Przerwana misja / 3
Udaje usunąć się większość uszkodzeń, kosmolot głównie dzięki wiedzy Johna Kinnari odzyskuje sprawność, jednak wkrótce zabraknie tego utalentowanego inżyniera.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cała załoga pogrążona w milczącej zadumie spoglądała na ekran stereoobrazu, nie mogąc oderwać wzroku od rosnącej powoli gwiazdy, która miała stać się ich grobem. Każdy w duchu rozważał myśl, czy są w stanie coś zrobić; bez napędu byli zdani na łaskę losu. Nie tak wyobrażali sobie zakończenie wyprawy. To już nie były żarty, a realne zagrożenie. Mieli bardzo mało czasu, by wyrwać statek z jej pola grawitacyjnego. Pomału zaczęło ogarniać wszystkich dziwne odrętwienie, powstrzymujące od jakiegokolwiek czynnego działania. Zaniepokoiło to Joann. Ukradkiem spoglądała na swoich towarzyszy. Komandor miał całkowicie obojętny wyraz twarzy i patrzył w ekran, jakby oglądał film, ale zauważyła, że rodzi się w nim upór, tak dla niego charakterystyczny, gdy podejmował jakąś nieodwołalną decyzję. Przeczuwała, że tym postanowieniem jest chęć wyrwania statku z objęć gwiazdy. Taka postawa dowódcy uspokoiła Joann. - Czy możemy coś zrobić, John? – Toule zaczął niespokojnym krokiem chodzić po mostku. - Nie za bardzo wiem co. - inżynier bezradnie pokręcił głową. - Wszystko, czego się nauczyłem przez cały czas mojej służby, dawno już zrobiłem. Rubbermann głośno westchnął. Stanął przed ekranem tłumiąc złość wzbierającą w nim na widok gwiazdy. Nie odrywając głowy od stereoobrazu drapał się po szyi. - Nie ma żadnego sposobu, by uruchomić statek? – zapytał cicho. Kinnari wykonał nieokreślony ruch ręką, mogący oznaczać zakłopotanie, ale równie dobrze „daj mi już spokój”. Był zmęczony i zniecierpliwiony tym, że nie może uruchomić silników, jak i ciągłymi pytaniami dowódcy wciąż o to samo: czy może uruchomić statek. Jakby mógł, to by uruchomił, nie ma o czym mówić. Do gwiazdy było coraz bliżej i miał niewiele czasu na działanie. Powoli zaczynał tracić cierpliwość i sam siebie ponaglał do pośpiechu. Lecz pośpiech był jedyną czynnością, podczas której myślenie nie szło mu najlepiej. Nie mógł skupić się na szukaniu sposobów uratowania statku, bo wciąż rozpraszała go świadomość, że musi się spieszyć. A przeczuwał, że rozwiązanie ma już w zasięgu ręki, wystarczy chwila, by je odkrył. Kiedy mu się wydawało, że za moment olśni go jakaś genialna myśl, zaraz przypominał sobie ten cholerny brak czasu, albo komandor zadawał mu to głupie pytanie o sposób na uruchomienie statku. Szlag go trafiał. - Nie przychodzi mi do głowy żaden pomysł, jak uruchomić silniki. – oświadczył John –To nie znaczy, że się poddaję. Pracuję cały czas nad tym i może coś wymyślę, ale mam obawy, czy wystarczy mi czasu. Gdy podlecimy za blisko do gwiazdy, zabraknie nam mocy, by wyrwać się z jej orbity. Wówczas na użycie kapsuły ratunkowej też będzie za późno. Jej silnik jest o wiele za słaby, by pokonać taką dużą grawitację. Tego właśnie najwięcej się obawiam. – Kinnari przygryzł dolną wargę - Braku możliwości ratunku. – dodał ciszej. No, bo rzeczywiście, ich sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia. Spadać na to kosmiczne piekło, czując jak stopniowo rozgrzewa się kadłub statku i nie móc uciec! Przestraszył się tej wizji. To było straszne! Nie wie, co by zrobił, lecz bardzo bał się śmierci w płomieniach. Czy wystarczyłoby mu odwagi, aby skrócić swoje cierpienia? Poczuł dreszcz na samo wspomnienie o konieczności dokonywania takich wyborów. Spróbował zebrać myśli, chcąc znaleźć sposób, na wydostanie się z tej matni. Nie mógł jednak pozbyć się porażającej pustki w głowie, wywołanej zapewne strachem i rezygnacją. Powoli zaczynał tracić nadzieję; zaczynało ogarniać go odrętwienie i to było najgorsze. Gdzieś tam, na dnie świadomości, kołatało się jeszcze wezwanie do walki z przeciwnościami losu, do zebrania się w sobie i stawienia czoła trudnościom. Jednak wola Johna, była już na te wezwania głucha. Strach potęgowała obawa, że podejmie złą decyzję, która narazić może jego przyjaciół na śmierć. Pragnął, aby komandor wydał rozkaz do ewakuacji. Sugerował to nawet kilkukrotnie pomiędzy wierszami. Toule pozostawał jednak niewzruszony wierząc, że Kinnari coś wymyśli. Joann podeszła do inżyniera i przytuliła się do niego. - John, rób wszystko co uważasz za słuszne, nikt cię nie będzie obwiniał. – powiedziała patrząc mu w oczy – W twojej wiedzy i doświadczeniu cała nasza nadzieja. - Chciałbym wiedzieć, zanim wydam rozkaz opuszczenia statku, - dodał Toule – że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by go uratować. Ten kosmolot jest własnością podatników i nie mamy prawa pochopnie skazywać go na zagładę. - Poza tym, - wtrąciła Anit – nie oszukujmy się. Nikt nas już donikąd nie wyśle, kiedy stracimy statek. Będziemy siedzieli w jakimś instytucie i pierdzieli w stołki, bez możliwości prowadzenia własnych badań. Tak zakończy się nasza naukowa kariera. Rubbermann podszedł do ekranu obrazującego przestrzeń przed statkiem i z troską wpatrywał się w rosnącą powoli gwiazdę. On doskonale zdawał sobie sprawę z zagrożenia i rozterek Johna. Przeżył już kiedyś coś podobnego, dawno temu, będąc jeszcze słuchaczem Akademii Dalekich Lotów Kosmicznych. Leciał wówczas statkiem szkoleniowym Tycho, prawdziwą krypą, jednym z najstarszych pozostających jeszcze na służbie. Lot zaplanowany był jako szkolny, bardzo prosty i rutynowy; mieli zatoczyć pętlę o promieniu trzydziestu lat świetlnych. Wszystko szło bez zakłóceń, ale pilot też był kursantem. Zderzył się z planetoidą, co uniemożliwiło sterowanie statkiem i polecieli w daleki Kosmos. Uszkodzenia były tak poważne, że wysiadła cała elektronika i nie mogli wezwać pomocy. Najśmieszniejszy i najtragiczniejszy zarazem był fakt, że w szalupach ratunkowych nie wystarczyłoby miejsca dla wszystkich pasażerów Tycho. Oczywiście instruktorzy zapowiedzieli wspaniałomyślnie, że w pierwszej kolejności ewakuują się studenci, ale i tak nie rozwiązywało to sytuacji. Szalup nie było nawet dla połowy załogi... Beznadziejność sytuacji spotęgowało pochwycenie ich, podobnie jak teraz Antaresa, przez niewielką gwiazdę. Walczyli z jej grawitacją przez siedemdziesiąt dwie godziny bez przerwy, próbując odzyskać sterowność statkiem. W ostatniej chwili pomocy udzielił im angielski frachtowiec, którego nazwy Toule już nie pamiętał. Przetransportowano całą załogę Tycho na jego pokład, kończąc ewakuację niecałe trzydzieści minut przed destrukcją termiczną szkoleniowca. Rubbermann długo po tym wydarzeniu bał się latać. W końcu jednak przemógł się i wrócił do służby, lecz te przeżycia pozostawiły w nim trwały ślad. Będąc teraz w podobnej sytuacji, przypomniał sobie dawne wydarzenia i powróciły zapomniane już obawy. - Równie dobrze, nasza kariera może zakończyć się za kilkanaście godzin razem z życiem. - zauważył nieswoim głosem – Jeżeli mamy zamiar popełnić zbiorowe samobójstwo, to usiądźmy wygodnie i poczekajmy, aż ta gwiazda rozwiąże nasze wszystkie doczesne problemy. - położył dłoń na ramieniu inżyniera - John, - powiedział niecierpliwie – zrób coś do cholery! Musimy walczyć, zamiast siedzieć i płakać. Jeżeli potrzebujesz pomocy, możesz nami dysponować. Kinnari ze zrozumieniem pokiwał głową. Powoli zaczynał świtać mu szalony pomysł, tak szalony, jak sytuacja w jakiej się znaleźli. Zawsze stronił od ryzyka, lecz teraz nie miało to już znaczenia. Gotów był spróbować wszystkiego, co przyszłoby mu do głowy i dawało realne szanse ratunku. Jeden raz w życiu chciał pozbyć się swojej wrodzonej ostrożności i postawić wszystko na jedną kartę. Zdawał sobie sprawę, że w rzeczy samej niewiele ryzykuje, bo i tak, jeżeli nic się nie zmieni, to ich los jest przesądzony. A tego chciał za wszelką cenę uniknąć. Wahał się jednak z ujawnieniem swoich planów. Próbował prędko wymyślić jakieś inne, mniej ryzykowne wyjście z sytuacji. Za każdym razem jednak, cokolwiek by nie kombinował, ten ryzykowny pomysł, który wzbudzał w nim takie obawy, wydawał mu się najlepszy. Już prawie się poddał, nie chcąc nikogo wtajemniczać w swoje plany, byle pozbyć się tych dręczących obaw. Był gotów przyjąć wszystko co zsyła mu los, gdy zobaczył Rubbermanna ze wzrokiem utkwionym w niego wyczekująco. John poczuł, jak opada z niego napięcie; sam nie rozumiał, czego się tak bał? Co gorszego mogło im grozić od spalenia się w piekle gwiazdy, do której zmierzał Antares? Że istniało, gdyby swój pomysł wprowadził w życie, realne zagrożenie eksplozji silników? Też coś! Kilka godzin wcześniej, czy później. Jakie to ma znaczenie? Uśmiechnął się do komandora, patrzącego na niego cały czas w napięciu i postanowił nie trzymać go dłużej w niepewności. - Mam jeden pomysł. – powiedział czując, jak minęły bezpowrotnie strach i wątpliwości. Gotów był już bez wahania podjąć największe ryzyko - Musiałbym wszystkie silniki podłączyć do jednego kwazistatu. Moc pozostałych dwóch wykorzystałbym do wzmocnienia pola magnetycznego, osłaniającego strumienie antymaterii, oraz do dostarczenia dodatkowej energii akceleratorom. Zamknięcie wszystkiego w jeden system przerwałoby polaryzację. Komandor uniósł ze zdziwienia brwi. - John, jeden reaktor uciągnie trzy silniki? – zapytał z niedowierzaniem. - Teoretycznie uciągnąłby nawet cztery, w praktyce zobaczymy. Najgorsze jest to, że przebudowa systemu zajmie mi kilka godzin. No i istnieje ryzyko anihilacji całego statku. Toule wyraźnie się ożywił. Możliwość działania dodała mu energii, na resztę nie zwracał uwagi. - Ilu potrzebujesz ludzi? – zapytał po prostu. Kinnari machnął ręką. - Zrobię to sam. Zajmijcie się radarem i kadłubem. Rubbermann kiwnął głową na zgodę. Rozpierała go radość i powróciło wreszcie dobre samopoczucie. Zaczynał już wątpić, czy zdołają wywinąć się z kłopotów w jakie wpadli, teraz nabrał nadziei, że istnieje realna szansa ratunku. W nagłym przypływie dobrego humoru przystałby na każdy szalony pomysł, a ten przedstawiony przez Johna, wydał mu się niegłupi. Nie był tylko przekonany, czy słuszne jest posyłanie inżyniera samego do przedziału syntezy. Prawie cała załoga miała rozejść się po cholernie niebezpiecznych miejscach. Nie pochwalał tego, lecz cóż miał robić? Statek wymagał szybkiej naprawy, to nie podlegało dyskusji. - W porządku. – zgodził się po chwili namysłu - Teddy z Joann zajmiecie się radarem, a ja z Edit połatamy kadłub. Anit ubezpiecza nas z mostka. - Poczekajcie jeszcze chwilę! – powstrzymała ich Noys – Niech każdy weźmie teraz po dwie odżywcze pastylki regeneracyjne Multifolu i jedną Hexodralu i proszę popić Mixatem! To nas wzmocni. Wszyscy posłusznie wykonali polecenie lekarza, po którym bezzwłocznie przystąpili do wykonania powierzonych im zadań.
*** Pierwsi byli Silarkanie. Kiedy ludzie po raz kolejny próbowali nawiązać kontakt z obcą cywilizacją, zjawili się w najmniej oczekiwanym miejscu w galaktyce: w potrójnym układzie Syriusza. Stali na niezwykle wysokim stopniu rozwoju i wiedzieli wszystko o ziemskiej cywilizacji, lecz metabolizm oparty na krzemie i amoniaku tak bardzo różnił ich od ludzi, że zaniechali wszelkich form kontaktu. Trudno się dziwić. Na końcu wszystkich procesów organicznych na Ziemi znajduje się dwutlenek węgla, na Silarii dwutlenek krzemu, który odpowiedni jest bardziej dla budowy litosfery, niż życia. Kontakty ludzi z inteligentnymi skałami nie przyniosły sukcesu. Ta porażka położyła się cieniem na całym dorobku naukowym dziadka Anit, Tadeuszu Wrońskim. Nie załamał się jednak i dalej prowadził badania, chcąc udowodnić, że kontakty międzycywilizacyjne są jednak możliwe. Niestety, bez powodzenia; umarł w zapomnieniu, wyśmiewany przez środowiska naukowe. Anit miała wiele z uporu swojego dziadka. Jej rodzice wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, zanim przyszła na świat, uzyskała więc od urodzenia obywatelstwo kraju, w którym znalazła bardziej podatny grunt dla wszelkich nowatorskich poglądów, niż jej dziadek w skostniałej Europie. W Stanach szanowano wizjonerów i dawano im szansę udowodnienia własnych poglądów, nie szczędząc hojnych grantów, zanim odsądzono ich od czci i wiary; stanowiło to sprzyjające warunki do szybkiego postępu nauki. Anit była zwolenniczką wyjątkowości życia w Kosmosie; twierdziła, że choć inne światy istnieją, to ich mieszkańcy nie są podobni do Ziemian, gdyż warunki panujące w ich światach nie przypominają ziemskich; było to logiczne, lecz nie odpowiadało na pytanie, czy gdyby znaleziono planetę bliźniaczo podobną do Ziemi miałaby również bliźniaczo podobne do ziemskiego życie. Anit po cichu marzyła o odkryciu takiego świata, tymczasem kontynuowała badania dziadka, przywracając mu jego dobre imię. Sama również odniosła korzyści: zyskała szacunek i poważanie w naukowych kręgach. W toku przemyśleń Anit doszła do wniosku, że lansowany przez jej dziadka pluralizm światów jest skażony nienaukową iście naiwnością. Postawiła tezę, że warunki, w których istnieje życie nie są wcale dowolne i przypadkowe, lecz wyjątkowe i konieczne: życie w Kosmosie nie jest czymś powszechnym ani typowym, jak utrzymywał jej dziadek. Aby nie zajść zbyt daleko w swoich spekulacjach przyjęła za punkt wyjściowy, że znane nam życie organiczne możliwe jest tylko w ograniczonym przedziale temperatur, właśnie takich, jakie występują na Ziemi. W toku tych rozważań nasunął jej się wniosek, że tylko woda jest najodpowiedniejszym nośnikiem życia i to przynajmniej z dwóch powodów. Woda zmniejsza swą gęstość w momencie przechodzenia w stały stan skupienia. Ta banalna wydawałoby się właściwość powoduje, że lód pływa po powierzchni wody izolując jej dolne partie i przyczyniając się w ten sposób do zapewnienia odpowiednich dla rozwoju życia wodnego warunków nawet na zimnych planetach. Drugi powód to wysokie ciepło utajone wody powodujące, że przechodzenie tej substancji z jednego stanu skupienia w inny jest długotrwałe i powolne, dlatego wszelkie zmiany klimatyczne, na które woda ma wpływ, zachodzą powoli dając żywym organizmom czas na przystosowanie się do nowych warunków. Konkluzja więc była jasna i prosta: tam, gdzie jest woda można spodziewać się występowania życia. Anit, na którymś z sympozjów naukowych poświęconym eksploracji dalekiego Kosmosu poznała dobrze zapowiadającą się astronom, Edit White. Kobiety od razu przypadły sobie do gustu i już wkrótce rozpoczęły wspólne badania naukowe. White rozwinęła teorię występowania życia o czynniki astronomiczne. Przyjęła, że gwiazda centralna musi być podobna do Słońca, promieniująca światło oraz ciepło przez odpowiednio długi czas. Planeta musi być typu ziemskiego i poruszać się nie za daleko, ani nie za blisko gwiazdy centralnej, wewnątrz tak zwanej ekosfery, w której panuje sprzyjająca życiu temperatura. Także takie cechy Ziemi, jak jej masa, nachylenie osi obrotu, czy fakt posiadania dużego satelity mają wpływ na zaistnienie warunków sprzyjających powstawaniu i rozwojowi życia. Niedopełnienie choćby jednej z tych cech mogłoby przynieść katastrofalne skutki, na przykład podniesienie średniej temperatur planety powyżej zakresu, w którym woda ma stan płynny. Teoria Anit, pomijając aspekty makrobiologiczne, została więc uzupełniona w sposób istotny: życia należało poszukiwać przede wszystkim na planetach podobnych do Ziemi i w układach planetarnych podobnych do Układu Słonecznego. Późniejsze odkrycia potwierdziły słuszność tej tezy. Anit świeciła tryumfy po odkryciu kilku cywilizacji, których przedstawiciele zgodnie z jej przewidywaniami, metabolizm oparty mieli na związkach węgla. Sława jednak nie zdołała przyćmić niedosytu, jaki czuła, kiedy liczba zamieszkałych planet była mniejsza, niż zakładała. A na dodatek Silarkanie stanowili biologiczny wyjątek, który nie bardzo potrafiła wyjaśnić. Nie przystawał do jej teorii o powstawaniu życia fakt istnienia istot o metabolizmie opartym na związkach krzemu i chociaż jeden przypadek nie stanowi jeszcze odstępstwa od reguły, naukowej sumienności Anit nie dawał spokoju. Brakowało jej materiału do badań, bo choć odkrywane kultury stały na różnym stopniu rozwoju, niewiele było wyżej zaawansowanych od cywilizacji ludzkiej. Z żadną jednak nie udało się nawiązać bliższego kontaktu. Ewolucje, toczące się równolegle, rozwijały zbyt różne intelektualnie i mentalnie istoty, by jakakolwiek współpraca była możliwa. Wspaniała wizja międzyplanetarnych kontaktów cywilizacji kosmicznych, okazała się romantycznym mitem.
*** Naprawa radaru wydawała się błahostką i tak było w istocie. Po dotarciu na miejsce wyszło na jaw, że antena nie jest uszkodzona. Osiadł tylko na jej osłonie jakiś metalicznie połyskujący pył, który widocznie zakłócał pracę radaru. Jego pochodzenie było niejasne. Joann z Teddym doszli do wniosku, że to musiały być pozostałości jakiegoś roztartego na proszek asteroidu żelaznego, który tworząc obłok przemieszczał się razem z pozostałymi asteroidami. Musieli w niego wlecieć, kiedy przelatywali przez ławicę. Wystarczyło zetrzeć pył z osłony anteny i radar, ku radości Anit, która nie omieszkała powiadomić o tym z mostka, odzyskał dawną sprawność. Noys z Parkerem, mogli teraz pomóc komandorowi i Edit łatać kadłub. Poszli do nich, cali pokryci metalicznym pyłem, który miał tę właściwość, że przywierał natychmiast do wszystkiego, co tylko znalazło się w jego bezpośredniej bliskości. White, gdy ich zobaczyła, parsknęła śmiechem. - A wy gdzie żeście się tak wybrudzili? – zapytała. - W piaskownicy. – odparł Teddy. - Cieszę się, że udało wam się naprawić radar. – Toule zachowując śmiertelną powagę, ucinał w zarodku wszelkie dyskusje. Joann zapięła linkę asekuracyjną na kratownicy kadłuba. Silnym pociągnięciem ręki sprawdziła solidność zamocowania. Najbardziej bała się przy pracy w otwartej przestrzeni ulecenia w pustkę kosmiczną. Wyobraźnia podpowiadała jej, jakie to musi być straszne; dryfować bezradnie w niekończących się przestworzach, gdzie zmysły wariują nie mając żadnego punktu odniesienia pozwalającego określić orientację ciała w przestrzeni. A potem dusić się z powodu braku tlenu, którego zapas w butlach skafandra jest tak bardzo ograniczony i zamarzać po wyczerpaniu energii z baterii zasilających klimatyzację. Zimne ciarki przeszły jej po plecach. Jeszcze raz gwałtownym szarpnięciem sprawdziła zamocowanie asekuracji. - Radar udało nam się jedynie wyczyścić, bo naprawiać nie było co. – odpowiedziała komandorowi pokrywając strach wymuszonym śmiechem. - Nieważne, istotne że działa. – powiedział szorstko nie dając się niczym wyprowadzić z ponurego nastroju. - A wy jak sobie radzicie? – zapytał Teddy. - Uszczelniamy obserwatorium, bo Edit uparła się, by zrobić to w pierwszej kolejności. - No tak, - White, nie przerywając pracy, pospieszyła z wyjaśnieniem - dzięki temu będziemy wiedzieć, gdzie jesteśmy, gdyby nie udało się uruchomić komputera nawigacyjnego. - Raczej się nie uda. – usłyszeli głos Parkera w słuchawkach swoich hełmów – Działa, ale nie pozycjonuje statku. Uszkodzenie musi sięgać jego sektorów pamięci. W naszych warunkach jest to awaria nieusuwalna. - A to pech. – westchnęła Edit z nutą zawodu w głosie. - Nic na to nie poradzę. – sapnął Teddy - Było tyle zwarć w instalacji, że musiały nie wytrzymać zabezpieczenia i szlag trafił płyty główne. Toule nie pozwolił wdawać się w dyskusję. Czas przebywania w otwartej przestrzeni był przecież ograniczony, a oni mieli dużo pracy. Zależało mu, aby kadłub załatać za jednym zamachem, tak by nie zaszła potrzeba wychodzenia w przestrzeń po raz drugi. Naprawy, jaką mieli przeprowadzić, nie przewidywała żadna procedura. Nie słyszał nawet, by ktoś robił kiedyś coś podobnego; musieli improwizować od początku do końca. To niosło trudne do przewidzenia skutki i wymagało czasu. Dlatego nie należało go tracić na próżne rozmowy. Podyskutują sobie, kiedy wrócą na pokład. Statek podziurawiony był jak rzeszoto; automat diagnostyczny wykrywał i lokalizował dziesiątki otworów. Małe, kilkumilimetrowe przebicia kadłuba mogli pozalepiać policeramidem, który wchodził w reakcję z poszyciem wykonanym z karbozytu, tworząc jedną zwartą całość. Z większymi otworami był za to kłopot. Sam policeramid nie był w stanie ich wypełnić. Toule wymyślił, by zasłaniać je fragmentami poszycia, które wycinał palnikiem laserowym w innych miejscach kadłuba, tam gdzie stanowiło podwójną warstwę. Tak uzyskane łaty przyklejał po prostu policeramidem w miejscach dziur. Nie miał początkowo pewności, czy łata będzie trzymała, ale po wykonaniu próby okazało się, że wszystko jest o’key. Sposób był dobry, lecz bardzo pracochłonny. Dlatego ucieszył się, kiedy Joann z Teddym przyszli im pomóc. Nie mógł jednak pozwolić, by tracili czas na pogaduszki. Przysunął się do nawigatora i bez ogródek przerwał jego konwersację z Edit. - Dobra, potem sobie porozmawiacie. – powiedział - Teraz pomóż nam łatać ten cholerny kadłub. - W porządku, - zgodził się Parker - co mam robić? - Widzisz te małe dziury? - komandor wskazał na uszkodzenia poszycia. - Wygładź ich krawędzie i pozalepiaj je policeramidem. Tu masz dozownik. – podał mu urządzenie - Ja palnikiem laserowym poucinam te pogięte kratownice. Edit z Joann, - zwrócił się do kobiet - zbierzcie je razem, zwiążcie w pakiet, zamontujcie mini silnik rakietowy i odstrzelcie jak najdalej od statku. - Załatwione. – zgodziła się Joann. - Uważaj Toule! – Edit spostrzegła, że Rubbermann znajduje się niebezpiecznie blisko dziury w kadłubie - Nie rozedrzyj sobie skafandra o te ostre krawędzie. – wskazała ręką miejsce. Obejrzał otwór, na który zwróciła mu uwagę stwierdzając, że nie stanowi dla niego zagrożenia. Opancerzoną końcówką palca wskazującego rękawicy sprawdził ostrość brzegu rozdartego poszycia. - W porządku, będę uważał. - zadowolony lekceważąco machnął ręką. - Nie pierwszy raz wychodzę w przestrzeń. - Sam powtarzasz, że ostrożności nigdy za wiele. - Bo to prawda. – zgodził się Toule odpalając palnik. Odepchnął się od kratownicy, chcąc dotrzeć do największej dziury w kadłubie, aby wygładzić jej krawędzie. Odległość była dosyć duża, więc włożył w swój ruch sporo siły, pewny że jeżeli nie zdoła uchwycić brzegu otworu, zatrzyma go linka asekuracyjna, która nie pozwoli ulecieć mu w przestrzeń. Nie zauważył jednak, że zaczepiła o ostry kant poszycia, który przeciął ją jak nożem, kiedy tylko została naprężona. Toule w ostatniej chwili zauważył w jakim znajduje się niebezpieczeństwie i wyciągnął rękę próbując uchwycić wspornik kratownicy. Nie dosięgnął go jednak i niczym niepowstrzymany zaczął oddalać się od statku. Edit, widząc co się stało, krzyknęła przerażona. Nie tracąc jednak zimnej krwi, odbiła się obunóż od kadłuba chcąc złapać koniec liny doczepiony do skafandra komandora. Mając o wiele większą prędkość początkową w szybkim tempie zbliżała się do celu. Kiedy od końca linki dzieliło ją najwyżej dziesięć centymetrów naprężyła się jej własna asekuracja zatrzymując Edit w miejscu. Jeszcze wyciągnęła rękę, jak mogła najbardziej, w nadziei, że zdoła dosięgnąć linkę komandora, lecz tylko bezradnie patrzyła, kiedy obcięta końcówka przesuwała się zaledwie kilka centymetrów od jej palców. Toule był już daleko i Wronsky zaczęła tracić nadzieję, czy zdoła go uratować. Nie poddawała się jednak, bo była najbliżej; postanowiła nie cofać się przed żadnym ryzykiem. Niewiele myśląc zwolniła zaczep swojej asekuracji, chwyciła mini silnik rakietowy wiszący u pasa i odpalając go ruszyła Rubbermannowi z pomocą. Toule tymczasem bezwładnie koziołkując, był coraz dalej od statku. Widząc, co zamierza Wronsky dawał jej ręką znaki, by nie próbowała go ratować. Zdawał sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie kobieta się naraża. Do końca pozostał dowódcą i nawet w beznadziejnej dla siebie sytuacji los jego podwładnych nie był mu obojętny. Ale Wronsky nie zamierzała go tym razem słuchać. Podjęła decyzję o ratowaniu komandora nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. To co robiła, czyniła z czystej ludzkiej przyjaźni i chęci ratowania swojego kolegi. Nie myślała w tym momencie o Rubbermannie, jak o swoim dowódcy. Powodowana tym imperatywem, tak dobrze manewrowała, nie przystosowanym przecież do tego mini silnikiem rakietowym, że sprawnie i szybko zbliżała się do mężczyzny. Kiedy przelatywała w pobliżu, schwycił ją za rękę. Zakłóciło to dotychczasową trajektorię lotu powodując nieskoordynowaną rotację Edit i Toule’go wokół wspólnego środka ciężkości. Utrudniało to poprawne określenie trasy powrotu, jednak szczęśliwie udało się im skierować w stronę statku. Pozostała część załogi obserwowała te zmagania w zakłopotaniu, nie bardzo wiedząc, co robić. Chcieliby jakoś pomóc, lecz nikt nie miał odwagi zdobyć się na cokolwiek. Bali się zrobić coś głupiego. Wreszcie Wronsky i Rubbermann dotarli do kratownicy kadłuba. John pomógł przypiąć Edit jej linkę asekuracyjną do konstrukcji statku, a Joann podała komandorowi linkę zapasową. Ten przypiął się nią do kratownicy i ciężko oddychając trwał długą chwilę bez ruchu. - Edit, - odezwał się wreszcie drżącym głosem – nie powinnaś tak ryzykować. Dawałem ci przecież znać, abyś pozostała na miejscu. - Chyba zwariowałeś, - odrzekła ciężko dysząc - jeżeli myślałeś, że pozwoliłabym ci odlecieć w przestrzeń! - Edit, jestem ci dozgonnie wdzięczny, wierz mi, ale obiecaj, że na drugi raz nie będziesz tak ryzykowała. - Obiecuję, - odparła kobieta – jeżeli drugiego razu już nie będzie. Łatanie kadłuba szło dalej bez przeszkód. Policeramid bardzo dobrze zasklepiał mniejsze otwory, większe zaklejano przysłaniając je łatami karbozytu. Ta czynność zajmowała najwięcej czasu i uzyskiwano mizerny efekt estetyczny; uszkodzenia kadłuba, załatane nieforemnymi kawałkami poszycia, przedstawiały opłakany widok, ale spełniały swoją rolę, a to liczyło się najbardziej. Nigdzie nie natrafiono na żadne większe rozdarcia poszycia, a najobszerniejsze nie przekraczały wielkości pięści, bez trudu więc sobie z nimi poradzono. Była to wprawdzie niesłychana prowizorka, ale kadłub odzyskał dawną sprawność. Teraz reszta pozostała już w rękach inżyniera. Toule roztrzęsiony jeszcze swoimi niedawnymi przeżyciami ostrożnie przesuwał się w stronę śluzy, stanowiącej wejście do statku. Bezpiecznie poczuł się dopiero w środku. - Co u ciebie John? – zapytał przez interkom. - Przywróciłem zasilanie, pozostały mi tylko silniki. Jestem właśnie w przedziale syntezy. Mam nadzieję, że mój kombinezon jest szczelny, inaczej będę miał dwugłowe dzieci. - W takim wypadku w ogóle nie będziesz miał dzieci. – zauważyła Joann wtrącając się do rozmowy – Zwróć uwagę na tę szarą plakietkę, którą masz zawieszoną na piersi nad lewą kieszenią kombinezonu, aby nie zrobiła się czarna. - A jak się zrobi czarna, to dostanę nową? – zapytał John. - Jak się zrobi czarna, to dostaniesz trumnę. - A, dzięki za ostrzeżenie. – ton jego głosu nie wskazywał, by się przejął - Na razie jest szara. Toule sprawdził czas pokładowy na chronometrze w śluzie. Niecierpliwie pokręcił głową. - Nie siedź tam za długo. – poprosił. - Będę siedział tyle, ile potrzeba. – odrzekł Kinnari - A wam jak poszło? - Naprawiliśmy kadłub. - O, to gratuluję. Chciałbym swoją część zadania też mieć za sobą. Ale niestety, jeszcze mam sporo do zrobienia. Ostatni do śluzy wszedł Teddy. - Może ci pomóc, John? – zaproponował. - Nie, tu jest niebezpiecznie. Wystarczy, że ja ryzykuję. - Ale wiesz, trochę tam zamarudziłeś. - ostrzegł Teddy myśląc, że Kinnari stracił poczucie czasu. - Spokojna głowa, zdążę. Dajcie mi jeszcze pół godziny. Astronauci po wyrównaniu ciśnienia w śluzie, weszli na pokład Antaresa i przeszli na mostek. Tak się spieszyli, że nie zdejmując skafandrów, a tylko hełmy, usiedli w swoich fotelach. Nawigator spojrzał na ekran radaru. - Działa jak należy. – pochwaliła Anit – Tylko co z tego, skoro teraz nie jest już tak bardzo potrzebny. Bardziej przydałaby się nawigacja. Teddy pokręcił głową. - No, przykro mi. – powiedział smutnym głosem - Przynajmniej na razie, nic z tego. - Nieważne. - Edit zajęta sprawdzaniem hermetyzacji poszczególnych sekcji statku wzruszyła ramionami – Naprawiliśmy kadłub. Już wyrównałam ciśnienie w obserwatorium. Jak oderwiemy się od tej gwiazdy, to ustalę naszą pozycję. - Teddy, - roześmiała się Joann poklepując nawigatora po plecach – ktoś dybie na twoje stanowisko. - A niech sobie dybie! - mężczyzna machnął ręką również wybuchając śmiechem - Bez sprawnego komputera nawigacyjnego, rzeczywiście niewiele mogę zrobić. Ale jak Edit poda mi naszą pozycję, to obliczę dalszą trasę lotu. Toule podszedł do interkomu. Zatrzymał się przy nim patrząc w ekran stereoobrazu; na jego twarzy odmalowało się uczucie zwątpienia. - Ciekawe, jak idzie Johnowi? – westchnął wciskając przycisk nadawania – John! Co u ciebie? - Wszystko w porządku! – usłyszeli w odpowiedzi - Nie poganiajcie mnie. Joann stanęła przy interkomie obok komandora. - Jakiego koloru jest twoja plakietka? – zapytała. - Różowego w zielone grochy! - Nie wygłupiaj się, ja mówię poważnie! – krzyknęła niecierpliwie, podnosząc głos. - Joann, ja nie mam czasu na pierdoły! – warknął - Jestem zajęty! - Ale proszę cię! – nie ustępowała kobieta - To ważne. Przebywasz już w strefie promieniowania bardzo długo. Martwię się o twoje zdrowie. - Szara, ciemno szara. – dobiegło z głośników. - Nie kłamiesz? - zapytała nieufnie. - Nie. Zaraz przyjdę do was. - Posłuchaj mnie teraz, bo to bardzo ważne. - przybliżyła się lekko do mikrofonu, jakby chciała, aby każde jej słowo było dobrze zrozumiane - Zanim przyjdziesz na mostek weź prysznic i zażyj Antiradiatiol. Jest w apteczce maszynowni. - Co mam zrobić? – zapytał z niedowierzaniem - Wziąć prysznic? Po co? Toule uderzył dłonią w pulpit. - Nie dyskutuj tyle! – zdenerwował się – Słuchaj lekarza! - Dobrze, dobrze, - odrzekł John pojednawczym tonem - ale teraz mi nie przeszkadzajcie. Muszę się skoncentrować. To co robię, jest równie ważne, jak wskazówki Joann. - W porządku, czekamy na ciebie. – Toule starał się zapanować nad zdenerwowaniem – Teddy, - zwrócił się do nawigatora – jak daleko jesteśmy od gwiazdy? Nawigator sprawdził odczyty. - O wiele za blisko, niż bym sobie życzył. - z niewesołą miną spojrzał na dowódcę. - Czy możesz odpowiedzieć konkretniej? – Rubbermann zaczynał tracić cierpliwość. Parker przeprowadził szybko jakieś obliczenia. Westchnął ciężko przyglądając się wynikom. - Oceniam, - mówił drapiąc się po głowie - że czasu na użycie kapsuły ratunkowej mamy jeszcze jakieś dwie godziny, na ucieczkę statkiem nie więcej niż cztery. Toule kiwnął głową. - Dziękuję, rozumiem. – burknął. Długi czas nikt się do siebie nie odzywał. Każdy z niepokojem myślał o tym, co przyniosą im najbliższe godziny. Statkowi przywrócono jaką taką sprawność i gdyby udało się naprawić napęd, można by kontynuować misję. Ożywienie spowodowało wejście na mostek przebranego w czysty kombinezon i pachnącego świeżością inżyniera. - Ogoliłem się nawet, Joann. – mówił od progu – Tak na wszelki wypadek, żebyś była zadowolona. A płytka jest szara, lekko tylko ciemniejsza niż na początku. – dodał podając ją kobiecie. Joann parsknęła śmiechem. - Miałeś się wykąpać, by zmyć z siebie ewentualny radioaktywny kurz. – powiedziała tonem wyjaśnienia. - Mów lepiej, czy ci się udało naprawić napęd. – niecierpliwił się Toule. John usiadł z rozmachem w swoim fotelu. Zaplótł dłonie za głową i oparł się wygodnie. - Skończyłem przebudowywać system, jeśli o to chodzi. - mówił patrząc na komandora - Inaczej jeszcze bym nie przyszedł. A czy się udało, to zaraz zobaczymy. Zapnijcie pasy. – dodał. Wprowadził do komputera sekwencję startową. Wszyscy w napięciu oczekiwali odpalenia silników, ale nic takiego nie nastąpiło. John spokojnie próbował dalej, lecz znowu bez skutku. Powoli załoga zaczynała się niecierpliwić. - Nie chciałbym cię popędzać, - odezwał się Teddy – ale mamy coraz mniej czasu. Niedługo nie oderwiemy się już od gwiazdy. - Wyluzuj. – odrzekł mu Kinnari i dalej robił swoje. - Teddy ma rację, – wtrącił Toule – przekroczyliśmy już punkt bezpieczeństwa. - Miejcie wiarę. – odparł inżynier i niewzruszenie stukał w klawiaturę komputera. Wreszcie lekkie wibracje podłogi zwiastowały uruchomienie silników. - Pierwszy silnik dziewięćdziesiąt pięć procent mocy, - wykrzyknął Kinnari z radością - drugi dziewięćdziesiąt, trzeci dziewięćdziesiąt! - relacjonował podnieconym głosem. - A co?! Udało się, żegnaj gwiazdo! - Za wcześnie się cieszysz John! – zawołał Teddy – Cały czas zbliżamy się do niej. Mamy za mało mocy. Inżynier zakłopotany spojrzał na niego. - Więcej nie wyduszę! – jęknął - To wszystko, co mogę zrobić. Anit siedząc przed panelem sterowniczym sprawdziła dane i odetchnąwszy z ulgą oparła się wygodnie w fotelu. - Nie jest tak źle, - powiedziała cicho –
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ashton
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…