Podróże
Historia kilku osób, które muszą w życiu dużo przeżyć, aby coś zrozumieć.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}I{/b}
Ocknęłam się, leżałam na zimnym, mokrym chodniku, było mi cholernie niedobrze, w głowie kręciło mi się nie do wytrzymania. Poczułam jak ktoś mną potrząsa, sięgnęłam ręką na swoje ramie i odrzuciłam czyjąś dłoń. Chciałam coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie, kiedy otworzyłam oczy nic nie zobaczyłam, dopiero po chwili rozpoznałam dwie sylwetki stojące nade mną. - Wstawaj Lena - dziewczyna pociągnęła mnie za ramię, ale zamiast wstać tylko przewróciłam się na drugi bok i zwymiotowałam. - Upiła się - rzucił chłopak i podniósł mnie z ziemi. - Idiota - krzyknęła na niego - nie widzisz, że krwawi! Zabieramy ją do Iwony. Wsadzili mnie do samochodu, miałam zamknięte oczy, czułam tylko lekkie kołysanie, zasnęłam zastanawiając się, co się stało. Nie wiem ile czasu spędziłam w łóżku Iwony, w każdym razie obudziłam się kiedy słońce już zaszło. Okno było zasłonięte grubą kotarą, stała tu szafa, półki z książkami i fotel. Poczułam silny ból kiedy chciałam się podnieść. Głowę miałam obwiązaną bandażem. Opadłam na poduszki i westchnęłam, chciało mi się pić. Z trudem obróciłam głowę i spojrzałam na szafkę, stała tam szklanka z resztką wody, sięgnęłam po nią, ale wyślizgnęła mi się z rąk. Szklanka rozpadła się na kilka części, płyn rozlał się po drewnianej podłodze. Skrzywiłam się i zaczęłam zrzucać z siebie kołdrę, która była wyjątkowo gruba i ciężka, wtedy weszła Iwona. - Leż - powiedziała uśmiechając się - zaraz posprzątam i przyniosę ci wody. Po godzinie jadłam już ze smakiem placki z jabłkami i słuchałam radia. Około dziesiątej przyszła Tina. - Jak się czujesz - pocałowała mnie w policzek. - Dobrze - powiedziałam przez pełne usta. - Kiedy cię wtedy znaleźliśmy myślałam że będzie kiepsko – spojrzała na mnie ze strachem w oczach. - Ale nie jest, Wiesz jak mnie głowa... – dotknęłam bandaża - co u ciebie? - Dobrze wiesz jak jest. Zresztą juz zdecydowałam. To miasto nie jest dla nas, szczególnie po tym co przytrafiło się tobie. Tutaj nie ma już dla nas miejsca - powiedziała spokojnie, ale jej głowa z jasnymi, długimi lokami potrząsała się przy każdym słowie. - Tina, po co ją teraz męczysz - do sypialni weszła Iwona. - Nie męczę, tak sobie gadamy. Dzięki Bogu, że akurat byłaś w mieście, nie mogłybyśmy jechać do szpitala, a tak to mamy pielęgniarkę na wyłączność - uśmiechnęła się do niej. Ale ona była poważna, spojrzała na nas zmartwiona. - Lena musi jeszcze leżeć, co najmniej kilka dni - powiedziała z naciskiem na ostatnie słowa. - Dobrze, przecież ja jej nigdzie nie ciągnę. - Zmierz temperaturę, przez ostatnie dwa dni miałaś wysoką gorączkę. - Majaczyłaś – Tina spojrzała na mnie z troską. - Tak? Co mówiłam? - To co zazwyczaj przez sen - podała mi termometr i szybko wyszła. Nie wiem, czy było mi głupio, czy poczułam smutek. Odłożyłam talerz, wsadziłam ten głupi termometr pod pachę i wpatrywałam się tępo w sufit. Przypomniałam sobie, co wydarzyło się miesiąc temu. Nigdy nie podejrzewałabym, że można tak banalnie łatwo rozstać się z kimś. Byłam na zmianę nieszczęśliwa i zła, jak można zgubić kogoś, jak jakąś spinkę, czy kilka groszy. Miałam nadzieję, że gdziekolwiek oni są, to myślą o mnie. Łza pociekła mi po policzku. Nie mogłam zasnąć, obserwowałam cienie na suficie. Kiedy byłam mała zawsze robiłam tak przed snem. Te cienie, które tworzyły przejeżdżające obok budynku samochody były dla mnie jednocześnie fascynujące i zabawne. Teraz dały mi wspomnienie, o dzieciństwie, o ciepłym uśmiechu matki i o domu. Chciałam znów to poczuć. Na drugi dzień wstałam z łóżka. Iwona do południa była w pracy, w szpitalu, który widziałam z okna sypialni. Ubrałam na siebie jej szlafrok i powłóczyłam nogami do kuchni. Przygotowała mi na śniadanie kanapki i nawet zostawiła herbatę w termosie. Odkręciłam termos ze sceptycznym wyrazem twarzy, nie mam sześciu lat, przecież potrafiłabym sobie zaparzyć herbatę. Zmęczenie i lenistwo wzięło górę, z uśmiechem wypiłam ciepły napój i w zastraszającym tempie pożarłam kanapki. Potem stwierdziłam, że wypadałoby się umyć, ale włączyłam telewizor i usiadłam na kanapie w salonie. Przypomniał mi się moment sprzed miesiąca. Kiedy do wagonów pociągu zaczęły wchodzić tłumy ludzi, inni chcieli się wydostać. My chcieliśmy się przenieść do innego przedziału, w naszym było strasznie tłoczno i gorąco. Wpadliśmy w pułapkę, zaskoczył nas rozszalały tłum, ludzie zachowywali się jak spanikowane stado, przepychali się, deptali po sobie, przewracali stojących obok nich innych pasażerów. Ja szłam z przodu, tłum na mnie naparł. Czułam okropny zapach potu, niepranych ubrań, o uszy obijały mi się wrzaski, czułam na sobie oddechy innych. Odwróciłam się, żeby ich zawołać, zobaczyłam gdzieś w oddali jego kapelusz. A może to nawet nie był on? Straciłam ich z oczu, a przed chwilą miałam ich koło siebie. Poczułam strach, szamotałam się pomiędzy rękami, które zaczęły mnie popychać. Nie miałam czasu nawet pomyśleć, wszystko trwało chwilę. W jedną krótką chwilę ich utraciłam. Czułam silne pchnięcie, upadłam, straciłam przytomność. Wtedy widziałam ich po raz ostatni – wyszeptałam. Obudziłam się, wtedy też zraniłam sobie głowę, leżałam na łóżku szpitalnym w korytarzu. Wokół kręciło się pełno pielęgniarek, pacjentów. Słyszałam ich jęki, jakieś pokrzykiwania lekarzy. Panował tu straszny chaos, przynajmniej ja tak to odbierałam. Wstałam z trudem i ruszyłam gdzieś przed siebie. Zauważyłam drzwi do damskiej toalety. Weszłam poczłapałam do kranu i obmyłam twarz zimną wodą, napiłam się i dopiero wtedy rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przy umywalce stała blondynka. Odwróciła się nagle patrząc na mnie podejrzliwie. - Lena! - Co ty tu robisz Tina? - A ty? Zwariowałaś! Musisz ze mną wiać, jak tu zostaniesz to cię złapią. Gdzie masz swoje ubrania - chwyciła za jakąś starą, białą koszulę nocną, którą miałam na sobie i która zresztą była na mnie za mała. - Nie wiem… - Jesteś tu sama? - Chyba tak – wymamrotałam. - Ubieraj się – podała mi getry i podkoszulek, który miała w swojej torebce i czapkę. Kiedy się przebrałam poszłam za nią do wyjścia, na szczęście nikt nas nie zaczepił. - Wiejemy – pociągnęła mnie za rękę i zaczęła biec. A ja za nią, nie myślałam wtedy logicznie, źle się czułam, zrobiłam wszystko co mi powiedziała. Kiedy przebiegłyśmy spory kawałek drogi podała mi butelkę z wodą i usiadła na ławce. - Pij, marnie wyglądasz – powiedziała opierając swoje łokcie na oparciu. - Co ty w ogóle wyprawiasz – zapytałam, kiedy w końcu zaczęłam jasno myśleć, - Jak to co, ratuje cię i siebie też – bąknęła. - Co? - No pomyśl! Złapali by cię, nie masz przy sobie dokumentów, jeszcze ta cała historia z twoim ojcem. - A ty co tu robiłaś? - Przyszłam do Iwony, to narzeczona mojego brata, pomogła mi znaleźć mieszkanie. A ty co tu robisz – spojrzała na mnie ciężko oddychając. Nie chciałam przypominać sobie tego wszystkiego, wyłączyłam telewizor i wróciłam do łóżka. *** - Oni wiedzą, że tu jesteś. Nie możemy tutaj zostać ani chwili dłużej – potrząsnęła mną Tina, kiedy wieczorem Iwona gdzieś wyszła. - Skąd jesteś taka pewna – spojrzałam na nią sceptycznie. Szczerze mówiąc zgadzałam się z nią, ale tutaj pierwszy raz od kilu tygodni miałam dach nad głową, spałam w ciepłym łóżku i jadłam kiedy chciałam. - Mówiłam Ci, że ktoś mnie śledził, potem napadli na ciebie. Wiktor da mi samochód, wyjedziemy stąd jutro. - Zwariowałaś – skrzywiłam się, bo zabolała mnie rana na głowie, która się odnowiła – nie pojadę w takim stanie. Spojrzała na moją głowę i skrzywiła się: - Jak chcesz, ale pomyśl, że narażamy też Iwonę. Po spotkaniu Tiny w szpitalu znalazłam się razem z nią w mieszkaniu brata Iwony, Wiktora. Miał małe mieszkanie nad warsztatem, który prowadził ze swoim wujkiem. Był dla nas miły i nam pomagał, ale nie wiem czy tak bardzo bezinteresownie, bo podkochiwał się chyba w Tinie. Zresztą ona nie miała jakoś oporów ze spaniem z nim w jednym łóżku. Tak więc ja spałam pod oknem wychodzącym na plac warsztatu, na rozwalającym się, rozkładanym fotelu, a oni na szczęście na drugim końcu pokoju na kanapie. Nie miałam ochoty wysłuchiwać, zasypiając wieczorem, odgłosów całowania się, lub jeszcze innych rzeczy, o których wolałam nie myśleć. Codziennie włóczyłyśmy się po mieście szukając pracy, której nikt nam oczywiście nie chciał dać bez jakichkolwiek dokumentów, no chyba że proponował nam ją jakiś obleśny typ w uliczce rozkoszy, jakich było tam wiele. Wieczorami chodziłyśmy razem z Wiktorem i jego znajomymi do barów. Nudziłam się tam, tamci ludzie nie mięli żadnych planów na życie, najważniejsze było żeby napić się wódki i zapalić dobre papierosy, które sprzedawali na czarnym rynku. Zresztą ja też w tym momencie nie miałam żadnych planów, nie miałam pojęcia co mogę zrobić. I kiedy właśnie wracałam dobrze po północy z baru i rozmyślałam jak to będzie nie zauważyłam dwóch wielkoludów stojących w bramie, która prowadziła do warsztatu. Jeden złapał mnie i wykręcił mi ręce do tyłu drugi coś wrzeszczał i zaczął mnie przeszukiwać. Nagle obok uliczki przejechał jakiś samochód oświetlając nas. Pchnęli mnie na ścianę i uciekli. Spadając uderzyłam chyba o jakiś kamień czy pręt. Potem znaleźli mnie Wiktor i Tina. I ciągle to powracające pytanie, co teraz? Żeby coś osiągnąć musiałam mieć plan, tylko jaki? Nie miałam pieniędzy na podróż, nie wiedziałam nawet gdzie miałabym jechać. Do domu na pewno nie, przecież właśnie stamtąd uciekłam. Zresztą, czy tam był nadal mój dom? A może odnaleźć ich? Tylko jak stąd wyjechać, bez pieniędzy, dokumentów, jedyne co miałam to wytarte getry od Tani, gruby sweter za duży o dwa numery, trampki i bransoletkę z drewnianych koralików. W pociągu miałam plecak, był w nim najbardziej prozaiczny podręczny bagaż, jeden podkoszulek, trochę jedzenia, zeszyt, w który wcisnęłam fotografie rodzinne bez wiedzy matki. Mieliśmy wszystko zostawić w mieszkaniu, ale nie mogłam się powstrzymać. Pewnie wtedy gdy mnie tak poturbowali to wszystko rozsypało się pod tory, albo ktoś to rozkradł. Miałam tylko te drewniane koraliki, którymi bawiłam się zasypiając. Dostałam je od niego, czasem nawet przytykałam je do ust, żeby przypomnieć sobie jego zapach, co przecież było niemożliwe, ale ja tak bardzo chciałam poczuć go przy sobie. Teraz miałam zdecydować, czy wyjechać razem z Tiną, czy zostać tutaj, a to miejsce nie było ani moje, ani bezpieczne. Tylko, że kiedy Iwona się mną opiekowała czułam, że ktoś się o mnie troszczy, jakbym miała tutaj bliską osobę. A w tym momencie było mi to bardzo potrzebne, tylko, że tak naprawdę byłam sama. *** Trzy dni później byłyśmy spakowane i wsiadałyśmy do samochodu Wiktora. Iwona kupiła nam trochę ubrań i dała jakieś pieniądze na jedzenie. Usiadłam na miejscu obok kierowcy i odwróciłam się żeby zobaczyć gdzie jest Tina. Stała objęta z Wiktorem, zauważyłam jak bardzo mu jest przykro, że jedzie, jej twarzy nie widziałam. Wcisnął jej coś w dłoń i otworzył jej drzwi do środka. - To dla ciebie – rzuciła mi coś na kolana. - To dowód – spytałam. - Tak, przejrzyj sobie żebyś wiedziała jak się nazywasz. Dzięki za wszystko, odezwę się – pocałowała Wiktora w policzek i zamknęła drzwi. - To gdzie jedziemy – spytałam. - Do jakiegoś miasta gdzie znajomy Wiktora ma nam załatwić prace. - Jaką? - Nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil cat-claw
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…