Wróć do katalogu

Pomiędzy Niebem a Piekłem

W trwającej od zawsze wojnie między Niebem a Piekłem Anioł Oszczerstw, poteżny, amoralny i skuteczny, był jednym z ulubionych dzieci Księcia Kłamców. Jednak gdy stracił wpływ na ludzi Piekło odwróciło sie od niego...

Ravva, opublikowano , 1 godz. 22 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dwóch mężczyzn siedziało w knajpie. Pili piwo, a na szerokiej ławie między nimi walały się puste pudełka po papierosach, kilkanaście rozsypanych zapałek z nadpalonego opakowania, zapalniczka. Wśród śmieci leżało parę monet, a na brzegu blatu plik dokumentów. Stefan sięgnął po kartki, po raz setny tego wieczora przejrzał je, szukając kilku zdań opinii, która podważyła wiarygodność ich klienta. Zaklął niezadowolony. - Mogliśmy zdyskredytować świadka – powiedział ostro. – Gdybyś tylko na czas dał zeznanie Wilskiego, byłoby już po sprawie. A tak będziemy tkwić w gównie kolejny miesiąc. Wspólnik potrząsnął głową. - Nic na niego nie mieliśmy. – Podpalił kolejnego papierosa, zaciągnął się, na chwilę przymykając oczy. – Prokurator zrobił niespodziankę wyciągając gościa spoza listy świadków. Sędzia nie powinien był się zgodzić na zamianę ekspertów! - Ale się zgodził. – Stefan Lik zimno wpatrywał się w towarzysza. – I Szymon Riben pójdzie siedzieć, a nam poderżną gardła! - Przesadzasz – zaoponował niepewnie Paweł. Sięgnął po piwo, upił kilka łyków, bo nagle, z jakiegoś powodu zaschło mu w gardle. Pomyślał, że jeszcze kilka miesięcy temu sprawa jednego z szefów praskiej mafii wyglądała dużo spokojniej niż teraz. Gdy syn Ribena przyszedł do kancelarii Lik&Tecki powierzając im obronę ojca, obaj byli przekonani, że złapali pana Boga za nogi. Wszystko miało być proste i łatwe – świadkowie oskarżenia nie byli wiarygodni, za to przestępca, uważany za dobroczyńcę dzielnicy, miał kilkunastu ludzi, którzy daliby się pokroić, żeby uwiarygodnić alibi. Ale nagle okazało się, że relacje rwały się w najbardziej oczywistych miejscach, zaś prokurator bez większego wysiłku podważył prawdziwość zeznań. Potem wydarzenia potoczyły się z niszczycielską siłą lawiny śnieżnej. I teraz adwokaci próbowali ustalić, jaką najmniejszą możliwą karę mogą wynegocjować z triumfującym przedstawicielem prawa. Obaj doskonale zdawali sobie sprawę, że fiasko procesu równa się konsekwencjom, o jakich im się nawet nie śniło. Paweł poczuł, jak strach dusi go w gardle, odbiera koncentrację. Dostrzegł krople potu na twarzy wspólnika i z trudem opanował panikę. Pomyślał, że musi być wyjście z pułapki, w którą dobrowolnie się wpakowali, ale nie miał pojęcia, co zrobić, żeby uniknąć długich, śmiercionośnych łap mafijnych morderców. - Zabiją nas? – spytał Stefan, gnąc papierosa w palcach. Gdzieś pod czaszką dudniło mu ostrzeżenie znajomego księdza: „To mafia, synu, oni nie wybaczają błędów.”

Nie wybaczą. – Zaszumiał mu w uszach spokojny głos. – Zabiją.

- Zabiją nas – powiedział, patrząc na milczącego przyjaciela. – Prawda? - Nie wiem. – Paweł zawahał się, pochylił głowę, usiłując ukryć strach. – Zamiast panikować, zacznij myśleć, musi być jakieś wyjście z sytuacji! Jakiekolwiek! Diabli nadali!

Zahun, Anioł Oszczerstw, uśmiechnął się lekko, rozbawiony trafnym spostrzeżeniem człowieka. Faktycznie. Diabli nadali. Demon siedział na oparciu ławki, tuż obok Stefana. Postawił stopy na siedzisko, plecy i głowę oparł o ścianę. Wydawał się odpoczywać, ale spojrzenie zielonych jak młoda trawa, błyszczących oczu uważnie śledziło każdą myśl mężczyzny. Zły Duch z zadowoleniem chłonął narastające emocje podczas gdy palcami, niemal bez udziału świadomości, obracał delikatnie chłodną zapalniczkę zippo bawiąc sie jej kształtem i ciepłem ukrytego wewnątrz płomienia. Strach i Rozpacz – dwa Koszmary – położyły szponiaste łapy na ramionach ludzi, szepcząc do uszu śliskie, zwodnicze słowa, opisując obrazy, które odbierały nadzieję, pogrążając w czarnej pustce bezsilności i frustracji. Zahun jeszcze przez chwilę wsłuchiwał się w ich głosy, potem jego uwagę zwrócił narastający gwar od strony drzwi. Nieznacznie zmarszczył brwi, zaintrygowany odwrócił głowę w tamtą stronę. Chwilę później jego twarz musnął cień irytacji. Przez ścianę przy wejściu przeleciał demon. Ciężko runął na deski wypuszczając miecz z dłoni. Matowa klinga głucho uderzyła o drewno. - Panie… - Żołnierz nie zdołał dokończyć, bo w ślad za nim pojawiły się trzy Anioły. Blask ich zbroi rozerwał przytulny mrok zadymionego wnętrza z taką siłą, że Zahun musiał zmrużyć oczy. Strach i Rozpacz drgnęli wystraszeni, odskoczyli od ludzi, pozwalając im odpocząć i zacząć myśleć samodzielnie.

Stefan otrząsnął się, jakby wynurzył się z wody. Szarpnął głową, odetchnął głęboko. Pomyślał, że przecież jeszcze żyją, może nie wszystko stracone, jeśli znajdą dziurę w opinii eksperta, będą mieli szansę wynieść cało głowy z afery. - Posłuchaj, Paweł – powiedział z wahaniem – Jesteśmy jednymi z najlepszych prawników po tej stronie rzeki! Do cholery! Riben wybrał nas, bo jesteśmy piekielnie dobrzy! Pamiętasz sprawę Witkowskiego? Wydawało się, że już po nas, ale udało się! Teraz też sobie poradzimy, musimy tylko zacząć myśleć, zamiast siedzieć tu i pierdolić głupoty! - To nam zajmie całą noc. - Zawahał się Tecki. - Czytałem te akta, znam je niemal na pamięć.

Zahun zaklął z gniewem. Zeskoczył z ławki. Moc owinęła go jak gesty kokon. Na chwilę. Bo zaraz wyłonił się z niej uzbrojony, z gwałtownym szumem potężnych skrzydeł, pełen siły. Zielone oczy zabłysły groźnie, ciężki miecz zasyczał przecinając powietrze. - Strach, Rozpacz! Trzymajcie ludzi! – Rozkazał. Spokojne, wrogie spojrzenie spoczęło na Jasnych Wojownikach. Demon uśmiechnął się kpiąco. - A ja się ich pozbędę! Ruszył ku przeciwnikom. Tych trzech świetlistych rycerzy przebiło się przez diabelski kordon wokół pubu, choć nie powinni. Demon przelotnie zastanowił się, ilu jego żołnierzy musiało zginąć, żeby dotarli aż tutaj, ale odepchnął tę myśl. Zagadka na inną okazję. Zaatakował, mocno, bez zwodów, tańca i zbędnych uników. Mieli straszliwą przewagę, ale nie tracił czasu na rozważania, wiedząc, że jeśli odda ludzi, będzie błagał o śmierć. Najbliższy Anioł ruszył ku Demonowi. Głownie zderzyły się gwałtownie. Obaj odczuli moc przeciwnika. Zahun warknął, z trudem odbijając kolejny cios. „Skąd u niego taka potęga?” – pomyślał z niezadowoleniem. Dwaj pozostali minęli walczących i ruszyli ku Koszmarom. Demon zbił cios, odepchnął wroga, z całej siły walnął go pięścią w twarz miażdżąc usta i łamiąc nos. Boży Wojownik zalał się krwią, runął w tył opuszczając miecz. Anioł Oszczerstw skoczył ku prawnikom. Widział jak jego słudzy niezdarnie sięgają po miecze i miał świadomość, że zginą, zanim tak naprawdę zaczną walczyć. Nie mógł na to pozwolić. Matowa głownia poprowadzona potężnym ramieniem przecięła jasne skrzydła, przebiła się przez lotki, walnęła w plecy miażdżąc ciało i łamiąc kręgosłup. Ranny wrzasnął i runął na deski, a jasna krew splamiła biel zbroi i zabłysła na czarnym metalu. Zahun poderwał skrzydła, w jednym uderzeniu znalazł się przy prawnikach, zasłaniając Koszmary, odgradzając je i ludzi od Anioła. - Zabierzcie ich! – Rozkazał ostro. – Już! Spierdalać stąd! - Panie! – Strach złapał Pawła za ramię, wbił szpony w serce. Puste, czarne ślepia szukały lazurowego wzroku – Sami nie damy rady! Zieleń rozbłysła furią tak potężną, że potwór zaskomlał przerażony. Anioł Oszczerstw aż zadrżał z wściekłości, wiedząc, że każda chwila przybliża go do straszliwej porażki i upokorzenia. Jeśli ci dwaj zostaną jeszcze parę chwil, nie zdoła obronić ludzi przed Światłem. Nie mógł ich stracić! Nie teraz! - Wypalę ci krzyż na fiucie, jak za minutę tu będziesz! – Ryknął zdesperowany. Uniósł lewą rękę przywołując drugi miecz. Czarna rękojeść wypełniła dłoń, klinga wchłonęła światło, związała cienie. Demon skierował oba ostrza ku Aniołowi.

Paweł westchnął, wstał zduszając żar papierosa w popielniczce. - Chodź, Stefan, mam wrażenie, że lepiej będzie mi się myślało w domu. Tu jest za głośno. Za dużo ludzi. Lik mechanicznie skinął głową, zebrał kartki i upchnął w eleganckim neseserze. W jego oczach zamigotały łzy, stłumił je, przetarł palcami powieki. Gdy wychodził zza stołu gdzieś na granicy postrzegania mignęła mu biało-czarna smuga i zniknęła w rogu. - Mam już zwidy od siedzenia nad robotą – mruknął. – Zresztą, to i tak nic nie da. Nie zdołamy gnoja uwolnić! - Zamknij się – syknął Paweł. – Po prostu się, kurwa, zamknij! Idziemy stąd. Przynajmniej wyśpimy się we własnych łóżkach. Stefan roześmiał się ironicznie. Ruszył do wyjścia, wciąż pogrążony w czarnym humorze. - Dasz radę zasnąć? – zakpił. – Ja nie zamknę oczu bez garści tabletek. A i tak budzę się umordowany, jakbym pół nocy siedział przy komputerze. Śnią mi się koszmary… - Zamknij się! – Paweł wyszedł z knajpy i szybkim krokiem dopadł do swojego samochodu. Odnalazł właściwy kluczyk, wepchnął w zamek. Chwilę później siedział za kierownicą. - Żartujesz? – zdziwił się partner. – Chcesz prowadzić po tej ilości piwa? - Jedziesz ze mną czy będziesz tu stał i czekał, aż znajdzie cię jeden z wkurwionych krewnych Ribena? – warknął mężczyzna, uruchamiając wóz. Stefan zawahał się.

Zniecierpliwiony Strach walnął go pięścią w głowę, wbił szpony w oczy rysując w mózgu obrazy bólu i śmierci. Tortur. Pustki. Ciemności. - Zostań tu, a umrzesz w jednej chwili! – zasyczał człowiekowi do ucha.

Minutę później auto wyjechało z bocznej w główną ulicę i zagubiło się w iluminacji miejskich świateł.

Zahun nie zdołał sparować potężnego ciosu świetlistej głowni. Impet przełamał jego zastawę, klinga ześlizgnęła się, wyrywając rękojeść z dłoni. Kolejne uderzenie, niezdarny blok. Ból zranionej ręki, krew na policzku draśniętym niebiańskim sztychem. I strach. Nie demon. Uczucie. Własne, męczące i upokarzające. Nie chciał umierać! Jeszcze nie! - „I, kurwa, nie tak! – pomyślał rozpaczliwie. – Zarżnięty, jak bezbronne zwierzę!” Zielone oczy obserwowały, jak Świetlisty Wojownik bierze zamach i uderza. Po raz ostatni. Anioł Oszczerstw szarpnął się w tył, przez mur. Przeleciał przezeń jak ptak przez powietrze, ale rozpaczliwy unik był spóźniony o ułamek sekundy. Jedno uderzenie serca. Jeden oddech. Nawet nie zdążył krzyknąć. Jasna klinga przebiła mu pierś, zmiażdżyła żebra. Jak bezwładna kukła runął na mokry asfalt, złamał lewe skrzydło, rozdarł błonę o ogrodzenie. Ból był tak potężny, że zdusił wrzask, sparaliżował ciało i zmiażdżył świadomość.

Gdy odzyskał przytomność był sam. W pustym, wilgotnym zaułku śmierdzącym moczem i wyrzyganym piwem. Wciąż była noc. Ciągle też słyszał ludzi, czuł emocje. Zaskoczony otworzył oczy, próbując opanować rwący się oddech i piekące, pulsujące cierpienie. Potrzebował pomocy. Natychmiast. Inaczej rana będzie goić się przez dni, a doskonale wiedział, że nie miał tyle czasu. Z męczącą dokładnością zdawał sobie sprawę, że Aniołowie szukają prawników, ale jak do tej pory udawało mu się ich ukrywać. Teraz zostały z nimi tylko Koszmary – przydatne w grze, ale zupełnie niezdolne do walki. Jeśli Góra przejmie adwokatów… Na samą myśl skulił się jak bite dziecko. Nawet nie dopuszczał takiej możliwości. Od nich zależało teraz niemal wszystko. Łącznie z jego życiem. Gdzieś z domu obok napłynęły emocje. Zahun zacisnął pięści. Z ogromnym wysiłkiem uniósł się, oparł o ścianę i powoli podążył ku ludziom. Parę minut później opadł ciężko na krzesło w kuchni, odetchnął z ulgą wsłuchując się w pełną nienawiści i obłudy kłótnię kochanków. Przyjrzał się duszy mężczyzny, potem kobiety. Gdyby nie był tak straszliwie zmęczony i obolały, pewnie by się uśmiechnął. Ale nie miał już sił. Oparł głowę o ciepły mur, przymknął oczy i wtulił się w ludzkie słowa. Pozwolił, by go przenikały przynosząc ulgę, lecząc ciało i łagodząc cierpienie.

Wyszedł na ulice miasta dopiero następnego dnia późnym południem. Ostrożnie rozłożył skrzydła, uważnie i delikatnie poruszając kośćmi. Połamane miejsca zagoiły się już, ale podobnie jak rozerwana błona, wydawały się wciąż zbyt słabe, żeby go udźwignąć. Zaklął, niepewnie poruszył skrzydłami, potem mocniej, sprawdzając, na ile może sobie pozwolić. Skrzywił się delikatnie. Bolało. Skupiony, nie zauważył obecności i dopiero ciche chrząknięcie wyrwało go z ponurych rozważań. - Panie? – U jego stóp klęczał Posłaniec. Demon natychmiast złożył skrzydła. Nie chciał, żeby sługa dostrzegł, jakim wysiłkiem jest dla niego każdy ruch. - Mów. - Panie, Strach i Rozpacz błagają o twoją radę. Tamiel, Anioł Głębin, pilnuje prawników, ale bez ciebie plan się chwieje. Riben podąża naszym szlakiem, są z nim Chciwość, Zawiść i Anioł Mammon… - Sam Książę Kusicieli? – Zahun drgnął niespokojnie. – Kiedy przybył? Posłaniec skulił się jeszcze bardziej, doskonale wyczuwając narastającą irytację Demona. Wiedział, jak niebezpieczny może być Anioł Oszczerstw, gdy go wyprowadzić z równowagi. A teraz wydawał się balansować na granicy spokoju. Lewe skrzydło nieznacznie odstawało od ciała, jakby nie mógł go dobrze złożyć, Posłaniec dostrzegł też świeżą bliznę na czole mężczyzny. Słyszał o pojedynku w pubie, o tym, jak Demon samotnie stanął do walki z trzema Aniołami z Góry. Nie sądzili, że to przeżył, ale dziś rano skontaktował się z Jaakonem i Maelem przekazując im polecenia. Oba szatany były zdumione obecnością Zahuna, bo najchętniej podzieliłyby jego funkcje i zaszczyty, a ufając, że zginął, widziały się bliżej tronu Wielkiego Kłamcy. Posłaniec złośliwie uśmiechnął się w myślach, wspominając ich miny, gdy dowiedzieli się o cudownym ocaleniu dowódcy. - Mammon, Ambasador Piekła, pojawił się wczoraj wieczorem, Panie – odparł, używając pełnego tytułu należnego Księciu. – Zajął miejsce u boku człowieka, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że Góra… - Góra dałaby wszystko, żeby nam go wyrwać - szepnął zamyślony Demon. Posłaniec nie skomentował. Nie taka była jego rola. Patrzył na Anioła i czekał, co postanowi. Ale Zahun milczał. Wydawał się zmęczony, może nawet przygnębiony. Sługa cierpliwie klęczał i nawet nie próbował zmienić niewygodnej pozycji. Po jakimś czasie Demon wyrwał się z zadumy, zimne, lazurowe spojrzenie spoczęło na sylwetce zgiętej w uniżonym ukłonie. - Powiedz Tamielowi, że wkrótce do niego dołączę – oznajmił z namysłem. – Załatwię jeszcze sprawę księdza i jego ochroniarzy, i przejmę prawników. Każ Aniołowi Głębin wezwać trzech Wojowników do ochrony tych ludzi. Rozprawa odbędzie się jutro, musimy być przygotowani, Niebo będzie chciało zakłócić proces, a jest istotne, żeby Szymon Riben trafił do więzienia. Niedługo będzie tam niezbędny. - Panie, prawnicy zapłacą życiem – ośmielił się wtrącić Posłaniec. - Właśnie. – Skinął głową, niedbałym gestem odprawiając sługę. Gdy został sam znów powoli rozłożył skrzydła, uważnie sprawdzając, w jakim są stanie. Zdecydował, że spróbuje polecieć, nie miał czasu na spacery po mieście. Pierwsze szarpnięcie sprawiło, że zaklął z bólu, a potem było już tylko gorzej. Każdy ruch napinał błonę, kości wydawały się uginać pod jego ciężarem. Zahun zacisnął zęby i zmusił się do lotu. Wzbił się tak wysoko jak tylko zdołał, mając nadzieję, że nie spotka nikogo, kto mógłby dostrzec, z jakim wysiłkiem utrzymuje się w powietrzu.

- Tato, wychodzę! - Kasia Tecka zajrzała do gabinetu ojca. Paweł siedział za biurkiem, z troską przeglądając kolejne zeznania świadków w procesie. Teraz uniósł głowę i uśmiechnął się. Córka podeszła do niego i usiadła na skraju biurka bezceremonialnie przesuwając ważne dokumenty. - Dokąd się wybierasz? - spytał zaciekawiony. - Mam randkę. - Kokieteryjnie przechyliła głowę. Doskonale wiedziała, że ojciec dorósł juz do akceptacji jej życia osobistego i nie robił awantur gdy chciała wrócić później niż po dwudziestej drugiej. - Znam drania? - Paweł uniósł nieznacznie brwi. - Nie musisz, to jeszcze nic poważnego. - Wrócisz o...? - Wtedy, kiedy będę. - Komórka? - zainteresował się. - Naładowana i włączona. Będę grzeczna - obiecała zeskakując na podłogę. Ciężkie glany huknęły w drewno, znacząc parkiet czarnymi śladami w miejscu, gdzie but przesunął sie pod wpływem ciężaru dziewczyny. Prawnik westchnął. Pani Beatka znów będzie narzekać na ”tę dzisiejszą młodzież”. Ale to dopiero za parę dni – zwykle przychodziła w czwartek, żeby posprzątać mieszkanie, bo Paweł nie miał na to czasu ani ochoty, a jego córka idealnie podzielała podejście ojca do porządków. Gdyby nie pani Beata oboje zginęliby pod tonami brudnych ciuchów i naczyń. Bałagan, jaki udawało im się zrobić przez trzy dni od wizyty pomocy domowej, za każdym razem wprawiał ją w zdumienie. - Zadzwoń, przyjadę po ciebie - zaproponował. - Będę późno, lepiej odpocznij. - Nic z tego, mam od cholery roboty. - Westchnął z żalem, bo chętnie położyłby się spać wcześniej. Kaśka skinęła głową ze zrozumieniem. - Wobec tego pewnie zadzwonię. Dzięki, tato. - Pocałowała go w policzek i wyszła z pokoju. Paweł odprowadził ją wzrokiem. Miała dwadzieścia lat i wyrosła na niezwykłą kobietę. Nie była klasyczną pięknością, ale miała w sobie iskrę, która sprawiała, że wokół dziewczyny wciąż kręcili się adoratorzy. Studiowała i dobrze jej szło, do tego, chociaż zarobki Pawła wystarczały im na dość swobodne zarządzanie domowym budżetem, jako studentka anglistyki udzielała korepetycji. Już od dawna miał świadomość, że córka twardo stoi na ziemi i potrafi odróżnić rzeczy ważne w życiu od bzdur. Usłyszał szczęk zamka i z niechęcią wrócił do pracy.

Kasia doładowała kartę miejską i zatrzymała się na przystanku, pod wiatą. Sprawdziła, o której będzie autobus, zerknęła na komórkę - dziesięć minut czekania. Niezadowolona oparła się o ściankę, oglądając ulotki ozdabiające przystanek. Gdzieniegdzie ktoś ponaklejał ogłoszenia o sprzedaży domu lub samochodu, kilka szkół językowych reklamowało swoje usługi. Przeczytała szybko niemal wszystko, byle nie stać bezczynnie i czymś sie zająć. Potem zniechęcona usiadła na ławce.

Zahun z trudem utrzymywał się w powietrzu. Ból poranionego ciała i złamanego skrzydła narastał z taką siłą, że Demon wiedział, iż nie zdoła dotrzeć do prawników. Musiał odpocząć, dać skrzydłom czas na regenerację, załatanie poważnych uszkodzeń. Zerknął w dół - szczyt komunikacyjny minął kilka godzin temu, teraz na ulicach nie było wielu ludzi. Zbliżała się noc, niedługo zrobi się ciemno. Potrzebował odpoczynku, inaczej nie poradzi sobie gdyby znów musiał walczyć. Zanim podjął decyzję lewe skrzydło nie wytrzymało ciężaru jego ciała. Mięśnie zacisnęły się z bólu, skurcz wyrwał z ust diabła głuchy jęk. Kości złożyły się, błona zwinęła niczym płótno bez oparcia na ramach, i Demon jak kamień runął w dół. Z przerażeniem dostrzegł człowieka - nie miał sił, żeby w niego wejść, bał się, że niekontrolowany upadek wbije go głębiej niż by sobie tego życzył. Uderzył zdrowym skrzydłem tak, by zmienić trajektorię spadania. Udało się, wpadł w dach przystanku, przemknął przezeń ufając, że nic sobie nie złamie. Dostrzegł ją w ostatniej chwili. Zaklął, poruszył prawym skrzydłem, ale było już za późno. Z ogromnym impetem runął w dziewczynę, znajdując się od razu tuż przy jej duszy. Z paniką zdał sobie sprawę, że nadwyrężone kości pękają po raz kolejny. Ból szarpnął nim, mężczyzna wrzasnął, wyginając się w łuk, zaciskając pięści. Trzask skrzydła zahuczał mu echem w głowie jak podzwonne. Skulił się, niemal tracąc przytomność, słysząc poza swoim krzykiem ostry, przerażony głos dziewczyny.

Kasia poczuła potężne uderzenie w głowę. Cios był tak mocny, że aż ją zamroczyło. Przed oczami zgasły światła mijającego dnia pochłonięte przez gwałtowną ciemność głębszą niż cokolwiek, czego wcześniej doświadczyły jej zmysły. Mrok odebrał oddech, niemal ogłuszył sięgając głębiej niż się spodziewała, do serca, umysłu. Wszędzie, gdzie tylko była cząstka jej myśli pojawiła się moc ciemna i gęsta jak plama rozlanej ropy. Dziewczyna straciła czucie - miała świadomość, że siedzi na ławce, ale jej dłonie dotykały pustki, chciała krzyczeć i z przerażeniem zrozumiała, że nie potrafi. Nawet najcichszy szept nie mógł przedrzeć się przez gardło. Była zawieszona gdzieś w ciemności wewnątrz ciała i nie potrafiła się z niej wydostać. Panika załopotała w umyśle przyspieszonym, gwałtownym biciem serca i pulsowaniem krwi. Nie rozumiała, co się dzieje, jak to możliwe, żeby tak nagle zgasły w niej wszystkie zmysły - zupełnie, jakby ktoś odgrodził ją od świata grubą, matową szybą. „Jezu Chryste, co mi się stało...” - pomyślała przerażona. W tej samej chwili ktoś wrzasnął z bólu w jej głowie. Ciemność zniknęła na ułamek sekundy i zaraz wróciła. „Kurwa, puść mnie, idiotko !” - męski głos, który słyszała, był niemal tak samo wystraszony i zdumiony jak ona. Poczuła uderzenie wewnątrz, w sercu, w umyśle, głębiej, jakby coś złapało jej duszę i usiłowało ją rozedrzeć. Wrzasnęła. Znów tylko w głowie, bo ciało siedziało bez ruchu, jak zamrożone. Nie miała nad nim żadnej władzy, nie mogła nawet spaść z ławki. W ciemności umysłu zapłonęły dwa lazurowe punkty. Skupiła się, sięgnęła ku nim i poczuła, że się zbliżają. Dusza dziewczyny rozpoznała intruza. Strach popłynął wraz z obrazem, pulsując jak oddech Anioła w żyłach, dotykając każdej komórki i każdego skrawka ciała. Przerażenie zacisnęło szpony na sercu, otuliło płuca odcinając dopływ powietrza. Wewnątrz coś potężnego szarpnęło się z paniką i gniewem raniąc umysł i duszę Kasi. Uderzenie w wolę było straszliwie mocne, potem jeszcze jedno i następne. Coś w niej szamotało się jak dziki ptak w klatce nie zważając, że to, co robi zabija dziewczynę równie skutecznie jak udar mózgu. Kasia, pogrążona w ciemności, gdzieś w podświadomości czuła, że umiera. Serce ledwo biło, płuca przegrały walkę o powietrze. Pozostał tylko strach i wściekły, zdeterminowany męski głos jak dzwon huczący w umyśle. I smutek, który odczuwała coraz słabiej, jak tonący poddając się kolejnym falom rezygnuje z walki wiedząc, że wyczerpane mięśnie nie mają szans w pojedynku z żywiołem. Umierała. Serce uderzyło po raz ostatni. - Zostaw ją! - Blask przebił się przez mrok tak gwałtownie, że aż sprawił ból. Coś znów wbiło się w nią z mocą złotego promienia słońca. Ciemność drgnęła i bezceremonialnie pociągnięta w górę uwolniła dziewczynę. Odzyskała zmysły tak szybko, że aż jęknęła, płuca wypełniły się tlenem, serce odnalazło rytm jakby nic się nie stało.

Tuż przed nią stali dwaj mężczyźni różniący się od siebie jak dzień od nocy - jeden ciemnowłosy, mroczny jak zakazane pragnienia, drugi o włosach jasnych niczym pola pszenicy, biały jak promień słońca prześwitujący wokół eucharystii. Obaj mieli skrzydła. - Zahun! - Świetlisty szarpnął Demonem, zacisnął palce na jego gardle, gniew pulsował blaskiem przeradzając się w skoncentrowaną moc. - Powinienem urwać ci łeb! Co tu robisz? Anioł Oszczerstw, obolały i zmęczony, nawet nie próbował uwolnić się z uścisku, patrzył w szare oczy wroga dostrzegając w nich ogniki śmierci. Skrzydło pulsowało tak potężnym cierpieniem, że było mu już wszystko jedno - przeżyje czy umrze - zamroczony, skupił się, zmusił zmęczony umysł do wysiłku, żeby nie wyć jak torturowane zwierzę. Chciał tylko, żeby przestało boleć. Po dłuższej chwili mógł rozewrzeć kurczowo zaciśnięte szczęki. - Puść mnie. - Ciemne spojrzenie zatrzymało się na tęczówkach Anioła, podążyło za jego wzrokiem ku dziewczynie. Obaj drgnęli zaskoczeni.

Kasia szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma wpatrywała się w intruza, jakby nie potrafiła pojąć, czego jest świadkiem. Sięgnęła dłonią, palce zatrzymały sie o centymetr od Demona. Drżała, ciągle oszołomiona cierpieniem, jakie zadała jej ta istota, z trudem oddychała, serce biło jak oszalałe. - Kim jesteś? - spytała.

Zahun wykorzystał nieuwagę Anioła, uderzył, wyrywając się z uścisku, odskoczył, oddalił na bezpieczną odległość, chociaż zdawał sobie sprawę, że jeśli tamten wyjmie miecz, będzie martwy. Na szczęście dziewczyna z cichym jękiem osunęła się bez przytomności, upadając niemal wprost na jasnowłosego. Anioł Oszczerstw nie czekał na rozwój wypadków, upokorzony i obolały uciekł szukając schronienia.

Kasia z wolna dochodziła do siebie, zrozumiała, że ktoś ją obejmuje, ciepłe, potężne ramiona otaczały dziewczynę podtrzymując na kolanach opiekuna. To było jak wynurzanie się z wody - powolne, łagodne przebudzenie. - Jak się czujesz? - spytał, gdy zobaczył, że otworzyła oczy. Przez chwilę nie mogła zebrać myśli potem przypomniała sobie, co się stało. - Zasłabłaś - powiedział nieznajomy. - Miałem właśnie dzwonić po pogotowie, ale... - ...Widziałam anioła... - Przetarła dłonią czoło. - Słucham? Spojrzała przytomniej - był wysoki i potężny, nie dziwiła się, że trzymał ją z taką łatwością. Miał jasne oczy i pszenicznie złote włosy. Przyglądał się jej z troską i zaciekawieniem, jak rannemu zwierzątku, które wymaga pomocy. - Wydawało mi się... -Urwała, z zakłopotaniem wpatrując się we własne dłonie - ...Że coś widziałam. - Anioła? - W jego głosie zamigotało rozbawienie. - Ze skrzydłami? Nie odpowiedziała. Poczuła się niezręcznie siedząc na kolanach obcego mężczyzny, nawet jeśli jej pomógł. Ostrożnie wstała, uwalniając się od jego bliskości. Wciąż była rozedrgana, przestraszona tym, co ją spotkało. Powinna wrócić do domu, ale była umówiona. - Dziękuję panu za pomoc. - Mam na imię Mateusz. Skinęła głową, odruchowo jak kukiełka. Rozejrzała się. Przystanek. Czekała na autobus gdy to się stało. - Mateusz - powtórzyła bezwiednie. Podniósł się, wysoki i potężny górował nad nią, jakby stanęła przed skalistym urwiskiem, poczuła się mała i zagubiona. Powinna się pospieszyć, przecież ktoś na nią czekał. Autobus miał wkrótce przyjechać. Mężczyzna patrzył na nią z niepokojem, jasne oczy uważnie przyglądały się dziewczynie dostrzegając niepewność, z jaką się zachowywała. Ciekaw był co widziała i jak można to wytłumaczyć. Ujął ją za rękę. Puste spojrzenie przemknęło po jego twarzy. - Kaśka, dobrze się czujesz? - spytał uważnie. Zachowywała się, jakby coś zgubiła. Zmarszczył nieznacznie brwi. Już wiedział, że potrzebowała pomocy. Być może zostało w niej coś, co powinno było zniknąć wraz z powrotem do przytomności. Przyciągnął ją do siebie, podeszła bez oporu jak zahipnotyzowana. Uniósł palcami jej głowę tak, by zajrzeć w brązowe oczy. Mignęło w nich pustką coś chłodnego. Pochylił się, dotknął wargami jej czoła wnikając w dziewczynę delikatnie i spokojnie. I tak wiele przeszła, nie chciał znów wystraszyć jej na śmieć. Poczuł, że cofnęła się przed nim umysłem. Dusza była gdzieś głębiej, nie chciał wchodzić tak daleko. Nie rozumiał, co się działo. Spokojnie wycofał się. - Muszę iść - powiedziała mechanicznie. Puścił ją.

Zahun oparł się ciężko o chłodny mur, przetarł twarz. Spróbował rozłożyć poturbowane skrzydło, ale nim zdołał je rozprostować ból stał się nie do wytrzymania. Z jękiem zawodu zrezygnował, pozwalając, by kości wróciły na miejsce. Sfrustrowany powoli podążył w kierunku kościoła Św. Jacka - świątynia była pod dyskretną obserwacją demonów od chwili, gdy zorientował się, że Paweł Tecki jest bliskim przyjacielem jednego z księży z tej parafii - Jakuba Łowskiego. Ci dwaj znali się bardzo dobrze, kiedyś razem studiowali, potem każdy wybrał inną drogę - Paweł został jednym z najlepszych prawników w kraju, Jakub złożył śluby. Ale spędzali wspólnie każde święta, a kiedy urodziła się Kasia, Łowski został jej ojcem chrzestnym. To właśnie ksiądz ostrzegał prawników, żeby nie prowadzili sprawy Szymona Ribena - i mimo ogromnych pieniędzy, jakie zostały im zaoferowane, Paweł niemal zrezygnował. Na szczęście Chciwość zdołał zapanować nad Stefanem, a po krótkich negocjacjach Kancelaria Lik&Tecki podjęła się obrony bandyty. Ale Zahun musiał pozbyć się duchownego zanim znów doradzi Pawłowi coś, co zniszczy cały misternie tkany plan. Kłopot, że Jakub był pod stałą opieką Aniołów z Góry i, poza frontalnym atakiem, nie było jak go przejąć. A otwarty bój mógł się skończyć różnie - obie strony miały zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić sobie na porażkę. Demon zbliżył się do Kościoła, rozejrzał, szukając swoich żołnierzy - zaraz jeden pojawił sie obok, pochylił głowę w ukłonie. Zdał raport. Anioł Oszczerstw wysłuchał go pobieżnie, zbyt zmęczony, żeby trafnie zanalizować fakty. Obaj poszli do domu obok Świątyni. Zahun usiadł ciężko na podłodze, przyglądał się ludziom mieszkającym w budynku - kobieta, młoda i ładna, mężczyzna - około trzydziestki, ale zmęczony wyscigiem szczurów wydawał się nieco starszy. Żyli ze sobą od kilku lat, kochali się, ale kłócili coraz częściej. Kilka dni temu on ją uderzył. Po raz pierwszy. Zahun pamiętał jej ból, jego wściekłość. Jej łzy. Jego poczucie winy. Demon odnalazł w kieszeni chłodny metal zapalniczki zippo, poznał jej kształt, wyjął, sprawnie obracając kwadracik, przepuszczając go jak sztukmistrz monetę po kolejnych palcach. Uśmiechnął się nieznacznie. Jeszcze wszystko przed nimi. - Panie, ksiądz wychodzi. - Mael zajrzał w lazurowe oczy - Jaka jest twoja decyzja? - Aniołowie? - Sześciu. - Dobrze. Rozstaw żołnierzy. Czas to skończyć. Mael skinął głową. Kilka minut później Zahun zagrodził drogę duchownemu. Aniołowie natychmiast dobyli broń, sześć kling rozbłysło jaskrawym blaskiem z taką siłą, że Demon drgnął jak uderzony. Nie cofnął się. Był ranny, obolały i zmęczony. Skrzydło pulsowało, wciąż musiał uważać, żeby słudzy nie dostrzegli wysiłku, z jakim utrzymywał je za plecami tak, by nie odstawało. Potrzaskane kości znów porwały błony, każdy podmuch wiatru poruszając je sprawiał mu ból. Do tego gdzieś na granicy świadomości męczyło go wspomnienie o córce Teckiego - nie mógł pojąć dlaczego nie potrafił się z niej wydostać i jakim cudem go zobaczyła. - Zejdź nam z drogi. - Anioł Stróż, idący przed kapłanem, ruszył na Demona. - Ten człowiek jest sługą bożym. - Brać ich! - Zahun zaatakował. Potężny, hebanowy miecz uderzył w jasną klingę, która zgrzytnęła przez chwilę i pękła z głośnym hukiem. Anioł aż zamarł ze zdumienia. Na chwilę. Potem spróbował uniknąć kolejnego ciosu, ale było za późno. O jeden oddech. Czarny miecz przebił go na wylot. Anioł Oszczerstw spojrzał w gasnące, szare oczy, dostrzegł ból i strach przeciwnika, i wyszarpnął ostrze. Białe lotki spłynęły krwią. Żołnierze dołączyli. Zahun odskoczył przed kolejnym ciosem, zbił sztych, cofnął się o krok. Gdzieś mignął mu Mael walczący z parą Aniołów, pozostałe dwa Diabły zajęły się swoimi przeciwnikami. Pomyślał, że skoro Aniołowie nie spodziewali się ataku, być może będą mieli szansę, by zniszczyć osłonę, za jaką Góra ukrywała Łowskiego - wtedy podsuniecie mu kilku niezbędnych słów będzie zwykłą formalnością. Kolejny Jasny Rycerz natarł na Demona, atakując z mocą, jaka go odrzuciła w tył. Zahun skupił się, wiedząc, że nie może pozwolić sobie na błąd - i tak mieli przewagę - aniołów było o jednego więcej. „Dwóch” - poprawił się, dostrzegając jak jeden z jego żołnierzy pada przecięty niemal na pół. Mael zabił jednego Anioła, ale sytuacja stawała się trudna. Ostatni żołnierz zginął i Zahun z Maelem stanęli wobec czterech aniołów. Otoczyły ich białe skrzydła, moc Światła runęła z siłą tornada. Anioł Oszczerstw zaklął wściekle parując podstępne pchnięcie wrogiej głowni, kolejne i jeszcze jedno. Nie widział już nic poza następującymi po sobie błyskami. Sztych minął jego krtań o milimetry, szarpnął się w tył, odruchowo uciekając przed zręczną kontrą. W tej samej chwili usłyszał wrzask Maela i okrzyk bólu jednego z aniołów. Stracił ułamek sekundy, żeby zerknąć na podwładnego - obaj przeciwnicy właśnie padali - Demon z paskudnie rozwaloną piersią, Anioł z mieczem wbitym w bok aż po rękojeść. - Sam zostałeś. - Trzej Aniołowie otoczyli go, zapędzili pod mur jak wściekłego psa. - Poddaj się. Dostrzegał w ich oczach gniew i wolę walki. Nie widział nienawiści i pogardy. Pomyślał, co się stanie, gdy będzie musiał zdać Mammonowi raport - doskonale wiedział, że Ambasador nie pozostawi tej katastrofy bez przykładnej kary. Uśmiechnął się cynicznie w myślach mając świadomość, że Jaakon tylko czekał na taką okazję. Nie pozwoli mu zapomnieć o upokorzeniu. A przy najbliższej okazji zwróci się przeciw niemu. Znużenie trwającym impasem i narastająca frustracja poderwały go do walki - zginąć lub wygrać, ale mieć to już za sobą. Zaatakował. Potężnie i nie dbając o obronę. Zranił dwóch przeciwników, ale miecz trzeciego dosięgnął go z przerażająca łatwością. Demon krzyknął z bólu czując jak żebra trzaskają pod uderzeniem głowni jak patyczki miażdżone siekierą. Impet rzucił go w tył, uderzył plecami w mur, lewe skrzydło wygięło się, nadwyrężone kości zachrobotały po cegłach. Opadł na kolana niemal nadziewając się na własne ostrze. Cierpienie zasnuło wzrok, jak przez mgłę widział stojącego nad nim wroga. Uniesiony miecz. Dobrze. Był tak wyczerpany, że właściwie nie miało już znaczenia, co z nim zrobią. Nie poczuł uderzenia, ciemna nieświadomość zdusiła zmysły.

Ból. Zaskoczenie zmieszało się z ulgą. Więc żył? Chciał otworzyć oczy, ale był zbyt słaby, żeby unieść powieki. Usłyszał kobiecy głos - łagodny i troskliwy - powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Że rany się goją. Mówiła coś jeszcze, ale nie potrafił się skupić. Zasnął.

Gdzieś na skraju przytomności poczuł delikatny dotyk chłodnych palców na czole. Ciepło czyjegoś ciała tuż przy nim. Chciał odetchnąć głębiej, ale pierś zaprotestowała gwałtownym cierpieniem. Zamarł, przerażony, powoli wypuścił powietrze delektując się jego smakiem. Wolno uniósł powieki. Jego zdumione spojrzenie napotkało uśmiech w jej oczach. Siedziała na łóżku, tuż obok niego - czuł jak materac nieznacznie ugina się pod ciężarem, gdy nachyliła się i wilgotną gazą przetarła mu usta. Przez dłuższą chwilę nie rozumiał - patrzył na dziewczynę, wiedział, kim była, a jednocześnie nie mógł pojąć, co się dzieje. Chciał unieść rękę, ale nie miał sił. Z trudem oddychał. - Możesz mówić? - spytała. - Jak... - Wyschnięte gardło odmówiło posłuszeństwa. Odchrząknął. Pierś eksplodowała bólem tak potężnym, że przymknął oczy, zacisnął zęby, żeby nie wrzasnąć. Musiał odczekać aż ostre rwanie zelżało i przeszło w powolne, nieustające pulsowanie, tępe i nadające rytm organizmowi. - Chcesz pić? Patrzył na ciemne włosy i brązowe tęczówki opiekunki i czuł narastająca panikę. Jak to możliwe, że go widziała? Mało tego, zajmowała się nim jakby był człowiekiem. Kimś jej bliskim. - Tak. Delikatnie uniosła mu głowę i przytknęła kubek do warg. Chłodna woda zwilżyła wyschnięte gardło. Zahun z ulgą opadł na poduszki. Tak wiele pytań cisnęło mu się na usta, ale nie miał sił, żeby je zadać. Milczał więc, słuchając opowieści o uczelni, wścibskich koleżankach, i o tym, jak się nim zajmowała, zrywając się przy okazji z wykładów. Uśmiechała się wspominając zdziwienie ojca, gdy oznajmiła, że bierze parę dni wolnego. Nie, Paweł Tecki nie zaglądał do jej pokoju, nie wiedział o obecności niezwykłego pacjenta. - Nazywam się Kasia Tecka - przedstawiła się, patrząc mu w oczy. - A ty? Masz jakieś imię? - Zahun - odparł, zanim zdążył pomyśleć. - Jestem... - Jak się czujesz? - Dobrze. - Jej mina poddała w wątpliwość jego słowa. Poprawił się. - Ciężko mi oddychać. - Głodny? - Nie. Wstała. - Muszę wyjść, jestem umówiona - wyjaśniła. - Ojciec wyjechał ze Stefanem, żeby uczcić wygraną sprawę, więc będziesz w domu sam. Potrzebujesz czegoś jeszcze? Powoli pokręcił głową. Patrzył jak robiła makijaż, potem zakładała kurtkę i buty. Zajrzała jeszcze na chwilę, pomachała mu ręką i wyszła. Gdzieś z dołu domu dotarł do niego szczęk zamka. Demon przetarł dłonią czoło usiłując pojąć, co się z nim działo. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem dziewczyna go widziała. Nie wiedział, jak tu trafił ani dlaczego. To wszystko nie miało sensu. Przypomniał sobie, co powiedziała, i ogarnął go strach - jeśli Tecki i Lik wygrali proces był juz trupem. Ambasador nigdy nie daruje mu upokorzenia. Ile czasu był nieprzytomny? Dlaczego zajęto się nim zamiast zostawić pod murem, żeby zdechł? Strach narastał - Zahun z trudem nad sobą panował - nie miał szans uniknąć kary, nie mógł naprawić błędu. Był skończony. Jedyne, co go czekało, to powolna, bolesna śmierć z rąk Mammona. Albo szybka, jeśli sam ze sobą skończy. Spróbował usiąść i, chociaż ból był porażający, zdołał to zrobić. Przesunął palcami po czole odsuwając wilgotne włosy. Kropla potu spłynęła po skórze, zapiekła w oku. Przetarł je. Musiał uciekać - ten dom był w centrum wydarzeń - na pewno wszyscy już wiedzieli o jego obecności - wizyta Demonów lub Aniołów to tylko kwestia czasu - miał świadomość, że jedni i drudzy będą chcieli go zabić. Odsunął kołdrę, ze zdumieniem dostrzegając, że jest nagi - ktoś musiał zdjąć mu zbroję, rozebrać go, opatrzeć rany. Leżał na plecach, a przecież lewe skrzydło nie bolało. Zużyli sporo energii, żeby postawić go na nogi po walce z Jasnymi Aniołami. Nie sądził, że zdoła to przeżyć. - Proszę, więc jednak plotki okazały się prawdą. - kpiący głos od strony okna zwrócił jego uwagę. Powoli, nie chcąc nadwyrężać pokiereszowanego torsu, odwrócił się. - Jaakon - mruknął, rozpoznając intruza. Demon powoli wyciągnął miecz, ruszył ku rannemu. - Zdradziłeś, psie! - wysyczał. - Mael nie żyje, Riben jest dla nas stracony, Łowski bezpiecznie gromadzi ludzi w kościele. Miałeś tylko dopilnować, żeby nie sprawiał kłopotów, a co zrobiłeś? - Gdybyś zjawił się na czas, mielibyśmy szansę ich pokonać - odparł zimno Zahun. - Gdzie wtedy byłeś? - Na pewno nie układałem się z Górą! - Jaakon rozłożył skrzydła, moc Piekła płynęła przez niego rozszerzając się na całe pomieszczenie. Demon lekko dźgnął rannego sztychem w ramię rozcinając skórę. Wąska stróżka krwi spłynęła na pościel. - Dogadałeś się z Aniołem Miłosierdzia? Co Rachmiel ci dał za sprzedanie Piekła? - Nie wiem, o czym mówisz - syknął Anioł Oszczerstw. Jego lazurowe oczy lśniły gniewem zimnym jak ognie Szóstego Kręgu, patrzył na diabła bez lęku, chociaż wizyta zaskoczyła go, a groźby zdumiały. - Ale wciąż jestem twoim panem, jeśli natychmiast nie oddasz mi honorów, wsadzę ci ten miecz w dupę! - Jesteś skończony, Zahunie. - Klinga powędrowała wyżej niemal dotykając szyi siedzącego. - Dostałem od Ambasadora zgodę na wyeliminowanie cię z Armii. Jak tylko to zrobię, zajmę twoje miejsce. - Jeśli to zrobisz. - Jeśli? - Jaakon roześmiał się. - Spójrz na siebie, jesteś ranny, ledwo się ruszasz, lewe skrzydło masz w takim stanie, że jeszcze długo nie polecisz. Obserwowałem cię, widziałem, ile kosztowało cię wstanie z łóżka. A od potyczki minęły dwa dni. Nie, mój „panie”... - zakpił. - Dziś ty oddasz mi pokłon, albo cię zabiję. Zahun poczuł wściekłość tak potężną, jaka już dawno nie drążyła jego umysłu. Był Dowódcą od tylu wieków, że właściwie nie pamiętał innego układu. Służył pod samym Mammonem, Ambasadorem Piekła, od eonów nikt nie kwestionował jego doświadczenia. Był jednym z najskuteczniejszych oficerów zebranych wokół Rady. Sam Lucyfer, Dawca Światła, chętnie słuchał jego rad, a teraz groził mu jeden z asystentów, których sam wybrał i wyszkolił. Aż zazgrzytał zębami. Kontrolowana furia błyskawicznie opływała jego mózg, ścisły, analityczny umysł rozważył możliwości, obliczył szanse. Nie mógł wygrać. Wiedział o tym od chwili, w której Jaakon wyciągnął miecz. - Spierdalaj, skurwysynu - powiedział spokojnie. - Żegnaj, „panie”. - Demon roześmiał się, poderwał miecz, zadał cios zza głowy, mierząc w szyję rannego. Dowódca otwartą dłonią płasko walnął klingę zmieniając kierunek uderzenia. Zacisnął pięść, na odlew huknął przeciwnika w twarz. Cios był tak mocny, że Jaakon runął w tył, ale Zahun nie był w formie. Inaczej prawdopodobnie zabiłby wroga. Teraz tylko go odepchnął. A to nie wystarczyło, by ocalić życie. Kolejny atak był bardziej wyważony, ostrożniejszy. Czarne oczy rozbłysły gniewem, Anioł Mroku ruszył na dowódcę i obaj wiedzieli, jaki będzie wynik starcia. - Zdechniesz za to, psie przeklęty! Uderzenie przyszło z boku, tak silne, że powinno było przeciąć Anioła Oszczerstw na pół, ale ciemny miecz zatrzymał się z głośnym hukiem, napotykając świetlistą głownię tuż przed ciałem rannego. Oba demony zamarły, zdumione. Jasny, potężny Anioł Boży wypełnił swoją obecnością pokój, rozświetlił mrok, zdusił go. Białe jak pierwszy śnieg skrzydła zaszumiały mocą, płomienna zbroja rozbłysła jak supernowa. Demony skuliły się, moc zraniła obu. Ranny nie miał jak się odsunąć, ale zabójca gwałtownie cofnął się kilka kroków. Suriel jasnym wzrokiem spojrzał w oczy Jaakona i uśmiechnął się nieznacznie. - Nie dzisiaj. Sługa zastygł na ułamek sekundy, potem zaklął z paniką. - Więc jednak! - krzyknął z triumfem. - Miałem rację! I myślisz, błaźnie, że cię przyjmą? Że będą traktować jak równego sobie? Na co ty liczysz? - Wynoś się - powiedział spokojnie Zahun. Jaakon schował miecz do pochwy, zrobił krok w tył znikając tak samo nagle, jak się pojawił. - Wrócę po ciebie! - zagroził. Zahun, zamyślony, nieznacznie zmrużył oczy. - Mam nadzieję - szepnął.

- Powinieneś jeszcze leżeć. - Kasia oparła się o framugę, z niepokojem patrząc, jak mężczyzna wciąga dżinsy, które wyjęła z szafki ojca. Spodnie były nieco za luźne w pasie, ale długość nogawek się zgadzała. Zahun czuł jej spojrzenie, wiedział, o czym myślała. Jej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych