Post Scriptum
"Uważaj na Moirę. Bardzo uważaj - głosiła żółta karteczka." Opowiadanie natchnione filmem Waking Life.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przytrzymał dla niej drzwi, a gdy przez nie przeszła, puścił je, by zamknęły się same - tudzież, by jakiś inny dżentelmen mógł przytrzymać je dla innej dziewczyny. Potem poszedł za Moirą i zrównał z nią krok jeszcze na schodach. Obszerne boisko i wielki, zielony trawnik wokół budynku uniwesytetu roiły się od studentów spacerujących lub wylegujących się beztrosko w majowym słońcu w przerwie między wykładami. Dla Moiry Parks i Hanka zajęcia się już jednak skończyły. Szli obok siebie cichą alejką w cieniu kasztanów, ściskając kurczowo notatki z wykładów. - To ciekawe, o czym dzisiaj mówił, nie sądzisz? - zagadnęła Moira. - O przeznaczeniu? - Akurat nie o tym mówię... Ale to ciekawe, że o to właśnie spytałeś, zwłaszcza w kontekście tego tematu. - Może to przeznaczenie? Może o tym miałem z tobą porozmawiać - zaśmiał się chłopak. - Może. - Wierzysz w przeznaczenie? - spytał Hank, z krzywym uśmiechem. - A ty nie? - Wolę jednak wierzyć, że mam jakąś kontrolę nad tym, co robię, a nie, że jestem tylko wykonawcą czyjejś woli, albo po prostu kukiełką, która tańczy, jak jej zagrają. Chcę myśleć, że jeśli kopnę ten kamyk - rzekł i butem posłał mały kamyczek na ulicę - to robię to z własnej, nieprzymuszonej woli. Może dlatego, że jestem złośliwy albo dlatego, że lubię wyładowywać agresję na małych przedmiotach. - No to teraz pomyśl - rzekła Moira, zatrzymując się, i zmuszając Hanka, by również przystanął i spojrzał na leżący na jezdni kamyk - jaki wpływ może mieć to, co zrobiłeś, na życie innych. Kopnąłeś mały, ostry kamyk na jezdnię. Załóżmy, że będzie przejeżdżał tędy jakiś samochód. Teraz nic nie jedzie, ale przecież kiedyś w końcu coś tędy będzie jechało. I załóżmy, że najedzie na ten właśnie kamyk. Może ma stare, zużyte opony. I trach! Kamyk przedziurawia oponę. Robi się flak. Może ten ktoś ma zapasową oponę, a może nie. I może zadzwoni do najbliższego serwisu, by odholowali wóz, a może sam przepchnie samochód na chodnik i sam zmieni dziurawą oponę. Może ma podnośnik, a może nie. Może zadzwoni do tych drzwi, albo do tych, i poprosi o lewarek. Może otworzy mu jakiś facet, i pomoże mu z oponą. A może kobieta. Jakaś rozwódka, mieszkająca tu sama z córką. Może on jest kawalerem, albo rozwodnikiem. I może nic się nie wydarzy, ale równie dobrze ona może zaprosić go na herbatę. A przy tej herbacie odbędą najgłębszą rozmowę, w jakiej jedno i drugie kiedykolwiek uczestniczyło. Od słowa do słowa, zakochają się w sobie na zabój. Potem ślub. Drugie dziecko, tym razem wspólne. Ale po czterech latach znudzą się sobą, ona stanie się zgorzkniała a on sfrustrowany, i zacznie się rozglądać na boki. I może któregoś dnia pomyśli, że gdyby nie ten pieprzony kamień, jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Może zupełnie gdzie indziej odnalazłby prawdziwą, niezniszczalną miłość. I może zaciśnie zęby i tylko po cichu będzie złorzeczył na tego, kto rzucił tam ten kamyk, a może... Hank patrzył skonsternowany na kamyczek na środku ulicy. - Wiesz co, to może ja go stamtąd wezmę? - stwierdził i, uprzednio rozejrzawszy się w lewo i w prawo, wybiegł na jezdnię i zgarnął z niej kamyk. - I co z nim zrobisz? - spytała Moira. - No... wyrzucę - stwierził on. - Gdzie? - Na chodnik? - Tu może się o niego ktoś potknąć, albo jakiś rowerzysta przebije sobie na nim oponę, spadnie z roweru i przekoziołkuje cztery metry, może sobie coś złamie, i wyląduje w szpitalu. I tam, z lewą ręką i prawą nogą na temblaku, jedyną rozrywkę będzie miał w rozmowach z połamańcami w tej samej sali. I pozna dziewczynę... Ma na imię Ashley. Leży po prawej stronie jego łóżka, i ma złamane obydwie ręce. I jest ładna, fajna, miła, rozmowna i inteligentna. Ale... ale jest też pielęgniarka... Sarah... Sarah, która jest ucieleśnieniem filmowej pielęgniarki, czyli Miss Universe w białym fartuchu. No i nasz delikwent ma dylemat: Ashley czy Sarah, Sarah czy Ashley... Wybierze Sarah, bo jest typowym facetem, ale kiedyś pożałuje, bo z Ashley mogło być coś więcej... - stwierdziła Moira, przekrzywiając głowę. Była dziwną dziewczyną. Hank miał niejasne wrażenie, że jest ładna, ale ona starała się chyba zatuszować swoją urodę. Nosiła brązowy, wełniany golf, który skutecznie maskował wszelkie ewentualne krągłości. Miała długie, kasztanowe włosy i gładką, jasną cerę o zdecydowanych, ale pociągających rysach. Wszystko psuły jednak te okulary. Szkaradne, grube, czarne oprawki robiły z niej jakąś ćmę biblioteczną. Gdyby ta dziewczyna chciała, byłaby królową prywatek w akademiku. Ale widocznie nie chciała. Hank upuścił kamyk w trawę. - A to - spytał - co spowoduje? - O, możliwości są niezliczone - stwierdziła Moira z emfazą. - Ale całkiem możliwe, że nic. - Do czego ty właściwie zmierzasz? - Chcę ci pokazać, że nie masz racji. Chcesz mieć kontrolę nad swoim życiem, i chcesz wierzyć, że możesz ją mieć. Ale to nieprawda, Hank. Właśnie ci pokazałam na prostym przykładzie, jak jednym ruchem ty możesz zmienić życie tej albo innej osoby o sto osiemdziesiąt stopni. I to też nie dlatego, że chcesz i robisz to świadomie. Tylko dlatego, że kopnąłeś jakiś kamyk w tę czy inną stronę, z czystej złośliwości albo w gniewie. I ten kamyk wywołuje lawinę na zboczu tej czy tamtej góry. Ale ostatecznie twój przyczynek do niej jest tak naprawdę znikomy a kontroli nie masz nad tym żadnej. Możliwe, że tak naprawdę nie mamy kontroli nad własnym życiem, bo każdy nasz ruch jakoś zmienia nasz świat, ale też dlatego, że nawet czyjeś machnięcie ręką gdzieś tam, kilka lat temu, mogło mieć znaczący wpływ na coś, co ty zrobiłes dzisiaj. Hank zaśmiał się cicho. - A pierdnięcie muchy w Bangladeszu powoduje wahania giełdy na Wall Street. - Bardzo śmieszne... - mruknęła Moira. - Chodzi mi o to, że wszystko jest łańcuchem akcji i reakcji. Na przykład to, że teraz idziemy sobie alejką. My. Akurat dzisiaj, akurat teraz, akurat tą alejką, po tej jej stronie, i gadamy o tym, o czym gadamy. Jak myślisz, ile części składowych ma ta okoliczność? - Hmmm... Dużo? - Popatrzmy... Co zrobiłeś od momentu, gdy profesor Dougherty skończył wykład. - Niech pomyślę... Spakowałem notatki... Wstałem... Schyliłem się, żeby zawiązać sznurowadła... - No właśnie! Jak często wiążesz sznurowadła przed wyjściem z sali wykładowej? - Czasem. - A więc to mało prawdopodobne, bym przechodziła koło ciebie akurat wtedy, gdy podnosisz wzrok. Nie jesteśmy przyjaciółmi, więc gdybym minęła cię, to byś mnie nie gonił, a gdybyś poradził sobie z butami kilka sekund szybciej, nie poczekałbyś na mnie. A poza tym wiem, że się mną nie interesujesz. Hank spuścił wzrok, zakłopotany tą uwagą. - Nie przejmuj się - pocieszyła go Moira. - Też na ciebie nie lecę. Więc jesteśmy kwita. A wracając do naszej rozmowy... W drodze wyjątku opuściliśmy salę razem, dotrzymując sobie towarzystwa w ramach ogólnej otwartości wobec ludzi. Bo możemy ot, tak pogadać. Chociaż się nie przyjaźnimy, to przecież się nie nienawidzimy, a więc wolno mi zamienić z tobą kilka słów, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Całkiem przypadkiem idziemy także w tym samym kierunku. I gadamy o przeznaczeniu. I ty możesz myśleć, że to przypadek. Ja myślę, że to się dzieje, bo ktoś tego chce. Bo ta rozmowa jest nam obojgu potrzebna. - Tak? - Tak. Myślę, że tobie przyda się mój punkt widzenia, a mnie na pewno dobrze zrobi wykrystalizowanie tego, co uważam, ale o czym nigdy nie rozmawiałam. Jestem ci wdzięczna, że mogę o tym mówić, nawet jeśli się z tego podśmiewasz. Uważam, że ktoś nas na siebie pchnął. Ten ktoś chciał, żebyśmy pogadali. Może ten ktoś chciał, żebyś kopnął ten kamyk na ulicę. A może ktoś zupełnie inny. A jeszcze inny rzucił w twoją stronę mnie, i jak ci powiedziałam, że lepiej tego nie robić, tym samym niwecząc zamiary tego, który chciał, żeby ktoś przebił sobie oponę o ten kamyk. Tak, jakbyśmy byli lalkami różnych lalkarzy, nie jednego. I ci lalkarze nie mogą się zgodzić, mają własne pomysły na reżyserię i wyrywają sobie nas z rąk, forsując swoją wersję. Hank prychnął. - Czy tu są sznureczki? - spytał. Kilka razy przesunął dłonią nad ramieniem w górę i w dół. - Nie ma! Nie ma sznureczków! - W porządku, uważaj sobie, że jesteś panem własnego losu - stwierdziła Moira, wzruszając ramionami - ale nie przychodź mi potem marudzić, że nie wygrałeś szóstki w totka. - Na to ja nawet nie liczę. Przecież lotto to gra losowa. Tego sobie sam nie zaplanuję. - A myślisz, że życie to co? Seria przypadków? Wypadkowa wolnej woli kilku miliardów ludzi? Nie, to też gra losowa. Ciągle te same numery, i jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy, jesteś albo ślepy, albo masz sklerozę. - Swoją drogą, byłoby ciekawie - zadumał się Hank - znać zawczasu wyniki totka, i zgarnąć całą pulę. Nie sądzisz? A jeśli jest tak, jak mówisz, czyli że przeznaczenie istnieje, to zapewne wyniki w jutrzejszym losowaniu już gdzieś są zapisane, i pewnie od momentu stworzenia świata już dawno ustawione. Miło byłoby się do tego wykazu dorwać i sobie spisać te numerki. - I napewno jedna wygrana by ci wystarczyła? - Przynajmniej na pewien czas... - A potem co? - Potem pewnie jeszcze raz bym zerknął do tego wykazu, i spisał sobie numery z dwóch, trzech następnych losowań... - A co, jeśli mógłbyś tam zajrzeć tylko raz? Raz jedyny w całym życiu... - No, to pewnie bym zrobił sobie solidne zapasy na przyszłość, tak żeby wygrywać pełną pulę przynajmniej raz w roku... - Nie za mało ci? - Masz rację! Może raz w miesiącu? - No właśnie - stwierdziła Moira z dziką satysfakcją i jakimś takim poczuciem wyższości. Ona zapewne nigdy by tak nie zrobiła. - A nie podkusiłoby cię, żeby mając w rękach taką książkę, gdzie zapisane i opisane jest wszystko, absolutnie wszystko, wyniki w lotto z całego świata, od czasów prehistorycznych aż po dzień Sądu Ostatecznego, odpowiedzi z Milionerów, zabójstwo Kennedy'ego, a przede wszystkim całe twoje życie, od początku do końca, poczytać sobie co nieco przy okazju spisywania numerów? - No ba! - zaśmiał się Hank. - Parę stron na pewno bym sobie skserował. - No i po co? - No jak to: po co? Żeby wiedzieć, co będzie się działo w moim życiu, i zawczasu się przygotować, albo coś nieprzyjemnego po prostu ominąć. - Ale czy nie uważasz, że przeżywanie życia, bez tej pewności, jest lepsze, ciekawsze, niż wiedzieć wszystko? Wszystko, co będzie? - Czasem tak, ale zgodzisz sie ze mną, że pewnych rzeczy nikt nie chce przeżywać? Powiedzmy, nieszczęśliwe miłości. - No tak... Ale załóżmy, że masz historię swojego życia odbitą na ksero, do wglądu zawsze i wszędzie. I powiedzmy, że stoi napisane jak wół, że dziewczyna, z którą za parę lat będziesz, puści cię kantem. Więc co robisz? Nigdy się z nią nawet nie umawiasz, żeby nigdy się z nią nie związać, i żeby nigdy cię nie rzuciła. W efekcie, nie poznajesz nikogo z jej znajomych, a wśród nich tego, który pomoże ci po znajomości znaleźć robotę. I tak dalej, i tak dalej. - No dobrze, ale załóżmy, że mimo wszystko umówię się z nią, i będę przygotowany na to, że mnie rzuci. - A jest w tym jakiś sens? - Będę przynajmniej żył tak, jak jest mi przeznaczone. - Ale to się mija z celem! Poza tym, nawet nie wiesz, ile by cię kosztowało odegranie wszystkiego tak, jak ma być. Po pierwsze musiałbyś nosić to opasłe skserowane tomisko cały czas ze sobą, jak scenariusz, i cytować z niego słowo w słowo. Byłbyś jak aktor w filmie pod tytułem "Życie Hanka". A co gorsza, musiałbyś spędzać długie godziny na czytaniu tego wszystkiego. Musiałbyś wstawać o godzinie czwartej nad ranem i czytać do szóstej, żebyś wiedział, co i jak masz zrobić między szóstą a szóstą trzydzieści. Więcej zajęłoby ci wkuwanie na pamięć swojego życia niż samo życie. I musiałbyś nie mieć rąk i nóg, i ktoś musiałby ci zaszyć usta, żebyś nic nie spieprzył. A wtedy i tak nic byś nie zrobił. - No dobrze, to rzeczywiście poroniony pomysł - zgodził się Hank. - Ale przynajmniej jakaś mała pomoc, taka podpowiedź, co będzie... Raz na jakiś czas. Coś jak horoskop albo porada wróżki. Czy to byłoby złe? - Horoskop? Hank, litości, bo ja sobie zaraz stąd pójdę - parsknęła Moira. - Co ci powie horoskop? "W tym tygodniu ktoś odmieni twoje życie" I ty już sobie sam zgaduj i dopowiadaj, kto i jak! Może właśnie teraz ja zmieniam twoje życie tym, co mówię. Ale równie dobrze może to być Cindy, albo twój brat, tata, matka, albo ktoś, kogo jeszcze nie znasz, ale poznasz do końca tygodnia. A tak naprawdę przecież cały czas ktoś odmienia twoje życie, w mniejszym czy większym stopniu, dramatycznie i widocznie, albo zupełnie niezauważalnie. A z horoskopu robi się masło maślane, bo może znaczyć wszystko i nic. Horoskopy sprzedają truizmy. A wróżka? Powiedzmy, że chcesz wydać płytę ze swoim zespołem... - Nie mam zespołu. - No to... nie wiem... wydać książkę... zrobić film... I idziesz do wróżki spytać: czy mi się uda? Wróżka na to, uprzednio kasując cię na dwadzieścia dolców, odpowiada ci, że nie. No to klops! Wróżka powiedziała, to pewno ma rację, nie? No więc skoro mówi, że ci się nie uda, nawet nie próbujesz. A skoro nie próbujesz, oczywiste jest, że ci się nie uda. A więc wróżka miała rację? A guzik! To po prostu samospełniająca się przepowiednia. Gdybyś nie wiedział, co się stanie, a więc nie miałbyś pewności, czy się uda czy nie, na pewno byś próbowal, i istnieje szansa pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, że jednak by ci się udało. Czy to nie jest piękne? Czy nie tak powinno być? - No tak... Ale mnie chodzi nawet nie o horoskop, ale o coś krótkiego, co może uratowałoby mi życie. Wiesz, coś jak szósty zmysł, który by mi zawczasu podpowiedział: uważaj, zaraz spadnie na ciebie z nieba dziesięciotonowe kowadło! Wtedy robię krok w bok i kowadło spada tuż obok i przebija się do środka ziemi, a ja jestem cały i zdrowy. - Kto wie? Może to byłoby nawet fajne? - Moira wzruszyła ramionami. - Miło się rozmawiało, ale tu się pożegnamy - rzekł Hank. - Mieszkam po drugiej stronie. - Cześć! - odparła dziewczyna. - Pogadamy jutro! Jeśli nie masz nic przeciwko? - Ponoć to nie ode mnie zależy, co robię. Moira zaśmiała się. Poszła dalej alejką w cieniu kasztanów. Hank przeszedł na drugą stronę ulicy. Długo jeszcze patrzył na Moirę, coraz mniejszą i mniejszą, coraz dalej - aż w końcu zniknęła mu z oczu. Pokręcił głową. Nie wiedział, co o niej myśleć. Cały czas patrząc w tamtą stronę, poszedł w końcu do domu. Potknął się na podjeździe, upadł jak długi, a notatki i książki rozłożyły się piękną rozetą na betonie. Hank warknął pod nosem. Pomyślał, że dokładnie przed czymś takim chciałby być zawczasu ostrzegany. Podniósł się i zaczął zbierać porozrzucane notatki z podjazdu. Porządkował je pospiesznie i wpinał do skoroszytu. Na wewnętrznej stronie twardej okładki skoroszytu znalazł mały, żółty post-it z pospiesznie nakreśloną notką. Zdziwił się, bo nie przypominał sobie, by coś sobie notował. Nie pamiętał, by sam wkleił tego post-ita. Pismo zresztą nie było jego. Przeczytał notatkę. "Uważaj na Moirę. Bardzo uważaj" - głosiła żółta karteczka. Hank zmierzwił brwi. "P.S. Uważaj, bo się potkniesz na podjeździe"
***
Ogromne afro Troya skutecznie ukrywało Hanka przed wzrokiem wykładowcy, który zresztą był tak zajęty bardzo mądrymi, ale od dawna już nieżyjącymi ludźmi, że na studentów zebranych na sali wykładowej - tu i teraz - zupełnie nie zwracał uwagi. Hank nie spał. Zdarzało mu się przysnąć na tym czy innym wykładzie, co niekiedy uchodziło mu płazem, a niekiedy kończyło się kompromitacją przed dwustoma osobami. Miotał się wtedy, próbując zaimprowizować odpowiedź na pytanie, którego nie słyszał, bo zagłuszyło je jego chrapanie. Teraz jednak był pobudzony i maksymalnie skupiony. Bynajmniej nie na wykładzie. Wpatrywał się spod zmierzwionych brwi w żółtą, samoprzylepną karteczkę. "Zawiąż sznurowadło w lewym bucie", głosiła. "Inaczej wywrócisz się na piątej płycie chodnikowej i rozbijesz sobie nos, bo Marsha ci nadepnie na to sznurowadło" Pospiesznie zawiązał to sznurowadło, ale co chwilę sprawdzał, czy aby na pewno dobrze to zrobił, czy supełek nie puści, gdy tylko wyjdzie z klasy. I podczas gdy profesor Dougherty perorował o Kierkegardzie, Hank ciągle wbijał wzrok w żółty post-it. "P.S. Uważaj na Moirę. Bardzo uważaj" Moira Parks siedziała w pierwszym rzędzie, pod samym nosem przechadzającego się w te i we wte wykładowcy. Siedziała tam, wsłuchana w jego słowa, wodząc za nim czujnym wzrokiem spod tych swoich przeciwpancernych okularów. Czasem podnosiła rękę - na co on nie zwracał najmniejszej uwagi, choć trzymała ją w górze póki cała krew z niej nie odpłynęła. Profesor zabawiał zapewne w innych sferach, i na sali wykładowej był jedynie ciałem. Hank widział tę natrętnie sterczącą ponad zebranym tłumem rękę. - Opuść tą łapę - modlił się po cichu. Pokręcił głową. Sprawdził jeszcze raz lewy but. W międzyczasie zrobił się na nim istny węzeł gordyjski, którego w domu bez piłki do metalu nie rozwiąże. Nie chciał jednak zostać w sali wykładowej ani sekundy dłużej, niż to było konieczne. Przy odrobinie szczęścia uda mu się nie spotkać Moiry na korytarzu i obędzie się bez przyprawiających o ból głowy dyskusji. Po półtorej godziny profesor z niejakim zdumieniem i obrzydzeniem wrócił na Ziemię, do sali wykładowej wypełnionej po brzegi studentami, i zaczął
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MFitzner
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…