Pod Wielkimi Czarnymi Drzewami
To było pisane dla kogoś, znalazłem tę stronę i teraz jest dla wszystkich. Trochę w tym uczuć, strachu, może nawet znajdzie się parę mądrych słów.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czekał na nią pod wiekowym grabem. Słońce stało jeszcze dość wysoko, ale ledwie dostrzegła go stojącego w cieniu drzewa. Wyszedł jej na spotkanie. Gdy tylko padło na niego złote światło wyglądającego zza różowych chmur słońca, pobiegła w jego stronę. Wieczór był wietrzny, w powietrzu unosiły się tysiące pyłków jakiegoś drzewa. Wyglądało to jak śnieżyca, tyle że płatki niesione były przez ciepły wiatr wiejący od północy. Przez chwilę stali w blasku słonecznych promieni, które zaraz potem skryły się za zasłoną obłoków. Właśnie miał rozpocząć się nowy rozdział w ich życiu. Chcąc poprowadzić dalej tę historię, musieli zostawić za sobą wszystko co znali do tej pory. Spojrzał na Nią z czułością i troską. Ubrana w strój myśliwego, który z pewnością nie należał do niej, zdawała się być przygotowana na wszystko. Kochał w niej tę pewność siebie, nawet jeśli zwyczajnie ją udawała, tak jak teraz, stojąc na rozstaju dróg swojego życia, kochał to. Bawiło go trochę, że mimo myśliwskiego stroju i myśliwskiego zacięcia na twarzy nie mogła powstrzymać się od założenia prostej zielonej sukienki sięgającej kostek. Wyglądała przedziwnie, ale i przecudnie. Białe pyłki obsypały jej twarz i włosy. Popatrzyła na niego, nie zdradzając żadnych emocji, w rzeczywistości pewnie się bała. Nie mógł na to pozwolić. - Gwiazdko, wiesz, że dziś wszystko co znałaś i większość tego co kochałaś zostawisz za sobą? - Chwycił Ją za obie dłonie. Były zimne, chociaż wieczór był ciepły. - Wszystko co kocham to Ty. - Wspięła się na palcach i pocałowała go. Zrobiła to swoim sposobem, ciepło i długo. Gdyby ktoś wówczas przechodził małą aleją koło starego grabu. Gdyby sypiące się pyłki nie skłoniły tego kogoś do ukrycia twarzy w kołnierzu płaszcza, zobaczyłby dwoje ludzi w miłosnym uścisku obsypanych śniegiem puchowych pyłków. Nie wiedziałby pewnie, że dla tych dwojga wszystko dziś się zmieni, jeśli tylko zdołają doprowadzić to do końca, jeśli żadne z nich nie zwątpi i nie zawróci. Ktoś, kto znałby ich choć w połowie tak dobrze jak oni siebie nawzajem, wiedziałby, że ani On ani Ona nie zaniechają tej drogi, już nigdy.
Było cicho i spokojnie. Mały bawił się i śmiał, nie zważając na ogromną ilość otaczających go ciemnych zaułków ani na wołania zmartwionej matki. Dziś miał zamiar nie pójść na noc do domu, chociaż był małym dzieckiem. Mama wołała go, była bliska płaczu, ale on postanowił. Kilka razy podrzucił szklaną kulkę do góry, śledząc jej lot i podziwiając zielonkawy blask lampionów, który odbijał się na wirującej szklanej powierzchni. Mama wołała, rzucił kulkę wyżej, widział ją ostatni raz. Potwór przebiegł z łomotem tuż obok niego. Słyszał jak demon dyszał i parskał. Ledwo go widział, ze strachu upadł, boleśnie obijając sobie łokieć. Potwór był wielki i rogaty, miał trzy głowy, a ogon jasnozielony. Mały rozpłakał się i pobiegł do matki. - Mamusiu, widziałem potwora! - powiedział zdyszany, zapłakany i pokorny jak nigdy dotąd. - A jakże, mówiłam, że w nocy wyłażą i czekają na takie małe niegrzeczne dzieci. - Matka przytuliła swoje niesforne dziecko. - Łóżko już posłane. - dodała surowszym tonem.
Pędzili prawie na oślep, rogacz był bez siodła, Lenlyia dwukrotnie omal nie spadła. Erril pilnował jej bardziej niż drogi przed sobą. Wszystko wyglądałoby teraz inaczej gdyby ten wścibski strażnik Jej nie poznał. Gdyby nie spojrzał pogardliwie na Errila i nie zaczął się domyślać. Myślał, że to porwanie, ale gdy Ona zaprotestowała, spojrzał pogardliwie na oboje i podniósł alarm. Na szczęście rogacz był blisko, był jednym z tych wielkich, pewnie należał do straży. Nie obchodziło ich to, ważne, że poniósł ich z szybkością wiatru. Wystrzelili przez boczną bramę ścigani przez cały oddział strażników. Mieli nad nimi sporą przewagę. Gdy odjechali na tyle daleko, by odgłosy pościgu nieco przycichły, Erril spiął rogacza, ryjąc ziemię i omal nie zrzucając siebie i jej na wilgotną, ale twardą glebę. - Pojadą za śladem i będą nasłuchiwać, dalej pobiegniemy, dasz radę? - Popatrzył na Nią bojąc się wyrazu, jaki przybierze jej piękna twarz po usłyszeniu jego słów. Kochał Ją za to. Za to, że ona kochała go na tyle, by pobiec z nim w ciemną otchłań dziewiczego lasu. Kochał ją za tą ciepłą dłoń, która chwyciła go i pociągnęła za sobą w stronę skąpanych w słabej słonecznej poświacie wysokich drzew. Za tę burzę jasnych włosów, kołyszących się w rytm jej szybkich kroków, którą widział tuż przed sobą. Za ten z trudem łapany oddech, który na pewno wywoływał ból w jej delikatnym ciele mogącym go wytrzymać tylko po to, by biec z Nim w mgliste ostępy, w mglistą przyszłość. Zanim pobiegli, zdążył spłoszyć rogacza tak, by biegł w przeciwnym kierunku. Zobaczą ślady i pójdą za nimi, goniąc jelenia bez jeźdźca i siodła, szybkiego jak wiatr na skałach. Będą słyszeć tupot racic i pójdą za tym głosem. Pognają w zupełnie inną stronę niż uciekinierzy.
Zakapturzony splunął i poprawił przewieszony przez plecy łuk. Odezwał się ochrypłym głosem, nie odrywając wzroku od ziemi porośniętej niską, gęstą trawą. - Tu zawrócili, osobliwe te ślady, ale mówię, że tu ostro skręcili, dziw, że nie pospadali. - Pospiesznie dosiadł swojego wierzchowca. - Dogonimy ich w mgnieniu oka. Dziewczynie włos nie może spaść z głowy. Temu z ciemną czupryną wpakujcie strzałę, gdy będzie okazja. Za mną!
Biegli jeszcze długo. Wokół była zapadająca ciemność i odgłosy lasu. Nie było księżyca, ciemne chmury spowiły niebo, nie dając nadziei na choćby promień srebrnego światła, gdy już całkiem się ściemni. Zatrzymał się przed wielkim omszałym głazem. Lenlyia usiadła opierając się o kamień. Z trudem łapała powietrze, trzymając się za brzuch. - Boli Cię? - podniósł Ją delikatnie. - Schyl się i oddychaj. - Usłuchała go, ale tylko na chwilę. Dotknęła czołem jego policzka i cały czas ciężko oddychając, zaczęła się śmiać. - Co Cię tak bawi księżniczko? - Spytał składając pocałunek na jej rozgrzanym czole. - Udało nam się... naprawdę nam się udało. - Przytuliła go mocniej niż kiedykolwiek. Jej wielkie piękne oczy napełniły się łzami. Ta chwila była tylko dla nich, nikt nie mógł patrzeć ani słuchać. Chmury zaczęły się przerzedzać, wiatr zawiał mocniej podnosząc tumany zeschniętych liści, z których kilka wpadło jej we włosy. Nagle podniósł Ją i spojrzał w górę. - Patrz, gwiazdy... kiedy ostatnio je widzieliśmy? - Wtedy, w święto owoców, gdy schowaliśmy się w tej szopie z dziurawym dachem, pamiętasz? - Pokiwał głową potwierdzająco, nie odrywając od niej wzroku. Zielona sukienka rozdarła się trochę, właściwie to nie musiał patrzeć, czuł swoją Lenli bardziej niż zwykle. - Ale wiesz, wolę słońce. - Mówiąc to, ziewnęła i oparła głowę o jego ramię. Drzewa szumiały głośno i jednostajnie jakby chcąc utulić wszystko co żywe do snu. Oni nie mogli puścić mimo uszu takiej zachęty lasu. Byli ludźmi, musieli spać. Ostrożnie wybierał drogę między pniami, uważnie słuchał wszystkiego wokół, na rękach niósł największy skarb. Z największymi skarbami jest zawsze tak, że prawie wszystko będzie gotowe Ci je odebrać, szczególnie zły los. Ona słuchała dźwięków lasu, czasem spoglądała w korony wielkich drzew, próbując opanować senność. Słuchała jego cichego oddechu i myślała o różnych dziwnych rzeczach, im bliżej snu tym dziwniejszych. - Jaki jest teraz księżyc? - Spytała głosem zdradzającym chęć jak najszybszego odejścia w sen. - Nie pamiętam, ostatnio widziałem tylko chmury. - Myślał o tym wszystkim co działo się wcześniej, o Nich, o tym wszystkim co sprawiło, że uciekli. Ona pokiwała lekko głową. Myślała o Nim i o tych chwilach, które spędzili razem, bojąc się każdego szmeru i odgłosu kroków. Myślała o nienawiści i niesprawiedliwości, które już ich nie dotyczyły.
Liście jeden po drugim padały na ich skurczone sylwetki. Drzewa cichły, złota łuna zachodu była już tylko tysiącem zbłąkanych promieni, księżyc kochanków skrył się za kurtyną ciemnych obłoków, nadchodził sen. Cisza nie istniała pośród wielkich drzew, tu oznaczała tylko śmierć. Pośród nocnych odgłosów setek leśnych istnień Lenlyia zanuciła jego ulubioną pieśń. Tą samą, którą zamykała mu oczy jego matka, gdy jeszcze żyła, zanim cały jego świat się zmienił. Nuciła, a potem zaśpiewała słowami, których treść ściskała mu gardło niewysłowionym bólem za każdym razem gdy je słyszał. Tylko Lenlyia mogła ją śpiewać. Robiła to wyuczonym głosem, który zlewał się z mową lasu, tym pięknym delikatnym głosem, który On tak kochał. Śpiewała i z każdym jej słowem świat bladł w jego oczach, spokój i zapomnienie zamykało jego umysł. Później słyszał już tylko Ją, nie mogąc rozeznać czy to sen czy jeszcze jawa. W końcu spuścił głowę na jej ramię. Jego oddech był cichy i miarowy. Czarne włosy osunęły się na bok, odsłaniając delikatnie przymknięte oczy. Teraz i Ona mogła rzucić się w objęcia snu, po raz pierwszy bez miękkiego łoża, kadzideł i kolorowych lamp. Zasnęła, nie bojąc się o Errila, zaprowadziła go w sen, tam był bezpieczny, przy Niej nic nie mogło mu się stać. Erril udawał. Nie mógł zasnąć, chociaż bardzo tego chciał, nie mógł. Kto czuwałby nad Jej snem? Kto nie dopuszczałby małych leśnych krwiopijców do jej delikatnego ciała nie znającego bólu? Wiedział, że od tej pory będzie musiał robić to każdej nocy. Odgrywać tą sztukę po każdym zachodzie słońca. Opierać się pokusie zaśnięcia w jej ramionach. Mieć oczy otwarte, pilnować, by nie uraziła się wystającym konarem, patrzeć w głąb ciemnych zakamarków w poszukiwaniu zagrożenia. Wiedział, że nie odpłynie w krainę snu poprzez rzekę jej pięknego głosu. Był szczęśliwszy niż kiedykolwiek w życiu. Erril był łowcą. Spoglądał na świat nawet we śnie. Tego nauczyło go życie. Czuwał nad Nią w nocy, odpoczywał, by móc Ją chronić za dnia. Jego szeroko otwarte oczy zatopione w gąszczu ciemnych kosmyków mogły przerazić. Każdy ruch, drgnienie, trzask, zbyt szybki oddech, budziły go z letargu. Gdyby Ją stracił, umarłby. Nie byłaby to śmierć zadana sobie własnymi rękami, powodowana rozpaczą i bezsilnością. Nie umarłby ze strachu przed samotnością. Jego ka uleciałoby z niego kropla po kropli. Nie wątpił w to, iż właśnie tak wyglądałoby jego odejście. Ona była jego życiem. Umarłby wtedy tylko po to by Ją odnaleźć, w nadziei, że spotka swoją Lenli.
Księżyc kochanków przesunął się po niebie i spoglądał na Errila zza ogromnego, starego drzewa. Zimna rosa pokryła ich ciała, spoczęła na jej długich rzęsach i miękkich włosach barwy jesiennej trawy. Coś kilkakrotnie zaskrzeczało nad nimi, krótki syk wywołał nikły dreszcz na jego ciele. Sięgające niemal chmur korony drzew teraz skryła szara mgła. Nadchodził świt. Nie chciał przerywać Jej snu, ale wiedział, że czas kiedy będzie mógł na Nią bezkarnie patrzeć każdego ranka jeszcze nie nadszedł. Wstał najciszej jak mógł. Ułożył jej głowę na miękkim mchu. Spojrzał w dal i oddał się rozmyślaniom. Musiał poświęcić chwilę na trzeźwe myślenie, póki wydarzenia go nie dościgną i nie przytłoczą. Poprzedniego dnia zaczęli coś, co będzie próbą dla obojga. Wiedział, że jest filarem i że to od Niego zależy jak Len sobie z tym poradzi. Delikatnie odgarnął wilgotne włosy z jej bladego czoła. Musiał chociaż przez mgnienie popatrzyć na Nią, w ciągu tej krótkiej ulotnej chwili poczuć szczęście wlewające się w całe jego ciało. - Lenli... To już nowy dzień. Pora na nas. - Z odrobiną politowania, a może nawet irytacji spojrzał jak ściąga brwi. Byłby naprawdę zirytowany gdyby powiedziała "jeszcze chwilkę". Nie przestając się uśmiechać potrząsnął Nią najostrożniej jak potrafił. Odkąd należeli do siebie, nie mógł uznać tego za coś zupełnie zwyczajnego. Nadal była dla niego jak ulotna mgiełka, która może się w każdej chwili rozproszyć. Czasem po prostu nie mógł uwierzyć, że Ona nie jest już tylko marzeniem. Otwarła oczy i znów ścisnęło go w gardle, ale tym razem wzruszył się Jej pięknem. Emocje, które przechowywał głęboko w sobie, te które nie pasowały do wizerunku bezlitosnego myśliwego, przy Len musiały dać o sobie znać. Samotność jest kolekcjonerką wzruszeń i namiętności, które, jeśli później mogą, objawiają się w całej swej istocie niekontrolowane i szczere. - Dobrze spałeś? - Przywykłem do spania pod drzewem. - Odpowiadając, spojrzał z troską na swoją Lenli. Ona oczywiście nigdy nie spędziła nocy w takich warunkach. Troska ustępowała jednak podziwowi, ponieważ ta mała, krucha istotka najwyraźniej nic nie robiła sobie z braku wygody. Dzień nastał na dobre. Mgła ustępowała miejsca promieniom przebijającym się przez gęste liściaste sklepienie. Oboje odświeżyli się i ugasili pragnienie w małym źródełku wypływającym spod wielkiego omszałego głazu. Dziecięca ciekawość Len kazała jej wyciągnąć z lodowatej wody kilka gładkich kamyków różnych barw i muszlę ślimaka. Erril patrzył na to z uśmiechem. Przyglądała się swoim nowym skarbom ze szczerą fascynacją. Teraz trochę żałował, że kazał zostawić jej wszystkie ozdoby. Muszle i kamyki choć odrobinę mogły przypominać jej cenną biżuterię. Wiedział, że nie żałowała tej straty, ale w głębi serca mogła tęsknić za drobiazgami, które były częścią jej wspaniałego życia. Spodziewał się, że podróż przez dzikie tereny razem z Nią będzie trudna szczególnie ze względu na jej obecność. Zaskoczyła go. Najwyraźniej nie chcąc zrobić Errilowi zawodu, starała się jak mogła. Jakby ta mroczna knieja niewiele różniła się od cudownych pałacowych komnat. - Może się zatrzymamy? - Nie muszę... Jeszcze nie. - Ale ja muszę, tu możemy usiąść i nie patrz tak na mnie. Dziś musimy przejść jeszcze kawał lasu, a następnym razem gdy ukłujesz się jakimś kolcem, możesz mi powiedzieć, to żaden wstyd nie zauważyć kłującego krzaka w takim gąszczu. - Troskliwie wziął jej rękę. Próbowała wyciągnąć kolec sama gdy szli, co najwyraźniej nie wychodziło jej zbyt dobrze i wbiło go jeszcze głębiej. Erril spędził większość życia pod drzewami, takie obrażenia widywał już jako dziecko. Najdelikatniej jak mógł wyciągnął kolec a potem ucałował ranną rękę, chcąc dać Len sygnał, że wcale nie jest na Nią zły ani rozczarowany. - Lenli. - Tak? - Czy mówiłem Ci dziś, że Cię kocham? - Odpowiedziała mu promiennym uśmiechem białych zębów, których granatowy odcień wskazywał, że zjadła już sporo jagód po drodze. Rzuciła mu się na szyję i mocno objęła. Nie wzięła swoich pachnideł, ale wciąż czuł od niej tę cudowną woń, której nie potrafił rozpoznać. Była ciepła i radosna, chociaż z pewnością zmęczona. - Twoje oczy powiedziały mi dzisiaj wszystko. - na te słowa, pocałował ją w ciepłe czoło i spojrzał głęboko w jej wielkie oczy. - Będę Cię kochał nawet gdy będzie trzeba Cię nieść przez całą drogę. Jeżeli zaboli cię choć odrobinę, jeśli się przestraszysz albo zwyczajnie zatęsknisz za czymś z dawnych dni, to proszę kochanie, powiedz mi o tym. Będę Cię kochał tak samo. - Pocałowała go nagle i całowała długo. Wiedział, że nadal będzie starała się zaimponować mu, ale tego nie dało się uniknąć. Znał ją już wystarczająco dobrze. Ścieżki wiodące do miasta sięgały daleko. Mogli nimi podróżować szybko i wygodnie, ale to było niebezpieczne. Lenlyia szła zamyślona, gdy minęli kolejny kamień graniczny, spytała: - Jak myślisz, czy już mnie szukają? - Raczej tak. Ciebie szukają, ale niedługo dowiedzą się więcej i zaczną ścigać... Mnie. - Powiedział to, nie zapominając zadbać o żartobliwy ton. W głębi nurtowało go pytanie, jak zdeterminowani będą Ci, którzy postanowią go odszukać. Len najwidoczniej domyśliła się. Nie łatwo było ją zmylić. On często musiał kłamać, ale Ona równie często słuchała kłamców. - Nie pozwolę im Cię skrzywdzić. - Przekonanie, z jakim mówiła te słowa wielu osobom wystarczyłoby za gwarancję bezpieczeństwa. Erril jednak nie dał się zwieść. Wiedział, że nic nie mogłaby zrobić gdyby ich złapano. Zlitowaliby się tylko nad Nią i nie kazaliby patrzeć na to wszystko. To jednak nie przeszkadzało jej być przekonaną o swojej sile, w głębi serca, nawet o tym nie wiedząc, wierzył w tę siłę, ta cicha wiara dodawała mu otuchy za każdym razem gdy patrzył w kierunku, z którego przyszli. Uśmiechając się nadal, dodał: - Wiem, wiem, ale głodna nic nie zdziałasz kruszynko. Na co masz ochotę księżniczko? - Nie mogę się objadać, te podłużne kawałeczki mięsa smakują wyśmienicie i proszę Cię, tylko nie "księżniczko" - Dla Errila to określenie było po prostu zwykłym zdrobnieniem i całkowicie odzwierciedlało jego stosunek do Lenlyi. Od samego początku była dla niego bajkową królewną. Jej królewskość na samym początku objawiała się wyłącznie niedostępnością, mógł o Niej tylko marzyć. Ona natomiast nie lubiła tego określenia, bo wciąż trzymała się sztywnych pałacowych praw. Wyszła ze świata rządzonego przez konwenanse, w którym każde słowo musi być starannie ważone. Posiadała jakiś tytuł, Erril mógł tylko podejrzewać, że wysoki. Nie chciała z nim rozmawiać o tych sprawach, a On nie nalegał, bo właściwie nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Późnym popołudniem wkroczyli poza granicę terenów nawiedzanych przez myśliwych, zbieraczy czy choćby zwykłych spragnionych dłuższej wycieczki. Las był tu niedostępny i pod wieloma względami nieprzyjazny. Wszędzie panował złowrogi półmrok, pomijając małe obszary, jakby wysepki światła, do których przebijało się więcej słońca. Jedyną dobrą stroną takiej sytuacji było to, iż poszycie było mniej gęste przez co łatwiejsze do przebycia. Lenlyia często spoglądała w górę, od czasu do czasu z lękiem stwierdzając, że nie widzi nawet kawałka nieba, a jedynie splątane, mroczne tło. Czasem coś wydawało dziwne nieznane jej dźwięki. Momentami coś spadało z samej góry bliżej lub dalej od nich, powodując mniejszy lub większy hałas, co zależało od wielkości i rodzaju spadających przedmiotów. Mogły to być tylko liście lub gałęzie, ale Len mogła przysiąc że parę kroków od nich upadła prawdziwa kość i to bynajmniej nie należąca do żadnego małego bezbronnego stworzonka. Erril był ponury i skupiony. Rozglądał się wkoło, a czasem zwalniał, żeby lepiej się czemuś przyjrzeć lub przysłuchać. Raz znalazł na ziemi liść z wypisana klątwą. Podniósł go i nie pokazał Lenlyi, wątpił by wiedziała co to jest, ale biorąc pod uwagę ilość książek, które przeczytała, można się było spodziewać wszystkiego. Klątwa była prosta i napisana niedbale, nie chciał myśleć jakim rodzajem atramentu się posłużono. Do końca nie wierzył w działanie tych przedmiotów, choć słyszał o złych rzeczach, które ponoć były w stanie uczynić nieostrożnym. Przede wszystkim, ktoś kto rzecz taką stworzył musiał mieć złe intencje i tych właśnie Erril się obawiał. Im dłużej szli tym Erril był coraz bardziej spięty i zdenerwowany. Od dłuższego czasu rzadko się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tomekp72
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…