśmiała się panna Darwen. – Nie chciał się narzucać swoją osobą, bo jest ucieleśnieniem dobrego wychowania - O ile można nazwać mężczyznę do końca wychowanym – rzekła pani Trevor. Siostra pana Bergin obudziła się z lekkiej zadumy, jaka często towarzyszyła jej w trakcie rozmów innych: - Święta racja. Mężczyzny do końca wychować się nie da. To niespokojne duchy, pełne romantyzmu i tego nieuchwytnego buntu, który nie pozwala im być do końca dżentelmenami. Ten bunt najlepiej widać w młodości. - Z tym się zgodzę – przerwała jej pani Trevor – Czasem ludzie całe życie płacą za błędy, popełnione w młodości.
Powóz z Londynu mknął niewielkimi drogami hrabstwa Essex. Mój ojciec w towarzystwie swego szwagra i przyjaciela, wpatrzony w okno, zamyślony i nieobecny, zastanawiał się, czemu nie chciał się spotkać się z panną Clays. Wykorzystał pierwszą nadarzającą się okazje i uciekł, jak pies z podkulonym ogonem. Teraz chciał wrócić i choć przez chwilę porozmawiać z Helen. Przekonać się, czy podziękuję za okazaną pomoc. Zobaczyć jej twarz, uciekającą przed jego wzrokiem. Mimowolnie uśmiechnął się na samą myśl o tym. - Widzę, że cieszy cię zakup Seaside – zagadnął go pan Bergin. Hadley spojrzał na niego zamyślony i dopiero po chwili skinął głową, ale nie odpowiedział. - Panie pewnie doskonale bawią się w swoim towarzystwie – stwierdził pan Trevor. - Czasem dobrze jest zostawić je same sobie – Nathan strzepnął ze spodni niewidzialny pyłek i dokończył złośliwym tonem – Człowiek wtedy może odpocząć. Panowie przytaknęli zgodnie. - Możesz mówić, co chcesz, ale twoja siostra to doskonała żona. Nigdy w życiu nie spotkałem mądrzejszej, piękniejszej i oddanej kobiety. Wymarzona towarzyszka życia. – dodał po chwili pan Trevor. - Bo to moja siostra. Ma jednak swoje wady. Mogłaby być miej łatwowierna i ufna. - To raczej zalety, którymi każda kobieta powinna się wyróżniać – stwierdził pan Bergin. Hadley spojrzał na niego z kpiącym uśmieszkiem. - Nadmierna łatwowierność czyni z kobiet głupie i bezwolne istoty – powiedział wolno. - Jeżeli wspominasz Beatrice, to jesteś dla niej zbyt surowy. Ta dziewczyna kochała Thomasa Clays. Hadley uderzył z tak wielką siłą w drzwiczki powozu, że otworzyły się i jechali przez moment wśród kurzu i unoszącego się piachu. Stangret zatrzymał szybko wóz, zeskoczył z kozła i podszedł do nich. Ukłonił się nisko i zapytał zaniepokojony: - Czy nic się panom nie stało? Osobiście sprawdzałem powóz i nie wiem, jak się to mogło stać. Hadley zrobił jakiś nieokreślony gest i wreszcie powiedział ponurym głosem: - To nie twoja wina. Musiałem oprzeć się o klamkę. Służący spojrzał na otwarte drzwi. Po środku widniało głębokie wgniecenie, które naruszyło zamek. Ukłonił się i z trudem je domknął. Po chwili powóz ruszył. Między mężczyznami panowało milczenie. W końcu pan Hadley rzekł z kamienną twarzą: - Beatrice go nie kochała.
Helen z babką żegnały się właśnie z panią Trevor, gdy przed dom zajechał powóz i wysiedli z niego panowie z Seaside. Hadley właściwie wyskoczył, ale na widok Helen przystanął i przybrał swoją zwyczajną, poważną postawę. Czekał na jakiś znak zachęty z ich strony. Rzeczywiście, pani Walley odwróciła się w jego stronę i skinęła głową. Pan Trevor i Bergin przywitali się uprzejmie, a potem weszli do domu wraz panią Catherine. - Słyszałyśmy, że dziś pojechał pan kupić Seaside? Będzie pan bardzo zadowolony. Uśmiechnął się uprzejmie i podszedł do powozu. Spojrzał na Helen, która przyglądała mu się w jakimś niemym oczekiwaniu. Nie odwróciła wzroku. - Zadowolony? Przypuszczam, że tak – odparł, nie spuszczając z niej wzroku. – Jak panie spędziły popołudnie? - Bardzo przyjemnie – rzekła pani Walley – Poznałyśmy pańskich siostrzeńców. - Istotnie musiał być to udany wieczór – uśmiechnął się nieznacznie. - Czemu się pan śmieje? – zapytała go nieoczekiwanie Helen. – Albert jest rzeczywiście żywym i błyskotliwym dzieckiem, ale to pozytywne cechy i byłoby dobrze dla niego, gdyby je zachował w dorosłości. - Pozostaje mi jedynie zauważyć, że…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Femma
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…