Pręty
Opowiadanie okrojone o czynniki, które w życiu codziennym skutecznie tuszują absurdy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pręty
5 września
Siedziałem dzisiaj spokojnie w swoim mieszkaniu i ani myślałem komuś wadzić. Moja maszyna do pisania kurzyła się. Ha! Miałem kilka pomysłów na światłe teksty – niby to tlił się felieton, niby jakaś kąśliwa recenzja śmiała się do mnie, pokazując swoje ostre kły, ale nie było po co. Z zegara naściennego wyskoczyła kukułka i oznajmiła mi, że jest już 17. - I co z tego? – spytałem kukułki. -Myślałam, że może pana będzie interesowało... – gęsto poczęła się tłumaczyć ptaszyna. -Ty nie myśl, tylko kukaj. – zganiłem ją. -Kiedy ja właśnie kukam... Prawdziwość tego stwierdzenia nie pozostawiała marginesu nadinterpretacji. Kukułka kukała i to dosyć radykalnie. Wściekłem się. Pierwsze symptomy schodzenia na psy to przegrywanie dyskusji z drewienkiem na sprężynce. Siedziałem dalej. Światło zmierzającego w dół Słońca wpadało przez okno, oświetlając w jakiś mistyczny sposób moją maszynę. A może jednak? Gdy tak rozmyślałem, zapukali. W zasadzie mnie to nie zdziwiło. W końcu musieli zapukać prędzej czy później. Jestem głupi. Pisząc to i owo miałem pełną świadomość, że to się nie może spodobać. A wtedy oni przyjdą, potężni. Czasem w chwili stawiania kolejnego słowa wiem doskonale – nie to słowo pasuje, nie to ukontentuje – ale stawiam. A co! I potem mam. Potem pukają. Wstałem, poszedłem otworzyć. Mogłem nie otwierać, nie wyważyliby drzwi. Ale po co nie otwierać? Po co mieć się dobrze? „Odsłonię otwór, niech wnijdzie potwór! Ha!” – pomyślałem. Stali poważni, milczeli. Mieli kij. Oj, bolałoby tym kijem! Weszli do środka, kazali mi oddać klucze i usiąść na kanapie. Gdy nie patrzyli, wsadziłem zeszyt pod koszulę i długopis w gacie – dzięki temu piszę ten dziennik. Porozsuwali wszystkie moje sprzęty pod ściany, niektóre powywracali, niektóre wynieśli do przedpokoju, rybki zjedli. Wyłożyli swoje manatki, z podłużnego pokrowca wyjęli mnóstwo metalowych prętów i zaczęli montować. Już wkrótce na środku mojego pokoju stała nowa, wspaniała, lśniąca klatka. Nie powiem, nie powiem, całkiem przyzwoita. Niezbyt wielka – jakieś 2 x 2 [m] – ale mogło być gorzej. Nawet trochę wdzięczny im byłem, że taka ładna. Mogli karać bestialsko, a karali jak gentelmeni, karali jak kochająca matka. Kazali mi wejść, zamknęli na kłódkę. Usiadłem, opierając się o kraty. Dali mi trochę jedzenia. Kolacja – wybornie – jak to miło z ich strony! Pozbierali swoje sprzęty, wyszli, nic nie mówiąc. Usłyszałem, jak przekręcają zamek w drzwiach. Siedzę teraz tutaj jak idiota i sam się okłamuję. Jako że nie mam w kojcu moim nic, prócz zeszytu i długopisu, to i zajęć wielu wymyślnych nie wygenerowałem. Przeto myślę! Uwierzylibyście? Myślę! Ale jak ja myślę! To ci dopiero ubaw! Otóż, zastanawiam się nad sensem mojej egzystencji – tak! Paradne to! Nigdy mi takie myślenie nie szło, więc się przy okazji tej niewoli trochę podszkolę. Pogimnastykuję łeb, a co! Nie chwaląc się, niejedna niebanalna myśl mnie naszła, słowo daję. Nie żebym je rozumiał, czy wierzył w ich sens, ale brzmiały całkiem przednio. Przykładowo wyprowadziłem sobie taki łańcuszek kolejnych myśli, iż otrzymałem zaskakującą konkluzję: kartofel jest jedynym bytem, którego egzystencja jest niepokalana. Kiedyś, usiądziemy, jeśli będziecie chcieli(jacy właściwie „wy”? Źle jest – piszę do siebie, zwracając się do jakichś „was”, których to „was” nie ma, bo przecież nikt nie będzie czytał mojego pamiętniczka, prawda?), przy piwie, może dwóch i spróbuję Wam to wyjaśnić (znowu „wam”?). Różne zabawy na wyobraźnię i jasność umysłu sobie powymyślałem. Najbardziej podoba mi się gra w idee. Robi to się tak: pierwszy rzeczownik, które przyjdzie do głowy to podmiot, pierwszy czasownik – orzeczenie, dalej kleci się dopełnienie i tak powstaje zdanie, tudzież myśl. A dalej to już czysta improwizacja. Trzeba wymyślić, co miało się na myśli. To właściwie niczym nie różni się od interpretacji utworu na lekcji języka polskiego. Późno już chyba. Nie wiem, która, bo ciemno to i nie widzę, a kukułka jest dizamknięta, tj. zamknęła się w sobie i w swoim zegarze.
Jest jeszcze później. Myślenie mi się znudziło. Stworzyłem nowy prąd filozoficzny i ze trzy systemy religijne. Do bani. Prawdę mówiąc, chętnie wymieniłbym to na jeden sensowny system polityczno – gospodarczy, albo paczkę paluszków TiP. Idę spać. Zobaczymy, co przyniesie nowy dzień. Właściwie, to pewnie nic nie przyniesie. Mam za to nadzieję, że oni przyniosą – śniadanie, albo coś tam. Dobranoc, mój kochany pamiętniczku.
6 września
Nie wiem, do której spałem i nie wiem, która jest teraz. Kukułka wywiesiła kartkę „Nie ma mnie, nie ma czasu, nie ma już nic.”. Wszystko super, tylko zasłoniła tym manifestem tarczę zegara. Kukułka z mojego zegara naściennego jest na skraju załamania nerwowego. O, zgrozo! Mogę więc tylko szacować czas. Szacuję zatem, że teraz jest godzina 13, a śniadanko przyniesiono mi około 10. Zimne grzanki i serek topiony ze szczypiorkiem. Nie tak źle. Co prawda, próbowałem wytłumaczyć panu w szarym garniturze, który był tak uprzejmy dostarczyć mi niezbędnych kalorii, że w mojej lodówce znajduje się parę wcale smacznych kąsków i naprawdę niewiele by go kosztowało, gdyby raczył coś mi przynieść, ale nic nie powiedział i tylko popatrzył na mnie jakby zupełnie nie rozumiał. Niektóre pręty są chromowane. Z tymi to wymyśliłem przednią zabawę. Paznokci nie obcinałem jakiś tydzień, więc już trochę urosły. Nawet nie wiecie jaka to wyśmienita rozrywka – piłować paznokcie o pręty. Naprawdę polecam. Świetny środek na nudę! Jestem teraz przy palcu serdecznym w prawej ręce i jeszcze cała lewa mi została! Hejże! To zabawa szalona! Niech wypiją zdrowie ludzie szersi w ramionach i mocniejsi w głowie!
Przed chwilą przyniósł mi trochę więcej jadła. Jak mniemam, jest to obiado – kolacja. Paznokcie już wszystkie spiłowałem, więc znów się nudzę. Ktokolwiek wymyślił czas – nieźle nas usidlił. Niech ktoś spróbuje przeżyć jeden dzień bez zerkania na zegarek czy pytania o godzinę. No dobrze, uda mu się. Ale ile go to będzie nerwów kosztowało!
Jest już noc. Piszę na ślepo. Jutro się okaże, czy cokolwiek widać. Muszę się jednak podzielić z Tobą, mój kochany pamiętniczku, pewną obawą, która mnie naszła i decyzją, jaką w związku z tym podjąłem. Otóż dopiero teraz sobie uświadomiłem, że długopis może mi się wypisać. Tak, to prawda najszczersza! Przeto wiem, co muszę zrobić! Muszę się stąd wydostać. Muszę się wydostać za wszelką cenę! To wcześniej, to była zgrywa. Zawsze jest po co pisać. Jestem uzależniony od słowa. Dopiero teraz to zrozumiałem, gdy groźba wykończenia wkładu stanęła przede mną realna i może nawet bliska. Czasem najłatwiej jest sobie pewne rzeczy wyklarować wtedy, gdy rozum już nie powinien być jasny. Ha! Wyraźnie słyszę zew! Zew to jest piór i zeszytów, brulionów i długopisów, notesów i ołówków, maszyn i arkuszy! Hejże, zabrać mi się za to trzeba i to najlepiej od jutra! Hej, słowa, idę do Was! A Tobie dobranoc, mój kochany pamiętniczku.
7 września
Obudziłem się chyba wcześnie. Tak przynajmniej wnioskuję po kącie wpadania promieni słonecznych do pokoju. Teraz jest już późne popołudnie. Posłuchaj, mój kochany pamiętniczku, co też dzisiaj się działo. Śniadanie przyniósł jak wczoraj chyba, albo coś koło tego. Nie odzywałem się, bo jeszcze nie pora była. Dostałem dokładnie to samo – zimne grzanki i serek. Tak więc śniadanie stało się kolejnym przedmiotem nieożywionym, który dodaje mi sił, aby się stąd wyrwać. Kartki czekające na słowa wzywają z zewnątrz, a tutaj grzanki w sposób dość przekonywujący perswadują mi, abym opuścił czym prędzej to miejsce. Po śniadaniu zdrzemnąłem się. Zaczynam praktykować przysposobienie szpitalne, tj. dużo śpię, żeby czas na okrągło nie szturchał mnie pod żebra, nie pytany, przypominając o swojej zwłoce, jakby to było chwalebne, a co najmniej przyzwoite. Zbudziłem się z jasnym i klarowanym planem. Prosty był, nie ukrywam, ale wydawał się genialny, a jak na nasze realia – wręcz niezawodny. Przyszedł pan na szaro z obiadem. Od razu przystąpiłem do rzeczy. -Proszę pana? Nic nie powiedział, ale spojrzał na mnie, nieco zaskoczony i jakoś dziwnie łagodny, co było niezbitym dowodem, że wiedział, iż się ku niemu zwracam. -Powiem wprost: ja jestem pisarz i felietonista. – wiedz, mój kochany pamiętniczku, że pierwszy i ostatni, dalibóg, raz się tak nazwałem. Głupio mi się z tym strasznie zrobiło, ale wiedziałem, że jeśli chcę pożądany uzyskać skutek, muszę takimi właśnie przemawiać słowy. – Ja pieniądze mam – niemało. Gdyby pan tak przypadkiem wziął z biurka pilnik i przypadkiem upuścił go tak, że wpadłby tu między kraty, nie pozostałbym dłużny, jak tylko bym stąd wyszedł. A im oczywiście ani mru – mru! Niby, żem miał pilnik ze sobą, jak mnie zamykali. A co! Pilnika nie można mieć? O patrz pan, nawet paznokcie mam spiłowane! Wszystko współgra. Poszłoby to na karb ich niedopatrzenia... - Słusznym jest, że pan tu siedzisz. – to była jedyna jego odpowiedź! Zbił mnie z tropu i skołował. Słowo daję! Jak to – słusznym? Po jakiemu to tak? Po tym już nawet na mnie więcej nie patrzył. Myślałem, że zbiera myśli, rozważa, że to milczenie to tylko jego efekt sceniczny dla spotęgowania napięcia, a tu nic! Podał mi miski z żarciem, rozejrzał się po izbie, jakby miał ochotę ją zrewidować i wyszedł. Zamknął drzwi za sobą na klucz i tylem go widział! No, to mi trochę pokomplikowało sprawy. Tego się nie spodziewałem. Liczyłem się z jakimś wahaniem, że może powie, że się namyśli, albo że zaproponuje coś bardziej jeszcze wiarygodnego. A tu masz babo placek! Tak odpowiedział, że za bardzo nie widziałem nawet, cóż to znaczyć mogło, ale na tyle byłem w stanie jego słowa zinterpretować, że miałem pewność iż nici tutaj z korupcji. Wątpliwe poczucie humoru ma los – korumpuje się wszystkich, oprócz tych, którzy mogliby wyzwalać wieszczów z okowów. Nieco mnie ten fakt rozzłościł. Właściwie, to chora była ta sytuacja. Omowa (czytam mój pamiętniczek teraz, gdy jest już po wszystkim. Przyznam się – „omowa” to chyba mój jakiś lapsus, wynik gorączkowego stawiania słów. Nie wiem co znaczy i co chciałem przez to powiedzieć, ale zabawne jest, więc nie wykreślam)? Nie...to się nie mieściło w żadnych ryzach. Dużo myśli zaczęło się kłębić w mojej głowie, ale to nawet dobrze – przynajmniej jakieś zajęcie na popołudnie. Nawet znów wygenerowałem zabawną złotą myśl na bazie tych doświadczeń, jakoby prawdziwa literatura tak zacną była damą, że nawet wszechświat nie da jej zgrzeszyć, mimo iż sama próbuje, przeto nigdy nie pochłonie jej skalanie. Brednie jak sto diabłów, ale można by o tym całkiem niezłą rozprawę dla głupich napisać...
Znów piszę po ciemku. Myślisz pewnie, pamiętniczku, że powiem coś w stylu „jest środek nocy” albo „późno już”? A figa! Jest godzina 1:34 w nocy! Otóż, co się wydarzyło? Po południu się zdrzemnąłem. Gdy się przebudziłem, w pokoju panował półmrok. Półmrok ma to do siebie, że jakoś nie pozwala oszacować aktualnej godziny. Zdenerwowałem się. Nagle poczułem nieodpartą potrzebę poznania czasu. Dość z umęczeniem. Ja chcę tej najszlachetniejszej z cholernych ram i ograniczeń, któreśmy sobie wymyślili! Czas jest bezlitosny i restrykcyjny. Czas nie jest ani trochę elastyczny, jest despotą. Jest też abstrakcją. Nikt mi nie wmówi, że istnieje coś ponad czas. On zniewala, ale nie sposób nawet ogarnąć, co by było, gdybyśmy się spod jego wszechobecności, nieuchronności i niezaprzeczalności zdołali wyzwolić. Wolę o tym nie myśleć...niechże będzie czas, jak był od zawsze. Zawsze – był zawsze – jakże elementarzowy przykład zniewolenia czasem, bo zawsze w tym przypadku i określa czas sam w sobie, i mówi o czasie. Czas, czas, czas... Podszedłem do krat i wpatrzyłem się w zegar i kartkę na nim zawieszoną. Jakby ją?...No jasne! Wziąłem z Kąta Gastronomicznego miskę z kartoflami. Wybrałem pierwszy – lepszy i rzuciłem. Pudło! Flek jak byk na ścianie. Nic to jednak! Pierwsza próba to zawsze albo totalna klapa, albo triumf nad triumfami. W moim przypadku zwykle jest to to pierwsze. Następny rzut. Ha! Celny! Niestety, kartka umaszczona tylko roztopionym masłem, ale tkwi, gdzie była – niestrudzenie. Rzut kolejny. To samo. Och, niegłupia ta kukułka, kartkę nie byle jak zamontowała. Podjąłem bardziej radykalne kroki. Wybrałem pokaźniejszy kartofel, wziąłem zamach i cisnąłem. Rozchrzanił się na kratach, rozpryskując się na milion okruszyn. Cała klatka moja zasyfiona, a i ja nie pozostaję w tyle. Następny – dawaj! To samo! W mojej klatce – kompletny chlew. Już nic nie mam do stracenia, ciskam jeden za drugim. Nagle kukułka wychodzi ze środka, zrywając przy okazji kartkę. Najpierw spiłem godzinę z tarczy zegara, potem zacząłem kontaktować. -Co się dzieje, proszę pana? – zapytał ptak. -Chciałem z tobą pogadać i zobaczyć, która godzina. -Ekhm... Mógł pan mnie zawołać... Obuch w łeb. Obuch w łeb! Popatrzyłem na swoje ręce, na całe ufifrane kartoflami ubranie. Zlustrowałem samego siebie z góry do dołu. Minę musiałem mieć głupią. Rozejrzałem się po klatce i jej przedpolu. O, zgrozo, vanitas vanitatum. Stałem upokorzony przez drewienko na sprężynce i rozgotowane kartofle. Stałem, pokonany. Maluczkość moja nabrzmiała do granic możliwości. Pośród kartofli zapadłem się w siebie i zapłakałem. Wtedy znowu, ukazując swą wyższość – tym razem w dziedzinie miłosierdzia – przyszła mi z pomocą kukułka. -O czym chciał pan rozmawiać? Zebrałem się w sobie. -O czasie. I tak ogólnie... -Ach... Postanowiłem od razu zacząć szczerze. Usłyszałem swój jąkający się głos. Rany boskie, krępowałem się przed kukułką z zegara. -Czy jeszcze się...gniewasz się jeszcze... na mnie? -Nie... ja tam się nie mam o co gniewać... to była taka chwilowa kukułcza zapaść... -Ale już wszystko dobrze? -Tak, wraca do normy... -Cieszę się. -Ja też, bo ja to wolę tak normalnie po kukułczemu sobie być. Te nastroje... te stany, to są dla ludzi. Pan trochę dużo telewizorem grał ostatnio i tak jakoś na mnie przeszło... -To mi przykro... więc moja w tym wina... -Niech pan tak nie mówi...ja głupia się nasłuchałam za bardzo i teraz tak czasem czuję, że potrzeba mi się załamać, to znów pokochać, to znów ponienawidzić. Wszyscy tam tak mówili, tom pomyślała, że może tak trzeba... -To nie jest sprawa „trzeba – nie trzeba”. Wiesz... ludzie mają to w sobie... nie uczą się tego – tacy są. -Skąd to w sobie mają? Drewienka na sprężynkach, lokaci upierdliwcy, mili ludzie – oto, co jest w stanie zirytować człowieka do szaleństwa. Albo wprawić w zakłopotanie. -No... mają... -Na pewno mają? -Mają... Potem nastąpiła dłuższa chwila milczenia, aż wreszcie – nie wiedzieć, czemu – naszło mnie pewne pytanie. -Słuchaj, jak to jest być kukułką z zegara? Przez chwilę milczała. Nie wiem, czy zastanawiała się, co odpowiedzieć, czy raczej zafrasował ją sam fakt tego rodzaju pytania. I to ode mnie! W końcu odrzekła. -No wie pan... się kuka. Już nic więcej nie mówiliśmy. Ona schowała się do zegara, a ja siedzę. Więc – mój kochany pamiętniczku – będę powoli zbierał się do spania. Dobranoc.
8 września
Mój kochany pamiętniczku, jest afera! Trup się ściele po moim pokoju! Śmierć i zgroza odprawiają bezbożne harce wkoło mego kojca. Otóż, posłuchaj, co dzisiaj się działo! Rano zbudził mnie swoim zaistnieniem w mieszkaniu pan na szaro. Przyniósł śniadanie, to samo co zwykle. Potem poszedł. Zostałem na powrót sam. Kukułka siedziała w zegarze, pająki w ciemnych swych kątach. Jako że umysł miałem jasny, a żołądek syty i jedynie kubki smakowe nieco mizernie się miały, od podstaw zacząłem knuć intrygi, które miałyby mi pomóc w wydostaniu się z uwięzi. Plan miałem niejeden, niektóre z nich całkiem realne i przyzwoite, ale cały czas coś mi dysonowało, była jakaś niekonsekwencja, brak logicznego ciągu, brak uzasadnienia. Podszedłem więc do sprawy analitycznie i logicznie. Czasem naukowe rozwiązania bywają najprostsze. Zreasumowałem fakty: jestem w niewoli. Niewolę tę spowodowało pisanie. Pisanie to było mądre w głupi sposób. Teraz tylko wystarczyło wywinąć koszulę na lewą stronę. Obrałem cele, zarysowałem środki: chcę wyjść na wolność. Analogicznie – wolność musi być wynikiem pisania. Jeszcze tylko odwrócić trzeba było proporcję: pisanie musi być głupie w mądry sposób. Miałem już teorię. Ostatnią konkluzję „głupie w mądry sposób” zapisałem sobie na wyrwanej kartce, podkreśliłem i połknąłem. Później zdałem sobie sprawę, że nie była to najmądrzejsza rzecz, jakiej w życiu dokonałem, ani też jej zasadność nie mogła być klarowna, ale nie czas był na takie wahania. Godzina 12. Kukułka wyskoczyła już w pełni sił witalnych. „Kuku – kuku!”, oznajmiła. Się kuka...Tak, więc trzeba by...Co?...Się kuka...Się kuka? Się kuka! Siękuka! Siękukakukakuka! Ha! Kuka! Kuku – kuku! Się kuka! O, jak się kuka! KUKA! Się KUKA! SIĘ kuka! Wyśmienicie. Wyrwałem z cielska Twojego, mój kochany pamiętniczku, kolejny strzęp mięcha i zapisałem, co następuje: Gdybym kiedyś mógł spytać kukułkę z zegara, jak to jest być kukułką z zegara, zapewne odrzekłaby: „Się kuka.”. Znakomicie! Siedziałem teraz z kartką w ręce i chytrym uśmiechem na twarzy, czekając na triumf. Ach, w nieskończoność mógłbym tak trwać, będąc zwycięzcą jeszcze przed bitwą. To tak, jak podpłacić komu trzeba, aby wypaczył wynik meczu i czekać tylko do ostatniego gwizdka, wyobrażając sobie rzednące miny bukmacherów przed odbiornikami. Nareszcie usłyszałem klucz przekręcany w zamku. Wszedł szary pan z michami. Odebrałem od niego jadło i – gdy już miał wychodzić – rzekłem, niby to od niechcenia, podając mu papier: -Może raczy pan tylko spojrzeć...może przekazałby im pan...? – nieufnie zbliżył się do krat na odległość ramienia i krótkim, niespokojnym ruchem odebrał ode mnie kartkę. Przeczytał. Spojrzał trochę obojętnie na moje oblicze, na którym to tlił się niecny uśmiech. Przymrużył oczy. Wlepił ponownie wzrok w kartkę. Widać było, że przebiegł jeszcze raz po tekście, a później patrzył w niego tępo. W pewnym momencie znacznie wybałuszył oczy, jakby dopiero teraz coś go uderzyło. W tym zadziwieniu, zaczął wykonywać prześmieszny manewr – otóż unosił kartkę sztywnym, powolnym ruchem, a gdy osiągnęła poziom jego twarzy, całe swe ciało zaczął ściągać w dół, pozwalając by kartka nad nim górowała, aż wreszcie upadł na klęczki, trzymając uniesiony wysoko tekst. Przez cały czas nabożnie wlepiał w niego wzrok. Wydawało się, że całkiem przestał mrugać oczami. Wtedy dopiero cuda zaczęły się dziać! Tak właśnie wyobrażam sobie objawienia. Gałki oczne wywróciły mu się obrzydliwie tak, że widać było tylko białka. Pobladł całkowicie, gębę rozdziawił „na karpia” i począł cały drżeć. Pełen patos. Wkrótce jednak faza objawienia przerodziła się w coś znacznie gorszego. Drżenia ustąpiły miejsca konwulsjom, jego ciało zostało rzucone na plecy, jakby zaciągnięte tam przez uciekające źrenice. „Egrrrhh” – zakrztusił się raz. „Egggghh” – zakrztusił się ponownie. „Y’eeereee” – plunął krwią. Na ułamek sekundy zerwał się znów na kolana, ale tylko po to, by być rzuconym na bok. „Uyyhryyyy” – znów plama krwi i diabli wiedzą, czego jeszcze na mojej podłodze. „Aaaa! Y – y – y! AaaAaaa!” – wydarł się. Zaczął walić otwartą ręką w podłoże. „Yyyy! Yyyyy! Aaa!” – znów się wydarł. Nagle przestał się wić. Przez chwilę leżał cicho i spokojnie, jedynie dysząc skrycie. Wtedy zaczął…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…