Wróć do katalogu

Połączenie

Kilka różnych postaci, miejsc i historii. W zasadzie zupełnie ze sobą nie związanych, gdyby nie małe "ale" na samym końcu.

Falcor, opublikowano , 33 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pan Karol siedział w swoim fotelu, gapiąc się w telewizor. Był średnio szczęśliwym człowiekiem, który po dwudziestu trzech latach spędzonych z kobietą, której nie kochał, nie oczekiwał od życia więcej, niż odrobiny świętego spokoju po powrocie z pracy. Zapadał się wówczas w wysiedzianym meblu, macał przez chwilę mały, stojący obok stoliczek, w celu znalezienia pilota i bez entuzjazmu zaczynał codzienne skakanie po kanałach w poszukiwaniu czegokolwiek. Zazwyczaj okazywało się, że poszczególne kanały nie nadają nic wartego uwagi przez dłużej niż dwie, trzy minuty, tak wiec większą część oglądania telewizji, pochłaniało ów beznamiętne skakanie. Tego dnia, ten przerabiany do znudzenia, odwieczny scenariusz, uległ jednak zmianie. Tak, bywały i takie dni, gdy Pan Karol dokładnie wiedział co będzie oglądał. Budził się wówczas ze swego rodzaju letargu, a jego samopoczucie wyrywane było z otępienia. Szary dzień, na który zwykle Pan Karol nie zwracał uwagi, stawał się dniem specjalnym, dniem kibica. Oto mamy więc naszego pierwszego bohatera, obserwującego uważnie mecz Polska – Szwecja, oraz co chwila komentującego „fachowo”, poczynania obu zespołów. Komentarze są wzmacniane piwem z gniecionej powoli w ręce puszki, a ich treść stanowi inspirację dla pomalowanych na biało-bezbarwnie ścian pokoju. Pan Karol siedzi sam ze sobą i chociaż jest mu z tym nie do końca najlepiej, to wydaje mu się, że z kumplami w pubie byłoby jeszcze gorzej. Oczywiście lubi ich, choć w taki nieco wypłowiały sposób. Aby ich spotkać, trzeba by jednak do nich zadzwonić. W sumie telefon nie jest daleko, tylko co potem? - „Gdzie się umówić? U mnie? Musiałbym posprzątać. U Krzyśka żona znowu będzie krzywo patrzeć. Mietek mieszka na drugim końcu miasta. Może Jurek? Nie, jemu pewnie też nie będzie się chciało sprzątać. Więc gdzie? W osiedlowym pubie gdzie przychodzą głównie dresiarze? A może na mieście? To z kolei kawał drogi. Z 15 minut samochodem. Do tego trzeba jeszcze wcześniej przyjść, aby zająć miejsce. Eee, z pracy, przebrać się i od razu z powrotem na miasto. To nie dla mnie.” – pomyślał kilka godzin temu Pan Karol, postanawiając ostatecznie zostać w domu i do nikogo nie dzwonić. Teraz myśli sobie, że trochę szkoda tego niespotkanego spotkania, ale nie na tyle, aby spotkać się przy kolejnej takiej okazji. Kumple by się przydali, w końcu można by się stuknąć kuflami i znowu dowiedzieć niczego nowego, tylko czasu brak. Gdyby tak trzymać ich w szafie i wyjmować na mecze oraz parę innych okazji. Tak, to było by niezłe. - ...teraz to nie widziałeś spalonego, co? Palancie jeden... – mówi bezgłośnie Pan Karol, przeżywając swój dzisiejszy, lekko ekscytujący wieczór. Nie jest do końca szczęśliwym człowiekiem, ale to dla niego jeden z tych bardziej kolorowych dni.

Nasz drugi bohater to Billy. Billy ma 8 lat i właśnie wraca ze szkoły. Jest uśmiechnięty, bo otrzymał dobrą ocenę. Gdy dotrze do domu, powie o niej swojej mamie, która na pewno bardzo się ucieszy. Zawsze gdy dostaje dobre stopnie, to mama bardzo się cieszy i czochra mu włosy na głowie, a często daje też dodatkowy deser po obiedzie. Zwykle „Vici” – jego ulubiony baton. Dobrze jest dobrze się uczyć. Czasami koledzy dokuczają Billemu. Mówią, że jest kujonem. Nie wszyscy tak mówią, ale niektórzy. Billy nie wie, czy jest kujonem. Lubi się uczyć, lubi dostawać dobre stopnie, ale nie chciałby być kujonem. Nie czuje się nim. Na szczęście jest Jeremy i Sam. No i Chris i Arnold i Christine też, choć ona jest dziewczyną, a to nie to samo. Jeremiemu zwykle daje swoje kanapki, bo mama pakuje mu ich zawsze trzy lub nawet cztery, a on nigdy nie ma ochoty na więcej niż jedną. Jeremy zawsze ma ochotę. Mama też jest zadowolona, że całe drugie śniadanie znika. Dzisiaj jest specjalny dzień, bo na obiedzie będzie tata. Tata Billego jest kierowcą dużych ciężarówek. Najlepszym na świecie! Często nie ma go w domu, bo musi wozić ważne rzeczy, aby ludziom ich nie brakowało. Kilka razy zabrał Billego i mamę ze sobą w podróż i było bardzo fajnie. Teraz Billy też chce jeździć dużą ciężarówką jak dorośnie. Napisał o tym wypracowanie. Potem pani nauczycielka mówiła, że jest zdolny i powinien pójść do collegu, czy czegoś takiego, ale Billy wolałby dostarczać ważne rzeczy ludziom, tak jak tata. Tata ma wąsy i niebieską czapkę. Z tą czapką nigdy się nie rozstaje. Ma też okulary przeciwsłoneczne. Jak przyjeżdża do domu, to często przywozi jakiś prezent. Ostatnio przywiózł takie samochodziki, które można samemu składać. Billy polubił je składać i ciągle rozkręca je i skręca. Można nawet doczepić do takiego samochodziku mały silniczek, ale Billy go nie ma. Gdy teraz idzie do domu, to myśli sobie, że może tata przywiózł mu taki silniczek i będzie go mógł dzisiaj zamontować. Tak, na pewno przywiózł. Billy widzi już swoją furtkę. Przechodzi właśnie obok domu jednego z kolegów, gdzie pies gania za wodą tryskającą ze zraszacza trawnika. - Spot! Spot! – woła Billy, ale pies tylko na chwilę odwraca łeb, merda kilka razy ogonem i znowu zaczyna ganiać za tryskającą wodą. Trawa jest zielona, niebo niebieskie i świeci żółte słońce. Dom ma czerwony dach, a okolica jest spokojna. Idealnie namalowany dzień. - „Jest ładnie” – myśli szczęśliwy Billy, zachwycając się tym dniem. Tylko na nim koncentruje uwagę. Nie wybiega myślą w przyszłość. Nie zastanawia się co będzie jutro.

- „Bezsens! Zupełny totalny bezsens! I pustka. Pustka w głowie, pustka w tobie. We mnie. Nic już nie myślę, tylko ta... pustka... nicość totalna. Jak...?! Jak, jak, jak, jak jak jak... no jak to się stało? To wszystko... to wszystko takie... nie... bez sensu... po co to myślę... po co?!” Sumio stoi na moście. Patrzy w czarną wodę. Powoli zbliża się świt. - „Dlaczego?” – pauza. – „Dlaczego, tak...? Czy gdzieś zrobiłem coś źle? Na pewno. Czy zrobiłem aż tyle złego, by teraz... teraz już nic. Nieważne.” Sumio chodził całą noc po mieście. Myślał. To był zły spacer i złe myśli. - „Czemu inni są lepsi? Przecież czasami robili tyle złego. Ja... ja się tak starałem... Starałem się! Słyszysz!!!” Sumio załamuje ręce. Chowa w nich twarz. Przez chwilę szlocha. Drgawki wzdrygają jego ciałem. - „Czemuuu...” – pauza. – „Dookoła tak pusto. Zawsze tak pusto. To boli. Tak mocno boli w środku! Jakby tam nic nie było. Co ja takiego zrobiłem!!?” Sumio wykrzykuje myśli do samego siebie. Gdyby mógł je wykrzyczeć komuś innemu, nie było by go tu dzisiaj. - „Nie chcę. Już nie mogę. Naprawdę nie mogę. To gorsze od wszystkiego. Po co mam być? Aby być? Nie jestem kamieniem!” Sumio podejmuje decyzję. - „Nieprzydatny, zbędny śmieć. Nikt nawet nie zauważy. Nikt. Nikt...” Sumio... już nic. Już nieważne...

Noc coraz bardziej głaszcze wszystkie stworzenia, zachęcając je do snu. Nawet drzewa powoli przestają potrząsać liśćmi, które już nie chwytają słonecznego pożywienia. Zapada coraz większa cisza, choć jest ona co chwila wypełniana pojedynczymi dźwiękami. To spadła stara, uschnięta gałąź, która akurat teraz postanowiła pożegnać się ze swym wiekowym domem. A teraz któryś z ptaków przypomniał sobie, że warto powiedzieć innym, gdzie zaczyna się jego terytorium. Spokój, odpoczynek, sen w lasach deszczowych nie jest związany z brakiem dźwięków, ale ich nieobecnością w świadomości stworzeń, które w nim żyją. Jeżeli chwilę poszukamy, to w tej czarnej nicości dostrzeżemy iskierkę. Gdy się do niej zbliżmy, to usłyszymy pełne, spokojne głosy. Nie widać dobrze tych, którzy wypowiadają krótkie, ale dobrze dobrane, treściwe zdania. Czasami poświata bijąca od ognia, trafiając na wyjątkowe smaczne polano, powiększy się gwałtownie i ukarze na sekundę oblicza rozmówców. To wyjątkowi rozmówcy. Do rozmowy wystarcza im sama swoja obecność, a słowa padają rzadko. Wśród nich siedzi Mawazo Nyota – choć to tylko dwa z jej wielu imion. Teraz pochłania wzrokiem tańczące ognisko, a czasami odchyla się lekko do tyłu i zatapia wzrok w gwiazdach. Szczęście jest dla niej pojęciem nieco abstrakcyjnym. Nigdy nie pytała siebie, czy jest szczęśliwa, ale przez większość swego życia czuła się spełniona. Gdy jesteś spełniony nie pytasz siebie o takie rzeczy, po prostu jesteś. Jesteś całym sobą. Mawazo jest teraz całą sobą wraz z innymi, tu, przy tym ognisku. Aura jej ducha jest momentami silniejsza od cielesności. Trwa tak z plemieniem, trwa z tymi którzy już odeszli. Czuje ich, ma pewność, że są teraz obok. Może porozmawiać z nimi tak, jak z wszystkimi innymi postaciami pojawiającymi się i znikającymi co chwila w poświacie pulsującego, żółto-czerwonego żaru. Jej umysł jest wolny. Tak, czasami jej myśli pobiegną gdzieś do wątpliwości dotyczących Boga, ale po chwili rozbijają się one o dogmaty, którymi żyje od dawna. Dogmaty? To słowo nie ma dla niej znaczenia, ona po prostu wie. Nie zawsze należała do wspólnoty. Kiedyś, kto by pamiętał kiedy dokładnie, plemię odwróciło się od niej. Była wtedy najbardziej samotna na świecie. Teraz czuje się pełna. Mężczyźni codziennie przynoszą upolowane zwierzę, a ona codziennie wyrywa z niego najsmaczniejsze flaki, by mogli wieczorem trwać razem, tak jak teraz. To dobre uczucie, a myśli Mawazo docierają prawie do pierwszych słów – to dobrzy ludzie – ale ich nie wypowiadają. Ona po prostu wie. Jej duch czyni ją spokojnym. Daje jej pewność, której nigdy nie dałaby jej nauka. Ona nie zna nauki i podświadomie boi się ją poznać. To jedyna, cienka jak włos na niebie obawa, która czasami zaczyna być widoczna w świecie myśli. Kilka razy widziała innych ludzi. Byli biali, bardzo podobni do siebie i wyglądali niemal chorowicie, jak ktoś pusty w środku. Zachowywali się jak małe dzieci, tak bardzo nieporadni, niezdarni. Zawsze gdy ich widziała, zadawała sobie pytanie jak zdołali przeżyć. Przecież nie powinni. Ci których poznała byli przyjaźni i zawsze mieli mnóstwo dziwacznych przedmiotów, które do niczego nie służyły, a mimo to były dla nich bardzo cenne. Niektóre plemiona mówiły jednak, że oni kradną ziemię po to, aby ją zniszczyć. Mawazo martwi się, że kiedyś mężczyźni z jej plemienia nie będą mieli już gdzie polować. Obawa rozpływa się i znowu widać gwiazdy. Z pośród nich wygląda dwójka, z piątki dzieci jakie urodziła. Kiedyś było jej smutno, gdy ta cząstka jej została oderwana. Dzisiaj wszystko wydaje się właściwe. Jutro mężczyźni pójdą polować. Nic poza tym czasem nie istnieje. Mawazo Nayota patrzy w gwiazdy i wie.

Po prostu, ot tak, spojrzeli na siebie na ulicy, a po chwili gnali już, trzymając się za ręce, do kawiarni. Nie, nie tej, tej drugiej, gdzie kawa nie jest tak koszmarnie droga i gdzie nie ma rzeźbionych stolików, ani strojnych kelnerek. Siedzieli tak patrząc na siebie, wzajemnie się pochłaniając i nie mogąc się sobą nasycić. On wiedział i ona też wiedziała, że tak, że teraz, że wszystko. Poplątani w swych życiorysach, zaganiani pomiędzy dwoma odległymi od siebie ulicami, spotykają się nareszcie, a reszta świata kurczy się w ich umysłach do rozmiaru punktu, niemalże przestając istnieć. Ona uśmiecha się i przeczesuje włosy, on chwyta ją za rękę. Nie chce jej puścić. Ona nie chce by ją puścił. Banalnie skomplikowane sprawy sprowadzają się do instynktowych odruchów, popychanych przez oba serca. Teraz wszystko jest już jasne, a pytania stają się zbędne. Od teraz wszystko będzie dobrze. Co o nich wiadomo? Co oni o sobie wiedzą? Co my o nich wiemy? Marisa i Julio, urodzili się, a potem długo nie mogli się odnaleźć. Reszta tutaj, w tej kafejce, jest zupełnie nieistotna. Kochają się! Tak, to trzeba zapamiętać, ale to tak oczywiste, a słowa tak niepełnie oddają to co teraz czują... Trzeba na nich spojrzeć, czy też wystarczy na nich spojrzeć i... piękne, cudowne, świeże, porywcze, słońce, blask, energia, radość, pełnia, dusza, serca, szczerość, ciepło, iskry... ahhhh, to wszystko samo ciśnie się na usta. Każdy kto koło nich przejdzie, staje się lepszym człowiekiem, każde miejsce w które spojrzą zaczyna ożywać. Ona, on, oni, a potem także ono, one. Szczęście odjechanie zupełnie, niecodzienne, choć jednocześnie przeżywane w tak wielu miejscach na raz. Tu, teraz się zaczyna, ale już wybiega w przyszłość, pędzi jak ekspres, aby dojechać ostatecznie do miejsca w którym oboje, nieco posiwiali, choć wcale nie wypaleni, siądą w kafejce i wspomną czas, gdy patrzyli w niej na siebie po raz pierwszy. Ta chwila właśnie trwa, a ta przyszła być może by mogła... ale jej nie będzie. Zakochani w sobie, przynajmniej mieli szansę potrzymać się za ręce.

Gdyby nie powaga sytuacji, to mogłaby to być bardzo zabawna historia. Zaczynało się jak zwykle sielankowo, bo gdyby zaczynało się inaczej, to by się nie zaczęło. Tak więc powoli zmierzchało, panowała piękna pogoda i słońce powoli, lazurowo, kryło się za horyzont. Ocean był spokojny (zwłaszcza, że faktycznie był to Ocean Spokojny), a w kambuzie smażyła się jajecznica. Do portu w Hobart zostało jakieś dwa, trzy dni drogi. W pełni postawione żagle na obu masztach, łapały sobie wiatr, tak samo jak, sterczący na wytyku, wiatrak dostarczający zasilanie do akumulatorów. Ot, żyć nie umierać. I tu, w tej sielance słowa „żyć” i „nie umierać” zaczęły nagle nabierać nieco poważniejszego sensu. Pierwszy szkwał wprowadził jacht w silny przechył, a jajecznicę katapultował na koszulkę Steva. Ten sypiąc przekleństwami zaczął ją z siebie zdzierać. Nie było to zadanie łatwe wśród lecących z kambuza: kubka, noża, widelca i talerza, przygotowanych już do nakładania posiłku. Skacząc na jednaj nodze (druga w tym czasie postanowiła się poślizgnąć), chwytając się jedną ręką czegokolwiek, co zapobiegało znalezieniu się pozycji horyzontalnej, a drugą walcząc z coraz bardziej piekącą koszulką, Steve wykazał się wręcz cyrkową zręcznością, unikając kolejno nadlatujących pocisków. Gdyby kupił sobie mniejszy talerz, to wyszedł by z tego bez szwanku. Oczywiście nie licząc poparzenia jajecznicą. Jacht zaczął się prostować, koszulka w strzępach walała się po gretingu, a Steve sprawdzał, czy nie ma rozciętej głowy. Na szczęście miał tylko ogromnego guza. Jego klatka piersiowa przybrała tym czasem mocno czerwony kolor, ale nie to było teraz najważniejsze. Dwa szybkie skoki i nasz bohater był już w kokpicie. W oddali dojrzał bardzo ciemne chmury. Co tam ciemne - można by pomyśleć, że ktoś produkował je w kopalni. Wiatr od nich już jednak dotarł, a jeśli teraz osiągał taką siłę, to zanosiło się na porządny sztorm. Steve ruszył zarefować żagle i w tym samym momencie wiatr potężnym podmuchem uderzył w jacht po raz drugi, wyrzucając go za burtę. Małpia zręczność odziedziczona po dalekich przodkach, pozwoliła mu złapać się za reling. Reling jęknął od przeciążenia, a Steve jęknął razem z nim. Sytuacja nie wyglądała dobrze, chociaż jeżeli być optymistą do końca, to chłodna woda ukoiła nieco pieczenie na poparzonej i mocno owłosionej klacie Steva. Można by rzec – nie ma tego złego... Bez sensu było jednak pozostawanie w oceanie dłużej. Steve szarpnął się w górę a reling jęknął, obniżając się w dół. Wiatr ustał, a jacht wrócił do pionu. Steve próbował wrócić na jacht, ale reling nadal jęczał. Tak, nie warto było oszczędzać na ściągaczach, które teraz nie bardzo chciały dalej trzymać stalową linkę. Trzeba było chwycić się czegoś innego. Oto i tam w oddali, cały metr od obecnej pozycji kapitana, lśnił kabestan. Lekkie przesunięcie w lewo, lekkie stęknięcie relingu. Jeszcze jedno przesunięcie, jeszcze jedno stęknięcie. Jeszcze 10 centymetrów, jeszcze moment, palce już biegają po kabestanie, który oczywiście zaczyna się obracać, utrudniając całą sprawę, ale w końcu jest – pewny chwyt, podciągnięcie, druga ręka zbliża się do knagi i nasz marynarz jest z powrotem na pokładzie. Gdyby nie ciągle wzmagająca się siła wiatru oraz szybko zbliżające się chmury, to może nawet byłby teraz szczęśliwym człowiekiem. Na razie jest człowiekiem, który musi się spieszyć ze zrzuceniem żagli. Kieruje jacht ostro do wiatru i ustawia samoster we właściwej pozycji. Teraz szybko do masztu. Pierwszy krok z kokpitu na pólpokład... no może jednak nie tak szybko, fale podbijają dziób łodzi już z taką siłą, że Steve łatwo mógłby ponownie zacząć testować wytrzymałość relingu. Pierwszy w dół idzie grot, chociaż słowo idzie bardziej oddawałoby sprawę, gdyby zastąpić je przez „stoi”. Wiatr swoją siłą trzyma go przy maszcie, pomimo postawienia jachtu prawie dziobem w jego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych