Podwójny motyw
Komedia krymianlna, która nie ma raczej związku z rzeczywistością i odczytywanie jej w kategoriach prawdopodobieństwa może przynieść nieoczekiwanie złe skutki ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obrażona byłam śmiertelnie. Robert oczywiście udawał, że tego nie widzi. On mnie kiedyś doprowadzi do szaleństwa. Wakacje u jego mamusi na wsi niestety nie były szczytem moich marzeń. On mnie nawet nie zapytał o zdanie! Wrócił z pracy i zakomunikował, że jedziemy na dwa tygodnie na łono natury. Jak tylko natrafi się okazja, to zrobię wszystko, żeby tego pożałował.
- Jesteśmy prawie na miejscu. Nie bądź taka naburmuszona, bo mama tego nie lubi. Prychnęłam pogardliwie. Czy on zdawał sobie w ogóle sprawę z tego, że mnie nie obchodziło, co jego mama lubi, a czego nie!? Było mi to najzupełniej obojętne.
Zatrzymał samochód przed bramą i to oczywiście ja musiałam wysiąść i ją otworzyć. - Rozpakuj bagaże, a ja idę się przywitać – rzucił i pobiegł w kierunku domu, nawet się na mnie nie oglądając. Obdarzyłam go grobowym spojrzeniem i zrobiłam wojowniczą minę, jednak był to niepotrzebny wysiłek, bo przecież jego wzrok nie był na mnie skierowany ani przez chwilę. Zacisnęłam zęby i wzięłam z bagażnika torbę ze swoimi rzeczami. Resztę zostawiłam.
Rzuciłam teściowej zdawkowe „dzień dobry” i poszłam na górę. Nie znosiłam tego pokoju na poddaszu. Mieszkaliśmy tam przez dwa lata po ślubie i żadnych ciepłych wspomnień z tego okresu nie posiadałam. - Ale jestem zmęczony. Muszę się przebrać. Gdzie włożyłaś moje rzeczy? Mam nadzieję, że się nie pomięły. - Są w samochodzie – na moje słowa najpierw skamieniał, potem się zgorszył, a na końcu uśmiechnął. - Ależ kochanie, przecież cię prosiłem. To twój obowiązek – karcił mnie łagodnym tonem, a we mnie wzbierała dzika furia. – Przecież zależy nam na tym, żebyśmy byli dobrym małżeństwem. Wiesz doskonale, ze jako przykładna żona powinnaś dbać o mnie i o mój cały dobytek. Proszę cię, napraw teraz swoje niedopatrzenie i rozpakuj moje rzeczy.
Planowałam podczas urlopu naprawdę odpocząć i na pewno nie marzyłam o wakacjach z teściową. Ten pomysł zdecydowanie mi się nie spodobał i dlatego miałam już serdecznie dość tego, jak Robert mnie traktował. Ja tez miałam coś do powiedzenia. Nie chciałam na razie wszczynać kłótni, więc zeszłam na dół i skierowałm swoje kroki do samochodu. Po drodze jednak przyszło mi coś do głowy.
- Mamo, Robert prosił żeby pomogła mi mama zanieść to na górę. Strasznie ciężkie te jego torby – uśmiechnęłam się słodko i podałam teściowej jedną, pokaźnych rozmiarów walizkę. Kiedy doszłyśmy wreszcie na poddasze i stanęły przed obliczem mojego małżonka myślałam, ze wybuchnę śmiechem. Jego po prostu zamurowało ze zgorszenia. Nic jednak nie powiedział widząc mój daleki od serdecznego uśmieszek.
Rozpakowując te piekielne walizki byłam pełna podziwu. Mój mąż zabierał ze sobą sto razy więcej rzeczy niż ja. To był chyba ewenement na skale kraju. Ku mojej rosnącej irytacji Robert cały czas leżał na łóżku i niby od niechcenia spoglądał na to, co robiłam. Kiedy po raz szesnasty powtórzył, żebym równo rozwieszała jego spodnie i koszule, naszła mnie ochota, żeby rzucić w niego kryształowym wazonem. Byłoby to łatwiejsze niż przyznanie się, że specjalnie układam jego rzeczy w nieładzie.
- Iza, nie możesz tak byle jak układać moich podkoszulków, przecież nie będę miał co na siebie jutro założyć. Staraj się bardziej. Przecież wiesz, jakie to dla mnie ważne. - Kochanie wiesz przecież, że ty to robisz najlepiej, wiec może sam się tym zajmiesz? – zapytałam jakby od niechcenia, jednak on nie odpowiedział. - Poza tym znowu zrobiłaś mi i mamie przykrość. Jak mogłaś ja tak chłodno przywitać? Jak skończysz, zejdź proszę na dół i napraw to. Chyba nie zapomniałaś, jaka była dobra, gdy tu mieszkaliśmy.
To był najgorszy okres w moim życiu. Z pewnością nigdy go nie zapomnę. Dlaczego ja się dałam w to wszystko wciągnąć? Robert był inteligentny, czuły, romantyczny… Jednak lekceważył wszelkie moje pragnienia, wymagał ode mnie perfekcjonizmu w każdej dziedzinie, zwracał się do mnie zawsze tym swoim łagodnym, karcącym tonem. Musiałam być potulną żoną, pełną wyrozumiałości dla jego indywidualizmu. Przychodziło mi to coraz trudniej. - Izuniu, jak już przeprosisz mamę, to pomóż w jej w przygotowaniu obiadu. Wiesz przecież, ze powinna mieć cię cały czas pod ręką. Potrzebny jej ktoś, kto ją odciąży.
Nie odezwałam się ani słowem, bo byłaby to bardzo niecenzuralna wypowiedź. Miałam dość. Ja też byłam zmęczona i mimo wszystko łudziłam się, że podczas urlopu odpocznę. Robert miał jednak odmienne od mojego wyobrażenie o idealnym urlopie. Pozostało mi siedzieć cicho i cierpliwie czekać. Kiedy już, zgodnie z życzenie męża, pozmywałam po obiedzie i podałam kawę, mogłam przez chwilę zająć się sobą. Biorąc po uwagę to, ile miał on do opowiedzenia matce, mogła być to nawet długa chwila.
Postanowiłam wyjść na spacer. Nie znosiłam tego domu i byłam szczęśliwa znajdując się jak najdalej od niego. Idąc polnymi ścieżkami zastanawiałam się, czy wytrzymam te dwa tygodnie. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk mojego imienia. - Iza. Iza! Odwróciłam się i zobaczyłam wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę zsiadającego z roweru. - Nie mów, że mnie nie pamiętasz – zaczął zaczepnie. - Marcin? – rzuciłam zdziwiona. – Jak mogłabym zapomnieć? Co ty tutaj robisz? - Mieszkam, pracuję. - Od jak dawna? - Niecałe dwa lata – odpowiedział ubawiony tym przesłuchaniem.
Dwa lata… Czyli od czasu, kiedy ja się stąd wyprowadziłam. Trudno jest wyrzucić z pamięci takiego mężczyznę jak on. Mi się to prawie udało. Cztery lata małżeństwa z Robertem sprawiły, że nie miałam czasu ani energii na myślenie o czymkolwiek wykraczającym poza życie i karierę mojego męża. Poznałam Marcina, kiedy ja byłam na drugim roku studiów, a on na piątym. Przez jakiś czas byliśmy parą, jednak on skończył studia i wyjechał. Nasza znajomość się skończyła. Nie spotkaliśmy się już, ale często wspominałam miłe chwile, które razem spędziliśmy. - Teraz twoja kolej. Co tu robisz? - Jestem na urlopie – westchnęłam.
Moje słowa go przeraziły. Byłam zdenerwowana, więc wyolbrzymiłam pewne fakty i niestety za późno się zorientowałam, że uznał moje małżeństwo za patologiczne. Tego na pewno nie chciałam. Długo jeszcze spacerowaliśmy. Tyle było przecież do opowiedzenia. Dopiero kiedy zaczął zapadać zmrok, uświadomiłam sobie, ile czasu już minęło. Co tchu popędziłam do domu, nie zważając na Marcina.
Robert oczywiście się na mnie zawiódł, rozczarował się moją postawą i był głęboko dotknięty. Nie mogłam go po prostu słuchać, ale też nie miałam innego wyjścia. Nie byłam u siebie, żeby trzasnąć drzwiami i pójść dokądkolwiek. Kolejne kilka dni minęło mi bez większych emocji. Musiałam przytakiwać mężowi i pomagać na każdym kroku jego matce. Marzyły mi się prawdziwe wakacje. Takie, na których naprawdę się odpoczywa i ma się czas dla siebie.
Robert przez cały czas odbierał służbowe telefony. Ja oczywiście nie miałam prawa słyszeć ani słowa z tych rozmów. Poza tym absorbującym zajęciem miał jeszcze kilka innych. Między innymi odwiedzanie starych znajomych czy spędzanie długich godzin przy laptopie. - Cześć. Gdzie masz męża? – przywitał mnie Marcin, po tym jak już odnalazł mnie w warzywniaku za domem. – Nie chciałbym się na niego natknąć – dodał. - Bez obaw. Pewnie odświeża gdzieś swoje dawne znajomości – odpowiedziałam kwaśno. - Chciałem cię zaprosić na grilla, bo stwierdziłem, że powinnaś się stąd wyrwać. To jest propozycja nie do odrzucenia.
Wahałam się dłuższą chwilę. Robert mógł w każdym momencie wrócić. Mogłam przecież zaczekać i pójść z nim. Marcin nie pozwolił mi się jednak dłużej zastanawiać, za co byłam mu zresztą wdzięczna. Pojawiło się kilkoro jego znajomych. Bez problemu znalazłam z nimi wspólny język. Zabawa rozkręcała się w najlepsze. Kiełbaski i karkówka pieczone na grillu pachniały bardzo smakowicie. Rozmowom i żartom nie było końca. Tego mi było potrzeba.
Było już dość późno, kiedy wszyscy się rozeszli i zostaliśmy sami. Nie miałam ochoty wracać do domu. Pomogłam Marcinowi sprzątać, a potem usiedliśmy w salonie. Nie dało się tam nie zauważyć dużego zdjęcia w antyramie przedstawiającego roześmianą, drobną blondynkę. - Żona? – zapytałam zaintrygowana. - Narzeczona. Klaudia. Wyjechała. Byliśmy tylko parą starych znajomych, a jednak gdzieś tam w środku poczułam nieprzyjemne ukłucie. To moja fotografia mogła tam wisieć… Nie zepsuło to jednak cudownej atmosfery tego wieczoru. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, tyle straconego czasu do nadrobienia.
Do domu wróciłam kilka minut po północy. Teściowa jeszcze nie spała. Jej spojrzenia było najdelikatniej rzecz ujmując nieżyczliwe. Nie przejęłam się tym zbytnio. W stan totalnego osłupienia wprawiła mnie dopiero nieobecność Roberta. Gdzie on się mógł podziewać do tej pory? Dopóki się nie położyłam, nie czułam nawet jak bardzo byłam zmęczona. Postanowiłam odłożyć rozmyślania na temat męża do rana. Zresztą mogłam być pewna, że i tak by mi nie powiedział, gdzie był. Nigdy się nie tłumaczył. Najlepszym wyjściem z sytuacji było udać, że niczego nawet nie zauważyłam.
Spałam jak kamień do dziesiątej z minutami. Dopiero jakieś podejrzane dźwięki dochodzące z podwórza wyrwały mnie z tego błogiego stanu. Nieobecność Roberta skomentowałam wzruszeniem ramion. Ubrałam się i zeszłam na dół. Jak się okazało po moim mężu słych zaginął wczoraj po południu, o czym poinformowała mnie teściowa. Przy czym mówiła o takim tonem, że powinnam od razu paść na kolana i zacząć się bić w piersi, bo zamiast siedzieć i cierpliwe na niego czekać, to się gdzieś włóczyłam po nocach.
Jakby mi było mało wrażeń musiałam jeszcze jechać w pole grabić siano. Nie znosiłam tego. Wystarczyły mi sianokosy w domu rodzinnym. Gdyby nie Robert, to do wszystkiego miałabym inne podejście. Żeby nie narażać się na docinki ze strony teściowej, zajęłam się rozgarnianiem kopki po przeciwnej stronie łąki. Poruszałam widłami czysto mechanicznie. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że mi o coś zahaczyły. Myślałam, że to sznurek, albo jakaś folia. Pociągnęłam mocniej i moim oczom ukazały się zwłoki mojego męża.
Przez kilka sekund stałam nieruchomo, jakby nie pojmując całej sytuacji. Szybko jednak dotarło do mnie to, co widziałam i zaczęłam histerycznie wrzeszczeć. Teściowa i szwagier przybiegli natychmiast i oniemieli. Zugmunt wziął mnie pod ramię, odprowadził kawałek i posadził na ziemi. Nie byłam zdolna do wykonania żadnego ruchu. Wypowiadałam jakieś urwane, bezsensowne zdania, ręce mi się trzęsły, a z oczu płynęły strumienie łez.
Nie wiedziałam gdzie jestem, ani co się ze mną dzieje. Dookoła kręciło się coraz więcej ludzi, jednak nie rozróżniałam nawet ich twarzy. Słowa dochodziły jakby z oddali. - Iza! Iza! Popatrz na mnie! Iza! – Marcin złapał mnie za ramiona i potrząsną mocno. Dopiero wtedy spojrzałam na niego trzeźwo. – Zawiozę cię do domu. Wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą do samochodu. Nie docierało do mnie nic poza faktem, ze Robert nie żył. Mógłby mnie uprowadzić arabski szejk, a ja nawet słowem bym nie zareagowała. Było mi wszystko jedno. - Połóż się i prześpij. Porozmawiam z Czarkiem, żeby na razie cię nie przesłuchiwał.
Zostawił mnie samą i odjechał. Leżałam bez ruchu mając przed oczami zwłoki męża. Nie potrafiłam się pozbyć tego obrazu. W końcu zasnęłam szlochając do poduszki. Kiedy otwarłam oczy, był już wieczór. Rozejrzałam się zdezorientowana dookoła. Dopiero po chwili z całą siłą powróciły wydarzenia tego dnia. Łzy nabiegły mi do oczu. Wiedziałam, ze powinnam wstać, coś zjeść, wziąć prysznic, wyjść na powietrze, ale nie byłam w stanie tego zrobić. Opadłam z powrotem na poduszkę i próbowałam sobie wyobrazić moje życie bez Roberta.
Kiedy otrząsnęłam się z kilkudniowej apatii, uświadomiłam sobie, że chcę być jak najdalej od tego miejsca. Wszystkie złe wspomnienia wiązały się właśnie z tym domem. Gdybyśmy tutaj nie przyjechali, to na pewno nie zostałabym wdową. Wiedziałam doskonale, że mój mąż chciałby, żebym została i była podnóżkiem jego matki. W imię czego miałabym się jednak tak męczyć? Miałam jedyną i niepowtarzalną okazję, żeby zrobić Robertowi na złość.
Spakowałam swoje rzeczy i zniosłam je do samochodu. Było to pierwsze energiczne działanie, na które się zdobyłam od czasu tego tragicznego wydarzenia. Pożegnałam się chłodno z teściową i wyszłam przed dom. Postanowiłam zajrzeć jeszcze do Marcina. Gdyby nie on nie poradziłabym sobie z tym wszystkim, co mnie spotkało. - Iza, ty chcesz w takim stanie wracać do domu? Sama? Chyba nie muszę ci mówić, że pamiętam czasy, kiedy wyglądałaś i czułaś się znacznie lepiej.
Zdecydowanie nie byłam u szczytu formy. Zapadnięte, podkrążone oczy, przetłuszczone włosy, nienaturalna bladość i trzęsące się ręce. Byłam na skraju wytrzymałości. - Wejdź na chwilę. Nie myśl sobie, ze pozwolę ci prowadzić samochód. Odwiozę cię. Mocna kawa z dodatkiem koniaku postawiła mnie na nogi i przynajmniej w pewnym stopniu przywróciła trzeźwość myślenia. Siedząc na miejscu pasażera nie mogłam od siebie odpędzić myśli, że jeszcze tydzień temu jechałam w przeciwnym kierunku w towarzystwie męża. To wspomnienie było tak świeże… - Jesteśmy na miejscu – Marcin uśmiechnął się promiennie, zabrał moje rzeczy i jeszcze otworzył mi drzwi na klatkę.
Do tylu szarmanckich gestów na raz nie byłam przyzwyczajona. Wejście na trzecie piętro stało się nagle dla mnie wyczynem ponad moje siły i zapewne gdybym się głośniej poskarżyła, to Marcin wziąłby mnie na barana. - Zrobię kolację, bo przecież jak cię tutaj samą zostawię, to niczego nie tkniesz. - Zdaje mi się, ze napotkasz pewne trudności – powiedziałam uśmiechając się słabo, gdy on zaglądał do lodówki. - To ja pójdę zrobić zakupy. Masz na mnie czekać – rzucił z uśmiechem znikając w drzwiach.
Zanim wrócił i przygotował kolacje, zdążyłam wziąć kąpiel. Odświeżona i najedzona odzyskałam zdolność myślenia. - Co ty właściwie tam wtedy robiłeś? – zapytałam, a Marcin mimo wszystkich użytych przeze mnie ogólników, w mig pojął, o co mi chodziło. - Czarek po mnie zadzwonił, żebym stwierdził zgon. - Co?! – omal się nie udławiłam słysząc go. – O ile dobrze pamiętam, to jesteś weterynarzem. Czyżbyś się przekwalifikował? - Nie. Po prostu mamy czasem braki w kadrach. Stwierdzenie zgonu, to w końcu nie operacja serca – uśmiechnął się rozbrajająco, a ja poszłam w jego ślady. - Wiadomo coś na temat tego, co się stało? - Twój mąż został zastrzelony ze swojej własnej broni. Wygląda, wiec na to, że to on chciał kogoś zabić. Zadzwonię jutro do Czarka i powiem mu, ze jesteś tutaj. Na pewno nie omieszka wstąpić. - Tyle, ze ja jak zwykle nie mam o niczym pojęcia. To wszystko mnie przerosło. - Musisz odpocząć. Pojadę już. - O tej porze? Chyba żartujesz. Pościelę ci na kanapie – tym razem to ja nie uznawałam sprzeciwu.
Marcin był niezastąpiony. Rano podał mi śniadanie do łóżka. Dopilnował też żebym wyszła na spacer. Potem zawiadomił odpowiednie służby o mojej dyspozycyjności i odjechał. Taki facet to skarb. Żałowałam, że nie mogłam go przy sobie zatrzymać na dłużej. Siedziałam przed telewizorem, kiedy odwiedzili mnie panowie policjanci. Łudzili się, ze dowiedzą się ode mnie czegoś pożytecznego. Nie miałam serca ich uświadamiać w ich pomyłce. W końcu jednak sami zrozumieli. - Czy pani mąż miał jakichś wrogów – pytali z nadzieją. - Nie wiem. - Czy miał długi? - Nie wiem. - Jak układały się jego stosunki z współpracownikami? - Nie wiem. - Czy odbierał jakieś dziwne telefony? - Nie wiem.
W pewnym momencie, nie wytrzymałam i roześmiałam się. Policjanci spojrzeli najpierw na mnie, potem na siebie i rozłożyli bezradnie ręce. - Uświadomiłam sobie, jak to musi wyglądać, dla kogoś, kto nie znał Roberta i nie miał pojęcia o zwyczajach panujących w naszym małżeństwie – wyjaśniłam, kiedy udało mi się opanować wesołość. - Czy w takim razie jest coś, co wie pani o swoim mężu? – zapytali bezradnie. - Jedną rzecz. Był wcieleniem praworządności i uosobieniem cnót obywatelskich.
Ta informacja zdecydowania mijała się z ich oczekiwaniami. Co ja mogłam jednak na to poradzić? Opuścili mnie nieusatysfakcjonowani. Na ich miejscu czułabym na pewno to samo. Moje małżeństwo było bardzo specyficzne. Wiedziałam o Robercie tyle, ile sam mi powiedział. Miałam nie pytać, nie wymagać jego obecności w domu, nie dzwonić w godzinach pracy, nie wspominając o odwiedzaniu go w firmie. Jak ja to znosiłam?
Miałam nadzieję, ze pogrzeb będzie ostatnim nieprzyjemnym akcentem kończącego się urlopu. Zakupiłam nawet na tą okazję elegancką garderobę. Stypę przygotowywała teściowa, więc nie musiałam się niczym martwić. Nie musiałam nawet tam być, bo przecież znajdowałam się na skraju załamania nerwowego.
Na cmentarzu było mnóstwo ludzi. Połowy z nich nie znałam. Najbardziej zainteresowało mnie czterech mężczyzn stojących na uboczu. Wszyscy mieli czarne garnitury i ciemne okulary zasłaniające pół twarzy. Na początku pomyślałam, że to ktoś z firmy. Jakiś prezes z ochroną, albo ktoś w tym rodzaju. Próbowałam sobie uświadomić, jakie stanowisko zajmował Robert, ale nic poza tym, że ważne nie przyszło mi do głowy. Bardzo powoli zaczynało do mnie docierać, że on był dla mnie prawie obcym człowiekiem. Kiedy wszyscy złożyli mi już kondolencje i wyrazy współczucia i opuścili cmentarz, usiadłam na ławce przy sąsiednim grobie i ukryłam twarz w rękach. Ten dzień definitywnie kończył kolejny rozdział mojego życia.
Zaskoczona podniosłam wzrok, kiedy mężczyzna w czarnym garniturze, dał znać o swojej obecności. - Pani mąż był wspaniałym człowiekiem, to dla nas wszystkich ogromna strata – powiedział tonem, któremu daleko było do szczerości. - O co chodzi? – zapytałam sucho. - Proszę się nie denerwować. Chyba możemy porozmawiać w jakiejś przyjemniejszej scenerii, prawda? Nie mogłam mu odmówić. Byłam pewna, że ci trzej trzymający się w bezpiecznej odległości mieli pod garniturami ukrytą broń. Powoli docierało od mnie, kim oni są. Czego jednak mogli chcieć od Roberta, który był wcieleniem praworządności.
Pół godziny później siedziałem z panem Krausem, jak mi się przedstawił, w eleganckiej restauracji i popijałam mrożona kawę. Dwóch jego ochroniarzy zajmowało sąsiedni stolik, a trzeci został w samochodzie. Czułam się dziwnie osaczona. - Żałuję, że spotykamy się w tak nieprzyjemnych okolicznościach, jednak moje interesy tego wymagają. Pani mąż był na dłużny pieniądze. Jest to suma, nad którą nie mogę przejść do porządku dziennego. Liczę na pani współpracę. - Ja niczego nie rozumiem. Robert nigdy nie robiłby interesów z kimś takim jak pan – moje zgorszenie było tak autentyczne jak jego śmiech. - Nie tylko robił, ale tez zaczął je prowadzić na własną rękę. Inaczej rzecz ujmując zaczął mnie okradać. Powinna pani, dla własnego dobra ułatwić mi odzyskanie tych pieniędzy. Sądząc z reakcji, nie ma pani pojęcia o ich istnieniu. Radzę zacząć od testamentu. Szanowny małżonek na pewno takowy dokument zostawił – powiedział to tonem, który mi się nie spodobał. On wiedział znacznie więcej, niż mówił i wyraźnie go to bawiło. – Jeszcze się zobaczymy. Żegnam.
Zapłacił rachunek, skłonił mi się i wyszedł. Zjadłam wuzetkę, dopiłam kawę i okrężną drogą wróciłam do siebie. Samochód mi nie wybuchł, drzwi do mieszkania nie były wyważone, więc poczułam się bezpieczna. Nie wiedziałam co prawda, jakie niebezpieczeństwo mogłaby mi grozić, byłam jednak pewna, że takowe istnieje. Zrzuciłam z siebie żałobną garderobę, zmyłam makijaż i usiadłam w fotelu. Byłam wykończona. Próbowałam przyjąć do wiadomości, ze Robert współpracował z mafią. Prowadzenie ciemnych interesów zupełnie nie pasowało do wizerunku, który ja znałam.
Zasnęłam z myślą, że byłam oszukiwana przez cztery lata małżeństwa. Rano wstąpiły we mnie nadludzkie siły. Wypiłam kawę, pozbyłam się sentymentów i gotowa na wszystko wyruszyłam na poszukiwania hipotetycznego testamentu. Jako, że obce były mi wszelkie prawno – biurokratyczne zwyczaje, zrobiłam masę idiotycznych rzeczy, zmarnowałam mnóstwo czasu i energii. W moim wypadku proste i logiczne rozwiązania nie wchodziły w grę. Najbardziej krętą z możliwych ścieżek dotarłam wreszcie przed oblicze mecenasa Wielunia.
Jako wdowa uzyskałam dostęp do dokumentu, który rzeczywiście istniał. Szybko jednak tego pożałowałam. Cały majątek mojego męża, na który składał się samochód, pola i sad, akcje i obligacje oraz kilka kont bankowych, o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia, przypadał Jarosławowi Reklińskiemu, jego jedynemu synowi. Pan mecenas nie był upoważniony do udzielania mi szerszych informacji, więc pozostało opuścić jego kancelarię i w stanie długotrwałego szoku udać się w nieznanym kierunku.
Nie udało mi się na szczęście wpaść pod samochód lub w jakikolwiek inny efektowny sposób zakończyć swój marny żywot. Jakimś niepojętym sposobem dotarłam do lodziarni, gdzie zamówiłam mrożoną kawę i ogromną porcję lodów z bitą śmietaną i polewą czekoladową. W głowie miałam mętlik, więc żadne logiczne wnioski nie miały do mnie dostępu. Idąc niespotykanie okrężną drogą do domu uświadomiłam sobie, że człowiek, którego uważałam za uosobienie praworządności i jednostkę bez skazy na honorze, okazał się skończonym draniem, oszustem i w dodatku przestępcą.
Przez cztery lata traktowałam go jak bóstwo na cokole i nie śmiałam powiedzieć ani słowa, które mogłaby zranić jego dumę. Byłam na każde jego skinienie i każdemu, mówiłam, że mój mąż jest najwspanialszym mężczyzną na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil czarna27
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…