"Podwójna siła" rozdział 3
Życie jest niesprawiedliwe dla Matuesza Thaviol (i zapewne dla was też). Kolejne poprawki mojej powieści dla młodzieży (niestety już ocenzurowanej). Serdecznie zapraszam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
3. Blokada Lin powoli mieszała składniki roztworu. Była podenerwowana, bo jak zwykle alchemik nie wytłumaczył jak sporządzić eliksir pigmentowy. To znaczy, wytłumaczył, ale w sposób wyjątkowo niejasny i zawiły, dodając przy okazji mnóstwo anegdotek z własnego życia, niekoniecznie związanych z tematem. Niestety, mistrz Twardowski należał do tego denerwującego typu nauczycieli, którzy, mimo że doszli do najwyższych godności, kompletnie nie potrafili przekazać swej wiedzy dalej. Traktowali uczniów jak kolejną komisję egzaminacyjną, która doskonale wiedziała, o czym oni mówią. Tacy mistrzowie są bolesnym wrzodem w każdej porządnej placówce. Sami mają tytuły, tysiące prac naukowych, a ich uczniowie wypadają coraz gorzej w różnych państwowych i niepaństwowych egzaminach. Przy tym zwolnić ich nie można, bo są przecież profesorami mianowanymi. A poza tym była jeszcze jedna sprawa… - A ja myślę, że on to zrobił! – Wyraziła swoje zdanie Elwira. Trzy klasowe metalki nawet nie zadały sobie trudu przygotowania probówek czy składników. Ich młode umysły zaprzątały ważniejsze problemy. - Wyszedł z niego kawał chama – mruknęła Koch. – Mój Specu nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Opowiadałam wam, że wkrótce dostanie awans?
- Wiele razy – jej przyjaciółki, czyli Elwira i Kanichia, wybuchły śmiechem. - Po powrocie do domu prawie nie wychodziłem z kibla – do koleżanek dołączył się Mayr. – Robiłem rzyg za rzygiem! - Na mnie mama w ogóle nie krzyczała – pochwaliła się Kana. – Była bardzo wyrozumiała. Położyła mnie do łóżka i nic nie komentowała. - Fajną masz matkę – mruknęła Elwira. – Moja strzeliła mi godzinny wykład. A mnie tak głowa męczyła. Jeszcze mnie trochę boli. - Ale to podobno nic z tym, co się działo w domu Nutrii. Mój Brzydal mieszka niedaleko i wczoraj mi powiedział, że jej matkę było słychać w całym drzewie. W Szmaragdowym Lesie zamiast betonowych budynków są wielkie, grube drzewa, które służą elfom za mieszkanie. - Eee – Mayr machnął ręką – gdybyście widziały moich starych. Ci dopiero się wkurzyli! Aż żałuję, że film mi się nie urwał. Ale niestety, musiałem ich słuchać. Znaczy, nie słuchałem ich – dodał szybko patrząc ostrożnie na koleżanki. – W telewizji leciało akurat „Śmierci w twarz”. Mój kolega… - i Mayr przeszedł na swoje ulubione tematy, czyli opowiadanie, jak któryś z jego kolegów popełnił samobójstwo. - Przepraszam mistrzu – odezwała się Enute, przyjaciółka Integry, dziewczyna Aramisa. Alchemik właśnie wracał z zaplecza, gdzie robił sobie kawę. W ręku trzymał dziennik. Widocznie ruszyło go sumienie i postanowił sprawdzić listę. - Tak? – Otworzył dziennik. - Może pan sprawdzić, czy numery czwarty, piąty, jedenasty i piętnasty mają zaznaczoną wczoraj nieobecność? Alchemik zerknął na odpowiednią stronę. - Wszyscy macie wczoraj nieobecności – stwierdził. – Z wykrzyknikami. - Naprawdę? – Enute aż wstała i przeszła się do biurka. - Ej, wszyscy mamy nieobecności! – Krzyknęła odkrywczo. – Bez możliwości poprawy. - Nieprawda – alchemik wodził palcem po kartce – numery szósty i szesnasty są zwolnione. - Szósty i szesnasty? – Enute pochyliła się nad listą, ale zaraz podniosła głowę. – A, Thaviol i Ivellios. Zandar zgiął się niżej nad ławką. - Dodałeś już dostatecznie dużo siarczanu potasu – mruknął Mat. Zan odstawił pojemnik z siarczanem potasu. Jeszcze raz dokładnie przeczytał instrukcję w podręczniku, ale nadal nic z niej nie rozumiał. - A ty Pieszczoszko nie mieszaj łez – Mat odwrócił się do Nutrii, której dwie wielkie łzy zawisły właśnie na czubku brody. Zdawała się go nie słuchać. Gdyby to od niej zależało, nie siedziałaby z Matem. Ale ławki w pracowni alchemicznej były trzyosobowe. Niestety dla Nutrii nie znalazło się miejsce w ławce z Moron, Dorą i Jeną, dlatego usiadła ławkę dalej, na nieszczęście z Mateuszem i Zandarem. Mat westchnął i własną dłonią otarł niebezpiecznie kumulujące się łzy. Nutria podskoczyła i spojrzała wściekle na chłopaka. Faktycznie, oczy miała bardzo szkliste i wilgotne. - Nie dotykaj mnie i nie praw mi morałów! – Krzyknęła wściekle wymachując palcem. – Nie masz prawa traktować mnie z góry tylko dlatego, że okazałeś się taki niespołeczny i … - Mówi się aspołeczny Pieszczoszko – Mat poprawił sobie nonszalancko włosy. Nutria już się nie odezwała. On nieustannie wytykał jej błędy i udowadniał swoją wyższość nad nią. Zawsze znalazł choćby najdrobniejszy powód, żeby ją skrytykować. Przeszkadzało mu, kiedy mówiła, robił niemiłe uwagi, gdy milczała. A jak czuł się szczególnie dobrze, mówił do niej „Pieszczoszka”. Nutria miała dość swoich problemów na głowie. Musiała pracować w figloraju, a wieczorem pomagać mamie. W dodatku miała osiemnaście lat, chciała się przede wszystkim bawić, być lubianą i kochaną. Jej przyjaciółki pozaliczały już paru chłopaków, a ona wciąż była samotna. To prawda, ubierała się w różne jasne kolory, wolała nosić sukienki niż spodnie i była niebieskooką blondynką (do tego elficzką), ale to nie znaczy, że była… głupia? Infantylna? Idiotka? Mat na pewno znalazłby na nią tysiąc określeń. Thaviol nie lubił jej szczególnie właśnie za to, że była elfką do szpiku kości. Taką rodem ze starych legend i baśni. Ale matka nieraz mówiła jej (gdy Nutria z wypiekami na twarzy opowiadała jej, co ostatnio zrobił i powiedział Mat), że Thaviolowie zawsze zadzierali nosa i nie dziwi się że skończyli z Hongami. Cóż, ciągnie swój do swego. - No ja nie wiem, jak to zrobić! – Jęknął Zan. Zwrócił błagalne spojrzenie zielono – niebieskich oczu na Mata. Ten uprzejmie zajrzał do probówek. Pociągnął nosem. - Mówiłem, żebyś nie przesadzał z siarczkiem potasu – mruknął. - Nie przesadzam – zdesperowany Zan opadł ciężko na krzesło i zwiesił głowę. – Nienawidzę alchemii! Nic nie rozumiem! Jakieś znaki, wzory, liczby! To gorsze od matmy! - Ja też jej nie lubię – Nutria uśmiechnęła się do ciemnego elfa. - Alchemia nie jest trudna – Mat potrząsnął głową. – Wystarczy nauczyć się około stu znaków na pamięć. Tylko. - Tylko?! – Zawtórowali Nutria i Zan. - A co z wzorami? - Co z tymi głupimi eliksirami? - Oj, do tego to trzeba mieć tylko intuicję – Mat ujął profesjonalnie pałeczkę i zmącił nią płyn w kolbie. Nutria i Zan wymienili spojrzenia. W tej chwili najchętniej rzuciliby się na Mata i zadusili gołymi rękami. Zresztą jak reszta klasy. - Kto chce dostać ocenę niech podejdzie do mnie z eliksirem! – Krzyknął alchemik. Nie miał za bardzo ochoty sprawdzać czegokolwiek. To ta dziwna krasnoludka Lin zmusiła go, udowadniając, że niedługo koniec roku, a oni jeszcze nie mają stopni. W ten sposób panna Otzed trafiła na drugą pozycję do zamordowania przez klasę, zaraz po Mateuszu. - Nie! – Nutria również opadła na krzesło. – Eliksiry pigmentowe są najgorsze ze wszystkich! Nic z tego nie rozumiem! - To jesteś lepsza ode mnie – pocieszał ją Zan. – Ja w ogóle nic nie kapuję. Język smoczy jest o wiele fajniejszy! - I runy! – Jęknęła z płaczem elfka. Mat powoli nalewał swój eliksir do trzech probówek. Wyszedł z ławki i przeszedł środkiem sali do biurka nauczyciela. - Mistrzu – oderwał alchemika od ciekawej lektury, za co został obrzucony kolejnym nienawistnym spojrzeniem. – To probówki z eliksirem moim, Zandara Ivelliosa i Nutrii Lafiflet. Alchemik niechętnie sięgnął po probówki i ustawił je na stojaku. Chwilę im się przyglądał, zastanawiając się, czy jest dziś mecz w telewizji. Wreszcie westchnął i przywołał do siebie długopis. - Które numery? - Szesnasty, szósty i… - Mat pochylił się nad dziennikiem – dziewiąty. Alchemik bez słowa postawił trzem osobom piątki i wrócił do czytania. Bardzo był ciekaw, czy Ramon skończy z Mikim i czy państwo Kowalscy się wreszcie pogodzą. BUM! To probówka Oniteusza wyleciała w powietrze. Wszyscy wybuchli śmiechem. Mat wrócił na miejsce do swoich zrozpaczonych kolegów. - Co dostałeś? – Wrzeszczał Valanthe z drugiego końca sali. Mateusz pomachał do niego otwartą dłonią. - Skubany – mruknęła Integra. - To niesprawiedliwe, że mu się wszystko udaje! – Enute miała zaciśnięte pięści. Aramis spojrzał na nią zaniepokojony. - Enute, dobrze się czujesz? - Nie – odburknęła wściekle. Zbierała się w niej niezwykle silna energia. Gdyby była demonem, mogłaby w tej chwili wywołać najgorsze męty czarnej magii. Aramis przytulił ją do siebie. - Cicho, cicho – powtarzał uspokajająco – Enute, proszę, uspokój się. - Nie uspokoję się, dopóki tego Elfiastego nie spotka coś złego! Zabrzmiał dzwonek. Klasa wstała i zaczęła się pakować. Wagros i Oni z pośpiechem czyścili stół po małej katastrofie. Lin wzięła dziennik od nauczyciela i jako pierwsza wyszła z klasy. Enute zarzuciła swój sportowy plecak na ramię i udała się do wyjścia. Gdy przechodziła obok ławki Mata, wściekłość sięgnęła szczytu. Gwałtownie odwróciła się i z całej siły uderzyła go otwartą dłonią w twarz. Elfiasty zatoczył się i wpadł na Zana. Nie spodziewał się tego. Jego policzek lekko spęczniał, żeby potem nabrać ciemniejszej barwy. Zewsząd buchnęły gromkie brawa. - I za to cię kocham – Aramis objął dyszącą ze złości Enute i wyprowadził z pracowni. - Nie powinnaś się tak unosić! – Mruknęła Integra, idąca z Valanthym tuż za nimi. Mat dotknął policzka. Szczypało jak cholera. Dziewczyna nosiła pierścionek, który dodatkowo spotęgował siłę uderzenia. W tej chwili Mat poczuł, jak zbiera w nim złość. Na oczach całej klasy! Coś takiego! - Mat, proszę! – Ktoś z tyłu gwałtownie szarpnął go za ramiona. Mateusz zaczął wpadać w demoniczną furię, która zazwyczaj kończyła się przywołaniem jakiegoś piekielnego upiora albo zniszczeniem wszystkiego, w przypadku siły złości Thaviola, w promieniu dziesięciu metrów. Na szczęście Zan w porę zauważył niebezpieczeństwo i sprowadził Mata z powrotem na ziemię. - Suka! – wydyszał Mateusz trzymając się za czerwony policzek. - W sumie to ty też nie postąpiłeś zbyt etycznie – mruknął Zan. Nie postąpił etycznie? A co niby przed chwilą było? Pomógł kolegom zdobyć dobre oceny! Pięknie została mu odpłacona chwila dobroczynności! Lekcja wywoływania i odpychania odbywała się na parterze, w dużej sali przypominającej boisko do koszykówki. Nie było w niej normalnych biurek, tylko podłużne ławy rozstawione wokół boiska. Wywoływanie i odpychanie, w skrócie „wio”, była to dość nietypowa lekcja, niewymagająca zbyt dużo teorii ani definicji. Ćwiczyło się na niej rzucanie zaklęć ofensywnych i obronnych. W czasie zajęć latały po klasie ogniste kule, spadały deszcze ostrych sopelków lodu a uczniowie wychodzili z pracowni poobijani i bardzo zmęczeni. Przywoływanie żywiołów i zmienianie ich w kule było głównie tematem w klasach pierwszych viertorium. Nie było to trudne, wymagało tylko skupienia i pewnej siły fizycznej. W ostatnich latach trytorium doskonalono tylko techniki rzucania lub wykonywano proste obliczenia na prawdopodobieństwo trafienia i lotu kuli. Jedna lekcja w tygodniu całkowicie wystarczała klasie IIIc o profilu językowo – przyrodniczym. Mistrzyni Mane Coon (zwana przez wszystkich Mańkutową) stanęła na środku sali, zwanym przez uczniów punktem G i zaczęła sprawdzać listę: - Delakroix? - Jestem! – krzyknęła Moron, zajęta mizianiem się z Oniteuszem. - Dynastar? - …i właśnie kiedy podciął sobie gardło… - Mayr Dynastar! - A! – troll zwrócił podniecony wzrok na Mańkutową – Obecny! Więc kiedy poderżnął sobie gardło… - i wrócił do swojej makabrycznej opowieści. - Reg? Wagros Reg zajęty był łaskotaniem Dory. Mańkutowa westchnęła i zaznaczyła obecność. - Enute Grif? Enute uspokajała się w ramionach Aramisa. - Inififi? - Jestem, jestem… - Aramis głaskał Enute po głowie. - Ivellios? - Obecny! – Zan siedział, jak zwykle, koło Mata. - Jagen? Dora, pomiędzy jednym wybuchem śmiechu a drugim, krzyknęła, że jest. - Kapriska? Kanichia poważnie pokiwała głową. Śmierć kuzyna Mayra to nie żarty! - Lafiflet? - Jestem – Nutria bezmyślnie bawiła się białoróżową bransoletką z korali. Wciąż przeżywała wczorajsze kazanie mamy i tę dzisiejszą odprowadzkę do szkoły. - Mobińska? Elwira pomachała nożem, zaczerwieniła się i szybko schowała nóż za siebie. Chciała tylko udowodnić Mayrowi, że nie da się zabić podcinając sobie skórę za uszami. - Niecałek? - Obecny! – Valanthe wyprostował się dumnie. - Otzed? - Też obecna – mruknęła Lin znad kroniki klasowej. Od czasu do czasu zerkała na Zana, zastanawiając się, czy porozmawiać z nim, czy nie. - Pówe? Koch usłużnie użyczyła swojej skóry za uszami, aby Elwira mogła udowodnić swoje racje. Nóż wyrwał się z ręki ciemnej elficy i przeleciał przez klasę wprost w wyciągniętą dłoń mistrzyni. - Zgłosisz się do mnie po lekcji – mruknęła Mańkutowa zapisując coś w dzienniku. – Przylas? Oni na chwilę oderwał się od Moron, żeby krzyknąć, że jest. - Sanelainschaft? – po tylu latach nauczyciele wreszcie nauczyli się poprawnie wymawiać imię Integry. - Thaviol? Na wszystkich nieszczęście: - Jestem! I nie zamierzał opuszczać klasy aż do końca roku. - I Vilarska? - Czemu ja nie mam chłopaka? – Jena z całej siły walnęła romansem dla nastolatków w ławkę, że aż Nutria podskoczyła i spojrzała na przyjaciółkę. Mańkutowa zerknęła na nią spod grubo wymalowanych rzęs. - Ty też się do mnie zgłosisz po lekcji. Jena prychnęła wściekle. - Ja też nie mam – mruknęła Nutria. Przyjaciółka nie skomentowała tego faktu. Prawdopodobnie nawet tego nie usłyszała. To było naturalne, że Nutria nikogo, poza nimi, nie miała. Kto by taką zdziecinniałą idiotkę chciał? Mistrzyni kazała uczniom zejść z ławek i ustawić się w rządku na białej linii. Następnie przeszła się między nimi zakładając czarne, lekko podniszczone bransolety. Były to blokady zmniejszające moc wystrzelającą z palców do 100W. Miało to ograniczyć liczbę poturbowanych uczniów. Wprawdzie raz po raz odzywały się głosy, że zmniejsza to zdolności uczniów i nie pozwala im się rozwijać w tej dziedzinie, ale dyrektorka publicznego viertorium i trytorium w Tilt miała to szczerze gdzieś. Wolała kłócić się z przeambicjowanym rodzicami niż przepraszać za śmierć kilku uczniów. - Na jednym z egzaminów końcowych wymagane będzie przeprowadzenie krótkiej, stymulowanej walki – mówiła Mańkutowa. – Walczycie parami, z blokadami i wolno wam użyć do trzech rodzajów broni białej o stępionym ostrzu i dowolną ilość zaklęć ofensywnych i defensywnych. Obsługi broni białej uczycie się na wf – ie. Od tej lekcji będziemy przygotowywać się do walk w parach. Zaraz was podzielę i na mój gwizdek rozpoczniecie ćwiczenia. Przywołała do siebie kartkę papieru, przekopiowała na nią nazwiska z dziennika, zaklęciem podzieliła kartkę na siedemnaście części i wysłała do stojących w rządku uczniów. Mat chwycił swój kawałek papieru i przeczytał nazwisko. Valanthe Niecałek. Całkiem nieźle. - Hej, Elfiasty! – Valanthe machał do niego z ocienionej części sali. Mateusz wobec tego miał stanąć w samym słońcu. Stanął naprzeciwko elfa. Zmrużył oczy. - Zaczynaj! – krzyknął do przeciwnika. Sam zaczął oglądać blokadę. Miał do dyspozycji moc wartą 100W. Chyba tyle wystarczy, żeby zdjąć zwykłą, przetartą szkolną blokadę. - Nie, ty zaczynaj Elfiasty! Mat zaciął zęby. Zamruczał zaklęcie w języku ludzkim. - Hej, słyszysz mnie? Nic z tego. Mat skupił cały swój umysł i tym razem wypowiedział zaklęcie po smoczemu. - Nie dość, że Elfiasty, to jeszcze głuchy – Valanthe poprawił swoje idealnie falowane blond włosy. Jak to zdjąć? Mat wpatrzył się w bransoletę. Zniknęła cała sala, zniknęli uczniowie, zniknął Valanthe, nawet Nutria. Został tylko on i czarna, wytarta blokada. Jego dusza związała się z nią. W tej chwili byli niepodzielną jednością. Chłopak postanowił użyć ryzykownego zaklęcia rozdzielania używanego zazwyczaj przez samobójców, katów lub medyków do oddzielania pewnej części ciała od reszty. Jeśli uda mu się oszukać swój umysł, że on i bransoleta to jedność, może uda mu się oddzielić ją od reszty ciała. Operacja wymagała użycia zaledwie 80W, a jeśli się uda, Mat będzie miał do dyspozycji całą swoją moc. Powoli, dokładnie wypowiedział zaklęcie w starożytnym języku ludzi. Z radością obserwował, jak puszcza zaczarowana klamra i powoli zsuwa mu się z ręki. Wszystko natychmiast wróciło do normy. Mat zobaczył małą ogniową kulę lecącą w jego stronę. Zaparł się nogami i chwycił ją w obie dłonie. - Przybywajcie siły wszechświata – zamruczał – trzeba tu elfom skopać tyłki. Kula rozrosła się. Była teraz tak duża, że spokojnie mogłaby pochłonąć nawet dwóch Valanthych. - Leć i niszcz – mruknął ironicznie Mat wysyłając ją w stronę zaskoczonego elfa. Val stał w miejscu gapiąc się, jak wielka kula zbliża się w jego stronę. Gdy Mateusz nie odpowiadał na jego wołania postanowił zaatakować. Ale jakimś cudem udało się temu niedorobionemu elfowi złapać i w dodatku jeszcze powiększyć do tych rozmiarów pocisk przy zaledwie 100W? Valanthego zdjął strach. - Valanthe! – wrzasnęła przerażona Integra z drugiego końca sali. - Rusz się matole! Elf został gwałtownie zepchnięty z toru lotu. Lin zaparła się nogami i wystawiła ręce w pozycji obronnej. Mat na sekundę zawahał się, ale potem machnął na wszystko ręką. Nie mógł już odwołać kuli, a Lin nic się nie stanie, jak raz spali jej się tyłek. Kula uderzyła w krasnoludkę i pchnęła w tył. Mistrzyni dopiero teraz zauważyła, co się dzieje. Ktoś spróbował wyczarować siatkę, ale nie pozwoliła mu na to blokada. Lin wpadła na ścianę. Zawyła z bólu. Kula zaczynała ją przypiekać. Wszyscy krzyczeli, dziewczyny płakały, tylko Mat stał z boku i bez uczucia przyglądał się scenie. Mańkutowa biegła do wrzeszczącej Lin. Już wyczarowała sieć, zarzuciła ją na kulę i z całej siły odrzuciła od płaczącej dziewczyny. - Słuchaj mnie! – rozkazała w języku smoczym. Kula posłusznie zawisła nad boiskiem. Języki ognia wrogo wywijały się w stronę uczniów, wydając z siebie syki i trzaski. W klasie zrobiło się zupełnie cicho. Valanthe nadal leżał oszołomiony na podłodze. Mistrzyni wiedziała już, co zrobić. Podeszła wprost do Mata. Chwyciła go boleśnie za przegub prawej dłoni i pociągnęła gwałtownie do góry. Blokada bezwładnie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Psutki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…