Wróć do katalogu

Pogromca Smoka cz. 5

Trzy próby kowala Regina

Areivien, opublikowano , 29 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Po raz trzeci gwiazdy na niebie wzeszły, A Sigurd ciągle trwał w nurcie kaskady. Już wszystkie myśli od niego odeszły, Że widział tylko zalety i wady. Niestety drugich było dużo więcej, Bo kosztowały znacznie mniej poświęceń. Łatwiej było znaleźć namiastkę dobra W zagorzałej walce – o co – nieważne. Ważne by walczyć zaciekle jak kobra, Że to ja pierwszy mego wroga zarżnę. Rycerz z łatwością przystał na tę drogę. Nie przeszkadzały mu zasady srogie. I tak się staczał idąc wciąż pod góry Wśród pojedynków, bitw, kłótni i waśni. I kiedy na szczycie osiągnął chmury Sam był już na dnie najgłębszej przepaści. Słońce zniknęło, czerń błękit wchłonęła, A z każdego cienia groza wionęła. Wtem ujrzał strasznego smoka przed sobą, A minuta strachu stała się dobą. Bestia szarżowała wprost w jego stronę, A on niczego nie miał na obronę. Nie było wiary, zasad ni honoru, Które hamują ataki potworów. Miecz wydał się słaby – bezużyteczny, Bo smok był przecież taki niebezpieczny. Nie było skąd wezwać żadnej pomocy Przeciw zbliżającej się śmierci nocy. Sigurd w beznadziei na miejscu swym stał I na nieuchronne w przestrachu czekał. I bestia w końcu do niego dotarła, Ale w żadnej walce się z nim nie starła. Miast tego stanęła nad nim wyniośle. Mówiąc z pogardą: „Zdrajcom śmierć pisana! Ja ciebie skazuję na potępienie, Ale do piekła to nie ja cię poślę, Ponieważ mój los się dzisiaj dokona.” – Po czym zginęła przez coś rozszarpana, A trup jej runął z łoskotem na ziemię. Lecz to nie był koniec życia demona: Ze ścierwa wyleciał bies mroczny i zły, Który uczynić może złego wiele, A z cielska został tylko nagi szkielet, Szczerzący jedynie obnażone kły. Duch natomiast wniknął w Sigurda ciało, Który się poczuł od tego nieswojo, Jakby coś od wewnątrz go rozsadzało. I najodważniejsi się czegoś boją. Sigurd zaś poznał swą największą grozę, Bo zaczął przechodzić metamorfozę: Pod skórą twarda łuska wyrastała, A sama skóra pomału czerniała. Palce rozrastały się w długie szpony, W żyłach krążyła zburzona posoka. Koniec wydawał się nieunikniony: Sigurd powoli zamieniał się w smoka! – Tu przerażony ze snu się obudził By się przekonać, że wciąż jest człowiekiem, Co było najlepszym na nerwy lekiem. Bo gdyby wodospad go nie ostudził I on nie siedział w lodowatej wodzie, Byłby zapewne rozgorączkowany I może także zlany zimnym potem. Lecz ponieważ trwał w przenikliwym chłodzie I był wytrzymałym i dumnym Gotem, Stał się już na tyle zahartowany, Że wobec wszystkiego trwał niewzruszony, Pomimo, iż siły miał nadwątlone. Teraz natomiast już uspokojony Spoglądał na gwiazdy na nieboskłonie, Aby dowiedzieć się która godzina I ile jeszcze mu przyjdzie wytrzymać. A że do świtu było niedaleko Nie musiał już długo zmagać się z rzeką. Rycerz pokrzepił się tym stanem rzeczy, Ponieważ teraz nikt już nie zaprzeczy, Że wyszkolenie ma wystarczające By tego ranka znów zobaczyć słońce. Mimo iż wielki głód trzewia mu trawił, A on był z kolei bardzo zmęczony, Sigurd miał pewność, że da sobie radę – Wśród jego myśli ta myśl była jadem, Który zatruwał logiczne myślenie. I mógł go skazać na niepowodzenie. Na szczęście Sigurd się mądrze zachował I nad obsesją w porę zapanował. I kiedy już nadszedł brzask upragniony, Sygnalizujący koniec czekania, Razem ze słońcem Regin się pojawił Obwieszczając koniec tego zadania: „Wybacz młodzieńcze, chyba źle zrobiłem, Że twoich talentów nie doceniłem. To, że nie zmarzłeś tu do szpiku kości Świadczy niezbicie o wytrzymałości. Lecz przejście próby lodowatej wody Znaczy, że również masz rozsądek zdrowy. Wielu przed tobą wpadało w kłopoty Jedynie z powodu własnej głupoty. Bo gdy poczuli, że nie dają rady Zamiast natychmiast wyjść z nurtu kaskady, Rozpalić ogień, wysuszyć ubranie, Postanowili wziąć na przetrzymanie. I tak wytrwali minutę, godzinę, Poranek i wieczór i dzień następny. I gdybym nie przyszedł ich ciał pochować Trwali by dalej aż do końca świata. Do dzisiaj się trochę za śmierć ich winię, Bo zgon mieli cichy, nieco posępny. Ale to oni mieli zdecydować. Tam była głupota, nie było kata. Lecz cię zajmują teraz inne sprawy. Potrzebujesz ciepła, gorącej strawy. Chodź ze mną do chaty poodpoczywać. Przy ogniu kominka czeka na ciebie Pieczona sarna, grogu butelczyna. W domu bardzo szybko dojdziesz do siebie.” – Sigurd zamiaru nie miał protestować, Więc poszedł z nim siły zregenerować.

Nazajutrz po próbie przy wodospadzie Regin pojawił się z samego rana I na samym wstępie rzekł do młodziana: „To, co zrobiłeś wczoraj przy kaskadzie, Do twego celu zbliżyło cię snadnie, Lecz by otrzymać miecz, którego pragniesz Musisz jeszcze jedną próbę zaliczyć. Przed tą jednak próbą nie musisz ćwiczyć - Istotą próby jest opanowanie. Lecz nie jakichś technik albo fechtunku, Ale po prostu twych sprzecznych emocji. Tak trzeba wygrać, nie ma innej opcji. Jeśli zawiedziesz, nie będzie ratunku, Więc dobrze kontroluj swe zachowanie. Więcej powiedzieć ci teraz nie mogę. Chodź, bo musimy już wyruszać w drogę. Chyba, że nie chcesz brnąć dalej do celu? Nie chcesz – zrozumiem, nie musisz się wstydzić. Próba jest trudna, nagroda odległa. Młodych, odważnych było bardzo wielu, A większość z nich dawno w próbach poległa. Jeśli zrezygnujesz, nie będę szydzić” – Kowal argumenty swoje podawał I czekał reakcji u towarzysza. A gdy ją zobaczył doznał zdziwienia: Nie było zapału ni oburzenia, Jakby młodzieniec tych słów nie dosłyszał. (Takie właśnie rycerz sprawiał wrażenie, Bowiem czas mijał, on nie odpowiadał.) W końcu Regin popadł w zniecierpliwienie: „Chodź, albo zostań – nie mogę cię zmuszać, Ale decyduj, bo musimy ruszać!” Sigurd wstał z miejsca niezwykle ospale I w milczeniu poszedł wraz za kowalem. Coś się w nim zmieniło po drugiej próbie… Lecz mimo, iż patrzył trzeźwiej na życie, To dalej wędrował ku swojej zgubie, Ku straszliwej śmierci w szponach Favnego, Ku pogrążeniu się w wiecznym niebycie. Albowiem nie miał złudzeń co do tego, Że w walce z tą bestią szanse ma nikłe I go ocalić już jedynie mogą Nieprzewidziane wypadki niezwykłe. Acz rycerz ciągle stąpał pewną nogą, Wierząc, że ten miecz jest losów odmianą, Cudowną bronią przez bogów zesłaną, Która pozwoli jemu – Sigurdowi Pokonać wszechwładne zło z Gnitahei I przeciwstawić się złemu smokowi, By przywrócić ludziom resztki nadziei. Tymczasem droga ku górze skręcała I ku mrocznym szczytom znów podążała. Szli ciemnym borem wśród zimowej ciszy Do małej kotliny, nieznacznej niszy Pomiędzy dwoma wielkimi górami. Tak wędrowali tymi dolinami. Przeszli obok znanych im wodogrzmotów, Gdzie Sigurd się zmagał z drugim zadaniem, Ciesząc swe spojrzenia pięknem widoków, Które przed nimi się rozpościerały – Niepowtarzalnym wiosennym świtaniem. Ale te chwile niezbyt długo trwały: Szybko minęli miejsca malownicze I weszli w rejony gór niedostępne, Gdzie wszystko było mrozem nadal ścięte. Nim słońce zdążyło stanąć w zenicie Dotarli wreszcie do celu podróży: Mrocznej jaskini w granitowej skale, W której można znaleźć hańbę lub chwałę. Ponieważ marsz długi ich bardzo znużył Odpocząć przed próbą postanowili. Więc rozpalili przed grotą ognisko I resztkami strawy się posilili. Usiedli przy ogniu i się ogrzali, Bowiem w czasie drogi poprzemarzali. Kiedy po kwadransie zjedli już wszystko Nadeszła niezręczna chwila milczenia, Której każdy z nich pragnął zakłócenia. W głowie Sigurda siedziały pytania, Lecz ciągle obawiał się ich zadania. Jednak mógł liczyć na kompana swego – Ten przerwał milczenie i rzekł do niego: „Teraz cię czeka próba ostateczna. Ona jest najbardziej z nich niebezpieczna. Bo tak jak wcześniej narażałeś ciało, Tak tu coś innego będzie czekało. Bo gdy się zapędzisz w jaskini głuszę Możesz bezpowrotnie stracić swą duszę. I przez wieczność będziesz oglądał stale Ciało więzione w lodowym krysztale. I będziesz przeżywał straszliwe męki . Lecz nigdzie nie dotrą twe płacze, jęki. Gdy będziesz tam schodził, dojrzysz kontury Tych, którzy znoszą te straszne tortury. Te biedne cierpiące rycerzy cienie Są teraz skazane na potępienie. Nic im nie pomogło, pomóc nie może. Aby to przetrwać zaufaj pokorze. Przeciwnik w próbie to drugie oblicze Twej duszy, na którą światło cień rzuca. Ono nienawidzi mocno, acz skrycie. Żadnej metody zemsty nie odrzuca. Ono woli umrzeć w mękach wraz z tobą Niż patrzeć jak cieszysz się swą nagrodą. W tym celu spróbuje twój umysł zmącić I skołowanego w otchłań zła strącić. W tym pojedynku miej się na baczności, Aby przypadkiem nie poddać się złości. Bo nawet, jeśli zniszczysz wroga swego, To szybko się sam przemienisz w takiego. I część twojej duszy będzie stracona, A próba zostanie niezaliczona. Wiedz też, że Regin się o ciebie boi, Gdyż jesteś pierwszym, który tutaj stoi. Reszta odpadła już przy wodospadzie. Idź oraz pamiętaj o mojej radzie…” Sigurd w milczeniu odkiwnął mu głową, Zapalił żagiew i wszedł w zacienioną, Odludną jaskinię, wiejącą grozą, Z której zazwyczaj ludzie nie wychodzą. Im schodził niżej, tym mróz większy chwytał I już po chwili zębami wręcz zgrzytał, Nie tylko wskutek zewnętrznej zmarzliny, Lecz także z innej, wewnętrznej przyczyny. Powoli się jednak już przyzwyczajał I sukcesywnie strach w duszy mu tajał. I chociaż groziły mu odmrożenia, To w sercu stopniały wszystkie zwątpienia. Wiedział już po co przybył do tej nory I czekał już tylko sposobnej pory, By dać ostatni dowód swej sprawności, Dobroci serca i duchowej mocy I wyniesionym zostać do godności Strażnika miecza Zakonu Północy. Tymczasem ściany śnieg zaczął pokrywać, A wiatr chciał z ręki pochodnię wyrywać. Przeciągi były wprost niesamowite, Aż ciałem młodzieńca dreszcze wstrząsnęły, Pomimo, iż było szczelnie okryte. Mijał też postacie, które zasnęły Gdzieś na tej drodze, już dawno w przeszłości. Obecnie lód skuwa ich suche kości. Rzeźby o twarzach w śnie półuśmiechniętych Służą za „ozdobę” tych grot przeklętych. Zaś temperatura stale spadała, Gdyż już wspomniana powłoka firnowa W lustra lodowe się ciągle zmieniała. Rzecz także niezwykła – dla oczu nowa – To oświetlenie tychże korytarzy. Bo chociaż pochodnia ledwo się żarzy, W jaskini bije jak przy zorzy łuna, Lub wygasający błysk od pioruna. Wreszcie i pochodnia całkiem dogasła I Sigurda trwoga koszmarna naszła Od widoku knota znikającego. Zanim do mroku zalegającego Oczy rycerza się przyzwyczaiły, Ściany jeszcze bardziej się rozjaśniły. Zaraz ulotniło się przerażenie I jego miejsce zajęło zdumienie, Gdyż młodzieniec ujrzał wspaniałą salę, Prawie jak do balu przygotowaną, Po obu stronach udekorowaną Przez grube jak drzewa lodowe pale. Sufit pokrywał las lodowych sopli Powstałych niegdyś z zamarzniętych kropli, A teraz dla ludzi stojących w dole Wyglądających niczym żyrandole, Bowiem błyszczały jak cmentarne znicze, Rzucając w grotę światło tajemnicze. Rycerz się zbliżył do okolumnienia I wtedy od razu doznał zdziwienia: Między każdymi dwoma kolumnami Zobaczył lustra z niby-odbiciami. Z daleka zmętnione, martwe i ślepe, Tak, że w ich wnętrzu nic się nie widziało. Lecz kiedy zbliżyłeś swe ludzkie ślepie, To się natychmiast w nich ukazywało Coś, co sensowi wszelkiemu przeczyło, Bo przecież tam tego wcale nie było. W każdym z tych zwierciadeł tkwiło odbicie, Jakiegoś człeka – maga, wojownika. I w każdym z nich tliło się jakby życie, Lecz pewnym było, że ono zanika. Młodzian tak zwiedzał herosów aleję I zauważył, że wiatr już nie wieje. Że wręcz przeciwnie, że poczuł gorąco, Tak, że już wręcz nie mógł oddechu złapać, A w tle zaczęła woda z sopli kapać. Wtem stwierdził, że zmysły się jego mącą. Bo oto ujrzał coś tak okropnego, Od czego włosy na głowie stanęły, A nogi same się przed tym cofnęły. Lecz niestety ujrzał coś prawdziwego. Oto w jednym z luster więźnia nie było, Albo jakiś dziwny mrok go zakrywał. Więc młodzian się bardziej niż zwykle zbliżał. A gdy już podszedł, zrobiło się widno I w jednej z tych tafli się pojawiło O jego wyglądzie zaklęte widmo. Ten drugi Sigurd od dawna już czekał I teraz się niby lekko uśmiechał. Wtem lustro przeszły jakby zamazania, A cień się odmienił nie do poznania. Oczy miał szkliste, szeroko rozwarte, Skórę jak trup bladą, odzienie zdarte. Fioletowe usta grymas wykrzywiał I tymi ustami potwór go wzywał! Sigurd chciał uciec, tak był przerażony, Lecz wtedy spostrzegł, że jest otoczony. Upiory wyszły z swych lodowych celi I ci wrogowie krwi jego łaknęli. Nie widząc wyjścia z tego położenia Postanowił walczyć do upadłego, Dopóki nie zniszczy z nich ostatniego, Bo teraz już nie miał nic do stracenia. I albo pokonać wszystkie demony, Albo od nich przyjąć zgon zasłużony. Tedy się rzucił ku przeklętym duchom I mimo, iż było ich znacznie więcej, Nie były w stanie sprostać jego ruchom – Na ziemię spadały odcięte ręce. Sigurd był szybszy i znacznie silniejszy, A co ważniejsze, chyba zacieklejszy. I co rusz kolejny upiór rycerza Upadał pod ciosem jego koncerza. Gdy wreszcie od miecza wszystkie zginęły, Po swojej klęsce ich trupy zniknęły. I śnieg był czysty, niczym nieskażony, Chociaż przed chwilą tam stały demony. Lecz jeszcze za wcześnie na świętowania, Bo dotąd nie doszło do pokonania Drzemiącego tutaj głównego wroga, A to jedyna jest na zewnątrz droga. Te słowa Regina Sigurd pamięta I wie, że ta walka będzie zacięta. Spojrzał więc raz jeszcze w stronę zwierciadła, Które otacza znowu mroczna chmura. A ona jakby te myśli odgadła I znów zrodziła jego sobowtóra. Po raz kolejny naprzeciw stanęli: Oblicze dobra i obraz zepsucia, A młodzieniec nagle doznał uczucia, Że obaj od dawna tego pragnęli. I w sercu przemknął cień jakby radości. Lecz Sigurd na myśl, że mógł pragnąć tego Doświadczył natychmiast przeokropnego, Ogarniającego uczucia złości. Acz stłumił swój gniew, pomny na przestrogę, Że to go sprowadzi na zgubną drogę I rzekł spokojnie do swego upiora: „Teraz nadeszła trzeciej próby pora. Nikt ci nie pomoże, tworze ciemności, Nawet gdy będziesz błagał mej litości!” Lecz stojący przed nim fantom przeklęty Nie odpowiedział, milczał jak zaklęty. Toteż Sigurd dodał zirytowany: „Zlekceważyłeś moją dobrą prośbę, Może więc odpowiesz na jakąś groźbę?” – I chwycił za miecz po walce schowany. Ten, na kogo spadło już potępienie Także wyjął miecz, ale wbił go ziemię I krzyknął głosem jak u drapieżnika, Który w głodzie łaknie świeżego mięsa, Że sala cała w posadach się trzęsła. Zaś potem powiedział do przeciwnika: „To nie ja tutaj mam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych