Wróć do katalogu

Pod Wielkim Ozorem

To pierwszy rozdział książki p.t. Jak Wierciołek z Krzyżakami walczył. Temat jak z Sienkiewicza...

Winrich, opublikowano , 38 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W KARCZMIE „POD WIELKIM OZOREM”

Karczma nie należała do miejsc zbyt chętnie odwiedzanych. W całej okolicy mówiono, że tutaj właśnie kupią się leśni ludzie grasujący po książęcym gościńcu. Niejeden z okolicznych smolarzy, którzy siedzieli na skraju puszczy opowiadał o nocnych gościach, jacy przy blasku księżyca zachodzili do oberży obarczeni łupami zdobytymi na spokojnych kupcach przemierzających płockie dziedziny i obciążonych węgierską miedzią lub winem. Ale mimo częstych wizyt książęcych starostów z Wyszogrodu gospodarzowi oberży „Pod wielkim ozorem” nigdy niczego nie udowodniono. Umiał on zresztą odpowiednio ugościć nieproszonych gości, których podejmował dobrze przyprawionym korzeniami gęstym winem, tłoczonym gdzieś nad węgierskim morzem, a i zgrabnie podany półgęsek zmieniał wnet srogie oblicza książęcych urzędników. Po takiej wizycie długo w nocy świeciło się światło w gospodzie, a zabobonni smolarze spluwali wtedy przez ramię, by odpędzić Złe od swych zapadniętych w ziemię chałup. Bez potrzeby zresztą nikt z okolicy do gospody nie szedł, bo i stary Wolf, chociaż Niemiec z pochodzenia, uchodził za dobrego znajomka trudniących się wilczą magią dzikich Jaćwięgów, których gromada przetrwać miała jeszcze w okolicach narewskich rozlewisk. Wiadomo zaś było powszechnie, że z nimi lepiej było nie zadzierać, bo często dla takiego śmiałka prędko trzeba było szukać miejsca w mrokach ziemi. Dlatego karczma „Pod wielkim ozorem” nie było zbyt chętnie uczęszczanym miejscem i niejeden kupiec wolał nadrobić kilka mil w drodze na Wiznę, niż zahaczyć o ten niezbyt gościnny dla ludzi zakątek. Tymi wszystkimi zasłyszanymi po drodze bajaniami nie przejął się najwyraźniej wędrowiec, który poganiał właśnie swego wielkiego czarnego ogiera, by przebył grząski kawałek rozmokłego przez wczesnowiosenne słońce traktu i bez strachu zajechał na niewielki dziedziniec obok omszałego żurawia, gdzie czerpano wodę dla mieszkańców oberży. Bez zbędnego słowa przybysz rzucił namokłe wodze przygarbionemu parobkowi i zamaszystym ruchem zeskoczył na ziemię, która aż stęknęła pod jego ciężarem. Mimo widocznej na odkrytych skroniach siwizny poruszał się z młodzieńczą werwą, a skromny przyodziewek nie był w stanie ukryć rycerskiego wychowania. Sprężyste ruchy znamionowały niezwykłą siłę. Gdyby ktoś ośmielił się podwinąć długie rękawy zwisające prawie po ziemię, zobaczyłby grube węzły mięśni, które pewnie bez trudu wycisnęłyby sok z grubej gałęzi. Oczywiście daleko mu było do przesławnego Ciołka, który popisywał się swą siłą przed cesarzem Karolem, ale potężna postura przywodziła na myśl tego słynnego siłacza. Gruba opończa przesłaniała mu twarz i pachołek długo nie mógł zmiarkować, jaki szaleniec ośmielił się zakłócić spokój gospody, gdzie goście tak odziani byli wielką rzadkością. Przybysz najwyraźniej nie miał jednak najmniejszego zamiaru mu się opowiadać, gdyż bez jednego słowa podszedł do poobijanych mocno drzwi i wszedł do gospody. Izba była ciemna i śmierdziała jakoś zgnilizną, co natychmiast spowodowało przeraźliwe kichnięcie, jakie wydobyło się z olbrzymiego nochala przybysza, który równocześnie omiótł jednym szybkim spojrzeniem całe wnętrze karczmy i dosłownie nic nie uszło jego uwagi. W kącie płonęło niezbyt raźno palenisko, nad którym ponuro skwierczał spory płat pieczeni, mocno już nadpalonej z jednego boku. Strażująca przy niej dziewka z rozchełstanymi we wszystkie strony tłustymi strąkami włosów zwracała na nią niewiele uwagi, jeno od czasu do czasu podkręcając poczerniały od dymu rożen, baczniej natomiast wodząc wzrokiem za przygarbionym gospodarzem, który powoli czarną od brudu szmatą omiatał wielki stół, przy którym zasiadało trzech ponuro wyglądających jegomościów popijających parującą z garnców polewkę. Zarośnięte oblicza przeorane licznymi bliznami nie mogły w nikim wzbudzić choćby krztyny zaufania. Wyglądali dokładnie tak, jak opisywano zwykle żyjących z grabieży „ludzi luźnych”. Ich domem był las i ta właśnie karczma! Pojawienie się olbrzymiego przybysza na chwilę zburzyło ich spokój. Jeden z nich, ze sterczącą w górę kozią bródką zatrzepotał ręką nad leżącym na ławie kordem, ale szybki ruch siedzącego tyłem do wejścia największego z rzezimieszków wstrzymał go. Zresztą przybysz wcale nie zwracał na nich uwagi. Wzrokiem odszukał przygarbionego oberżystę. - Czcigodny brat Werner śle wam pozdrowienia sławetny bracie Wolfie! – przybysz mówił z lekkim bawarskim akcentem, jakby wywodził się wprost z rodzinnych okolic oberżysty. Śmiałym ruchem odrzucił grubą opończę zasłaniającą mu dotychczas znaczną część twarzy. - Podejdźcie tutaj, szlachetny panie! – zaskrzeczał piskliwie gospodarz, wskazując przybyszowi najciemniejszy kąt izby. Bez większego trudu można było po jego zachowaniu domyślić się, że ten niecodzienny gość nie jest mu za bardzo w smak. – Zaraz każę jadło naszykować! – dodał sadzając mężczyznę na przykurzonym znacznie zydelku. - Piwa każcie gospodarzu! – huknął wesoło olbrzym. – Bo mi piaskiem między zębami od tych waszych mazowieckich wertepów chrzęści i mówić nie daje! Oberżysta zakręcił się na pięcie i zniknął za wielkim szynkwasem, by prawie natychmiast wyłonić się zza niego, trzymając w drżącym ręku wielki dzban z zapienioną cieczą. - Poczekajcie panie! – szepnął nachylając się nad ramieniem mężczyzny. – Wnet ich odprawię! – kozią bródką szmergnął w kierunku siedzących. - Nie trudźcie się niepotrzebnie bracie Wolfie! – równie cicho odrzekł przybysz. – Nie do was mam na razie sprawę! Poczekam tu jeno na kogoś! – mocarną ręką nachylił obleśną twarz starego karczmarza do swojej i doszeptał mu wprost do ucha. – A jak ktoś zapyta o drogę na Wiznę, przyślijcie go bez zwłoki tu do mnie! - Jak przykażecie czcigodny panie! – oberżysta skłonił się do pasa, obrzucając niechętnym spojrzeniem przybysza. Już przy palenisku spojrzał na niego jeszcze raz. W sumie jednak był zadowolony, że człowiek powołujący się na brata Wernera nie chciał nic od niego. Od kiedy wojna zaczęła się zeszłego lata, często musiał ciężko zarabiać na swój żołd wypłacany mu potajemnie przez pruskich braci. Ten widać nie oczekiwał od niego żadnej wyraźnej pomocy i to uspokoiło nieco przygarbionego Wolfa. Ostatnimi czasy nie czuł się w swojej oberży zbyt pewnie, bo i bracia „brodacze” żądali od niego wykonywania coraz bardziej uciążliwych posług, co musiało wreszcie zwrócić na jego karczmę uwagę przeklętych pachołków księcia Janusza. A tyle razy ostrzegał Tettingena, by w innym miejscu wypróbowywał swoje sztuczki, bo będzie z tego nieszczęście. To dobrze, że miał pod ręką „swoich ludzi” i dzięki temu zbyt wścibski włóczęga, w którym Wolf nie bez racji podejrzewał sługę komesa Cztana, stał się żerem dla leśnego zwierza. Oberżysta nadal jednak bał się skutków tamtych jesiennych dni, kiedy do jego karczmy zawitał sam wielki szpitalnik. Co prawda Wolfowi udało się zręcznie ukryć jego prawdziwą tożsamość, ale był człowiekiem z natury ostrożnym i odtąd starał się być jak najmniej potrzebny pruskim „brodaczom”. I przez zimę istotnie miał spokój z ich strony. Do dzisiaj! Wolf zmrużył kaprawe oczka i bacznie przyjrzał się po raz kolejny olbrzymiemu przybyszowi, który nie śpiesząc się specjalnie metodycznie obgryzał potężny wołowy udziec, popijając go co chwilę tęgimi łykami pieniącego się piwa. Nie znał go! I wolał nie poznać bliżej! Jeśli istotnie czekał tylko na kogoś, to Wolf nie miał ochoty mu w tym przeszkadzać, ale jeśli ... Oberżysta porozumiewawczo spojrzał na trzech zbirów! Tymczasem przybysz, który zdawał się interesować jedynie spożywanym jedzeniem, rozparł się na drewnianej ławie jeszcze wygodniej i wydając kilka niezbyt przystojnych dźwięków, przymknął oczy i chwilę później począł dostojnie posapywać. Nie spał jednak, chociaż ostatni raz udało mu się przespać nie w końskim siodle jakąś niedzielę temu. Spod półprzymkniętych powiek obserwował zachowanie swego gospodarza. To przed nim właśnie ostrzegał go zacny mistrz Stanisław, któremu wierzył jak sobie samemu. Tym razem nie miał jednak wyjścia. Człowiek, na którego czekał, zażyczył sobie spotkania w tej konkretnej karczmie. A z jakiego powodu? Tego miał nadzieję dowiedzieć się już niebawem. Teraz zaś miał okazję lepiej przyjrzeć się miejscu, o którym słyszał wielokrotnie i które wśród królewskich postrzegaczy nie cieszyło się specjalnie dobra sławą. W tym gnieździe zbójców i renegatów mężczyzna czuł się jednak nad wyraz pewnie, chociaż dobrze wiedział, że oberżysta czyha jeno na odpowiedni moment, by pozbawić go sporej kieski, której zawartości pewnie nie omieszkał ocenić, podając mu pieczeń. Przybysz zauważył, że Wolf wskazuje na niego głową wymownym ruchem, co trzech rzezimieszków potraktowało natychmiast jako przyzwolenie na krwawą zabawę. Mężczyzna już począł się szykować na śmiertelne starcie, gdy nagle do izby wtargnął jeszcze jeden przybysz. Był to wysoki mężczyzna, dostatnio odziany, z wielkim dwuręcznym mieczem przypasanym do boku. Jasna grzywa włosów zebrana była misternie w pozłocistym pątliku, z którego wysuwały się dwa niesforne kosmyki, które mężczyzna co i rusz poprawiał nerwowym ruchem odzianej w grubą rękawicę dłoni. - A daleko jeszcze do Wizny? – zagrzmiał tubalnym głosem, bystro rozglądając się wokół siebie. Oberżysta bez słowa podprowadził go ku ławie, na której siedział olbrzymi przybysz, który na widok nowego gościa poderwał się z niej i uważnym wzrokiem otaksował go. Tak! To z całą pewnością nie mógł być nikt inny, jeno sam wielmożny Mikołaj Ryński. - Dostojny bracie Wolfie! – przywołał oberżystę olbrzymi przybysz. – Macie tu jakoweś miejsce, gdzie mógłbym z mym gościem w spokoju pieczeń ową pożywać? – wskazał na sczerniałe już zupełnie mięsiwo zwisające nad paleniskiem. - Proszę za mną czcigodni panowie! – skłonił się chuderlawy gospodarz, mierząc intruza złym spojrzeniem. Mimo wszystko zaprowadził gości do niewielkiej, ciemnej izdebki, gdzie powolnymi ruchami począł ścierać brudnym rękawem kurz z ławy, która pewnie pamiętała jeszcze przynajmniej czasy księcia Wańki. Dopiero ciężkie łapska olbrzyma zmusiły go do opuszczenia pełnego wilgoci pomieszczenia, ale jeszcze długo krążył w pobliżu, starając się złowić jakiekolwiek dźwięki dobiegające z izdebki. Kiedy jednak nie przyniosło to spodziewanych efektów, ze złym błyskiem w oczach skierował się ku trzem drabom. Chwilę później, mocno gestykulując, tłumaczył coś zawzięcie największemu z rzezimieszków. Tymczasem dwaj mężczyźni odczekali chwilę, by oberżysta na dobre zniknął i dopiero wtedy zaczęli cicho ze sobą gwarzyć. - Mniemam, iż ze szlachetnym rycerzem Niemierzą mam sprawę! – skłonił kudłatą głowę Mikołaj Ryński. - Zgodnie z umową! – przytaknął olbrzym, rozglądając się bacznie wokół. – Chcieliście się pilnie ze mną widzieć, więc nie mieszkając ruszyłem zaraz po otrzymaniu wiadomości od was, panie! - Wdzięczny wam jestem! – Ryński ściszył głos i ledwie słyszalnym szeptem ciągnął. – Sprawa jednak wymaga natychmiastowego działania z waszej strony! Dlatego, wiedząc, na jakie niebezpieczeństwo narazić was może podróż aż tutaj, prawie do samej paszczy lwa, zaryzykowałem wezwanie! Wy zaś dostojny panie ocenicie, czym słusznie uczynił! Poradzić mi to zresztą raczył nasz przyjaciel z Ulrykowego dworu... - Nie mówcie panie dalej! – zakrzyknął z wyraźną trwogą olbrzymi Niemierza. – Obaj dobrze wiemy, o kogo chodzi! A ściany zaiste lubią mieć uszy! Powiadajcie lepiej, o jaką to straszliwą sprawę chodzić może? Czasy i tak są wystarczająco niespokojne mimo zawartego rozejmu! - Rozejm jeno do świętego Jana! – pokiwał smutno głową rycerz Mikołaj. – A potem będzie takowe krwi rozlanie, jakiego świat nie widział od niepamiętnych czasów. Gorzko nad tym płaczę! - Nie o tym chyba jednak chciałeś ze mną rozmawiać, panie! – z pewną niecierpliwością w głosie odezwał się olbrzym, uderzając równocześnie w potężne dłonie. - I o tym, i nie o tym! – zagadkowo odrzekł przybysz. – O przyszłej wojnie pomiędzy naszymi brodaczami a polskim królem nie sposób dzisiaj nie wspominać! Przyznacie panie? – Niemierza akceptująco pokiwał głową, spoglądając uważnie na swego rozmówcę. Doskonale wiedział, że tego człowieka powinien traktować bardzo poważnie. I wszystkie wieści, jakie ze sobą przynosił! W końcu niejednokrotnie z nich korzystał. Nigdy też źle na tym nie wychodził. To z tego właśnie powodu, kiedy tylko otrzymał pilne wezwanie od rycerza Mikołaja, dosłownie na złamanie karku – swojego i końskiego – przygalopował do tej mazowieckiej karczmy, by spotkać się z nim. Był pewien, że trud ów nie pójdzie na marne. Patrzył więc teraz z uwagą na twarz swego rozmówcy i czekał. - Pamiętacie panie pewnie braci witalijskich? – Ryński nachylił swą kudłatą głową prawie do samego ucha swego rozmówcy. – Jeszcze za życia dostojnego króla Waldemara zdawali się oni potęgą niespożytą, z którą ni duńska, ni tym bardziej krzyżacka potęga poradzić sobie nie może. Nawet pobożny mistrz Konrad, którego pamięć szanujemy, nie potrafił na początku swych rządów poradzić sobie z nimi, co ograniczało jego możliwość manewru politycznego. I nagle, sześć lat temu, jedna jedyna wyprawa wypleniła ze szczętem tę potęgą! I to tak, że śladu po nich prawie nie pozostało! – Mikołaj zawiesił na chwilę głos, jakby chciał dać Niemierzy szansę na przytaknięcie, ale ten nie miał najwidoczniej na to ochoty. – Nie zadziwiła was panie tak nagła zmiana? Tak nagły upadek? Przecie coś się musiało stać, że ci niezwyciężeni morscy rozbójnicy tak gwałtownie przestali istnieć! – Mikołaj ponownie przerwał i z wielką pewnością w głosie dokończył. - To nie ludzka moc ich pokonała! Nie ludzka! - A czyja, mości Mikołaju?! – zakrzyknął, zrywając się z miejsca olbrzym. – Jeśli nie ludzka moc tego dokonała, to czyja? - Moc przedmiotu – tak starego jak ludzkość! – z wielką powagą odrzekł rycerz. – Przedmiot ten potrafi łamać samą swą obecnością najpotężniejszą nawet wolę! To Kamień Woli, o którym wspominał w swych pismach czcigodny doktor anielski! Kamień ten miał zaginąć ongiś jeszcze w czasach przed przyjściem na świat Pana Naszego! Stworzyli go czarni magowie z przeklętego przez Boga Babilonu! To dzięki niemu potężny Cyrus i Dariusz osiągnęli pozycję władców świata. Będąc w posiadaniu Kamienia mogli bez większego trudu pokonać każdego przeciwnika. Dopiero kradzież dokonana przez Macedończyków im oddała władzę nad światem. Jednak po śmierci Aleksandra Kamień zniknął z powierzchni ziemi i nie odnalazły go nawet pułki czarnych legionistów wysyłane na jego poszukiwanie przez Marka Antoniusza, któremu o tym potężnym przedmiocie powiedziała jego zdradziecka kochanka – Kleopatra. Ani im, ani innym poszukiwaczom nie udało się jednak odnaleźć Kamienia Woli! Przepadł na szczęście dla świata na wiele pokoleń! Pamięć o nim przetrwała jednak! Słyszał o nim jako o przedmiocie pochodzącym z samego wnętrza Piekieł i wielki biskup z Hippony, i świątobliwy Benedykt z Nursji, i wreszcie anielski doktor, który wprost ostrzegał przed zgubną mocą owego przedmiotu. Wydawało się już, że przepadł w czeluściach piekielnych, ale widać nie było mu to na razie sądzone. Przypuszczam, iż odnaleźć go musieli w czasie swych tajemnych wypraw na Wschód rycerze Świątyni, którzy znani byli ze swych zainteresowań sztukami tajemnymi. Nie ośmielili się jednakowoż wykorzystać magicznego przedmiotu. Czy czynili to, wiedząc, z czym mają sprawę, czy też z jakichś innych powodów, tego zaprawdę nie wiem! – kudłata głowa znowu pokręciła się jakby w zadumaniu. – Nie użyli jednak Kamienia nawet wtedy, gdy zagroziło im bezpośrednie niebezpieczeństwo. Zamiast tego na rozkaz Jakuba de Molay dwóch zaufanych braci uwiozło je do zamku nad Nogatem, gdzie oddali go na przechowanie braciom „brodaczom”. - Krzyżacy więc go mają? – z trwogą w głosie zawołał Niemierza. - Tak, panie! – pokiwał głową Ryński. – Już prawie przez wiek! - Jeśli ów przedmiot, o jakim prawicie, ma tak wielką moc, czemu Krzyżacy go dotąd nie użyli? – podzielił się wątpliwościami olbrzymi rycerz, który nie mógł uwierzyć w dobrą wolą krwiożerczych rycerzy z krzyżami na płaszczach. - Chcieli, ale nie mogli! – odrzekł stanowczym głosem rycerz. – Z Kamieniem Woli nie tak prosto! Trza sobie umieć poradzić! Nie każdy może go użyć, bo zgorzeje od jego potęgi! Brodacze szukali, jako wiem, człowieka, któren poradzi sobie z owym przeklętym przedmiotem, ale poszukiwania nic nie dawały. Ci, którzy tego próbowali, ginęli w tak straszliwych mękach, że wreszcie świątobliwy mistrz Winryk nakazał przerwać te bezskuteczne próby. Wtedy zresztą potęga Zakonu była tak wielka, że wydawało się, iż nic jej nie zmoże. Ale wszystko do czasu! Wszystko przez tego przeklętego zbrodniarza – komtura von Tettingen! – Ryński zgrzytnął zębami, rumieniąc się przy tym z gwałtownej złości, wywołanej złymi wspomnieniami. – Ten przeklętnik, co mimo mnisiego habitu diabła nosi za skórą, wynalazł w czasie jednej ze żmudzkich rejz jakowegoś czarnoksiężnika, czy innego wiedźmuna, którego namówił do podjęcia próby z Kamieniem! - Wiele wiecie, panie! – podrapał się po głowie Niemierza. – Czy wszystkie te wieści jeno prawdziwe? - Czy kiedykolwiek fałsz wam panie podałem?! – obruszył się gniewnie Mikołaj. – Ano nigdy! Czemu więc teraz mi wierzyć nie chcecie? - Bo się bojam! – przyznał natychmiast ze szczerym uśmiechem olbrzym. – Wieści to bowiem nie na moją głowę! Aż strach pomyśleć, kiedy by na jaw wyjść miały! Choć po Krzyżakach wszystkiego spodziewać się można! Ale z drugiej strony nie mogę uwierzyć, jako to chrześcijanie praktyk czarnoksięskich chwytać się imają, by innych pognębić! Jeśli prawda na jaw wyjdzie, to zapłoną stosy w całym krzyżackim państwie! - Dowodów nie znajdziecie! – ponuro odparł Ryński. – A jeśli bez dowodów spróbujecie wiedzę swą wykorzystać, to brodacze wyprą się wszystkiego, a was i waszego króla o herezję oskarżą. Więcej z tego może być zła dla was niż korzyści. Ostrożnie działać trzeba! - Cóż więc nam przystoi czynić? – Niemierza rozłożył szeroko swe rosochate łapska, którymi, gdy było trzeba, potrafił wiele szkody wrogom królestwa uczynić. - Z całą pewnością trzeba Złu przeciwdziałać! Ale potajemnie, by nikt się nie zwiedział! – kudłata głowa Ryńskiego ponownie pochyliła się nad Niemierzą. – Działać panie musicie, gdyż niebezpieczeństwo zaprawdę jest wielkie! Jeśli wam się nie powiedzie, czekać was może los witalijskich braci, którym Kamień odebrał wolę oporu. Zresztą diabelski Tettingen wraz ze swym kompanem von Plauenem już go przeciw wam skierował! - Jak to?! Kiedy? – trwoga w głosie olbrzyma aż zadźwięczała. Mikołaj podniósł głowę i z dziwnym wyrazem twarzy spojrzał na rozmówcę. - Tak jak myślałem! – mruknął pod wąsem. – Nie domyśliliście się zgoła niczego. Diabelski to był iście plan! Nie na darmo i Kuchmeister za tym też stoi. - Co chcecie rzec dostojny panie?

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych