Pogrzebany (© by Boru)
Pogrzebany za życia, tracę nadzieję na cokolwiek. Jeszcze tylko pytanie, czy jego też zakopano żywcem. Na pewno nie, bo i po co...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
POGRZEBANY
PROLOG
Świat jest właśnie taki a nie inny. Prawa, jakimi się rządzi, można uznać za bezduszne, ale dla mnie jest to jak w tym ludowym prawidle: sposób patrzenia zależy od miejsca dupy siedzenia. Weźmy stolicę i rozpuszczoną dzieciarnię kasiastych starych. Owszem, imprezy dzianych nastolatków nie świecą zapewne przykładem; jest na nich alkohol, są fajki, dragi, a po nich seks. Czasem ktoś komuś coś gwizdnie albo da po mordzie. Są bluzgi, leje się krew, ale na złamanym nosie zazwyczaj się kończy. I nawet, choć to już dzieje się bardzo rzadko, jeden lub kilku zadymiarzy trafia na dołek. Wychodzą po kilkudziesięciu godzinach i obiecują poprawę. Nie byliśmy sobą, to alkohol i amfa – tłumaczą zdruzgotanym rodzicom, którzy nagle przecierają oczy ze zdumienia, że ich dziecko w ogóle jest takie. Przecież niczego mu nie brakuje, dostaje co chce, ma nawet opiekunkę do stałej dyspozycji – powtarzają jak mantrę podobne, zupełnie bzdurne wytłumaczenia. Tacy rodzice naprawdę wierzą, że dziecko jest jak maszyna – wystarczy, żeby miało olej (jedzenie i picie) i zasilanie (kasa), a będzie chodzić jak szwajcarski tachometr. Za nic nie zdają sobie oni sprawy, że wykończeni bezcelowym biegiem w wyścigu szczurów nie wychowują swojego dzieciaka, lecz go jedynie hodują. Hodowany gekon też prędzej czy później przeżuje siateczkę ograniczającą terrarium od góry i wyjdzie po szybie na wolność. Oczywiście zdechnie na niej po kilku pierwszych godzinach bez ciepła lampy UV... Są też imprezy na popegeerowskiej prowincji. Te wyglądają zupełnie inaczej – są inne na tyle, że wybieram zabawę miastowych. Na wiejskie potańcówki przestałem chodzić już jakiś czas temu. Pijane, czerwone ryje usadowione na napuchniętych karkach, mętny wzrok niemal fizycznie obmacujący chude tyłki małolat. Mini więcej pokazują niż zakrywają, aż w końcu prędzej czy później – najczęściej prędzej – każdą parę pośladków odnajdują obleśne dłonie. Stwardniałe, takie prosto od pługa oderwane, wciąż jeszcze pokryte szarym pyłem od przerzucanych kartofli. Sztachety przydrożnych płotów trzęsą się, jakby ni stąd ni zowąd naszą szerokość geograficzną nawiedziło japońskie trzęsienie ziemi. Gówniary piszczą ze szczęścia (albo z bólu), nabrzmiałe od hektolitrów taniego wina gnojki dyszą i sapią nad nimi niczym lokomotywa z wiersza dla dzieci. Chude nogi dziewcząt przypominają procę – rozłożone na boki zdają się szumieć jak drzewa na wietrze. Starzy przewijają się przy tym wszystkim, ale zupełnie nie reagują – może mózg i jego ośrodki znajdują się u nich w wątrobie, a ta – co oczywiste – nie ma prawa sprawnie działać. Starzy nie reagują, bo mają swoje problemy na głowie: stara tłucze starego za pijaństwo, ten odpłaca jej regularnymi gwałtami, córka lub syn przyglądają i przysłuchują się dantejskim scenom bez cienia emocji. Świat toczy się dalej. Na wsi, o której mówię, nie doświadczyłem jeszcze imprezy bez krwawego finału. Ubrani w eleganckie dresy kolesie nie wytrzymują ciśnienia i wpadają w trans zabijania. Moim zdaniem traktują to jak obrzęd. Rytuał, bez jakiego wiejska hulanka nie może się odbyć. Mordobicie jest jak choroba: rozpoczyna się w jednym miejscu od kilka zainfekowanych komórek. Jednak ich grawitacja zdaje się mieć wręcz magiczne właściwości – infekcja atakuje pozostałe komórki, a te wpadają w szał napadania kolejnych. Słabe, śmierdzące kwaśnym potem i takim samym winem zarzewie konfliktu rozpala się na kształt niewinnego, małego płomienia w składzie dynamitu. Wybuch zostawia wielu rannych, choć zdarzyło się, że na placu boju pozostało martwe ścierwo. Nie uwierzycie mi, ale w mojej gminie od początku roku zginęło w podobnych awanturach dwóch nastolatków. I jedna siedemnastka. Dawała bez gadania, ale nie zgodziła się na użycie języka i ust w innym celu niż artykułowanie słów lub westchnień. Jej napakowany kompan nie zwykł najwyraźniej słuchać sprzeciwów, więc wepchnął potylicę dziewczyny między sztachety i skończył tak, jak miał ochotę. Trzymał ją za szyję, usta, rzecz jasna, miała zapchane i doszło do uduszenia. Teraz najlepsze. Słyszeliście o którymkolwiek z tych zdarzeń w wiadomościach? Pewnie, że nie. W ogóle – znów mogę się założyć – nie macie pojęcia o skali zabójstw w naszym państewku. Zróbcie tak: podłapcie jakiś kontakt na najbliższej wam komendzie. I zapytajcie szczerze, ile zabójstw mają w aktach. Daję kolejną stówę na waszego zeta, że będzie tego dwadzieścia razy więcej niż się spodziewaliście. I to tylko na waszym podwórku. A są przecież inne miasta, większe i mniejsze, są miasteczka, wsie, wioseczki i zabite dechami dziury – szlag mnie trafia gdy pomyślę, że właśnie w czymś takim przyszło mi się wychowywać. Naprawdę, w telewizorze słyszycie o morderstwach medialnych, a nie pospolitych, czyli najzupełniej nieciekawych. W gazetach jest za mało stron, by obok reklam upakować coś poza horoskopem. Radio? Powtórka TV, tylko bez obrazu. Jest internet, czyli przedruki z prasy i zajawki z telewizji. Tak, tak, ludzie giną masowo, ale wy o tym nie wiecie. I dobrze, po co psuć sobie przedni nastrój. Do Klewek – tak umownie nazwijmy mazurską wieś zamieszkaną przez około osiemdziesiąt osób, w tym nas – trafiłem z rodziną, jak miałem pięć lat. Ojciec odziedziczył po swojej babce przeszło sześćdziesiąt hektarów ziemi, z czego ponad czterdzieści nadawało się pod uprawy. Trafiła nam się również spora sumka pieniędzy, jakie odkładała przez lata do skarpety. Za pieniądze postawiliśmy nowy dom w miejsce rozpadającej się chaty, która stała jeszcze przed pierwszą wojną. Ojciec posiał zboże, oczywiście z pominięciem sporego jeziora znajdującego się przy samym końcu odziedziczonego terenu. Jezioro było wspaniałym tworem przyrody; wiele tysięcy lat temu przesuwający się lodowiec wyrzeźbił łagodne, pagórkowate wzniesienia, pomiędzy którymi przycupnęły naturalne zagłębienia zbierające wodę z płynących niedaleko rzek. Na Mazurach jezioro nie jest niczym wyróżniającym się, ale własne to już coś... Upływające lata pozwoliły zarobić naszej rodzinie na uprawach, a ja nie mogłem narzekać, bo kieszonkowe dostawałem sowite, poza tym rodzice nie pozwolili upodlić się panującym dookoła warunkom: tata zawoził mnie codziennie do oddalonej o trzynaście kilometrów szkoły podstawowej, potem do gimnazjum mieszczącego się w tym samym budynku. Do liceum dojeżdżałem już samemu na... rowerze. Aż do czasu, gdy ojciec kupił mi golfa dwójkę i po otrzymaniu prawka woziłem się jak jakiś prezes – chociaż prezesi zazwyczaj mają szofera. Matka za to cierpliwie odrabiała ze mną prace domowe. Wszyscy z nas wiedzieli, że wybór wiochy nie był trafiony. Nadrabialiśmy dobrą miną do złej gry. Staraliśmy się żyć jak w miarę normalna rodzina. W szkole poznałem dzieciaków, którzy wyrośli na bohaterów mojej opowieści o folklorze zabaw na prowincji. Oczywiście z wieloma z nich trzymałem sztamę, bo inaczej gnoiliby mnie przy każdej okazji. To ich właśnie miałem na myśli mówiąc, że świat jest taki a nie inny. Od najmłodszych lat byli zakapiorami, ponieważ wiedzieli, że skończą jak życiowi nieudacznicy. Czas niewinnej – przynajmniej w teorii – młodości chcieli więc wykorzystać możliwie najlepiej. W ich pojęciowości oznaczało to ni mniej ni więcej jak dochodzenie do wszystkiego biciem, kradzieżą i zastraszaniem. Wzorce czerpali z domu, codziennie stykając się z przemocą w rodzinie. Powiedzenie, że patologia rodzi patologię, było tu jak najbardziej na miejscu. Błędne koło napędzane biedą, brakiem autorytetów, tanim alkoholem. Z drugiej strony wszystko spina według mnie jedna klamra – brak perspektyw. Umowne Klewki, tak jak i te prawdziwe i setki im podobnych, to dziura w czasie i przestrzeni – czarny lej, straszący przejezdnych (bo o przyjezdnych, poza nielicznymi wyjątkami, jak chociażby moja rodzina, nie mogło być mowy) zaniedbanymi gospodarstwami z cuchnącymi oborami i chlewami, jak również, co może zdawać się nie do pomyślenia, nieopróżnianymi od lat szambami, których smród już nawet nie brzydzi – on się po prostu w naturalny sposób komponuje z wyglądem otoczenia – smród jest jak brakujące talerze w filharmonii, gdy widzowie (słuchacze?) wyczekują spektakularnego uderzenia wieńczącego przydługą operę. Folklor w Klewkach to również on. Mój przyjaciel, alter ego, wróg, nauczyciel, uczeń... Boję się pomyśleć, jak bardzo wzajemnie wpływamy na własne życie. Coś w tym jest, że podobne z wyglądu osoby ciągną do siebie. Obaj jesteśmy wysocy i szczupli (przerosłem go o dwa centymetry, to jednak on waży trzy kilogramy więcej, które ewidentnie hoduje w silniejszych od moich bicepsach) i, z czego wielu się śmiało, ma tak samo krzywe nogi jak ja. Dowcipnisie mówią, że to zaszczyt spędzić trzydzieści lat w siodle i ja śmieję się razem z nimi. On leje ich natomiast po mordzie, aż odpływają w błogi stan omdlenia, dzięki czemu przestają odczuwać ból, a on wreszcie się opanowuje. Dlatego wielu się śmiało w przeszłości, dzisiaj jakoś już nikt nie zwraca uwagi na nasze patykowate nogi. Jego imię wywołuje we mnie śmiech, na który pozwalam sobie oczywiście w jego nieobecności. Maurycy. Ledwie rok ode mnie starszy, Maurycy przygarnął mnie już dawno i wychowywał jak młodszego brata. Czerpałem z tego pełnymi garściami: w liceum nie mam problemów ze starszyzną, bo dobrze wiedzą, że woźny Maurycego w drzwiach nie zatrzyma. O imprezach, o których opowiedziałem, wiem dużo, bo na wielu z nich byłem – zawsze jednak w obstawie „starszego brachola” i dzięki temu nie uległ zmianie inwentarz mojego uzębienia ani nie figuruję na wywieszonej na cmentarnym płocie czarno-białej klepsydrze. Wady tej znajomości? Ileż to razy Maurycego nosiło, że zamiast łazić z nim po okolicznych wiochach i ściągać haracze, uczęszczam z przeklętą przez niego regularnością na lekcje, a po nich wracam do domu, by odrabiać prace domowe. Gdybym nie był jego „ziomalem”, zapewne już dawno moja cała twarz doświadczyłaby zabiegów upiększających w gabinecie o nazwie „Poznaj Moją Pięść, Kujonie”. A tak...
I
Nie ma sposobu, by się na to przygotować. Rzeczywistość przerasta twoje najśmielsze oczekiwania i najczarniejsze wizje. Starasz się myśleć racjonalnie, uspokoić skołatane nerwy, rozdygotane ciało. Mówienie do siebie nie pomaga, wspominanie pozytywnych przeżyć nie przynosi pożądanego efektu. Do głowy przychodzą ci tysiące powodów, które oznaczają twój koniec. Naprawdę, jest gorzej niż przypuszczałem. Zdaję sobie sprawę, że tylko głupiec mógł mieć nadzieję, że nie zawładnie mną przejmujący, wręcz instynktowny strach. Idę o zakład, że nie znajdzie się na świecie nikt, kto by chciał coś takiego powtórzyć. Ten jeden raz na pewno będzie ostatnim. O ile w ogóle przeżyję, następnym razem prędzej podetnę sobie żyły niż dam się złożyć do grobu. W takiej sytuacji na wszystko patrzysz z innej perspektywy. W każdym elemencie otaczającej cię czarnej, cuchnącej rzeczywistości dostrzegasz zagrożenie. Rurka doprowadzająca powietrze przestaje oznaczać jedynie ratunek; postrzegasz ją niczym szczwany podstęp – przecież wdychając powietrze wydycham dwutlenek węgla, a co jeśli zbiera się on w trumnie, a przez to wypycha tlen tak cudownie pachnący wiatrem? Szlag mnie trafia, że proste procesy fizyczne rozmyły się zupełnie w mojej pamięci i tak dokuczliwie frapuje mnie kwestia pieprzonej rurki. Dlaczego nie ma dwóch rurek zapewniających cyrkulację? Jak można było o tym nie pomyśleć! Jedna rurka stanowi cienką linię pomiędzy życiem a śmiercią. Najgorsza z możliwych polis. Przy zakopywaniu trumny rurkę mogła przytkać wilgotna ziemia. Czy starczy mi sił w płucach, by ją przedmuchać? Irracjonalny strach czyni dalsze spustoszenie w mojej psychice i organizmie. Wiem, że powieki rozwieram do granic możliwości, maksymalnie rozszerzone źrenice łakną światła jak ryba wody. Zanoszę się gardłowym śmiechem; przecież nawet jeśli w trumnie byłoby jasno niczym za dnia, to i tak zawiązany na głowie czarny płócienny worek nie przepuściłby nawet pojedynczego fotonu. Chociaż być może widziałbym poświatę; w końcu w tkaninie wyciąłem mały otwór na usta. Walczę z przemożoną chęcią zerwania pachnącego lawendą worka. Tak, właśnie że pachnie lawendą! Z drugiej strony może to być zapach czegokolwiek, co nie jest deskami lub ziemią i już sam ten fakt czyni zapach tak ekstatycznie odmiennym, po prostu wspaniałym. Nie zrywam jeszcze specyficznej kominiarki. Jeszcze nie teraz, powtarzam sobie, nie mogę i tyle. Muszę wytrwać, muszę przestać myśleć tak pesymistycznie! Bodaj po raz setny naciskam z całych sił na wieko trumny, ale to nawet nie drgnie. Mięśnie dygoczą mi spazmatycznie, skwaszone produktami przemian beztlenowych. Zimny pot milionem pojedynczych strużek drażni każdy najmniejszy skrawek mojego ciała. I mimo, że pocę się jak wieprz, trzęsę się jednocześnie z zimna. Nie mam bladego pojęcia, jaka panuje tu temperatura, ale jestem w stanie uwierzyć, iż w jakiś fantastyczny sposób znalazłem się w środku lodowca na biegunie południowym. Tak, jestem w stanie uwierzyć we wszystko – nawet w to, że plan wziął w łeb i chłopaki mnie wystawili. Staram się wrócić pamięcią do tych krytycznych chwil przed nałożeniem na głowę worka, przed bolesnym wrzuceniem do trumny. Ciemność bezgwiezdnej nocy rozświetlały jedynie snopy światła dobywające się z zabranych ze sobą latarek. Dzięki nim dobrze widziałem twarze osób dookoła; czy w którejś z nich zauważyłem fałsz, podstęp, czy usta któregoś z chłopaków składały się w chytry uśmieszek, gdy naciągali mi worek? Tak jak mówiłem – będąc przeszło metr pod ziemią wszystko wydaje się inne. Jeśli pojawiają się podejrzenia, to groza miejsca je wyolbrzymia. Jestem w stanie uwierzyć, że nikt mnie nie odkopie. Że doczekam tu końca swojego niedługiego życia. Zabije mnie zimno, pragnienie i głód. W takiej lub innej kolejności. To akurat nie ma znaczenia, liczy się tragiczny efekt. Nie wytrzymuję napięcia i drę się wniebogłosy. Odbijany od ścian klaustrofobicznej celi wrzask dudni z siłą bolesną dla mych bębenków. Nie przestaję jednak krzyczeć, muszą mnie usłyszeć! Racjonalność... tej nie mam już za grosz. Sosnowe deski, przeszło metr zimnej, mokrej, miękkiej, świetnie tłumiącej wszelkie dźwięki ziemi. I pieprzona rurka. Śmiechu warte, na pewno mnie nikt nie słyszy. A nawet jeśli... Przestaję wrzeszczeć, gdyż trawiony nasilającą się gorączką umysł przywodzi na myśl wszystkie tandetne horrory, jakie kiedykolwiek oglądałem. Mój krzyk brzmi dla mnie jak charczenie powstającego z grobu zombie – paskudnego, obgryzionego do kości, człekopodobnego potwora odzianego w porozrywane strzępy eleganckiego kiedyś garnituru. Nie chcę być jak zombie. Zamykam się i na krótką chwilę opanowuję drżenie. Zaciskam usta w cienką kreskę, bym choć przez moment nie słyszał szczękania zębów. Cisza. Nie taka, jaką usłyszycie z dala od cywilizacji, gdzieś na środku pola, daleko nawet od drzew, których korony mogłyby szumieć targane wiatrem. Cisza inna niż wszystkie, ale niekompletna. Walące ze zdwojoną prędkością serce omal nie wyskakuje mi z piersi. Wyładowania elektryczne układu nerwowego są słyszalne podprogowo, uszy odbierają je jak przeciągły, niemający swego źródła pisk o natężeniu znajdującym się poza możliwościami słuchowymi człowieka. Mimo wstrzymanego oddechu słyszę bulgocące w gardle, przełyku i płucach powietrze. Poza tym słyszę strach, słyszę grozę. Pogrzebany żywcem, doznaję nieznanych mi dotąd wrażeń. Straciłem rachubę czasu. Adrenalina najwyraźniej nie odnajduje źródła, gdzie mogłaby się ponownie naładować. Stres i pocenie pozbyło mnie wszelkich kalorii, przez co jestem śmiertelnie głodny. Niewłaściwe określenie biorąc pod uwagę moje położenie, ale nie znajduję lepszego na opisanie kłującego ssania w żołądku. Czy zacznę jeść samego siebie? Przed nieprzenikliwie czarną kotarę spojrzenia wychodzi obraz, na którym widzę się obgryzającego mięso z palców u dłoni. I znów, przerażony rozważaniami, jakich w ogóle nie powinienem dopuścić do głosu, wydzieram się na całe gardło. Kręcąc się tak z boku na bok, poczułem przedmiot w kieszeni spodni. Z tego wszystkiego prawie o nim zapomniałem. Wsuwam rękę w kieszeń i przez cienką skórkę rękawiczki dotykam lodowatego metalu. Gładzę lufę, bardzo delikatnie, dwoma palcami przeciągam w górę i w dół po cynglu. Spluwa mnie przeraża – jak cała reszta. Nie wiem, co będzie dalej. Chociaż niby wiem, ale z każdą chwilą świruję coraz bardziej i muszę bronić się przed kolejnym zagrożeniem. Żeby tylko nie przyszło mi do głowy sobie w nią strzelić. Nie uwierzycie – w tamtej chwili najbardziej bałem się huku, jaki wystrzał spowoduje w ciasnym wnętrzu drewnianej skrzyni. Nie myślałem o krwi, o rozlanym płynie rdzeniowym, o galaretowatej, białej tkance drgającej w totalnych ciemnościach. Nie rozważałem bólu, którego przecież bym nawet nie poczuł. Panicznie bałem się huku, metalicznego echa wprawiającego w wibrację każdą cząstkę mego ciała. Może dlatego wyjąłem dłoń z kieszeni. Nadchodzi moment, przed którym nie zamierzam się bronić. Bezradny, poddaję się bezsilności. Senność ogłusza mnie szybciej niż kiedykolwiek. Chcę zasnąć od razu, natychmiast. Być może zamknąłem oczy, a może gałki oczne wciąż podskakują w obłąkańczym tańcu na cześć upragnionego światła, którego po prostu w tym miejscu nie ma. Z opuszczonymi powiekami lub nie, wtulam się w ciepłe objęcie Morfeusza. Metr pod ziemią, w zabitej gwoździami trumnie leżę w nie swoim ubraniu, z głową ukrytą w płóciennej torbie. Świat, jaki znałem, przestaje dla mnie istnieć. Lawenda miesza się ze zgniłym torfem, na to nakłada się wspomnienie tartaku, który zawsze i wszędzie pachnie tak samo. Pogrzebany za życia, tracę nadzieję na cokolwiek. Jeszcze tylko pytanie, czy jego też zakopano żywcem. Na pewno nie, bo i po co. Niepotrzebnie sobie o nim przypomniałem, bo teraz do galerii lęków doszło przekonanie, że za chwilę usłyszę pukanie w trumnę. Będzie chciał wleźć i mnie pożreć. W końcu był tak blisko, leżał dokładnie w tym samym miejscu... Absurd! Tracę świadomość. Zmartwychwstania nie będzie.
A tak... Ach, ten Maurycy. Z nim źle, ale bez niego gorzej. O wszystkim cała wieś (i siedem okolicznych, w których Maurycy często bawił i inkasował pieniążki) dowiedziała się... Nie uwierzycie! Świat jest właśnie taki a nie inny, pozwolę sobie powtórzyć własne słowa. We wsi komputer mam ja, Chlebowscy mieszkający pięć domów dalej, no i Maurycy. We trzy rodziny już jakieś cztery lata temu dostąpiliśmy cudu internetu! Coby o narodowym operatorze telefonicznym nie mówić to trzeba przyznać, że prywaciarze bodaj i za tysiąc lat na takie Klewki nawet nie spojrzą. A tak, wolny, bo wolny, ale internet mamy. Po co on Chlebowskim, spytacie? Stary Chlebowski to jakiś inżynier rolnictwa z czasów, gdy najszybszym komputerem była Enigma. Na starość poczuł w sobie ducha młodości i, zapewne dla ucieczki od konieczności rozmów z żoną, zaszywał się podobno na poddaszu i zgłębiał tajniki najpierw samego komputera, a potem filozofii okien i przeglądarek. Odnajdywał spośród setek stron rysunki wałków, przekładni, silników i multum innych rzeczy, jakie niezainteresowanych wprowadzą w prawdziwie relaksacyjny, głęboki sen. Maurycy dostąpił owego cudu z zazdrości – ledwie tydzień po mnie i on miał komputer z modemem neostrady na biurku. Uczył się pilnie, swoimi pojmowaniem niuansów nowej dla niego technologii przyprawiając mnie czasem o pusty śmiech. Jak na przykład wtedy, gdy powiedziałem: „a teraz zamknij okno”. Maurycy wstał i... zamknął okno. Wieś dowiedziała się więc o zbrodni z internetu. Zaczęło się od małego Maćka, syna Pietrasów. Na zajęciach z informatyki odpalił ulubione YouTube i wpisywał słowa związane z naszą przeuroczą mieściną. Po kilku próbach portal wyrzucił film, który ewidentnie nie powinien być oglądany przez ucznia ostatniej klasy gimnazjum. Zatytułowany „Krwawa zbrodnia w Klewkach” przedstawiał ostatnie chwile Maurycego. Scena nagrana telefonem komórkowym miała słabą jakość i trwała niecałe piętnaście minut, ale wyraźnie pokazywała, jaki los spotkał jej bohatera. Były zakapturzone postacie, było okładanie pięściami i nogami prowadzonego człowieka, w końcu było ujęcie przyprawiające oglądających o ciarki na plecach. Moja matka, gdy patrzyliśmy po raz pierwszy na ekran kompa u nas w domu (mimo, że zapraszaliśmy ciekawskich na raty, w każdej rundzie internetowego show otaczał nas wianuszek upleciony z tuzina sąsiadów) popłakała się i zakryła mokre oczy, nie oglądając filmu dalej. W ciemnym i niewyraźnym kadrze pojawiła się bowiem drewniana skrzynia, co do przeznaczenia której nie można było mieć wątpliwości. Obok niej widniał wykopany dół, w kształcie pozwalającym na idealne wpuszczenie skrzyni w jego czeluście. Zamaskowani oprawcy jeszcze kilka razy zdzielili słaniającego się na nogach mężczyznę i wepchnęli go do skrzyni. Na głowie naciągnięto mu worek, ręce w czarnych rękawiczkach miał związane na plecach, więc runął bezwładnie. Widząc to, odruchowo syknąłem z bólu i roztarłem sobie prawy bok. Scena naprawdę porażała realizmem. Potem skrzynię nakryto wiekiem i dwóch bandziorów zbiło je razem, tłukąc gwoździe dobre trzy minuty. Gdy skończyli, chwycili końce taśm przeciągniętych pod skrzynią i z niemałym trudem przesunęli ją na sam skraj dołu, w którym z głuchym tąpnięciem w końcu wylądowała. W tym czasie wyraźnie dało się słyszeć odgłos kopania w drewnianą konstrukcję i przytłumiony wrzask ofiary. A potem nastał dźwięk jeszcze gorszy i tym razem ja również zakryłem oczy i uszy – po prostu nie mogłem tego oglądać ani słuchać. Dwie łopaty sprawnie wrzucały ziemię do dołu, a ta grała na drewnianym wieku niczym afrykański szaman na dźwięcznych tam-tamach. Przerażające! Prowizoryczny grób zasypano, mroczni grabarze nie omieszkali po nim poskakać, dokładniej ubijając pulchną ziemię. Skończyli i tą wdzięczną czynność, po czym jeden z nich zbliżył się do obiektywu telefonu trzymanego przez trzecią osobę. Czarna kominiarka czyniła jego głowę komicznie obłą, z otworów na oczy wychynęły przekrwione ślipia. Zabrakło tylko, by zabłysły one czerwonym płomieniem, a z ust wylazły wilcze kły. Nic takiego na szczęście się nie stało. Zamaskowana postać powiedziała: - Zrobione, szefie. Po tej kwestii nastąpiły salwy obłąkańczego rechotu; osoba będąca „operatorem” zanosiła się takim śmiechem, że obraz skakał jak opętany. W końcu „operator” musiał zdać sobie sprawę, że show powoli dobiega końca, bowiem na pożegnanie dodał coś od siebie: - Żegnaj, Maurycy. Ty chuju złamany! Nagranie dobiegło końca, YouTube zaproponowało „replay” lub „share”, ale nikt z nas nie odważył się na powtórkę. Poza moją mamą tylko ja trzęsłem się jak galareta. Sąsiedzi stali nade mną, jakby nie bardzo rozumieli, co właśnie zobaczyli. Okazało się jednak, że błędnie ich oceniłem; mimo, że YouTube było dla nich raz, że nie do wymówienia, dwa, że „po co to komu, skoro jest telewizor”, to oni najzwyczajniej w świecie wcale się nie smucili. Zobaczyli pochówek żywego Maurycego. Chuligana, a nawet – choć to przecież nie ta skala działania – wrednego gangstera terroryzującego okolicę. Oj nie, ludzie ci wcale nie zamierzali żałować „mojego starszego brata”. Ich oczy bardzo dobrze spełniły jedną z ról, jaką się im przypisuje – bram duszy. Bramy rozpostarły się na oścież i wylała się przez nie niepowstrzymana, napierająca fala. Fala szczerej radości zwieńczona spienioną grzywą niewysłowionej ulgi.
II Na środku jeziorka mamy wyspę. Traktuję to jako jeden z nielicznych pozytywów wiejskiego życia. Bo w końcu ilu z was może pochwalić się własną wyspą? Niby nic wielkiego: piętnaście na dwadzieścia metrów, porośnięta chwastami i kilkunastoma brzozami. Jest nawet jedna wierzba: rozłożysta, taka prawdziwie płacząca. Wiele razy płynąłem na wysepkę tylko po to, by posiedzieć pod wierzbą, kontemplować życie lub poczytać książkę. Może gdybym się zakochał, wziąłbym na wyspę moją oblubienicę. Może... Niełatwo z kilkudziesięciu wiejskich dziewczyn wybrać tą jedyną. Jeśli nawet trafi się jakaś całkiem niebrzydka, trudno podejrzewać, by nie gościła na płocie pod którąś z remiz. A wtedy napawa mnie to już obrzydzeniem i moja wierzba zdaje się być takich odwiedzin po prostu niegodna. Maurycy zgłupiał na punkcie wyspy. Nie uwierzycie, ale ten osiłek czytywał książki! Skąd dorwał okultystyczne? Tego nie wiem, ale nie byłem w stanie wybić mu tego z głowy. Czego nie wyczytał w marnej kolekcji literatury (były tego tylko dwie chude książeczki), czerpał z internetu. Nie muszę dodawać, że o zakazie wpadania na – nomen omen – moją wyspę nie było mowy. „Starszy brat” nigdy mnie nie uderzył, ja jego zresztą też nie. Bo niby jak? Tak więc nie posiadałem środków perswazji, a powiedzenie o wszystkim ojcu lub matce stanowiłoby oczywisty akt donosicielstwa i zdrady. I wtedy, być może Maurycy zlałby w końcu „młodszego brata”. Populacja kotów w Klewkach gwałtownie malała. Po polach przestały również wałęsać się bezpańskie psy. Dobrze wiedziałem, co dzieje się z biednymi zwierzakami. Zwykłe, czyli rutynowe, jak zwykł mawiać Maurycy, obrzędy wyczyniał w okolicznych lasach. Najgorsze jest to, że kilkakrotnie musiałem płynąć z nim na tą cholerną wyspę. Namawiał mnie, że magia miejsca i wyczynianych przez niego rytuałów da mi siłę i ponadnaturalne zdolności. Ostatniego seansu, w jakim przyszło mi bezwolnie uczestniczyć, na pewno nie zapomnę. Będzie trzy lata, jak nie stałem na wysepce w towarzystwie Maurycego. Wtedy obiecałem sobie, że nie zrobię tego po raz kolejny. Jednak teraz Maurycy przekonywał mnie, że to już ostatni raz. Błagał (oczywiście na wyrost, bo zawsze miał w zanadrzu zwykłe, brutalne środki perswazji), prosił, nie odpuszczał przez wiele tygodni. W końcu, wbrew sobie zgodziłem się. Zaczęło się jak zwykle... Woda nie pluskała o brzeg wysepki. Fale nie miały źródła, gdzie mogłyby powstać. Jeśli nawet jakaś żaba wskoczyła z brzegu w czarną toń, to po pojedynczym dźwięku nie wybrzmiewało nic ponadto. Kanał zdawał się trwać nieruchomo, lecz woda cyrkulowała. Zawsze była czysta i nie śmierdziała stęchlizną. Od północnej strony, spod brzozowego lasku, kanał dostarczał deszczówkę zbieraną z pól oddalonych nawet o kilka kilometrów. Od południowej strony woda z jeziora powoli wypływała i kierowała się prostym jak strzała korytem aż do przepływającej za wsią rzeczki. Ta szukała większej siostry, tamta ciągnęła do kolejnej i tak aż do Bałtyku. Może to patetyczne, ale woda z naszego jeziora kończyła z odmętach morskich. Popłynęliśmy łódką przycumowaną do brzegu i to mnie oczywiście spotkał wątpliwy zaszczyt wiosłowania. Dochodziła druga w nocy i księżyc był jedynym świadkiem tej idiotycznej historii. Jego jakby ubawione odbicie taplało się w tafli wody, ledwie rozpraszając się falami kilwateru oraz tymi powodowanymi przez wiosła. Płynięcie łódki stanowiło jedyny moment, gdy maluczkie fale zatrzymywały się na brzegu wysepki, cicho na nim pluskając. Poza tym panowała wszędobylska cisza – nie, nie rozpraszało jej hukanie sowy, choć w tej scenerii nie byłoby to wcale dziwne. W małych koronach kilku brzózek żaden ptak najwyraźniej nie uwił sobie przytulnego gniazdka, więc skazany zostałem na towarzystwo jedynie Maurycego. Maurycy przygotował się do mającego nastąpić obrzędu w wyjątkowy sposób: z łódki wyrzucił w trawę kosę, strzałę, miecz i łopatę. - Skąd to, kurwa, wziąłeś? – spytałem. Dobrze wiedziałem, że w okolicy nie ma przecież sklepu z akcesoriami na bal przebierańców. Miecz co prawda nawet nie starał się aspirować do miana prawdziwego, czyli takiego, którym da się walczyć, ale ewidentnie nadawał się do zdzielenia kogoś przez głowę na tyle skutecznie, żeby delikwent więcej już nie wstał. I strzała – taką można kupić na dożynkowym jarmarku. Wygląda jak strzała, ale nie daję jej szans, by miała gdzieś polecieć, szczególnie, że zazwyczaj wystrzeliwana jest z równie marnego łuku. Jedynie kosa i łopata były prawdziwe – stare, zardzewiałe, ale jednak prawdziwe. - Wydłubałem z rupieci. Niezłe, co? – Zamachał mi przed oczami imitacją miecza, mijając mój nos ledwie kilka centymetrów. - Łeb mi utniesz, baranie! – powiedziałem, odchodząc na bok. – Po co ci to? - Śmierć nie przyjdzie, jeśli nie złożę jej darów – rzekł pewnym głosem. – Wiesz co wyczytałem ostatnio? Że śmierć wcale nie pragnie krwawych ofiar, że tak naprawdę potrzebuje swoich nieodłącznych atrybutów. Bo ona delektuje się, tak delektuje się – tutaj aż zamlaskał z podniecenia na dźwięk własnych słów – czynieniem zniszczenia własną ręką! Ot co, kurwa! Ściągnę śmierć, żeby pomściła mojego ojca. Czekałem, aż zrobi filmowe „ha ha”, ale nic takiego nie nastąpiło. - Chcesz ściągnąć śmierć, więc dajesz jej łopatę... Naprawdę super! - Oj, maj janger brader, tyś jest debil jak się patrzy. Do zaciukania to dostaje ona ode mnie miecz i łuk. Kosa to podobno do straszenia jest. Sam zresztą na pewno widziałeś obrazy, jak idzie kościotrup zakapturzony, a w ręku dźwiga kosę, no nie? W tym rzecz. A łopata to do kopania, się wie! Będziesz zresztą kopał za chwilę. Kopać na mojej wyspie? Co ten złamas sobie wyobraża? - Akurat! Zrozum, Maurycy, goszczę cię tutaj kiedy tylko masz na to ochotę, nawet mnie nie pytasz o zgodę. Ale przekopywać wysepki nie będziemy. Zniszczy się, woda ją zaleje. Wywołuj sobie zjawy jakoś inaczej. Maurycy nie zareagował w ogóle, a panująca ciemność nie pozwoliła mi spotkać jego spojrzenia. Milcząco poszedł na środek wysepki, taszcząc ze sobą metalowy „ekwipunek śmierci”. Ruszyłem za nim i zastanawiałem się, co zamierza zrobić. Rzucił graty na ziemię, usiadł pod najbliższą brzózką, opierając się o jej pień. Słyszałem, że grzebie w kieszeni koszuli i rozwija jakiś papier. Poczułem charakterystyczny smród liści marihuany i zobaczyłem płomień zapalniczki. Pojawił się nagle, jak światło odległej latarni, gdy jej wierzchołek wynurza się w końcu zza horyzontu. Przypalił skręconego dżointa, a pomarańczowa łuna i wypuszczony obłok szarego dymu zmieniły jego oblicze w krwawą twarz demona. - Kopiemy na zmianę – odezwał się po drugim machu. – Ty zaczynasz. Oczywiście, że wewnątrz aż się gotowałem. Wiedziałem jednak, że nie jestem w stanie się sprzeciwić. Mogłem pobiec do łódki, ale zanim zepchnąłbym ją na wodę, już dawno Maurycy chwyciłby mnie za grzbiet i nauczył posłuszeństwa. Rozpocząłem pracę. - Nie czuję, byśmy byli kumplami – rzekłem jedynie. – Traktujesz mnie jak niewolnika i masz w dupie moje uczucia. Nie chcę byśmy kopali na tej wysepce... - Traktuję cię jak młodszego brata – przerwał bez ceregieli. – Muszę czasem być szorstki. Wtedy, kiedy nie wiesz, co jest dla ciebie dobre, a co nie. Nie kazałbym ci kopać, gdybyś nie miał na tym skorzystać. - Jak niby, kurwa? Jak skorzystam na przekopaniu tego dziewiczego skrawka ziemi? Zaciągał się z lubością, głośno wdychając narkotyczny dym. Zdążyłem przerzucić dwadzieścia łopat ciężkiej ziemi, zanim łaskawie odparł: - To miejsce aż kipi magią. Czuję to, czuję demony kręcące się dookoła nas. Czekają, by nam poopowiadać swoją historię, by dać nam siłę do walki! Poza tym potrzebuję grobu… Co też marycha robi z mózgiem człowieka! Miałem dość tego pieprzenia, ale musiałem słuchać go, dać się mu wygadać. Maurycy, zaczynam cię nienawidzić, zdałem sobie sprawę, ocierając strużkę potu spływającą z czoła. Rzuciłem łopatę i przysiadłem naprzeciw upalonego dupka. - Twoja kolej – powiedziałem tylko. Maurycy, o dziwo!, wstał bez gadania i zabrał się do kopania. Przedtem wsadził mi szluga między palce. Niech tam! Wypalę to paskudztwo, to może chociaż przejdzie mi wkurwienie. Niczym amator, zakrztusiłem się pierwszym pociągnięciem, ale dalej szło mi już znacznie lepiej. Zwróciłem głowę ku niebu i zachciało mi się liczyć gwiazdy. Było ich tak dużo... Niektóre z nich świeciły tradycyjnie – na biało lub żółto, inne żarzyły się szkarłatnie, były i takie, zupełnie śmieszne, dające na przykład niebieskie światło. Niektóre z gwiazd miały twarze, i te twarze patrzyły wprost na mnie, śmiały się, wręcz chichrały, wyciągnąłem więc w ich stronę dłoń, by pozbierać je i wziąć do domu, jedną z twarzy znam tak dobrze, nienawidzę jej, dotykam kilkudniowego zarostu, aż nagle... Maurycy sprzedał mi liścia i opierdolił, że spaliłem za dużo zioła, a w dodatku macam go po mordzie. Potem zamknął się, jakby czekał, aż wrócę do rzeczywistości. Wystawiłem twarz pod słaby wiatr, pragnąc szybkiego ocucenia. Pierwszy raz tak odpłynąłem. - Dobra, wróciłem – rzekłem w końcu. - To zajebiście, bo musisz coś zobaczyć. - Jest ciemno, nic nie zobaczę. - Poświecę ci, nieboraczku, żebyś sobie oczek nie nadwyrężył. Wstawaj! – zakomenderował i chwycił mnie pod ramię, stawiając do pionu jak nic nieważącą lalkę. Podeszliśmy do wykopu, który nabrał regularnego, prostokątnego kształtu – tak wyglądają groby, stwierdziłem w myślach. Wtedy właśnie Maurycy zaświecił do wnętrza wykopu. Zmrużyłem oczy, nie będąc w pierwszym momencie pewnym, co widzę. W końcu wzrok przyzwyczaił się do słabego oświetlenia i ujrzałem to bardzo dobrze. - Paliłem trawę... liczyłem, że to tylko omamy – wycedził Maurycy przez zaciśnięte usta. – Ale widzę twoją debilną minę, więc to nie mogą być omamy. Nic nie powiedziałem. Woda nie pluskała o brzeg, słabiutki wiatr przestał wiać w ogóle, obaj odruchowo wstrzymaliśmy oddechy. Żaden dźwięk nie zakłócał kontemplacji obserwowanego widoku. „Mój starszy brat” miał rację mówiąc, że demony kręcą się w tym miejscu. Przysiągłbym, że otaczają nas zwartym wianuszkiem, błądzą w powietrzu ledwie na wysokości mojego wzrostu, są jak rekiny zataczające kręgi stanowiące preludium mającej nastąpić za chwilę krwawej rzezi. Nie, to na pewno nie mogły być omamy. Makabryczny widok otrzeźwił nas w jednej chwili. Staliśmy tak dłuższą chwilę, aż wschodni horyzont poszarzał na tyle, że Maurycy mógł zgasić latarkę. W szarówce uciekającej nocy obraz nie zmienił się. No, może uległ pewnej metamorfozie: stał się jeszcze bardziej straszny. Kiedyś, bodaj za drugim naszym wspólnym pobytem na wysepce, Maurycy pochwalił się wyczytaną gdzieś sentencją: „Każdy dąży do spotkania swojego demona”. Ja właśnie na niego natrafiłem; już czułem w sobie jego moc nakazującą mi rozliczyć się z własnymi lękami i, co odkryłem po czasie, z przeszłością, jaka mieniła się innymi kolorami, niż mi dotychczas wpajano. Wyrwałem się w końcu z odrętwienia. Pobiegłem do łódki i zepchnąłem ją do wody. Maurycy dołączył do mnie w ostatniej chwili, choć i tak zmoczył się aż do kolan. Wiosłowałem jak olimpijczyk, a „mój starszy brat” siedział na rufie i, kręcąc z niedowierzaniem głową, powtarzał w kółko: - Niezłe gówno, niezłe gówno, niezłe gówno... Praktykujący satanista wymiękł jak prawiczek przed pierwszym razem. Widok przerósł nawet jego, ja cudem nie zwymiotowałem za burtę rozklekotanej łódki.
III Już po dniu cofnięto filmik z YouTube. Co oznaczało, że za chwilę Klewki wpadną w wir oficjalnego śledztwa i cała wieś zostanie przetrzepana na okoliczność pokazanych w filmie wydarzeń. Zastanawiałem się, jak w tym wszystkim odnajdzie się blacharnia z naszej gminy. Komisariat zawiadujący między innymi naszymi Klewkami znajdował się w Pcimie. Sierżant Walicki (ksywka Wałek) był z naszych, a poziom jego inteligencji na pewno nie wróżył awansu w dającej się ogarnąć umysłem przyszłości. Komendant Maćkowiak, obywatel Klewek z dziada pradziada, myślami zapewne błądził już przy emerytalnych uciechach – aż mi go szkoda, gdy pomyślę, iż będzie musiał wziąć się do roboty. Na pewno pokaże się psiarnia z miasta powiatowego, przybędzie sam prokurator rejonowy, przyjadą lekarze sądowi ze szpitala wojewódzkiego. O ile będzie co badać, przecież najpierw muszą znaleźć Maurycego. Moja komórka doznała wibracyjnego szału i po dwudziestym telefonie od moich kupli (choć lepiej powiedzieć, że kumpli Maurycego) przestałem ją w ogóle odbierać. Wszyscy pytali o to samo: czy mówił coś wskazującego, że ma problemy, kiedy ostatnio go widziałem, czy to na pewno on i tym podobne bzdury – nie wiem, skąd przyszło im do głowy, że będę znać odpowiedzi. Kilku, o dziwo i dzięki im za to, spytało, czy mnie nie chciał ktoś napaść. Odpowiadałem grzecznie, że nie, nikt mi nie groził ani nic z tych rzeczy. Moi rodzice nie bardzo wiedzieli, co mają począć. Z jednej strony korciło ich, by zadzwonić do matki Maurycego (jego ojciec kilka lat temu pożegnał ziemski padół w naprawdę kiepskim stylu), ale – czego nigdy nie ukrywali – nie darzyli „mojego starszego brata” jakąkolwiek sympatią. Słyszeli o jego wyczynach i nie pochwalali naszej znajomości. Coś powstrzymało ich przed kondolencyjnym telefonem. Niechęć do wyczynów Maurycego nie stanowiła dla mnie sensownego wytłumaczenia. - Przecież nie wiemy, czy Maurycy nie żyje. Głupio tak dzwonić i wywoływać wilka z lasu – odparła mama, gdy próbowałem ją o to podpytać. - No i właśnie dlatego powinnaś zadzwonić! Żeby pocieszyć Koładową, powiedzieć, że syn się znajdzie, czy coś w tym stylu – nie ustępowałem. - Nie zadzwonię i już! – wydarła się na mnie. – Koładowa i tak na pewno jest pijana. Swoim zwyczajem... – dodała z przekąsem. Pierwszy raz widziałem ją tak zdeterminowaną, w związku z czym postanowiłem nie drążyć więcej tematu. Rzuciła jeszcze tylko dwa zdania, gdy uciekała przede mną do – jak je nazwała – „swoich spraw”: – Koładowa straciła męża i syna! Dajmy jej święty spokój! Dałem święty spokój zarówno Koładowej jak i mamie. Skupiłem się na ojcu, który zdawał się być bardziej przytłoczony przez to wydarzenie niż cała reszta społeczności Klewek. Za pierwszym razem, gdy oglądaliśmy nagranie na YouTube, patrzył mi przez ramię na ekran komputera, ale z każdą kolejną sceną odsuwał się ćwierć kroczku dalej, wyraźnie nie będąc gotowym na finał. Pobladł na twarzy, nie oddychał, a oczy rozdziawił do rozmiarów piłek tenisowych. Ręce dygotały mu, jakby wsadził je do wiadra z lodowatą wodą. Na drugi dzień nie odezwał się do nas ani słowem. Nie potrafił odnaleźć miejsca, gdzie mógłby samotnie i w spokoju przeczekać okres całego śledztwa, jakie nieść musiało ze sobą czas wielkiego zamieszania, w które zaangażowani zostaną wszyscy w okolicy. Matka wytłumaczyła mi, że ojciec jest struty, bo to mnie mogli napaść i zakopać żywego w dziurze w ziemi. Ja jednak znałem przyczynę jego samopoczucia. Gdy wyszedł na podwórko i łaził po nim od bramy do huśtawki, tam i z powrotem dobre dziesięć razy, popędziłem za nim. Wyraźnie bił się z własnymi myślami, co sygnalizowało pulsowanie żył na spieczonych słońcem skroniach. Podszedłem do taty i położyłem rękę na twardym ramieniu – całe życie pracował ciężko, a gdy otrzymał w spadku hektary ziemi pod uprawy, zdwoił wysiłki. Podniósł się jakoś po zniknięciu swojego ojca – to właśnie mój dziadek był naturalnym spadkobiercą majątku prababki, ale nawet ona wątpiła, czy taki człowiek jak jej syn (alkoholik, babiarz, frustrat itp. itd.) poradzi sobie z prowadzeniem gospodarstwa. Życie przyniosło rozwiązanie i to nam zapisała prababka ziemię. Cała wieś była pewna, że syn starej Morawskiej (takie mam właśnie nazwisko) uchlał się na śmierć gdzieś w lesie, a lisy i bezpańskie psy porozrywały zwłoki na kawałki, roznosząc je tym samym na cztery strony świata. Rodzice rozważali sprzedanie ziemi i zostanie w mieście. Jednak ojciec uznał, że po wsze czasy ludzie będą gadać, iż mamy coś wspólnego ze zniknięciem mojego dziadka, bo prababka, stojąc przed koniecznością znalezienia nowych gospodarzy, przepisała nam przecież majątek, a my go od razu sprzedajemy – najpewniej dla bajecznego zysku. Poza tym ojciec zatęsknił za miejscem urodzenia i mówił nam, że nasi świętej pamięci przodkowie życzyliby sobie, żeby ziemia Morawskich została wśród Morawskich. Tak więc wróciliśmy do korzeni – zamieszkaliśmy w Klewkach. Tata nie spojrzał na mnie, gdy tak trzymałem go za ramię. Postanowiłem, że odezwę się pierwszy. - Tato, nie masz się czym przejmować. Wszystko w porządku, rozumiesz? W końcu podniósł głowę i zmierzył mnie nieufnym wzrokiem. - Co masz na myśli? – wycedził przez zaciśnięte w nerwach zęby. - Nie rób nic głupiego. Zostaw sprawy własnemu biegowi. Naprawdę, wszystko jest w porządku – powtórzyłem raz jeszcze. Gwałtownym ruchem strząsnął moją rękę z ramienia. Chciał chyba coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mu w gardle. Właśnie wtedy usłyszeliśmy dźwięk silnika i opony hamujące na szutrze pod bramą do naszego domu. To był radiowóz, niebiesko-biały Polonez z kogutem na dachu. Zza kierownicy wytoczył się gruby Wałek. Nie uwierzycie, ale scena przypominała wyciętą z amerykańskiej szmiry telewizyjnej: Wałek ściskał w lewej dłoni... pączka! Grube paluchu, podobne do obranych z flaczka parówek, pieściły go namiętnie, brudząc się przy tym słodkim lukrem. Tłusty policjant „wpłynął” na podwórko i zanim do nas podszedł, nie do wiary, zdążył już połknąć legendarną w policji delicję. - Witam sąsiada. – Skinął głową w stronę mojego ojca, a mnie obdarzył jedynie przelotnym spojrzeniem. – Coś pan niewyraźny – trafnie zauważył, lustrując zapadnięte oblicze ojca. - Tata martwi się o mnie – rzekłem od razu. – Każe mi nie ruszać się z domu, póki nie złapiecie tych zbirów. - Ma rację, ma rację. W tej sprawie właśnie jestem – przyznał, obtarłszy przy tym biały lukier z kącików popękany ust. – Na komisariat muszę cię zabrać, prokuratora mamy na karku, zbieramy zeznania od wszystkich znajomych Maurycego. - Bo to tylko nasza wieś zna Maurycego? – spytałem. – Ciężka robota przed wami, tyle przesłuchań... - Ano nie będzie lekko... Żebyście Maćkowiaka widzieli! Całą noc kartoteki porządkował, papiry przekładał, notatnik zapisywał, toż to mu się przed emeryturą narobiło, nie ma co. Też im szybciej przesłuchamy towarzystwo Maurycego, tym szybciej wróci wszystko do normy. Wskakuj więc do taryfy, a pana żegnam, panie Morawski. Poszedłem z Wałkiem do radiowozu, zostawiając ojca samego na środku podwórka. Odprowadził nas wzrokiem i stał tak długo, aż odjechaliśmy. A może i dłużej.
IV Na komisariacie panował zupełny spokój. Wydało mi się to dziwne, bo spodziewałem się zamieszania i pośpiechu jak w mrowisku. Na korytarzu siedziało jedynie kilku dobrze znanych mi łebków, poubieranych w szałowe modele dresów z niezniszczalnego, jak się mogło zdawać, ortalionu. Zawsze było to dla mnie godne podziwu, że niezależnie od pory roku chodzą oni w tych samych ciuchach: latem pocą się tak intensywnie, że czuć ich nadejście zanim w ogóle pojawią się w polu widzenia, w zimie natomiast zgrywają się na twardzieli mimo, iż mają sine usta i trzęsą się jak osika. Jak dla mnie policja skopała sprawę, ściągając po kilka osób naraz. Siedząc w jednym korytarzu, wszyscy mogli ustalić tą samą wersję wydarzeń. Widać, że organom ścigania chyba nie zależało na złapaniu sprawców. Pewnie nad całym zajściem nikt by się nie pochylił, biorąc pod uwagę reputację ofiary i fakt, że pochodziła ona z nikomu przecież nieznanych Klewek. Ale YouTube narobił zbyt dużego bigosu, żeby można zamknąć sprawę krótkim śledztwem. Wałek nie dał mi usiąść, tylko od razu zaprowadził do jednego z pokoi. - Ich już przesłuchaliśmy – wytłumaczył mi, zataczając grubą ręką okrąg ponad siedzącymi. – Nie mogą jeszcze wyjść, żeby nie rozpowiedzieli, o co ich pytaliśmy. Jeszcze ty i Majznerowicz zostaliście. Zaraz po niego jadę. Po was już będzie można iść do domu. - A Bela i Beniek? Nie widzę ich tutaj? – Bela i Beniek to najbliższe przydupasy Maurycego, no może nie licząc mnie, ale przecież nie myślę o sobie, jako o przydupasie. Ciekawe, jak przy nich stawiał moją osobę Maurycy? - Też nas to zastanawia – przyznał Wałek. Otworzył przede mną drzwi do pokoju i nie powiedział już nic więcej. Trochę speszyłem się lustrującymi spojrzeniami siedzących tam osób. Skupieni po jednej stronie stołu przypominali jury jakiegoś tendencyjnego show w telewizji. Czyżby mieli zamiar oceniać moje akrobacje? Nie bardzo wiedziałem, skąd u mnie tak dobry humor, ale wszedłem pewnym krokiem i zająłem miejsce naprzeciw gremium wskazane przez eleganckiego, starszawego mężczyznę siedzącego pośrodku. Po jego lewicy kulił się Maćkowiak – dawno go nie widziałem, ale dałbym sobie rękę uciąć, że ostatniej nocy postarzał się o dobre dziesięć lat. Trzecim z przesłuchujących był facet po trzydziestce ubrany w cywilne ciuchy i tylko ciemnogranatowa kurtka z napisem „POLICJA” na plecach wskazywała na wykonywaną przez niego profesję. Powitał mnie facet siedzący w środku. - Witam pana, nazywam się Romuald Wiśniewski i pełnię obowiązki prokuratora w sprawie zaginięcia pana Maurycego Kołady. W przesłuchaniu wezmą również udział: komisarz Maciej Wereź oraz komendant Zygmunt Maćkowiak. Proszę się przedstawić. Zgodnie z życzeniem przedstawiłem się, a potem odpowiedziałem na dziesiątki pytań dotyczące mojej osoby: czy w ogóle wiem, z jakiego powodu jestem przesłuchiwany, gdzie mieszkam, co robię, czy znam zaginionego, czy mam oboje rodziców, czy mam rodzeństwo (przy tym pytaniu pomyślałem, że już nie – w końcu „mój starszy brat” zniknął bez śladu), gdzie się uczę, w której jestem klasie, jakie mam oceny, czy mam samochód, czy mam prawo jazdy itd. itp. Wyraźnie chcieli mnie uśpić serią monotonnych pytań. Pewnie już uznali, że osłabiła się moja czujność, bo nagle komisarz, który dotychczas nie wypowiedział ani jednego słowa, wypalił z grubej rury: - Czy ma pan alibi, panie Patryku? Strasznie dziwnie się czuję, gdy mówi ktoś do mnie na „panie”. Będąc w trzeciej klasie liceum rzadko się zdarza słyszeć per pan. Czasem tylko jakieś dziecko tak do mnie się odezwało, najpewniej uznając wysoki wzrost za atrybut dorosłości. Czy chcieli mnie w ten sposób złamać, podkreślając, że w razie czego to grozi mi taka sama kara jak dorosłemu? - Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć, panie komisarzu – odparłem grzecznie. – Kiedy napadnięto Maurycego? - To nie jest ważne. Do zdarzenia na filmie doszło w nocy. Czy ma pan alibi na kilka ostatnich nocy? Popatrzyłem na prokuratora i Maćkowiaka. Pierwszy nie przyszedł mi z pomocą i nawet nie zamrugał, komendant natomiast zwinął się do rozmiarów jeszcze mniejszej kulki, nie obdarzając mnie przy tym żadnym, a tym bardziej budującym spojrzeniem. - Myślę, że tak – powiedziałem. – Cały tydzień chodzę do szkoły, w końcu to już wrzesień, no nie? – Próba żartu nie powiodła się, więc mówiłem dalej: – Na żadnej imprezie przez ostatnie kilka weekendów nie byłem. Generalnie oglądałem do późna telewizję, a potem kładłem się spać. Nie wiem, co mogę jeszcze dodać. - Rodzice potwierdzą pana wersję? – spytał prokurator. Komisarz westchnął zawiedziony indolencją starszego kolegi. A jacy rodzice wkopią własne dziecko? – pomyślał pewnie. W obliczu konfliktu między nimi odpowiedziałem szybko: - Oczywiście. W końcu mieszkamy pod jednym dachem. Co prawda dom jest duży, ja mam swój pokój na poddaszu, ale z moją mamą to nie taka łatwa sprawa. Czasem wyjeżdżałem późno wieczorem, na przykład do miasta, i zawsze widziałem, jak w oknie wychodzącym na podwórze rusza się firanka. Kilka chwil później miałem już telefon od mamy, gdzie jadę, do kogo i takie tam. Sami panowie wiecie jak to jest z mamami... Po tym stwierdzeniu jedynie Maćkowiak zareagował i przytaknął głową. Naprawdę, szalony przypadł mu udział w przesłuchaniu. Komisarz ponownie przejął pałeczkę i przekartkował notatnik. Z tymi policyjnymi notatnikami to naprawdę śmieszna sprawa: taki porucznik Columbo (zwykłem nazywać go „obrzyganą sierotą”, ale oczywiście na taką kreację nabierał czarne charaktery), w każdym odcinku serialu korzystał z notatnika co najmniej dwa razy. Ale ten tutaj, jak mu tam, komisarz Wereź – przecież nic mu jeszcze konkretnego nie powiedziałem, a on zachowuje się, jakby wychwycił w moich słowach sprzeczność i teraz wraca do nich, by mi ją wytknąć. - Czy ma pan jakieś własne podejrzenia, kim mogą być zamaskowani osobnicy na filmie? - Nie mam pojęcia – rzekłem. - Czy Maurycy Kołada miał wrogów? - Bardzo wielu. Maurycy był typowym zadymiarzem, myślę zresztą, że komendant Maćkowiak jest w stanie powiedzieć więcej, zaglądając do jego kartoteki. - Teraz rozmawiamy z tobą i ty właśnie, a nie komendant Maćkowiak, masz nam więcej powiedzieć! – wkroczył w rozmowę prokurator. Oczywiście celowo skończył z formułą per „pan” pod moim adresem. Czyżby zaczęli odgrywać swoje role: dobrego i złego policjanta? Moje przypuszczenia się sprawdziły, gdy komisarz posłał mi ciepły uśmiech i łagodnie spytał: - Może ich pan wymienić z imienia i nazwiska? - Kilku tak, chociaż większość wrogów Maurycego to kolesie z innych wsi. Jeśli coś o któryś z nich wiem, to słyszałem jedynie ich ksywki. - Proszę, niech pan mówi – zachęcił Wereź i skrupulatnie wszystko notował. Okazało się, że nie było tego zbyt dużo. Chociaż z drugiej strony któż chciałby mieć przeszło dziesięciu „sympatyków” gotowych skopać cię do nieprzytomności? Gdy skończyłem wymieniać zajadłych wrogów Maurycego, poczułem pragnienie. Nie stała jednak przy mnie szklanka z wodą pomimo, iż każdy z „jurorów” taką szklaneczkę posiadał. Poprosiłem więc najgrzeczniej jak potrafię: - Czy mogę prosić coś do picia? - Zaraz kończymy – bez ceregieli odparł prokurator. – Zna pan Michała Zduńczyka i Zbigniewa Hałasa? Ach, więc przechodzimy do sedna! Pewnie, że znałem Belę i Beńka, choć nie trawiłem ich chyba jeszcze bardziej niż Maurycego. „Mój starszy brat” posiadał chociaż trochę oleju w głowie i to dzięki temu tak dobrze się ustawił – jako przywódca mini gangu w Klewkach (wiem, śmiechu warte). Poza tym miał przecież zainteresowania – okultystyczne, ale to zawsze coś. W szkole słyszałem już chyba od każdego z nauczycieli, że młody człowiek powinien mieć hobby. Ciekawe, czy belfry przestałyby szerzyć podobną demagogię, gdyby znaleźli koty i psy po skończonych rytuałach Maurycego. Krwawym ścierwom daleko było do przesympatycznych, puszystych zwierzątek... - Tak,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Boru
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…