Przełom lata
Miłość wiejskiego chłopaka do młodziutkiej, pięknej naturystki.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PRZEŁOM LATA
I
W powietrzu czuło się zapach wiosny. Na gałęziach drzew pękały już pierwsze pączki. Lecz miasto przedstawiało dość ponury widok. Wszechobecna szarzyzna przypominała o panującym wciąż stanie wojennym. Ale chociaż obowiązywały jeszcze różne restrykcje, życie codzienne powoli wracało do normy. Najważniejsze, że działały już telefony. Co prawda z tym śmiesznym „rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana”, ale zawsze. Ożywiły się więc też kontakty towarzyskie.
Zbliżał się wieczór, kiedy Agnieszka i Jan wchodzili do sali kina Wars na Nowym Mieście. Dziś mają tu być wszyscy znajomi z szerokiego grona naturystów, stałych bywalców nadwiślańskiej plaży. Niektórzy z nich spotykali się tam nawet w zimie. Brr... Jan poczuł dreszcz na samą myśl, a wiedział przecież, że nie występowali tam w strojach organizacyjnych. Chociaż, kiedy dwa tygodnie temu urządzili topienie Marzanny w Wiśle, znalazło się podobno kilku odważnych. Dzisiejsze spotkanie miało charakter wspominkowy. Seweryn, prezes Polskiego Towarzystwa Naturystycznego, zorganizował wystawę fotograficzną „Lato 1981”. A ponieważ w tym środowisku wszyscy chętnie obfotografowywali się nawzajem, więc materiału było aż nadto.
Zostawili płaszcze w szatni i rozglądali się po sali. – O, patrz, jest Katarzyna i Bogdan – zauważyła Agnieszka. – Stoją przy samej scenie. I Bożena z Maćkiem! No to co – chodźmy do nich. – Cześć kochani, jak miło was widzieć! – już z daleka na ich widok zawołała Kaśka. Dajcie pyszczydła. Mm. Są już prawie wszyscy. – Tylko gdzie? Pod ziemię się zapadli? – Pewnie poginęli w tym tłumie. Ale są – Joanna z Przemkiem, jest Henryk i... – Nawet Jacek dzwonił, że przyjdzie z Małgorzatą – przerwała Agnieszka. – To super. Ma być jeszcze Kuba, ale sam, bo Agata jest w szpitalu. Podobno niedługo wychodzi. Kamienie, czy coś takiego... No i zobacz, cała kupa znajomych spoza naszej gromadki. – Dawno tu jesteście? – Nie, najwyżej pół godziny. – Powiedzcie, jak wam się żyło na tej wojnie polsko-polskiej? – zagadnął Bogdan. Jan zrobił ponurą minę. – Prawie dwa miesiące leżałem bykiem na kanapie. Telefony nie działały, więc wiesz – przy mojej robocie klapa. Zero zleceń. Jeszcze trochę, a przeszlibyśmy na korzonki. Dopiero teraz coś zaczyna się ruszać. – A tak ogólnie – co myślisz o tym wszystkim? Bo ja jestem wściekły. – Słuchaj... jak mówiłem – było nam ciężko – ale to się musiało tak skończyć. Strajki, strajki i nie wiadomo co dalej. I to pytanie: wejdą nie wejdą... – Ale żeby wypowiedzieć wojnę narodowi! – Bogdan, wiesz... ja już przeżyłem swoje lata i otarłem się o prawdziwą wojnę. Więc się nie dziw, że mam do tego dość chłodny stosunek. Niestety, Solidarność przestała kontrolować swoich przywódców, ot co. Ale zmieńmy temat – w końcu nie jesteśmy tu po to, żeby gadać o polityce. Chodźmy, obejrzymy te zdjęcia. Moje też tam są.
Dwie ogromne ściany wytapetowane zostały zdjęciami. Same duże formaty, wszystkie czarno-białe, bo wiadomo – kolorowe slajdy, choć robione najczęściej, nie nadawały się na wystawę. Część fotografii wyszła bardzo profesjonalnie, ale większość – czysta amatorszczyzna. Niektóre z nich gromadziły tłumek komentujących je widzów. I wszystkie poddawane były ocenie – jako, że wystawa miała charakter otwartego konkursu. Przechodząc, można było usłyszeć najrozmaitsze opinie: – Całkiem niezłe są fotografie Henryka, tam w rogu sali. Wystawił najlepsze akty Oli. – Zeszłoroczna Miss Natury była do kitu. Chociaż na tych zdjęciach akurat wygląda nieźle. – Jak tak patrzę, to chyba najwięcej zapasów na zimę porobił sobie nasz Miś Puchatek. Ale ogólnie biorąc – niestety poziom dość średni. – Fajne są te miejscowe babiny. O, zobacz jaki wyraz twarzy ma ta z lewej. Niby jednym okiem patrzy przed siebie, ale drugim łypie na tamtego golasa. Prawdziwa artystka.
Maciek i Bożena podeszli do Jacka, który zawzięcie dyskutował o czymś z Małgosią, swoją wieloletnią przyjaciółką. – A tu jesteście! Czy mnie oczy nie mylą – wy się kłócicie? Wy? – spytała Bożena ze zdziwieniem. – Nie, dlaczego? – Małgosia zrobiła zdumioną minę. – No, bo już myślałam... Taka idealna para. Niemal zawsze za rączkę... – Oj, przestałabyś naprawdę. – E, dziewczyny, chodźcie szybko! Zobaczcie, jak fantastycznie wyszła tu Jolka! – zawołał Maciek pokazując wiszącą obok fotografię. Wzniósł oczy do nieba i zrobił natchnioną minę, zupełnie jak Jolka na zdjęciu. Kilka stojących w pobliżu osób omal nie podusiło się ze śmiechu. – A brzuch jej błyszczy – ciągnął rozradowany – jak, nie przymierzając, u mokrej foki. Hm... Nie wiem dlaczego nasunęło mi się takie porównanie. – Zamilcz głupolu – zgromiła go Bożena rozglądając się, czy przypadkiem w pobliżu nie ma gdzieś Joli. – Małgosiu – pośpiesznie zmieniła temat – dlaczego nie przychodzicie do sauny? – A wy chodzicie? – No oczywiście! W każdy poniedziałek jest tam mnóstwo znajomych. To nasz dzień. Koniecznie musicie przyjść! Sama sauna jest dość duża, wchodzi dziesięć osób i jeszcze jest luz. Bierzesz natrysk, potem kilkanaście minut w środku, temperatura powyżej stu stopni, a na koniec chlup w basenik i do baru z zimnym piwem. I tak ze trzy, cztery razy – ile sobie chcesz. Mówię wam, przyjdźcie. Atmosfera jest super. – A co trzeba wziąć ze sobą? – Nic! – Jak to? – Parę groszy na wstęp i piwo. – Wiesz, chętnie spróbujemy. Zadzwonię do ciebie w przyszłym tygodniu. Zamilkła, bo na scenie pojawił się Seweryn. Chrząknął głośno i z namaszczeniem rozwinął kartkę z decyzją jury konkursu. – Kochani, uwaga! Przyszła pora na werdykt. Szanowne jury konkursu fotografii naturystycznej „Lato 81” w składzie jak widać – tu wskazał na siebie i stojących obok niego dwóch aktywistów PTN – biorąc pod uwagę opinie ogółu zebranych tu członków naszego towarzystwa, wyróżniło trzech autorów. Nagrodą są gratulacje prezesa, czyli mnie. A więc uwaga, uwaga! Trzecie miejsce zajął cykl zdjęć Konrada. Jury wzięło pod uwagę różnorodność i jakość warsztatową przedstawionych fotografii. Rozległy się brawa i kilka gwizdów – nie wiadomo, krytyki czy uznania. – Miejsce drugie jury przyznało Janowi za walory reportażowe prezentowanych zdjęć. Brawo Janek! Jan milczał z dość niepewną miną, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Ale na szczęście Seweryn ogłaszał już zwycięzcę konkursu. – Pierwsze miejsce – tu zrobił długą, teatralną przerwę – zajęły fotografie Henryka. Gratuluję stary. Jestem pewien, że wszyscy podziwiali akty twojej pięknej żony. Podszedł do niego i zrobili przyjacielskiego niedźwiedzia. Rozległy się gromkie brawa, już bez żadnych gwizdów. Seweryn wrócił na swoje miejsce i przekrzykując salę powiedział: – Wystawione fotografie będą do odbioru, wraz z cennym, pamiątkowym stemplem konkursu. Zamilkł na chwilę, sygnalizując gestem, że ma jeszcze ważną informację. – Uwaga, uwaga! Jeszcze komunikat! W tym roku, pomimo stanu wojennego, kolejny zjazd naturystów odbędzie się jak zwykle, na przełomie lipca i sierpnia. Tym razem w Morwach. Większość z was zna już tą miejscowość. I będą też wybory Miss Natura 82, w ostatnią sobotę lipca. Serdecznie wszystkich zapraszam. Do zobaczenia nad morzem, choć oczywiście – mam nadzieję – wcześniej spotkamy się nad Wisłą. Znów rozległy się brawa, bo Morwy słyną z szerokiej, dzikiej plaży usytuowanej na skraju miejscowości i dużego, położonego opodal kempingu. – Małgosiu, wybieracie się w tym roku na zjazd? – spytał Maciek. – Jeszcze nie wiemy jak będzie z urlopem. Ale jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to chyba tak. – To chodźmy, poszukamy resztę i naradzimy się. Fajnie by było pojechać razem, całą naszą paczką.
Trochę trwało, zanim w kącie sali zebrało się ścisłe grono znajomych. Jan podszedł do Henryka i uścisnął mu rękę. – No stary, przyjmij wyrazy uznania. Powinieneś pokazać te akty na jakiejś poważniejszej wystawie. – Dzięki. Może kiedyś to zrobię. No, a ja z kolei gratuluję ci drugiego miejsca. Chyba najlepsze były zdjęcia z pochodu naturystów. Naprawdę wspaniałe. A te zgorszone gęby tekstylnych... – Słuchajcie kochani – donośnym głosem zagaił Maciek – jest propozycja, żebyśmy wszyscy, jak tu jesteśmy, oraz ci, których dziś fizycznie nie było, ale zawsze są z nami duchem, więc żebyśmy wszyscy razem, jedną grupą pojechali latem na kemping do Morw. Zajmiemy jakiś wspólny placyk, rozbijemy namioty i zobaczycie – będzie super. Co wy na to? Rozejrzał się. Wyglądało na to, że zdecydowana większość jest za. – To co – ciągnął dalej – umawiamy się? I wszyscy razem startujemy z parkingu przy Torwarze. Najlepiej siedemnastego lipca, z samego rana. – Siedemnastego? A jaki to dzień? – spytała Kaśka. – Sobota. – No, ale czy akurat będzie wolna? – Chyba tak, przecież tydzień temu trąbili we wszystkich gazetach, że od pierwszego maja będą trzy wolne soboty w miesiącu. – Zresztą będziemy w kontakcie. Na szczęście telefony znowu działają. – Tylko trzeba zawiadomić tych, co ich dzisiaj nie było – dodała Agnieszka. – Bożena do nich zadzwoni – powiedział Maciek. Zaplanujcie sobie urlopy, a szczegóły zdążymy jeszcze omówić. – Jasne, pewnie wcześniej spotkamy się nad Wisłą. – Oczywiście – potwierdziła Bożena. – No kochani, ale my musimy już lecieć. Jesteśmy w trakcie remontu mieszkania. A robota w lesie! – To do zobaczenia wkrótce. Bo za miesiąc powinno być już ciepło.
W Warsie robiło się coraz luźniej. Towarzystwo rozchodziło się pośpiesznie, żeby bez przeszkód powrócić do domu przed godziną milicyjną.
II
Sobota zapowiadała się upalnie. Od samego rana ostre słońce i kilka nieśmiałych chmurek na niebie. Niezbyt dobra pogoda na dłuższą podróż, ale cóż – w końcu to sam środek lata. Przy Torwarze, na wielkim, pustym parkingu, pierwszy pojawił się maluch Bogdana. Z samochodu wysiadła Kaśka i jej siostrzenica Iza. Odkąd siostra Kaśki zachorowała na kręgosłup i nie ruszała się z domu – a więc już od trzech lat – zawsze zabierali jej córkę na wakacje. W tym czasie Iza wyrosła na piękną dziewczynę o subtelnej, delikatnej urodzie. Ale ona... jakby nie miała o tym zielonego pojęcia. Zupełnie jak Marilyn Monore w „Słomianym wdowcu”, czy w „Pół żartem, pół serio”. Można rzec: gejzer nieuświadomionej kobiecości. I zawsze ujmująco miła dla wszystkich. Nic dziwnego, że kochała się w niej połowa chłopaków z – teraz już – czwartej klasy liceum. A więc w tym roku szkolnym czekał ją egzamin maturalny. Bez obaw – jej świadectwo było wręcz nieprzyzwoite. Same piątki, no – może najwyżej dwie czwórki. Z malucha, nie bez trudności, wydostawał się Bogdan, a po nim wyskoczył Korek – miniaturowy kundelek Izy. Przyjechali nieco za wcześnie. Bogdan zawsze i wszędzie zjawiał się za wcześnie. I strasznie wściekał się na wszystkich spóźnialskich, którzy kradli jego czas. Słynął z tego w całym instytucie, gdzie był kierownikiem pracowni. Taką naturę mają zwykle poważni, wartościowi faceci, którzy nigdy nie bywają duszą towarzystwa. Tą funkcję częstokroć spełniała Kaśka – całkowite przeciwieństwo męża. Nikt nie wie, jak to się działo, że byli dość dobrym małżeństwem. No, ale ze spóźniania Bogdan wyleczył ją już dawno, choć przebiegało to opornie. Podobnie jak opornie szło Kaśce wciągnięcie Bogdana do grona naturystów, których poznała kilka lat temu poprzez swoją zbzikowaną przyjaciółkę Bożenę. Bogdan skończył właśnie poprawianie pasków na dachowym bagażniku malucha, gdy na parkingu pojawiła się Łada Jana i Agnieszki. Wyskoczyły z niej dziewięcioletnie bliźniaki i ledwo przywitawszy się z dorosłymi, podbiegły do Izy. Znali ją już wcześniej i przepadali za nią ogromnie. Jeden z nich, Łukasz, zawdzięczał jej życie, bo to Iza w ostatniej chwili wyciągnęła go z wody, jak się topił w Wiśle rok temu. Ich starsza siostra nie chciała już wyjeżdżać z nimi na wakacje. Od pewnego czasu miała chłopaka, który był w niej strasznie zakochany i zazdrosny jak diabli. Nie pozwalał jej się opalać na golasa przy wszystkich. – Cześć Maliniaki – przywitała ich Kaśka. Mieli dość niewygodne do wymówienia nazwisko – Malińscy, więc właśnie tak zwracano się do nich w towarzystwie. – Cześć, cześć – odpowiedziała Agnieszka. Wy, Bazylichy jak zwykle – najwcześniej. Katarzyna i Bogdan to Jaworscy, więc wiadomo: Jaworek – Potworek – Bazyliszek. A w dodatku... takim wzrokiem Bogdan witał każdego, na kogo musiał czekać dłużej niż pięć minut. – Co wy macie na tym dachu – spytała Kaśka – Wzięliście aż dwa namioty? – Tak, ale ten drugi jest Ludwika i Gabrysi. – A co z nimi? – Nie mają samochodu. Sprzedali go miesiąc temu, bo dostali talon na Poloneza, ale sprawa się opóźnia. Czekają na kolor, koniecznie chcą groszkowy. A tu same białe. Więc przyjadą pociągiem do Koszalina, a potem PKS-em do Morw. Nie poradziliby sobie z bagażami. Jeszcze trochę ich rzeczy mamy w bagażniku. – Patrzcie, już dziesięć po ósmej – złościł się Bogdan. I wciąż brakuje pięciu samochodów! A Maciek to byłby chory, gdyby nie przyjechał ostatni. Jakby na przekór tej opinii, z piskiem opon zajechał właśnie maluch Bożeny. Maciek leżał na fotelu z odchylonym oparciem i chyba udawał, że śpi, a Bożena wysiadła przywitać się ze wszystkimi. – O rany – zdziwiła się Kaśka. Zaszczytne trzecie miejsce! Bożenko, czy coś się stało? – Nie, ale zanim obudziłam go rano – wskazała oczami na Maćka – przestawiłam mu zegarek o godzinę do przodu. Tylko cicho, on myśli, że już jest dziewiąta.
Bożena i Maciek nie byli małżeństwem, ponieważ ona, zachowując resztki zdrowego rozsądku wiedziała, że ten facet do późnej starości będzie swawolnym chłopczykiem w krótkich spodenkach. Że do samej emerytury będzie biegał po boisku piłkarskim, jak przystało na nauczyciela WF i trenera żeńskiej drużyny szczypiorniaka. Ale, choć wielokrotnie próbowała, nie mogła wyzwolić się z jego uroku. I tak byli ze sobą już od dziewięciu lat, chociaż wszyscy wiedzieli o wspaniałej kolekcji rogów, jakie w międzyczasie bezustannie jej przyprawiał. Maciek zawsze brylował w towarzystwie, a na plaży wszędzie go było pełno. A już najbardziej przepadał za durnymi dowcipami, które – trzeba to przyznać – serwował dość sprawiedliwie. Żadna dziewczyna: brzydka, czy ładna, chuda czy gruba, nie znała dnia, ani godziny. Kiedyś Joanna, trochę na kacu, zasnęła mocno na plaży. Leżała nieco z boku, więc nikt nie zwracał na nią uwagi. I Maciek zakopał ją całą – choć uczciwie trzeba dodać, że z wyjątkiem głowy – zużywając na to chyba pół tony piachu. Można sobie wyobrazić jej przerażenie, kiedy w chwili przebudzenia nie mogła ruszyć ani ręką, ani nogą. A Maciuś pękał ze śmiechu. Innym razem wysmarował Małgosi plecy brązową pastą do butów. Bo już nie mógł słuchać jej narzekań, że tyle czasu męczy się na tej plaży, a ciągle nie jest opalona jak trzeba. Co to się wtedy działo! Szorował ją potem mokrym piaskiem i zrobiła się bielsza niż przedtem. Uwielbiał też cichutko, na palcach podkraść się do smażącej się w słońcu, Bogu ducha winnej dziewczyny i znienacka wylać na jej rozpalone ciało wiaderko zimnej wody z Bałtyku. Dzień, w którym nie usłyszał donośnego „Ała!” był dla niego zmarnowany bezpowrotnie. Z drugiej strony był to równy i lubiany przez wszystkich facet, więc jeśli nawet nieco ciężej doświadczona dziewczyna obrażała się na niego, to zwykle nie na długo. Tak to bywa z zawodową duszą towarzystwa.
Bogdan co chwilę sprawdzał godzinę. Dopiero trzy samochody. Cholera. Potem będziemy gnali na złamanie karku. – Aha – przypomniała sobie Kaśka – dzwoniła Agata. Coś im tam z Kubą wypadło i przyjadą sami. Dopiero jutro. Prosili, żeby im zająć miejsce na kempingu. – Dobra, dobra, znamy ich – Agnieszka uśmiechnęła się z powątpiewaniem – Agata nie potrafi jeździć wolniej niż sto pięćdziesiąt na godzinę. Wymiękłaby przy kierownicy, jadąc w ciurku z maluchami. – Zwłaszcza, że to ja was dziś prowadzę – oznajmiła Bożena. Zobaczcie co mam z tyłu samochodu. Dostałam od Kuby. Na pewno się ucieszycie. Podeszli do jej malucha. Na klapie silnika przyklejona była duża nalepka z napisem FOLLOW ME. – No nie, Bożena – jęknął Bogdan. Przecież ty prawo jazdy masz dopiero trzy miesiące! – Wiem! Właśnie dlatego! Jedziemy razem, więc musicie się dostosować do zielonego liścia! – Maciek, nie śpij leniu jeden! – Jan potrząsnął nim bezlitośnie – kiedy ty wreszcie zrobisz... Oczywiście słyszał wszystko, bo udając wyrwanego z głębokiego snu, zamruczał. – A po cholerę. Ja lubię jak Bożena mnie wozi. I proszę mnie nie... Przerwał, bo na parking wjechały dwa samochody. Fiat Przemka i Joanny, i Trabant Jacka i Małgosi. Zrobiło się gwarno. Powitania, cmoknięcia, uściski. Brakowało jeszcze tylko Henryka i Oli z córką. Trochę to niepokojące, bo zawsze są dość punktualni. Próbowali nawet dzwonić do nich z pobliskiej budki telefonicznej. Trzeba trafu, że akurat była czynna. Ale nikt nie podnosił słuchawki. Widocznie byli już w drodze. Pozostało więc tylko czekanie. I właśnie wybiła dziewiąta, kiedy Henryk, klnąc na czym świat stoi, zajechał pod Torwar, pokazując wszystkim przez okno wielkiego, wyciągniętego z opony gwoździa.
III
Długoterminowe prognozy zapowiadały upalne lato do dziesiątego sierpnia. Było więc oczywiste, że przynajmniej druga połowa lipca musi być słoneczna. Żadnych deszczów i wiatrów. I rzeczywiście, słońce grzało już od samego rana. Morze było gładkie jak stół, a woda – jak to w Bałtyku – nieszczególnie ciepła, chociaż wejść się dało. Na strzeżonej plaży, zażywało już kąpieli kilku śmiałków. A przy brzegu taplało się mnóstwo dzieciaków, dla których woda nigdy nie jest zbyt zimna. Z całego licznego grona, pierwsi na plaży zjawili się Jacek z Małgosią. Właściwie, odkąd sięgała pamięć, było tak zawsze. Wstawali dość wcześnie, a poranne obowiązki mogli załatwić szybko, bo nie mieli dzieci. Małgosia nie ukrywała, że jest z tym jakiś problem, ale nie robiła też głodnych oczu na widok każdego dziecka. Uchodzili za cichą, zgodną parę, trzymającą się nieco z boku reszty towarzystwa. Cenili sobie pewną niezależność. Nie brali ślubu, bo po co. Mieli małe, sympatyczne mieszkanko na Pradze, gdzieś tam pracowali, nawet razem – bodajże w biurze turystycznym i żyło im się dość skromnie, ale spokojnie. Już prawie kilometr szli szeroką, z rzadka usianą kamieniami plażą. Właśnie mijali prowizoryczną konstrukcję z kawałków wyrzuconego przez morze drewna i zawieszoną na niej szmatą z napisem „Plaża naturystów”. Tu była granica „tej” plaży. Jeszcze sto metrów i już zaczynały się grajdoły z pierwszymi naturystami. Jak na razie, same nieznajome gęby. Trochę dalej stała sklecona z kilku desek zagroda, w której urzędował Seweryn z kilkoma działaczami towarzystwa naturystycznego. Na ich widok zerwał się z koca i przywitał się wylewnie. – Czeeść Małgosiu, siemasz Jacek! Cieszę się, że was widzę. Kiedy przyjechaliście? – Wczoraj wieczorem – odpowiedzieli prawie jednocześnie. – Jesteście sami? – Nie, jest nas cała kupa. Dokładnie dwadzieścia osób. A dwie jeszcze dojadą dzisiaj. Reszta zaraz tu będzie. – To super. Gdzie się zatrzymaliście? – Na kempingu Solaris, a ty? – Ja wynajmuję prywatną kwaterę, trochę bliżej. Długo będziecie? – Planujemy do dziesiątego sierpnia, chyba, że pogoda strasznie nawali. – Nie nawali, słyszeliście prognozy. No to zróbcie tu sobie gdzieś grajdoł i fajnie, że jesteście. – To na razie. Wybrali większy, wolny kawałek plaży i rozstawili leżaki. Nie było wiatru, więc nie chciało im się kopać grajdołu. Rozebrali się, rozkładając ciuchy jak najszerzej, żeby zająć więcej miejsca dla reszty. Położyli się czym prędzej, bo czuli jeszcze lekkie zmęczenie po wczorajszym. Przyjechali dość późno, ponieważ Bożena nie przekraczała osiemdziesiątki, a zrobili sobie jeszcze dłuższą przerwę na obiad. Potem formalności na kempingu i szukanie w miarę porządnego miejsca. Wybiła już siódma, kiedy wzięli się do rozstawiania namiotów. Cały dzień był upał, więc ledwo się ruszali. Dobrze, że w ostatniej chwili przyjechał Ludwik z Gabrysią. Ich pociąg spóźnił się prawie dwie godziny i jeszcze trochę, a wszyscy musieliby się dodatkowo męczyć z ich namiotem. Reszta przywlokła się na plażę później. Nadciągali partiami: najpierw Maciek z Bożeną, potem Maliniaki z rodziną Bazyliszków i w końcu cała reszta. Tak, że minęła co najmniej godzina, zanim wszyscy byli w komplecie. Seweryn serdecznie witał się ze wszystkimi, wymieniał kilka grzecznościowych zdań i pokazywał miejsce, które zajęli dla nich ci, co przyszli wcześniej. A kiedy wreszcie się usadowili, utworzyło się widoczne z daleka centrum towarzyskie plaży. Jan usadowił się pod parasolem. Robił tak zawsze, więc nawet nazywali go Jaś Parasolnik. W zeszłym roku, już pierwszego dnia zagadnął go o to Maciek. – Powiedz Jasiu, czemu ty zawsze, obowiązkowo siedzisz pod parasolem. – A o której idziemy dzisiaj na obiad? – No... jak zwykle, pewnie koło trzeciej. – To ty przez następne trzy dni będziesz syczał z bólu, a ja nie. A jak spotkamy się we wrześniu, będziemy wyglądali tak samo. Może się założymy? – Więc po co się w ogóle męczysz na tej plaży? – Bo lubię szum morza i liczę na jednego faceta w białej czapeczce, który jak zwykle będzie wyłaził ze skóry, żebym się tu zbytnio nie nudził. Na plaży w białej czapeczce paradował zawsze Maciek. A z tym bólem i z wrześniem też, Jan miał całkowitą rację. Bo rzeczywiście – tak właśnie potem było. Plaża powoli zapełniała się. Przyjechało sporo znajomych spoza ścisłego grona, którzy usadowili się w pobliżu. Nie było wiatru, więc choć niektórzy, dla zaznaczenia swojego miejsca, wykopali sobie grajdoły, nikt nie rozstawiał parawanów. Kaśka i Bożena wróciły z długiego spaceru brzegiem morza. – Kochani, zgadnijcie: kto tu jest tym razem? – spytała Bożena. – Królowa angielska? – zatrzepotał rzęsami Maciek. – Tak, królowa głupku! Siedzi na tronie w grajdole, w samej koronie tylko. – No mów, kogo spotkałaś – niecierpliwiła się Joanna. – Więc sto metrów dalej widziałyśmy Rafała Lamberga z jakąś fajną dziewczyną. – Tego słynnego opowiadacza dowcipów? – spytał Henryk. – Też. I aktora oczywiście. Nie bądź taki jadowity Heniu. – On przyjeżdża tutaj rok w rok, ale na ogół z nikim się nie integruje. – Jest i Marek Lewin z telewizora – dodała Kaśka. – Ale chyba nie w mundurze? – Co ty, tu nie dziennik po dobranocce. – Ma jeszcze przyjechać Zawiejski – zapowiedziała Agnieszka. – Ten koneser dojrzałych owoców? – Domyślam się, że ty Henryczku wolisz niedojrzałe. Miesiąc temu rozmawiałam z nim nad Wisłą. Będzie nas rzeźbił w piasku. – A pamiętacie Beatkę Majkowską od pogody? Była tu w zeszłym roku. To jest zgrabna dziewczyna... – O! Zobaczcie! – przerwał Przemek wskazując palcem na wydmę. – Tam w lewo! Mamy już podglądaczy! Rzeczywiście, wśród rosnących na niej krzaków kręciły się dwie męskie sylwetki. – Ależ ci na wydmach są płochliwi – dodał. Pamiętacie jak w zeszłym roku popędził ich nasz Jurek? – Ech, to było fantastyczne – potwierdził Jacek. Dziesięcioletni dzieciak gonił ich z kawałkiem patyka, a oni, chyba trzech facetów, zwiewali przed nim w podskokach do lasu. Jan postanowił rozwinąć temat. – Ale najlepsi są podglądacze plażowi. Kładzie się taki na brzuchu, w pobliżu jakiejś atrakcyjnej dziewczyny, ściąga majtki i wystawia tyłek do słońca. I tak wykręca łeb, żeby wszystko widzieć. A dla niepoznaki przykrywa go jakimś kapeluszem lub ręcznikiem i robi sobie szparkę. Można zdechnąć ze śmiechu. Kiedyś – słowo daję – widziałem jednego, co dziwacznie powyginany leżał parę godzin, a tego dnia akurat wiał bardzo zimny wiatr. I tak go przewiało, że jak wstał – a mówię wam, zajęło mu to mnóstwo czasu – to do domu szedł powykręcany na wszystkie strony. Naprawdę, przykro było na niego patrzeć. – No, jest i trzecia kategoria – dodał Ludwik. Wieczni spacerowicze, preferujący wahadłowe wycieczki. Brzegiem morza i oczywiście wzdłuż plaży naturystów. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. Tacy z kolei mają później problemy ze wzrokiem. Po urlopie muszą zaliczyć operację zeza. – Zapomnieliście o jeszcze jednej grupie – wtrącił Henryk – o artystach fotografistach. Taki amator kopie sobie płytki grajdołek, siada na kocyku, a obok kupka ciuchów. A w tych ciuchach aparat. Najlepsze do tego są starsze lustrzanki jednoobiektywowe, te bez pryzmatu. Siedzi sobie, zerka z góry na matówkę, a tu przechodzi ładna dziewczyna. To ją pstryk, wężykiem. Musi tylko kaszlnąć z refleksem, żeby nie usłyszała migawki. – Koniecznie powinniście zrobić z tego doktorat pod tytułem „Analiza porównawcza metod podglądactwa plażowego u schyłku dwudziestego wieku” – podsumowała złośliwie Agnieszka. Znacie się na tym świetnie. – A ty lubisz podglądaczy? – spytał Henryk. – Na ogół są nieszkodliwi. Po prostu mają jakieś niezaspokojone potrzeby. A my ciągle żyjemy w kraju, w którym władze co prawda drą koty z kościołem, ale jeśli chodzi o pruderię, to jeszcze go przewyższają. – Ty... Jasiu, nawet nie podejrzewałem, że masz taką postępową żonę! – O, tak, ale już sobie wyobrażam ten wycisk, gdyby to mnie zdybała w krzakach z lornetką! – A co, ty też masz jakieś niezaspokojone potrzeby? – spytała Agnieszka. – Każdy człowiek ma jakieś... – To teraz już wiem, po co przychodzisz na tę plażę, drogi mężu – Agnieszka zaczynała tracić dystans. – No tak, właśnie zaspokajam tu swoje potrzeby. Oj dziewczyno, dziewczyno... – Myślę – przerwał Henryk, że wśród nas – naturystów – jest mniej hipokrytów, niż gdzie indziej, ale i tu obłuda leje się strumieniami. Weźmy choćby te drwiny z chłopców-antenowców. Ale jednak większość z nas wkurza to, że w gazetach, w kinie, czy telewizji pod żadnym pozorem nie wolno pokazać jak się ludzi robi. Za to jak się ich zabija – bez ograniczeń. – Racja, mnie to też doprowadza do białej gorączki – potwierdził Jan. Że w Polsce skandalem jest pokazanie gdzieś kawałka cycka, a przerażające relacje z wybuchających w różnych miejscach świata wojen, gdzie rozerwane przez bomby trupy leżą pokotem – proszę bardzo. Niech każdy – nawet dziecię, obejrzy to sobie po bajce na dobranoc. – Albo te reportaże z różnych miejsc masowych zbrodni – dodał Henryk. – Przestrzelone czaszki, szkielety w zbutwiałych strzępach ubrań czy mundurów... Jak tylko gdzieś odkryją coś takiego, to napatrzcie się drodzy telewidzowie. Zbliżenie proszę... – Mam nieodparte wrażenie – przerwał Jan – że w telewizji pracuje kupa idiotów pozbawionych elementarnej wrażliwości. Może niektóre z tych tematów są na tyle ważne, że trudno, trzeba je pokazać – choć właśnie to powinno podlegać ścisłej reglamentacji. Ale podam inny przykład. W naszym ukochanym kraju zawsze był i chyba do końca świata będzie istniał nierozwiązywalny problem mięsa. A to kłopoty ze skupem, a to afera mięsna, a to braki w sklepach lub złe warunki sanitarne. I sto innych możliwości. Prawie codziennie coś się tu dzieje. I oczywiście za każdym razem – to jest reguła bez żadnych wyjątków – jakiś kretyn z telewizji uznaje za stosowne zilustrować temat poćwiartowanymi krowami i świniami wiszącymi na hakach. Lub innymi przyjemnymi obrazkami z rzeźni. I według niego nie narusza to niczyjej wrażliwości. Dzieci też nie – powinny się przyzwyczajać maleństwa nasze kochane. Byle tylko przypadkiem nie zobaczyły damskiego tyłka. Bo wtedy to jest dopiero zgroza. – Cóż – mamy koniec dwudziestego wieku – energia jądrowa, komputery, satelity, a u nas ciągle rządzi szóste przykazanie. Inne są jakoś mniej ważne – podsumował temat Bogdan. Zapadła cisza. Słońce grzało już ostro. Dziewczyny leżały plackiem na kocach, chłopaki na leżakach. A dzieci budowały chiński mur wokół plażowego obozowiska. Iza podeszła z Korkiem nieco bliżej morza, żeby rzucać mu patyki. Ubóstwiał taką zabawę. Leciał za każdym, ale oddawać za bardzo nie chciał. Był to śmieszny, brązowy kundelek wielkości niedużego kota. Z sympatyczną mordką i jednym uchem klapniętym, a drugim stojącym. W końcu Iza miała już dość, choć piesek ciągle był niezmordowany. Nieco z boku, kilka dziewczyn grało w siatkówkę. Sporo osób kąpało już się w morzu. Najmniejsze dzieciaki kręciły się przy brzegu i stawiały babki z piasku. Zbliżała się trzecia. Chociaż słońce wciąż jeszcze nieźle grzało, trzeba było się zwijać. Z jednej strony pora na obiad, a z drugiej, dalsze smażenie groziło poważnymi konsekwencjami. Zwłaszcza dla tych, którzy wcześniej nie odbyli wstępnego stażu nad Wisłą. Nikt nie lubi trzepania koców, mocowania się z zakleszczonymi rurkami od leżaków i wciskania butów na wilgotne, zapiaszczone stopy. Ale co robić... W małych grupkach, całe towarzystwo przywlokło się na wreszcie na kemping. A tam ciasno, namiot przy namiocie i sporo przyczep Niewiadów, zajmowanych przez biwakową elitę. Pora obiadowa w pełni. Wybrane przez nich miejsce trudno by uznać za ideał, choć i tak nieźle nakombinowali się wczoraj, żeby te kilka namiotów ustawić jakoś obok siebie. Nie było wyjścia, musieli rozbić się na patelni, gdzie nawet najmniejszy cień nie chronił przed prażącym słońcem. A w dodatku – na dość miękkim, piaszczystym podłożu. Z pawilonu sanitarnego wróciła Joanna. – Jeśli ktoś chce do kibla, to nie radzę. Chyba, że macie gumiaki. – No nie, nie przed obiadem! – oburzyła się Kaśka, która nakrywała właśnie do stołu. – Ja nawet nie mam zamiaru tam zaglądać. Nie wziąłem ze sobą maski gazowej – poinformował wszystkich Maciek. Zawsze chodzę do lasu, choć tam łatwo wdepnąć na minę. – Maciek do cholery... – Prysznice działają, ale woda zimna – dodała Joanna. – A jest coś w sklepiku? – Całe mnóstwo! Widziałam herbatę Ulung, dżem truskawkowy, margarynę i sól. To chyba wszystko. Octu nie ma. – A chleb? – Ma być rano. Ale najwyżej do ósmej. – No nieźle. Musimy ustalić dyżury i robić hurtowe zakupy w city. – Dobra, my możemy być pierwsi – zaproponowała Agnieszka. Więc uwaga! Wieczorem przyjmuję zamówienia na jutro.
Dziewczyny wyciągnęły z przedsionków gazowe maszynki na butle i już po chwili w powietrzu rozniosły się smakowite zapachy błyskawicznych zup w proszku. Dzieciaki grały w badmintona na pobliskim placyku. A Maciek chodził po wszystkich namiotach i zasłaniając sobie gębę, żeby przypadkiem nie ryknąć śmiechem, dyskretnie pokazywał palcem Jacka i Małgosię, w skupieniu pichcących swój obiad. No tak. Jak sięga pamięć, zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach, były to pulpety w sosie pomidorowym. Nagle, jak spod ziemi, wyrośli Agata i Kuba. – No nareszcie! Szukamy was już pół godziny! – Co, już przyjechaliście? Czeeść! Dajcie gębule – rzuciła się na nich Bożena. – Ile było mandatów? – spytała Kaśka. – Wyobraźcie sobie, że ani jednego. Raz tylko musiałam skorumpować milicjanta drobną kwotą. Nie ma o czym mówić. – Trzymamy tu dla was miejsce – powiedział Henryk. Zaraz obok Joanny. Ciasno jak cholera, ale jakoś się zmieścicie. A samochody stoją tam dalej – pokazał niewielki parking przy drodze wjazdowej. – Dobra, to wy się pożywiajcie, a my powoli rozstawimy namiot. Smacznego.
Agata i Kuba. Trochę tajemnicza para. Ona była stewardessą, a on drugim pilotem na Iłach. Rok temu obydwoje cudem uniknęli katastrofy, gdy „Kopernik” z Nowego Jorku, tuż przed lądowaniem, rozbił się w forcie wojskowym na Okęciu. Żyją, bo w ostatniej chwili zmieniono im harmonogram lotów. Zaraz po tym Kuba postanowił rzucić latanie, ale Agata wybiła mu to z głowy. – Nic dwa razy się nie zdarza – przekonywała. – Drugiej, tak strasznej katastrofy Iła nie będzie u nas przez następne sto lat. Więc został. Równy facet, choć trochę dziwak. Pilot, a bez samochodu. Podobno nie miał nawet prawa jazdy. Uraz jakiś, czy co? A przecież woziła go Agata, zawsze dwa razy szybciej, niż zezwalały przepisy. Wydawało się, że jedyne co może ich łączyć, to sprawy zawodowe. On – przystojniak, to prawda, ale dwadzieścia lat starszy. I nawet nie w tym rzecz... Mówiąc wprost, Kuba podobno nie garnął się do kobiet. To znaczy, miał chyba inne przekonania. Chyba, bo nikt z towarzystwa nie miał okazji przekonać się o tym osobiście. Należał do najstarszych bywalców plaży naturystów i o dziwo, zawsze przychodził z jakąś dziewczyną. Agata była już trzecia czy czwarta. I żadna nigdy nie zwierzała się, jak to właściwie z nim jest. Więc nikt niczego nie wiedział na pewno.
Nadchodził wieczór. Agata i Kuba wypoczywali przed namiotem po podróży, dzieciarnia poszła na huśtawki, a Maciek z Bożeną spali na materacach w otwartym przedsionku. Chrapanie rozlegało się na cały kemping. Reszta poszła na spacer do Morw. Po drodze mieli coś kupić na dzisiejszą, wspólną kolację. Jakąś wędlinę na kartki – oczywiście jeśli będzie, a do tego jajka i ogórki do kanapek. No i kilka butelek wina – najlepiej Gelalę lub Gamzę. Ostatecznie Sofię. Po powrocie zestawili kilka stołów kempingowych, poznosili fotele i krzesła – co tam kto miał. Na stole stanęło kilka talerzy kanapek i kubeczki do wina – prawie każdy inny. Usiedli, rozlali. – No to zdrowie naszych pań. Jak one będą zdrowe, to i my... – ryknął Ludwik na cały regulator. – Ty! Nie rób mi tu wiochy z takimi toastami! – przerwała mu Gabrysia. – To za słoneczne wakacje! – zaproponowała Agnieszka. Wypili do dna. Wszyscy rzucili się na kanapki. Przy stołach zapanował gwar. – Heniu – spytał Bogdan – ile ci jeszcze zostało kartek na benzynę? – Prawie siedemdziesiąt litrów, ale musiałem je sobie załatwić na lewo. Mam znajomego pompiarza. – Maciek, czy ty już aby nie dorastasz? – zgadnął nieco złośliwie Jacek. – Dorastam? O co ci chodzi? – Nie oblałeś dzisiaj żadnej dziewczyny. – Za to jutro obleję ciebie! Z czasem słychać było już tylko strzępy rozmów: – Mówię ci, tę pomarańczową bluzeczkę kupiłam za grosze. A to czysty jedwab. – Już trzeci raz musiałem w Ładzie wymienić wałek rozrządu... – Uwielbiam Oldfielda. Te jego „Dzwony rurowe”... – W przyszłym roku sprzedaję namiot i kupuję używaną przyczepę... W miarę wypitego wina, rozmowy przy stole cichły. Robiło się ciemno. A wraz z zapadającym zmrokiem nad kemping nadciągnęły chmary komarów. I co chwilę rozlegały się wrzaski: – Kurde... co za wredne bydlaki! Żrą jak cholera! – To załóż kurtkę z kapturem... – Ja łykam witaminę B i po krzyku. Ludzie rozchodzili się gdzieś i wracali, plotąc coś bez większego sensu. Do siedzącego nieco z boku Przemka podeszła Agata i usiadła mu na kolanach. Zdziwił się, ale czekał co będzie dalej. Rozejrzała się, czy nikt nie patrzy i delikatnie pocałowała go w usta. I przytuliła się, a wtedy on pocałował ją mocniej. A potem ich pocałunki stawały się coraz bardziej gorące i gwałtowne. Poczuła, że jego ręka wędruje w kierunku jej piersi. Odsunęła się. – Daj spokój, nie róbmy tego. – Ale czemu... – Bo nie – odpowiedziała stanowczo, lecz bez gniewu. Pocałowała go jeszcze raz, jak na początku – lekko i poszła.
A komary cięły coraz bardziej.
IV
Ksiądz Tokarczyk, proboszcz miejscowej parafii, przechadzał się z brewiarzem w ręku po przykościelnym dziedzińcu. Dopiero dziesiąta rano, a już taki upał. Czuł jeszcze niestrawność po wczorajszej kolacji z komendantem ochotniczej straży pożarnej, więc jak mógł, chronił się przed słońcem w cieniu starych, gotyckich murów kościoła. Kątem oka zobaczył grupę żywo gestykulujących kobiet idących w jego stronę. Kilka metrów za nimi, szedł prowadząc rower Mroczek, były kierownik miejscowego GS-u. O ile kobiety zawsze pilnie uczestniczyły w życiu parafii, to Mroczek był starym bezbożnikiem, który pod koniec wojny walczył w partyzanckich oddziałach AL. Miał nawet przestrzelone płuco, przez które już od kilku lat był na rencie inwalidzkiej. Diabli ich nadali – pomyślał ksiądz. Akurat dzisiaj, jak ledwo żyję po wczorajszym. Pewnie kolejna kłótnia o tę kapliczkę na środku drogi do szkoły. – Bedzie pochwalony! – jeszcze z daleka zawołała w stronę księdza Gawronowa. – Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz, nie próbując nawet ukryć grymasu niezadowolenia z nagłej wizyty. Co tam znowu kobiety? – My tu przychodzim do księdza, żeby ksiądz jutro z ambony powiedział do słuchu tym naszym chłopom, co to za robote sie nie biorom, tylko im teraz te gołe we łbie siedzom. – Zaraz, zaraz, co z ambony? – A bo najechało się tu tych zboczeńców z całej Polski, leżom gołe na plaży, a chłopy durne, robota czeka, a oni po wydmach łażom i się gapiom. – A nie możesz kobieto swojemu przez łeb dać, żeby na wydmy nie łaził? – On sie nie przyznaje, gada głupi, że po urzędach musi chodzić, ale Malakowa go przydybała, jak z jej Szymkiem z wydmy wracał. Co nie Bronka? – A prawda, widziałam ich, skaranie boskie, na własne oczy ich widziałam. – A co ci twój Szymek mówił, jak go przy tej wydmie nakryłaś? – A że sołtys mu kazał sprawdzać, czy wydmy nie rozdeptane. – Dużo waszych chłopów teraz te wydmy sprawdza? – Ano już ja widzę, jak oni te wydmy sami rozdeptują, tyle ich tam. – I niech ksiądz sam powie, że też naród katolicki taki, a tyle tych zboczonych po świecie łazi. I akurat do Morwów musieli przyjechać. Mroczek, który dotąd stał z boku i słuchał, podszedł bliżej i wtrącił: – Bo też takie z was katoliki. Przykazania znacie, ale macie je gdzieś. Potem do spowiedzi i znów święte jesteście. – Po coś za nami lazł antychryście jeden – wydarła się na niego Makowska. Głupoty tu będzie gadał. Polska katolicka jest! Najbardziej w całej Europie. Papieża swojego mamy! – A czy przez to u nas mniej złodziejstwa jest, niż gdzie indziej? Mniej się zabijają, mniej chlają – co? Ile razy twój Romuś, jak napity był, zlał cię po pysku, że się przez tydzień nie pokazywałaś z chałupy? A w każdy post, pół dnia w kościele krzyżem leży! – Niech ksiądz mu co powie, bo jak go czym walne, to razem z tym rowerem na drzewo poleci! Ty pewnie też cały dzień na wydmie siedzisz, a nam tu bedziesz o przykazaniach gadał. – A czy ksiądz by nie mógł wzionść kropidła i ich z tej plaży prześwięcić? – spytała Gawronowa z nadzieją w głosie. – Co, mam z krzyżem za tymi tam – bezwstydnikami – po plaży latać? – A może by to co dało. Chłopy za robote by się wzieły i znów by było jak Pan Bóg przykazał. – Ja tam Boga obrażał nie będę. Ale jeszcze dziś pójdę do komendanta, niech ich milicja pałami przegoni. – O, o, prosze księdza, niech ksiądz idzie. Władza nas musi przed zboczeniem bronić. Bóg zapłać. – Bóg zapłać kobiety. I postraszcie swoich, że ich milicja na tych wydmach za niszczenie będzie łapać. – Chodźcie kobity, żeby tylko komendant nie nachlany był, bo wtedy to on dupy z komendy nie ruszy.
V
Plaża zapełniała się szybko. Na zapowiedziany za kilka dni zjazd w Morwach zjechali już niemal wszyscy, którzy wcześniej deklarowali swoją obecność. Na przestrzeni kilometra wprost roiło się od nagich ciał. Jan, jak zwykle tkwił pod swoim parasolem. Tuż obok, w olbrzymim, płytkim grajdole smażyła się reszta towarzystwa. Nieco dalej, Iza z bliźniakami bawiła się dużą piłką plażową. Między nimi skakał na swych krótkich łapkach Korek, próbując odbijać ją nosem. Była dwa razy większa od niego. Najbliżej Jana, na bajowym kocyku w biedronki, leżał Przemek. Spał, wystawiając brzuch do słońca. Na jego twarzy malował się lekki, błogi uśmiech. – Joasiu – cicho odezwał się Jan – zobacz jakie przyjemne sny musi mieć twój małżonek. Spójrz na jego minę. Na pewno śnią mu się jakieś kobitki. – A co, mało mu jeszcze bab dookoła? – odpowiedziała Joanna. – Nie... jak go znam, to śni mu się wielka, gorąca porcja golonki i kufel piwa. W każdym razie panienki na pewno nie. – Skąd wiesz? – To chyba widać! – Aha. N... no tak. W tym momencie lekki wiatr zniósł piłkę wprost na Przemka, a wraz z nią, na jego brzuchu wylądował jak bomba Korek. Przemek zerwał się z koca i nie całkiem jeszcze przytomny wrzasnął: – Maciek, ty cholero, ja cię chyba... – Co Maciek, co Maciek, zawsze Maciek! Ja tu sobie leżę niewinny jak osesek, a ten – o – napada na mnie! Zawsze za wszystko obrywa biedny Maciuś! – żalił się Maciek. – To nie on, przynajmniej nie tym razem – potwierdził Jan. – Przepraszam cię Przemku, to Korek – powiedziała Iza. – Poleciał za piłką i... Już stąd idziemy. Chodźcie dalej dzieciaki. – Spałeś z taką rozradowaną miną, że aż zastanawialiśmy się tu wszyscy, co takiego może ci się śnić – zagadnął Jan. – Ja mówiłem, że baby, a twoja, że golonka z piwem. – Tak, ona zawsze gada, że ja marzę tylko o żarciu. – To się przyznaj, co... – A... Nie wiem... Miałem taki głupi sen. Tylko się nie śmiej. Że jestem szwajcarskim księciem i jadę odkrytym Rolls-Roysem po swoich latyfundiach. Dziwne. Dlaczego akurat szwajcarskim?! – A fajnych dziewczyn to w tym Rollsie z tobą nie było? – Były, nawet dwie, ale... – Wiedziałem! – Daj dokończyć! Były, ale nic z tych rzeczy. Może obudziłem się za wcześnie. Ale teraz tak sobie myślę, czemu przyszedłem na świat tu, w tej biednej Polsce, a nie w bogatej Szwajcarii. Albo dlaczego z urodzenia jestem prostym człowiekiem, a nie na przykład jakimś nadzianym księciem.
Przemek należał do ludzi, z którymi Jan zawsze lubił dyskutować. A na plaży robili to pasjami, zabijając czas. Czuł się przy nim bardziej elokwentny, mądrzejszy niż zwykle. Czy tak było rzeczywiście, czy to raczej złudzenie? Bo z kolei przy niektórych, jakby uchodziło z niego powietrze. Nie dlatego, żeby specjalnie górowali nad nim intelektem. Nie. Ale oni wydzielali z siebie jakąś mentalną toksynę, która zatruwała jego umysł i nie pozwalała mu normalnie myśleć. A już szczególnie taki jeden z jego dawnej pracy. Chyba nigdy nie zapomni tego typa. Spotykali się nieraz w korytarzu. Czy miał coś hipnotyzującego w oczach? Coś takiego jak wąż wpatrujący się w przyszłą ofiarę? Jego twarz nie wyrażała nigdy żadnych emocji. Ale Jan wprost nie cierpiał z nim rozmawiać, bo nawet wymiana poglądów na temat wdzięków Maryni, po kilku zdaniach przekształcała się w jakiś cholerny koszmar.
Może dlatego niektórzy w takich przypadkach mówią o chemii między ludźmi. Dobrej lub złej. Jednak Jan przychylał się raczej ku cybernetycznej teorii sprzężeń zwrotnych – jako bardziej uniwersalnej. Sprzężenie to jest dodatnie – myślał formułując swoją osobistą wersję tej teorii – kiedy w trakcie kolejnej wymiany zdań wzajemne relacje wznoszą się na coraz wyższy poziom. I odwrotnie, jeśli sprzężenie jest ujemne. Chociaż – jak w każdej regule – i tu bywają wyjątki. Takie jak Ania z Zielonego Wzgórza. Z powieści z dawnych, szczenięcych lat, do której zdarzało mu się nieraz cichcem powracać. Ta jej cudowna umiejętność pozyskiwania sympatii nieprzychylnych osób... Są tacy ludzie. Ale to prawdziwa rzadkość.
– Dla mnie – po dłuższej chwili odpowiedział Jan – znacznie ciekawsze jest pytanie, dlaczego jestem człowiekiem, a nie mrówkojadem. Albo stonogą. – No tak! Dokładnie! Byłem pewien, że też miewasz takie dylematy. – Pewnie każdy je ma. A odpowiedź jest chyba bardzo prosta: rodzi się i człowiek, i mrówkojad. Z tym, że jako człowiek mogę snuć takie rozważania, bo myślę abstrakcyjnie i posiadam swoje „ja”. A mrówkojad nie. – Wiesz, na ten temat często nachodzą mnie różne refleksje. I tak sobie kombinuję: co to za cholerstwo – to „ja”? – Hm... – Jan spojrzał na pierzaste chmurki wolno płynące po niebieskim niebie, jakby szukając w nich natchnienia – to jaźń, a mówiąc nieco bardziej opisowo – samoświadomość. – Nie gadaj, to przecież synonimy. – No tak. Więc sądzę, że to jest możliwość samoobserwacji, samooceny, świadomego budowania własnej osobowości. – I co, tylko ludzie tak mają? – W każdym razie – umysłowo rozwinięty człowiek. – Powiem ci, że w związku z tym często nurtuje mnie też inne, nieco mniej sympatyczne pytanie. Czy kiedy już wyciągnę kopyta, to moje „ja” też umrze – że tak powiem – ostatecznie? A może odrodzi się kiedyś w nowym ciele. I jeśli tak, czy to będzie ciało człowieka, czy jakiegoś futrzaka, albo jeszcze gorzej? – Jeśli chcesz znać moje zdanie, to nie wierzę w żadną reinkarnację. – Ale reinkarnacja – polemizował Przemek – to przecież wędrówka dusz. A jaźń wcale nie musi być jakimś tam kawałkiem duszy. Może jest czymś niezależnym, oddzielnym! – No tak. Niby każdy noworodek ma duszę, a czy ma samoświadomość? Chyba nie. Ale już dziecko, nawet małe, na pewno. Myślę, że w miarę poznawania samego siebie, noworodek stopniowo buduje swoją jaźń. Pewnie przebiega to poprzez „ewolucję zaimków”. Najpierw pojawia się „moje” – grzechotka, butelka z mlekiem, a dopiero potem „ja”. – No właśnie! – Ale i tak jestem pewien, że nasze „ja” istnieje tylko raz, wraz z nami. To znaczy, że nie było go nigdy przedtem i nie będzie w przyszłości. – A zwierzęta? Może niektóre, w przeciwieństwie do noworodków, mają jaźń, nie mając duszy. – Myślę, że świadomość posiada wiele gatunków zwierząt. Czy dżdżownice, nie wiem, ale mrówki – sądząc po ich społecznych zachowaniach – pewnie tak. – A samoświadomość? Czyżby tylko ludzie... – Czytałem, że zrobili gdzieś taki eksperyment. Śpiącemu szympansowi namalowali na głowie kółko. A ponieważ miał w swojej klatce lustro, jak się potem obudził – zobaczył to i próbował je sobie zetrzeć. Wiedział, że to kółko ma na swojej głowie, nie tylko na obrazie w lustrze. Więc widział tam siebie, a nie jakiegoś innego szympansa. Sam powiedz Przemek, czy to nie jest namacalny dowód na samoświadomość? – Bo ja wiem... Chyba tak. A inne zwierzęta? – Trudno powiedzieć. Ale podobno w przypadku kota ten eksperyment zawodzi. Kot patrząc w lustro widzi tylko drugiego kota. Więc raczej nie ma swojego „ja”. Ale posiada świadomość i zdolność gromadzenia doświadczeń życiowych. No i instynkt rzecz jasna też. I to przysłowiowy. – A może samoświadomość nie jest pojęciem zerojedynkowym. I bywa mniej lub bardziej rozwinięta. – Być może. A nawet prawdopodobnie. Jak u noworodka. „Ja” nie funkcjonuje, ale „moje” – tak. – A tak w ogóle... Janie, jak myślisz, czy człowiek rzeczywiście ma duszę? – Ależ dylemacik! Jej istnienie, lub nie, może być wyłącznie kwestią wiary. A jeśli coś stanowi domenę wiary, to nauka nie musi i wręcz nie powinna się do tego wtrącać. Nie mówię o teologii, bo ta jest dziedziną scholastyki, a nie nauki. – I co, nie próbuje się wtrącać? Nauka znaczy się. – Znane są doświadczenia mające udowodnić istnienie duszy. Musiałeś pewnie o czymś takim słyszeć. Zważono człowieka na chwilę przed śmiercią i zaraz po. Okazało się, że po śmierci ważył 21 gramów mniej. Więc wyciągnięto wniosek: tyle waży dusza, która ulatuje w chwili śmierci. – Rzeczywiście, czytałem, że ulatuje i w dodatku jeszcze jakiś czas obserwuje ciało z góry. – W takim razie sam powiedz – jeśli waga maleje, to znaczy, że dusza jest cięższa od powietrza i nie może się unosić. Więc raczej brniemy po kolana w duszach zalegających na ziemi. – No tak! – w oczach Przemka zapaliły się wesołe iskierki – Depczemy te biedne duszyczki! A żeby dusza mogła się unosić, powinna być jak balon z wodorem na przykład. Ale wtedy... po śmierci człowiek ważyłby więcej niż przed! – No właśnie. – Więc co tyle waży? – Nie mam pojęcia. Może ostatnie tchnienie. Woda i dwutlenek węgla są cięższe od powietrza. Chociaż, diabli wiedzą – może są jeszcze jakieś inne procesy. – A ja wiem, co bywa takie ciężkie! – No? – Sumienie!
Dochodziło południe. Seweryn był w swoim żywiole. Wszędzie go było pełno. A szczególnie lubił urządzać różne happeningi na plaży. Jedni go za to chwalili, inni mieli za złe. Właśnie na tą chwilę zaplanował rewię przebierańców. Do urządzenia scenografii imprezy, przyciągnął skądś starą sieć rybacką. Rozwiesił ją na wyrzuconych przez morze deskach. Najwięcej uciechy miały oczywiście dzieciaki, które postrojone, z kolorowo pomalowanymi gębulami, przedstawiały Indian, skrzatów – co tam kto sobie wymyślił. Kilku plażowiczów zawinęło się w białe prześcieradła i udawało Arabów, inni przystroili się w gałązki krzewów, czy wycięte z gazety ubrania.
Henryk obserwował to z niezbyt zadowoloną miną. – Powiem wam, że Seweryn już nieco przegina z tymi imprezami. – A co ci to przeszkadza – zaoponował Maciek – przynajmniej nie jest nudno. – Robi się jarmark. Ja wolę jak jest spokój, każdy w swoim towarzystwie... – Starzejesz się chłopie, pamiętam, że kiedyś nie miałeś nic przeciwko temu. – Nigdy tego nie lubiłem. – Ale na basen w zimie na Inflancką chodzisz. A tam też kupa atrakcji. – Chodziłem, to prawda, ale odkąd na brzegu basenu zaczęli urządzać dyskoteki, przestałem. Nie uważasz, że widok trzęsących się golasów, facetów zwłaszcza, jest cokolwiek żałosny? – Może, ale przecież tańców obowiązkowych tam nie było. A ja sobie siedziałem w wodzie. Taka cieplutka... Mmm... Chyba z trzydzieści stopni. Ty wiesz, kiedyś się zastanawiałem, dlaczego tam woda jest zawsze aż tak ciepła. I myślę, że musi taka być, bo inaczej ten balon nad basenem klapnąłby nam na łeb. Praw fizyki... Wstał, bo przy falochronach zrobiło się jakieś zamieszanie. – Co się tam dzieje? – spytał zaintrygowany. – Chodźmy zobaczyć! Zebrała się tam grupka młodych dziewczyn i chłopaków. Białym kremem wypisali sobie na brzuchach wielkie litery: S O L I D A R N O Ś Ć – po literze na osobę. Potem powoli i ostrożnie wchodzili na słupki falochronu, każdy z nich na jeden. Nie było to łatwe: poszczególne pale oddalone były od siebie prawie o metr i sporo wystawały nad powierzchnię wody. Ostatni stał już na dość dużej głębokości. Kilka osób spadło i trzeba było poprawiać napisy. Więc trochę to trwało, zanim wszyscy ustawili się jak trzeba i można było zobaczyć szpaler – naprzemian dziewczyn i chłopaków, tworzących wspólnie napis „Solidarność”. Otoczyła ich wielka grupa gapiów, w tym niemal połowa przypadkowych tekstylnych. Rozległy się pierwsze, nieśmiałe okrzyki: – Solidarność! Solidarność... Były brawa, trzaskały migawki aparatów fotograficznych. Ci na falochronie podali sobie ręce. Okrzyki stawały się coraz głośniejsze, a już po chwili prawie wszyscy skandowali: – So-li-darność! So-li-darność! So-li-darność! So-li-darność!... Jan patrzył na to z dość mieszanymi uczuciami. – No bracie, jeśli dowiedzą się o tym jakieś lokalne władze – odezwał się do niego Henryk – to mamy przechlapane. Przecież jeszcze jest stan wojenny. – Dowiedzą się, to jasne – odpowiedział Jan. – Zobacz, ilu ludzi robi zdjęcia. – I pewnie niektórzy z tych tekstylnych, co teraz tu sterczą i krzyczą, chętnie wykorzystają to jako pretekst, żeby wywalić nas z tej plaży. – To możliwe. – Sam widzisz Jasiu, że miałem rację. Seweryn przesadził z tymi imprezami. – Ale przecież on tego nie wymyślił. To wyszło tak jakoś spontanicznie. – Co z tego. Zrobił happening i wymknął mu się z rąk. Nie zapanował nad tym.
Seweryn stał samotnie z boku i milczał. Też czuł, że mogą być problemy. Już nieraz miał kłopoty z milicją za sianie publicznego zgorszenia i to nawet bez żadnych imprez. Zwykle protestowała miejscowa ludność, wspierana przez kościół. Kilka razy odsiedział też swoje dwadzieścia cztery do wyjaśnienia. Teraz mają idealny pretekst, żeby rozgonić całe towarzystwo. Nie tylko „moralny”, ale i polityczny. A za tydzień wybory miss natury, rozreklamowane na całą Polskę. Zjedzie się mnóstwo gawiedzi, część specjalnie na wybory.
Westchnął ciężko, wrócił do swojego grajdołu i zastanawiał się, co będzie dalej.
VI
Kapral Wiśniewski siedział przy biurku jak myszka i bał się oddychać. A komendant posterunku MO w Morwach miotał się po pokoju z pianą na ustach. Zatrzymał się wreszcie na moment i nerwowo wykręcił numer Komendy Wojewódzkiej. Ale oficer dyżurny się nie zgłaszał. Z hukiem odłożył słuchawkę i znów ryczał na cały posterunek: – Co za kutasy jedne! Debile! Zamiast siedzieć cicho i opalać te swoje dupy w słońcu, zachciało im się demonstracji! Spróbował ponownie, ale telefon wciąż nie odpowiadał. – A jeszcze w południe był u mnie proboszcz, w sprawie interwencji. Nie lubię tego klechy jak cholery i gówno bym z tym zrobił. Ale jak tak...! W stanie wojennym! Co jest z tym dyżurnym... O nareszcie. Sierżant Jakubiak. Tak, z posterunku Morwy. Z porucznikiem Zawadzkim proszę... Co? Weekend? Dopiero w poniedziałek? A kto go... Nikogo już nie ma? Rzucił słuchawkę. – Kurwa, nikomu się robić nie chce. Dopiero w poniedziałek. – To może sami pogonimy im kota – pisnął Wiśniewski. – Nie sami – tu trzeba pluton ZOMO z pałami. Ma być o tym głośno! Usiadł. – Musimy zaczekać – dodał. No, ale będą mieli za swoje, te gołodupce pieprzone. Już ja im zrobię lany poniedziałek, chociaż to nie Wielkanoc.
***
Była już piąta, kiedy Seweryn dowlókł się do swojej kwatery. Był pewien, że nad zjazdem gromadzą się czarne chmury, choć akurat pogoda była bez zarzutu. Przy samym wejściu, na drewnianej ławeczce siedział Leon, gospodarz domu. Kiedyś był tu, w Morwach, sołtysem, ale podpadł za brak pokory wobec władzy i teraz prowadził coś w rodzaju prywatnego pensjonatu. – Co masz taką spiczniałą minę – spytał Seweryna. – A bo dzisiaj na plaży... – Wiem, wiem, już gadają o tym w Morwach. – Popatrz Leon, zanim zdążyłem się zorientować, oni już stali na tym falochronie. – Nie twoja wina. Ale smród będzie. Jak znam Jakubiaka, naszego komendanta milicji, zrobi z tego aferę. Bo tak po prawdzie, zawsze był świnią. – Ty go dobrze znasz? – No jak to, chodziłem z nim do szkoły, to wiem. – Jaki on jest? – No mówiłem. Świnia i pijak. Straszny służbista, ale za wódkę już niejednej sprawie łeb ukręcił. – A ty jak z nim teraz żyjesz? – Jeśli mogę, omijam go na kilometr. Ale szacunek u niego mam. Gdyby nie ja, nie skończyłby chyba nawet podstawówki. Brał u mnie korepetycje – Jak myślisz, gdyby go tak zabrać do knajpy i przyprawić solidnie, dałoby się to jakoś zatuszować? – To zależy. Jeśli już zdążył zadzwonić gdzie trzeba, to po ptakach. I musiałbyś mieć do niego podejście. – Leon, a ty? Nie pomożesz w potrzebie? – Wolałbym się w to nie mieszać. Już ci mówiłem, staram się nie wchodzić mu w drogę. – Proszę cię, pogadaj z nim jakoś. Ja zorganizuję wszystko – wódy ile trzeba, ze dwie, trzy dziewczyny do towarzystwa. Będę ci wdzięczny do grobowej deski. – Oj Seweryn, wchodzisz na złą drogę. – Coś muszę zrobić. Za kilka dni miss natura, cała Polska będzie o tym gadać. Leon wahał się przez dłuższą chwilę. – No dobra. Ale niczego nie obiecuję. Bo i tak może jest już za późno. A i Jakubiaka nie można być pewnym. Jeśli śni mu się awans, nic z tego. – Dzięki, jesteś super. – To ty zrób sobie teraz coś do żarcia, a ja pójdę do jego chałupy, pewnie już tam jest. Zaniosę mu jego wędkę, co ją kiedyś u mnie zostawił.
***
Dom Jakubiaka stał nieco na uboczu Morw. Niezbyt stary jeszcze, ale już dość zaniedbany. Murowany klocek bez gustu, z cokołem wykładanym potłuczonymi talerzami. A wokół zarośnięty chaszczami ogród. Drzwi otworzyła jego żona, wysoka, chuda kobieta o niezbyt sympatycznym wyrazie twarzy. – Cześć Justyna, jest Stefan? – Jest, ale śpi od przyjścia z roboty. – Cholera, to chyba przyjdę później. Z sypialni rozległ się donośny głos. – Co jest Justyna, kogo tam przyniosło? – Nie śpisz już? Leon przyszedł do ciebie. Po chwili zza drzwi wyłonił się komendant w podkoszulku i krótkich gaciach. – O, cześć Leon, dawnośmy się nie widzieli. – No tak się zeszło... Przyniosłem ci wędkę. – Dobra, wejdź brachu. Justyna, daj no coś do rozlania na stół. Zniknęła w kuchni, a po chwili wróciła z butelką wódki i dwoma wyszczerbionymi nieco kieliszkami. Potem zjawiła się jeszcze raz ze słoikiem kwaszonych ogórków. I bez słowa wyniosła się na podwórze. Leon przestępował z nogi na nogę. – Nie wiem czy ci nie przeszkadzam, Stefan. – Co ty chłopie, ty zawsze będziesz dla mnie gość. No, czego tak stoisz. Usiedli. Jakubiak napełnił obydwa kieliszki. Wypili bez zakąszania. Nalał jeszcze raz. – No co tam Leon, gadaj o co chodzi. Przecież nie musiałeś tu ganiać z tą wędką. – Głupia sprawa Stefan. Słyszałeś o tych golasach... – Słyszałem?! Ja ich tak, kurwa, pałami załatwię, że drzazgi będą z dupy wyciągać ruski miesiąc! – Co ty na nich taki zawzięty jesteś. – Mnie tam oni dyndają. Ale żeby mi tu pod nosem demonstrację polityczną urządzać?! W stanie wojennym?! – Wiesz, u mnie mieszka ten ich naczelnik, czy jak mu tam. Fajny gość. Jak mi o tym opowiadał, to aż się trząsł z oburzenia. Powiedział, że tym palantom, co wiesz, nogi z dupy powyrywa. – No i co, ja już mam być zadowolony? – No nie, sprawa jest zbyt poważna, cholernie poważna. Ale może jakoś da się ją załatwić. Mówiłem ci, że to równy gość. Bardzo chciałby z tobą pogadać. – Wypijmy. No, lu brachu. – Mocna. To nasza? – spytał Leon – Radziecka. Sześćdziesiątka. – Dobra. Więc, jak mówiłem, ten facio chciałby cię zaprosić do Muszelki i porozmawiać... Ściszył głos. – Weźmie ze trzy dupy i pogadacie sobie przy dobrym żarełku i trunkach. – Daj spokój Leon! – Co ci szkodzi... – Nie mogę. – Ja też bym tam był. – Chyba nie da rady. – Nie daj się prosić Stefan. – No nie wiem. Te dupy to z plaży będą? – No, ma tam fajne niektóre. – Ale ja w tej sprawie niczego obiecuję. Jeśli w województwie już wiedzą... – A dzwoniłeś do nich? – Na razie nie – skłamał – ale... – Stary... więc nic nie obiecujesz, tylko pogadamy. No co? – Dobra. Zobaczymy. To o której? – O której ci pasuje? – O dziesiątej. – To jesteśmy umówieni. Dziś Muszelka czynna długo, bo sobota. Dzięki. Na razie. – Cześć Leon.
***
Dochodziła już dziesiąta. W kącie ciemnej sali restauracji Muszelka, przy dwóch zestawionych stolikach, siedzieli – Leon, Seweryn i trzy dziewczyny: Beata, Monika i Julka. Komendanta jeszcze nie było. – No Seweryn – zagaił Leon – muszę cię pochwalić. Masz dobry gust. Takie piękne dziewczyny... – Leon, tylko uważaj, to są porządne dziewczyny, a nie jakieś... – No skąd. Musimy tylko szybko schlać Stefana, żeby mu coś nie odbiło. – Seweryn, obiecywałeś, że nic z tych rzeczy – zaniepokoiła się Monika. A Julka dodała szybko: – Cycek to ja mu nawet raz mogę pokazać. Ale jak będzie leciał do mnie z łapami, to – Seweryn, żebyś potem nie miał pretensji – dam w mordę jak nic. – Sam mu dam w mordę, jeśli będzie niegrzeczny – zapewnił Seweryn. Leon, jaki on jest do kobiet? – Trudno powiedzieć. Słynie z tego, że jest pijak, a nie dziw... znaczy się, chyba specjalnie cięty na baby nie jest. Najlepiej na początek gadajcie o pogodzie, niech wypije ćwiartkę, potem załatwcie sprawę i wlejcie w niego następną ćwiartkę, czy ile tam wyżłopie. Ja go do chałupy odprowadzę. W tej chwili otworzyły się drzwi i do sali wszedł komendant. Ubrany po cywilnemu, choć w niebieskiej, milicyjnej koszuli. Przemysławkę czuć było na kilometr. Rozejrzał się. Leon wstał z miejsca i przywitał go wylewnie. – Proszę państwa, chciałbym przedstawić. Stefan Jakubiak, nasz komendant. – Monika. Miło mi. – Julia. – Beata. – Seweryn. To ja jestem tym winowaj... – To co zamówimy – pośpiesznie przerwał mu Leon, patrząc na Stefana. Dziś mają tu czystą, jarzębiak i pliskę dla smakoszy. I niezłe ryby. Zawsze świeżego węgorza – polecam. – Dobra, niech dadzą tego węgorza i jeśli o mnie chodzi, czystą wódeczkę – zaproponował komendant. – Ale zimną. – A my co dziewczyny. To samo? – spytał Seweryn. – Może być. – Ty też Leon? – Mhm... Podszedł do bufetu złożyć zamówienie. Przy stoliku zapanowała ciężka atmosfera. Trzeba było o czymś gadać. Więc Leon zwrócił się do Beaty: – Na długo tu przyjechałyście? – Chcemy zostać do dwunastego. Na tyle mamy opłacony kemping. – No, Morwy robią się słynne na całą Polskę. Wszędzie o nas piszą. Czy pamiętasz Stefan, żeby kiedyś przyjeżdżało tu tyle luda, co teraz? – Ja to mam z tym tylko więcej kłopotów. A nikogo nowego do roboty nie dają. – A jak się sprawuje ten młody... no... Wiśniewski? – Szczeniak jeszcze, doświadczenia za grosz, sam muszę wszystko robić. Do stolika wrócił Seweryn, a tuż za nim kelnerka z tacą. Rozstawiła talerzyki i kieliszki, aluminiowe widelce i noże, podała pieczywo i zakąski, a na koniec rozlała wódkę. – No to zdrowie naszej milicji, żeby się nam żyło spokojnie i bezpiecznie – zagaił Seweryn. Odwrócił głowę, bo miał pewne obawy co do swojego wyrazu twarzy. Wypili do dna. To znaczy mężczyźni, bo dziewczyny ledwo umoczyły usta. – Powtarzamy. Lej Leon. – Ostry jest ten Seweryn. Mówiłem ci Stefan, to równy facet. Umie wypić. – Zdrowie pań! – Spróbuj tego węgorza. Dobry jest. – To jeszcze raz. Szło nieźle. Kelnerka przyniosła drugą butelkę. Leon rozlał następną kolejkę. – Twoje zdrowie Stefan – zawołał. – Wiesz co, my tu wszyscy już mówimy sobie na ty. Oni – wskazał na Seweryna i dziewczyny – to w ogóle mają taką zasadę. A ponieważ już się znamy... bo my się już znamy, co Stefan? Dziewczyny, znamy się? – No jasne. My jesteśmy Monika, Beata i Julia. – Stefan – rzucił komendant. Robił się już trochę czerwony na gębie. – A ja Seweryn. No co jest Leon, czemu kieliszki znowu puste? Wypijemy brudzia ze Stefanem. Z naszym komendantem kochanym. Tak będzie po chrześcijańsku. Komendant wstał i zrobili misia. Wypili do dna. Leon nalał mu znowu. – Teraz z dziewczynami. No Monika... Stefan pił z każdą z osobna, a Seweryn wciąż dolewał mu do pełna. Kelnerka przybiegła z trzecią butelką. Leon oparł rękę na ramionach komendanta. – Stary, oni są równiachy, ci naturyści. Sam widzisz. Seweryna to już znam chyba ze trzy lata. Ale przyjechali jacyś gówniarze, chcieli trochę narozrabiać, no i stało się. Seweryn wie którzy i mówiłem ci – już on im nogi z dupy... Odwrócił się i mrugnął do niego porozumiewawczo. – Tak jest, powyrywam – zapewnił Seweryn. – No powiedz Stefan, da się to jakoś... – ciągnął Leon – bo wszyscy letnicy mi, cholera, powyjeżdżają i potem całą zimę będę ssał łapę. – Wiesz przecież, żże cię lubię Leon – komendant miał już pewne trudności z mówieniem – ale jeśli w wooojewództwie już wiedzą, too... kiła. – Zróbmy tak. Jeśli będą coś brzdąkać, powiesz im, że załatwiłeś to już we własnym zakresie. Nie musiałeś nikogo prosić o żadne wsparcie. Zdławiłeś to w zarodku, razem z tym swoim Wiśniewskim. A jak będzie trzeba, Seweryn potwierdzi, że interweniowałeś. Jeszcze ci podziękują. No nie Seweryn? Co jest, znowu kieliszki puste? Rozlali. – Oczywiście, że potwierdzę. Mało tego. Nawet świadków będę miał! – To nasze kawalerskie. I jeszcze raz....
Była dwunasta, jak komendant zwolna odpłynął w niebyt. Leżał z gębą na stoliku i chrapał jak hipopotam. Dziewczyny wróciły na kemping, a Seweryn z Leonem wzięli go pod ręce i zawlekli do chałupy.
A w następnych dniach, wśród plażowej gawiedzi rozchodziła się wieść, że Seweryn, prezes Polskiego Towarzystwa Naturystycznego schodzi na psy. Widziano go pijanego, z dziewczynami, w jakimś podejrzanym towarzystwie. Wstyd. Prawdziwi naturyści tak nie postępują. Prawdziwi naturyści nie piją, nie palą, tylko wąchają kwiatki.
VII
Z początkiem tygodnia pogoda nieco się popsuła. Dla niektórych może to i lepiej, bo mogli podleczyć oparzenia słoneczne. W dzień raz padało, raz świeciło słońce. I właściwie nie wiadomo – iść na plażę, czy zostać. Więc siłą rzeczy, nad morzem było dość luźno. Wszyscy rzucili się na sklepiki z pamiątkami, smażalnie ryb, lody i rurki z kremem. A w środę w nocy nastał prawdziwy potop. Lało kilka godzin bez przerwy. I to jak! Cały kemping zamienił się w jezioro. Pływały wszystkie namioty. Ci z przyczep, z satysfakcją obserwowali przez okna uwijających się w deszczu powodzian. A oni, po jakim-takim ogarnięciu dobytku, zmęczeni i przemoknięci do suchej nitki, resztę nocy spędzili w samochodach. Następnego dnia odbywało się wielkie suszenie. Wszystkie namioty przenicowane, ciuchy porozwieszane na czym się dało. Krajobraz po bitwie. Na szczęście miesięczny limit opadów chyba się wyczerpał, bo stopniowo pogoda znów zaczęła przypominać lato. I w piątek plaża zapełniła się ponownie. A w sobotę...
W sobotę długo oczekiwane wybory Miss Natura! Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach plaża pękała w szwach. Wszyscy ci, co mogli – przyjechali, a oprócz nich od samego rana, wzdłuż brzegu krążyło pospólstwo w majtkach. Wiadomo: naturyści, którzy zawsze nieprzychylnym wzrokiem patrzą na kręcących się w pobliżu tekstylnych, w czasie wyborów są nieco bardziej tolerancyjni. W samo południe wszyscy utworzyli jedno wielkie koło, jedni siedzieli, inni stali. Prawie każdy z aparatem fotograficznym. Tekstylni, tworząc zewnętrzny, mniej zwarty pierścień oczekiwali na imprezę w milczeniu.
Seweryn znów był w swoim żywiole. Wziął nawet żółtą tubę ze wzmacniaczem, dzięki czemu słychać go było na samym końcu plaży. Przewiesił przez siebie prześcieradło jak tunikę, stanął w środku koła i zaczął: – Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych tu naturystów! – zawołał przez tubę. Odpowiedzią były dzikie wrzaski, wycia i gwizdy. – Niniejszym otwieram wybory Miss Natura 1982! Znów gwizdy, wrzaski i wycia. – Jesteście gotowi?! – Taaaaak! – To prosimy o zgłaszanie się kandydatek! Śmiało dziewczyny! Zapraszam do środka! Powstało zamieszanie, bo każda z grup towarzyskich chciała wysunąć swoją kandydatkę, a one się zapierały – mniej lub bardziej szczerze. – No dziewczyny, nie dajcie się prosić! – zachęcał Seweryn. – Prawda jest naga, obłuda ubrana! To było jego ulubione powiedzenie. Wreszcie, jako pierwsza zgłosiła się Monika. Najtrudniej jest zacząć, więc teraz powinno iść sprawniej. Ale Monika była dość ładna i zgrabna, więc większość potencjalnych kandydatek, które już, już prawie były zdecydowane, teraz znów nabrało wątpliwości. Lecz kiedy do koła wstąpiły dwie dziewczyny, z których jedna z góry miała zapewnione zasłużone ostatnie miejsce, poszło jak z płatka. Na środku stało już siedem nagich dziewczyn. Maciek i Henryk podeszli do Izy. – Iza – zaczął Henryk – startuj. Zobacz, masz zwycięstwo jak w banku. – Nawet o tym nie myśl. – Czemu? – poparł go Maciek – patrz jakie kaszaloty się zgłaszają. – Tak? Nie mam zamiaru, żeby ktoś w ten sposób wyrażał się o mnie. – O tobie? Dziewczyno przecież ty jesteś najładniejsza na całej plaży! Oprócz mojej Bożeny oczywiście – powiedział mrugając do Henryka. No i Oli – dodał szybko, bo zobaczył, że żona Henryka też stoi obok i wszystko słyszy. – Maciek, daj spokój. Nie i koniec – widać było, że Iza zaczyna już tracić cierpliwość.
Może dlatego nie czuła na sobie pary wpatrzonych w nią oczu. Kilka kroków dalej stał jakiś miejscowy – sądząc po ubraniu – chłopak. Gdyby ktoś chciał uważnie obserwować wyraz jego twarzy, co w tym zamieszaniu było wykluczone, wiedziałby, że dla niego świat właśnie przestał istnieć. I chociaż wokół przewijało się całe mnóstwo młodych, atrakcyjnych dziewczyn – w końcu odbywały się wybory miss natura, a on, jak wielu innych miejscowych, przyszedł obejrzeć je z bliska – cała reszta zlała mu się w jedną, jasnobrązową masę stanowiącą tylko banalne, nic nie znaczące tło. A ta jedna, jedyna dziewczyna, jak wszyscy – śmiała się, coś tam krzyczała, nie przeczuwając nawet, że komuś obok nagle zabrakło tchu.
Wreszcie udało się zgromadzić dziesięć kandydatek. Każda z nich otrzymała swój, wymazany kremem na brzuchu, numer i wszystkie ustawiły się w równym szeregu. Kilka było nawet niezłych, ale reszta mogła sobie raczej darować. Uśmiechały się niepewnie, machając rękami do zgromadzonej gawiedzi. Każda z nich, wywoływana po numerze, występowała do przodu i robiła efektowny obrót. Miarą uznania był aplauz publiczności. I po zakończeniu prezentacji wszystkich dziewczyn, nie było już wątpliwości. Seweryn stanął na środku i ogłosił przez tubę: – Uwaga, uwaga! Uroczyście ogłaszam, że zgodnie z wolą zgromadzonej tu publiczności, tytuł Miss Natura 1982 otrzymuje... – tu zrobił dłuższą przerwę dla podgrzania atmosfery – kandydatka z numerem 1 – Monikaaaa!!! Ogólny wrzask był wyrazem pełnego poparcia. Seweryn podszedł do najpiękniejszej, założył jej koronę i szarfę z napisem ”Miss Natura 1982”. Potem ucałował ją w obydwa policzki i wręczył nagrodę. Butelkę znanego, radzieckiego szampana. Monika w tryumfalnym geście podniosła ją do góry. Owacje, gratulacje, uściski. Trzaskały migawki aparatów fotograficznych. Trwało to jeszcze dość długo, a potem wszyscy spokojnie rozeszli się do swoich grajdołów. Kulminacyjny moment zjazdu naturystów przeszedł już do historii.
A jeden, wyglądający na miejscowego, chłopak, przeniósł się z plaży na wydmę. Usiadł na piasku i nie widział nic, tylko młodziutką, śliczną dziewczynę, biegającą po plaży z pieskiem. I siedział tam tak długo, aż dziewczyna – jak wszyscy inni – ubrała się i zniknęła z plaży. Wtedy wstał i powlókł się do domu jak zraniony rycerz.
VIII
Niedziela też była słoneczna. Po niebie zwolna żeglowało kilka białych jak puch obłoków. W morzu prawie nie było fal. Na tle niebieskiej toni, nieliczne białe grzywy pojawiały się daleko, tuż pod linią horyzontu. Nawet lekki wiatr, który wiał teraz od strony lądu, za parawanem lasu nie dawał ochłody. Plaża trwała w bezruchu. Wszyscy wystawili swoje ciała do słońca, leżąc jak letargu. Tylko małe grupki dzieciaków gromadziły się przy brzegu z wiaderkami na babki z piasku. Zdumienie mógł budzić fakt, że nikt nie kąpał się w morzu. Przy takim upale... Ale powód był. Nie wiadomo skąd i dlaczego, w nocy nadpłynął tu jakiś zimny prąd. Tak zimny, że z samego rana nad morzem unosiła się mgła. Teraz powietrze było już czyste i gorące, ale nikt nawet nie próbował zanurzyć w wodzie choćby stopy.
A już najbardziej skwar dawał się we znaki na wydmie. Władek spojrzał na zegarek. Pierwsza po południu. Zdziwił się, że siedzi tu już trzecią godzinę. Mimo upału, nie odczuwał jakoś upływu czasu. Rozejrzał się wokół. Kilkanaście metrów dalej, zza krzaków wystawała siwa głowa kulawego Marcina. Wiadomo, od trzech lat wdowiec... A spod powykręcanej przez wiatr sosny, metodycznie lustrował plażę jakiś nieznajomy z lornetką. Czy sterczenie tu miało sens? Może nie, ale czuł, że nie znajdzie w sobie dość siły, by wstać i po prostu iść do domu. I wiedział, że przyjdzie tu także jutro. I pojutrze... Lecz choć z daleka niezbyt dobrze widział tą, o której od wczoraj nie mógł przestać myśleć, przed oczami wciąż miał jej postać – z bliska, na wyciągnięcie ręki. Znacznie wyraźniejszą niż stąd, z tej wydmy. I słyszał jej głos – miły, dźwięczny głos młodej, prześlicznej dziewczyny. Przypomniał sobie urywki zasłyszanej rozmowy. Więc ona ma na imię Iza. Iza – jak piękny sen. To chyba jakieś porażenie słoneczne. Jeszcze nigdy nie widział tak cudownej istoty, zupełnie nagiej, tuż obok. A jej nagość była tak naturalna, tak niewinna, że nie mogła wzbudzać pożądania. To byłoby zbyt banalne, płaskie. Nie, nie czuł pożądania, tylko jakiś dziwny, słodki ciężar na piersi – uczucie, którego dotąd – dopiero teraz to wiedział na pewno – nie zaznał jeszcze nigdy. I oto właśnie przyszło, tak nieoczekiwanie i nagle. To mogła być tylko miłość. Prawdziwa miłość.
***
Więc Iza... A on – Władysław. To znaczy Władek, albo Młynarz – nikt nigdy nie mówił inaczej. Dość wysoki, chudy, ale silny chłopak o jasnej, piegowatej cerze i prawie białych włosach. Stąd to przezwisko. Mógłby się rok opalać na słońcu, a i tak jego skóra raziłaby w oczy. Pochodził stąd, z drugiej strony Morw. Mieszkał – teraz już sam – prawie przy samej plaży, blisko kościoła. W starym, choć wciąż krzepkim domku rybackim. Dopiero niedawno wrócił z wojska.
Miał czternaście lat, jak umarła matka. Był grudzień, za chwilę święta, a ona w ósmym miesiącu ciąży. Tego roku panowała jakaś okropna grypa. Zachorowała, a potem się stało coś, nie wiadomo co, że nagle odeszły jej wody. Ojca nie było, nie zdążył jeszcze wrócić z łowiska. Chłopak popędził do wsi. Zanim znalazł czynny telefon, zanim z miasta przyjechała karetka, z matką było już źle. I kiedy wreszcie dotarli do szpitala, było za późno. Lekarze mówili, że to przez tę grypę, że w tym roku mieli sporo takich przypadków. Ojciec nie odzywał się do niego przez rok. Oskarżał go o śmierć matki, choć Władek domyślał się, że to jego gnębi poczucie winy. Nie musiał wypływać w ten rejs. Gdyby został, może matka nie wychodziłaby z domu, nie dopadłaby jej choroba i wszystko potoczyłoby się inaczej. Teraz on musiał zajmować się całym gospodarstwem. Ojca ciągle nie było, stale w morzu, na kutrach.
Któregoś dnia, wiosną, poznał Mirkę. Na wiejskiej zabawie w sąsiedniej wsi. Miał wtedy siedemnaście lat, ona była o rok starsza. Podobała mu się. Niebrzydka, zdrowa, robotna – świetny materiał na gospodynię. Chodzili ze sobą dopiero miesiąc, a on już postanowił – to będzie moja żona. Bardzo konkretnie myślał o ich przyszłym związku. Lecz choć było im ze sobą dobrze, nieraz zastanawiał się, czy tak właśnie wygląda miłość. Bo przecież powiedział jej, że ją kocha. Ale nie śniła mu się po nocach. Nie tęsknił, jeśli nie spotykali się dwa tygodnie. Serce nie biło mu na jej widok szybciej. Może tylko... wtedy, gdy poszli na plażę, daleko, tam gdzie nie było już nikogo. To był jego pierwszy raz. A jej? Nie zapytał, ale chyba nie... Nie, raczej nie.
Wiedział, że ojciec się cieszy, bo wreszcie w domu będzie kobieta. Ale to nie stanie się tak prędko. Przecież czekało jeszcze wojsko. Dwa, może nawet trzy lata. I w końcu ten moment przyszedł. Trzeba było jechać. Na pożegnanie dał jej pierścionek po matce. A ona płakała, odprowadzając go do autobusu.
Dostał powołanie do jednostki w Rzeszowie. I tak dobrze, że nie do marynarki wojennej – zawsze dwa lata to nie trzy. Bo na łodzie podwodne był za wysoki. Ale znów Rzeszów, to przecież drugi koniec Polski. Najgorsze były pierwsze miesiące. Potem, po przysiędze, już wiedział jak przeżyć. Jedynym problemem był ten jego wygląd: blada cera i prawie białe włosy. Jeśli potrzebny był do czegoś ochotnik, kapral rozglądał się po plutonie i wiadomo: – Te, młynarz! Albo: E! Świński blondyn! Wystąp! Potem już wiedział, że za wszelką cenę trzeba stać w drugim szeregu i nigdy nie kręcić się w pobliżu baniaka z kawą, radiostacji, czy innego cholerstwa, bo niechybnie zaraz trzeba będzie coś z tym zrobić – choćby zanieść do magazynu. A wtedy świński blondyn jest jak znalazł. Właściwie nie było tak źle. Zrobił nawet zawodowe prawo jazdy – zawsze może się przydać w cywilu. Specjalnie nie podpadał nikomu, więc dostawał przepustki dość często. Ale jednodniowe – za krótkie, żeby jechać tysiąc pięćset kilometrów, licząc tam i z powrotem. Włóczył się więc z kumplami po mieście. Chłopaki, jak to na przepustce, zaczepiali dziewczyny na ulicy, czy w kinie. W takich przypadkach Władek nieraz się przydawał, jako że był bardziej wygadany niż oni. Może miał to wrodzone, a może nabyte, bo siedząc przez ostatnie lata w domu, zdążył przeczytać prawie całą wiejską bibliotekę. Ale co tu dużo mówić – i tak nie uchodził za amanta. Dziewczyny, które podobały się jemu, w ogóle nie zwracały na niego uwagi. A chciały go tylko brzydule, które same nie wzbudzały zainteresowania. Więc w końcu zamiast chodzić na podryw, wolał myśleć o swojej Mirce. Ona jedna była wyjątkiem od tej reguły. Pisał do niej regularnie, raz na tydzień i niecierpliwie czekał na odpowiedź. Miał wrażenie, że rozłąka dobrze wpływa na ich związek. Zaczynał już tęsknić. Może dlatego, że po tak długim czasie, w swoich myślach nieco idealizował jej postać. A gdy wspominał pamiętne chwile na plaży, robiło mu się tak jakoś ckliwie... Jeszcze tylko czternaście miesięcy, przyjedzie do domu i poprosi ją o rękę.
Aż nagle, chyba się coś popsuło. Najpierw zaczęły się spóźniać listy. Były już zresztą jakby trochę inne. Choćby to – zamiast: Kochany Władku, zaczynały się: Drogi Władku. Potem nastąpiła trzytygodniowa przerwa, aż wreszcie list, a w nim wiadomość: Na Wielkanoc wychodzę za mąż. Spodziewał się już, że coś jest nie tak, ale poczuł... jakby cios między oczy. Czytał go wiele razy i wciąż nie mógł w to uwierzyć. Dziewczyna, z którą chodził prawie trzy lata, która nosiła pierścionek zmarłej matki i którą oczami wyobraźni widział w swoim domu, jako matkę jego dzieci – wychodzi za innego. Czuł się zdradzony, oszukany, nieszczęśliwy. Przestał nawet odliczać miesiące do powrotu z wojska. I kiedy akurat w tym czasie dostał propozycję wstąpienia do Szkoły Młodszych Dowódców, zgodził się bez wahania. Namówił też Tomka, swojego najlepszego kumpla z kompanii. Wojsko stało się jego drugim domem i zastanawiał się nawet nad służbą zawodową. Nie widział już sensu powrotu do Morw, gdzie czeka go pusta chałupa i brak perspektyw na przyszłość. Szybko awansował na starszego szeregowca i rozpoczął zajęcia w szkole. Teraz, w porównaniu do pierwszych miesięcy służby wojskowej, czuł się prawie jak na wczasach. Nawet żarcie było tu niezłe. Bardzo zaprzyjaźnił się z Tomkiem, który poszedł z nim do tej szkoły i nie mieli przed sobą żadnych tajemnic.
Nadeszło lato. W ramach Studium Wojskowego, do jednostki na obóz zjechali się studenci z Warszawy. Z politechniki. Cała kompania. Władek został dowódcą pierwszego plutonu, Tomek trzeciego, zaś drugim dowodził Roman – straszny zakapior. Może to nie był nawet zły chłopak, ale bardzo przejęty swoją rolą. I postanowił nauczyć studentów wojska. Początkowo w plutonach Władka i Tomka układało się nieźle. Studenci – wiadomo – próbowali olewać dyscyplinę, chrzanili musztrę, ale jakoś tam szło. Ani jedni, ani drudzy nie przekraczali pewnych granic. Ale Romek chciał w swoim plutonie zaprowadzić pruską dyscyplinę. No i się zaczęło. Zadziałała solidarność studentów i – przeciwko nim – ich dowódców, obywateli starszych szeregowców. Jeśli w pobliżu nie było szefa kompanii, sierżanta Mroza, albo dowódcy, kapitana Jaskólskiego, mogło się zdarzyć wszystko. A już najgorzej było z Romkiem. Rano miał buty „wypastowane” gównem, wieczorem prześcieradło natarte „wszami” z dzikiej róży. Zawsze, kiedy według rozkazu Władka – dowódcy pierwszego plutonu – kompania miała maszerować do kantyny dookoła placu apelowego, to na pewno poszła na przełaj. Z jednej strony nienawidził ich za to, ale z drugiej – podziwiał – szczególnie pierwszą czwórkę kompanii, która przez to bez przerwy miała zakaz opuszczania koszar i co chwilę, w pełnym rynsztunku musiała biegiem meldować się u oficera dyżurnego. Nie wiadomo, jak to by się skończyło, bo oczywiście Roman natychmiast donosił o wszystkim szefowi kompanii, a ten dowódcy jednostki, gdyby nie to, że ojciec jednego ze studentów, stosunkowo spokojnego zresztą chłopaka, był wielką szychą w generalicji Wojska Polskiego. A efekt był taki, że po miesiącu – bo tyle trwał obóz studencki – Władek miał już serdecznie dość wojska.
Ale w zimie, na samym początku grudnia zdarzyło się coś, co było znacznie gorsze, bez porównania gorsze... Najgorsze. Były właśnie zajęcia z karabinu maszynowego Diegtariewa. Nie wiadomo po co wyciągnęli ten złom, bo przecież nikt go już nie używał nawet na ćwiczeniach, ale widocznie był w programie. Władek akurat miał dyżur, więc osobiście przyniósł z magazynu skrzynkę ze szkolną amunicją. Diegtariew, też prosto z magazynu, ustawiony był na stole przed żołnierzami siedzącymi w trzech rzędach. A w środkowym, w pierwszej ławce, Władek i Tomek. Prowadzący zajęcia sierżant rozkładał karabin i składał, ładował i strzelał na sucho ze szkolnej amunicji. Wszystko było OK. I nagle... Strzał. Władek kątem oka zobaczył, jak Tomek drgnął dziwnie, a z jego szyi chlusnął w okno olbrzymi strumień krwi. Zaraz potem drugi. Trzeciego nie było. Szyba pokryła się czerwienią. A Tomek cicho osunął się na ziemię. Już nie żył. Potem oczywiście toczyło się śledztwo. Władek podejrzany był o zamianę jednej sztuki amunicji szkolnej na ostrą. Prokurator zastosował areszt. Groziło mu wszystko, do kary śmierci włącznie. To były koszmarne dni. Z jednej strony żal po utracie przyjaciela, a z drugiej zwykły, ludzki strach. I pewne poczucie winy, bo to przecież on namówił Tomka na tę szkołę. Wprowadzenie stanu wojennego zastało go w areszcie. Ale jak się wkrótce okazało, była to dla niego okoliczność szczęśliwa. Siedział już trzy tygodnie, kiedy wyszło na jaw, że w magazynie znajdowały się jeszcze dwie takie fatalne skrzynki. To czysty przypadek, że je tam w ogóle odkryto. Przyszedł rozkaz inwentaryzacji zapasów amunicji w związku ze stanem wojennym. W pierwszej znaleziono jeden ostry nabój, a w drugiej nawet kilka. Śledztwo potoczyło się zupełnie innym torem, a Władek został zwolniony z aresztu. Trzy dni po świętach. Zastanawiające jest jednak to, że ten nieszczęsny nabój był już na owych zajęciach wystrzelony kilkakrotnie i nic. Przypuszczalnie iglica zamka Diegtariewa, który pobrany był z wyziębionego magazynu, przywarła jakoś i zadziałała dopiero z którymś razem. I tak głupio zginął jego jedyny przyjaciel, Tomasz.
To zdarzenie przeważyło. Władek napisał raport z prośbą o zwolnienie ze Szkoły Młodszych Dowódców. Nie robili mu żadnych problemów. Czuł nawet, że pomimo oczyszczenia z zarzutów, przyjęli to z wyraźną ulgą. Zostały mu jeszcze niecałe trzy miesiące służby, na które przeniesiony został do macierzystej jednostki. Jaki był ostateczny wynik śledztwa – nie wiadomo. Trwał stan wojenny i nic nie przebiegało w normalnym trybie.
Miesiąc później spotkał go kolejny cios. Do jednostki przyszedł telegram, że jego ojciec zaginął w czasie sztormu, w trakcie rejsu kutra rybackiego. Mimo kilkudniowych poszukiwań, ciała nie odnaleziono.
IX
Już od dwóch godzin Władek siedział przed pocztą na ławce. Z tego miejsca dobrze było widać wejście do komisariatu MO. Czekał aż wyjdzie komendant i Paweł Wiśniewski zostanie na posterunku sam. Albo odwrotnie – wyjdzie Wiśniewski i wtedy będzie mógł do niego zagadać na osobności. Miał sprawę. Nie znał go jeszcze zbyt dobrze, bo Paweł był tu od niedawna, a w dodatku, kiedy tu nastał, Władek służył w wojsku. Ale jak to wśród miejscowych – nowe znajomości zawiera się szybko. A że kapral był mniej więcej w tym samym wieku, więc jakoś tam, w międzyczasie, poznali się przy piwie w Muszelce.
Wczoraj całe popołudnie Władek spędził kręcąc się w pobliżu kempingu Solaris. Był nawet w środku, ale wydawało mu się, że niektórzy patrzą na niego zbyt podejrzliwie. A może to tylko takie wrażenie... Efekt złodzieja, na którym czapka... Z daleka obserwował Izę. Nie miał konkretnego celu, chciał po prostu być w jej pobliżu. Zdawał sobie sprawę, że właściwie nie ma to sensu. Ale musiał tu tkwić. Tak zresztą robią chyba wszyscy zakochani na świecie. Zawsze sterczą godzinami pod oknem swojej wybranki, choćby nawet lał deszcz, lub akurat był mróz trzydzieści stopni. I w dodatku cały czas drżą ze strachu, że ukochana zobaczy ich przez okno. Czyste kretyństwo. Ale wiadomo – miłość ze zdrowym rozsądkiem nie ma nic wspólnego. Więc nie spuszczał oka z Izy, jej pieska i dwojga dorosłych osób będących tu razem z nią i gotujących właśnie obiad przy dużym, brązowym namiocie. Co to za jedni, ci starzy... Starzy – to może trochę przesada. Wyglądali na jakieś trzydzieści trzy, trzydzieści pięć lat. A Iza mogła mieć siedemnaście. Mniej to już raczej nie. Więc chyba byli trochę za młodzi na jej rodziców. Ale kto ich tam wie. Jeśli po prostu młodo wyglądali... W pewnej chwili facet – ten ojciec, a może opiekun – podszedł do zaparkowanego w pobliżu malucha i czegoś tam szukał w bagażniku. Aha – więc to ich samochód. Władek zbliżył się do parkanu. Spojrzał na tablicę rejestracyjną. WAZ 4378. Warszawska. Czyli Iza jest z Warszawy. Musi zdobyć jej adres. Jeśli nic się nie uda na miejscu, gotów jest szukać jej nawet tam. A adres postara się uzyskać przez Pawła.
O! Jakubiak wyszedł właśnie z posterunku i wsiadł na rower. Władek poderwał się z miejsca i szybkim krokiem wszedł do środka. Kapral Wiśniewski siedział przy biurku nad rozłożonym Przeglądem Sportowym. Pił cienką herbatkę z pływającymi fusami. – Cześć Paweł – przywitał się Władek – co tam ciekawego na świecie? – A nic. Arka – Legia 1 : 2. Patałachy. I to u siebie. – A roboty dużo? – E... spokój. Miała być zadyma z tymi golcami, bo zrobili na plaży polityczną rozróbę, ale rozeszło się po kościach. Chyba załatwili to z jakoś Jakubiakiem. Mimo, że ksiądz był już dwa razy. – A co ksiądz ma do polityki. – Narzekał, że go baby nachodzą, bo przez tych tam zgorszenie we wsi jest. – Paweł, ja trochę w tej sprawie... Mogę być z tobą szczery? – No wal śmiało. – Ale się nie śmiej. Taka jedna z nich, tych naturystek, strasznie wpadła mi w oko. – To ty też na te wydmy łazisz? – Widziałem ją na wyborach miss. – Ta co wygrała? – Nie... Inna. Miałbym do ciebie prośbę. Zamilkł na dłuższą chwilę. – No mów do cholery. – Czy możesz dowiedzieć się o adres tej babeczki? Mam numer rejestracyjny samochodu jej starych. – A co ty chcesz z nim zrobić? – No wiesz, napisałbym do niej list, a nuż by odpisała... – To nie możesz jej sam zapytać? – Nie... nie mam do niej podejścia. Zawsze jest w jakimś towarzystwie. Nie ma jak. – No nie wiem bracie. Mnie nie wolno. – Paweł, jak Boga kocham, nikt się nie dowie. Powiesz, że źle zaparkowali samochód i zwiali, albo coś innego. Przecież wiesz... – Co wiem... nic nie wiem! – Stary, masz u mnie co chcesz! – Widzę, że nieźle ci zawróciła w głowie. Ładna chociaż? – Rzecz gustu. Mnie się podoba. – To jaki jest ten numer. Władek wziął leżącą na biurku kartkę i zapisał: WAZ 4378. – Jaki to samochód? I kolor. – Fiat 126p. Taki... pomidorowy. – No zobaczymy. Na pewno tylko do listu? – No tak, mówiłem przecież. – Ale nie siedź tutaj. Za chwilę może przyjechać Jakubiak i będzie węszył. Przyjdź o trzeciej. Wtedy komendant idzie na obiad. No, zobaczymy co się da zrobić. – To dzięki stary. Na razie. Władek spojrzał na zegarek. Pierwsza. Więc jeszcze dwie godziny – westchnął i skierował się w stronę wydmy.
O trzeciej był już z powrotem. Akurat Iza z cały towarzystwem zbierała się do wyjścia z plaży, więc i tak nie było po co siedzieć. Pokręcił się koło komisariatu, tak żeby Wiśniewski zobaczył go przez okno. Po chwili rzeczywiście Jakubiak wsiadł na rower i pojechał w stronę domu, a Paweł wyszedł przed posterunek i przywołał go gestem ręki. – No co, masz? – spytał Władek niecierpliwie. – Mam, ale pamiętaj... Tylko do listu. – No jasne. Były kłopoty? – Ważne, że się udało. Mam u ciebie przysługę. – Masz, pewnie że masz. To jaki jest ten adres? – Weź kartkę i zapisz sobie. Ostrobramska 76, numer mieszkania 14. Warszawa, to pewnie wiesz. Facet, ten właściciel, nazywa się Bogdan Jaworski. Ta twoja to jego córka? – Chyba tak, ale pewności nie mam. – A wiesz chociaż jak ma na imię? Ta dziewczyna. – Iza. Więc chyba Iza Jaworska. No, dzięki Paweł. Na razie. – Cześć.
Więc miał już jakiś punkt zaczepienia. Teraz mógł nawet jechać do Warszawy, żeby tylko być blisko niej. W Morwach właściwie nic go nie trzymało, oprócz chałupy. Kiedyś, przed wojskiem, jak mieszkał z ojcem, sam prowadził ich gospodarstwo. I jak to na wsi – kury, gęsi – cały inwentarz był na jego głowie. Ale teraz, od powrotu z wojska nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Ten szyper, u którego pracował ojciec, proponował mu jego miejsce, ale Władek nigdy nie miał serca do rybactwa, a po wypadku ojca, to już zupełnie nie. Właściwie jedyne, co dotąd udało mu się zdobyć, to zawodowe prawo jazdy z wojska. Ale…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ajan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…