Wróć do katalogu

Przestroga dla dorosłych

Jak to z rzeczywistością bywa?

KradnePrad, opublikowano , 29 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Obrzydliwa tłusta pięść zaczęła się coraz szybciej poruszać, coraz szybciej dudnić. Dźwięk, jaki wydawała, doprowadzał mnie do nerwicy, aż miałem ochotę ją wyrwać i zgnieść, nie okazując przy tym żadnych emocji. Krew sączyła się, wypełniając wszelkie kanały, jakie tylko mogła. Coraz szybciej, coraz szybciej. Wszystko pracowało w chaotycznym pośpiechu, jakby zaraz miało eksplodować. Dudu, dudu i jeszcze szybciej, jeszcze intensywniej. Otwórz, wlej, uderz, płyń dalej. I tak przez całe życie, aż nie wiadomo, czy można było jej, pięści, zaufać. W każdym momencie mogła zatrzymać się na chwilę, właściwie bez żadnej przyczyny, co stałoby się nieco tragedią. Tak to już jest, że jak się żyje, to za głośno, za mocno, za szybko czasem, a to kłuje. Ale jak przestaje, to nie boli, nie kłuje, a cisza szumi nam, tak! Cisza szumi tak głośno, że umierać by się chciało samemu w sobie. A zasad jej nie znasz, bo uciszyć może się zawsze, ot tak po prostu, z przyczyn niejasnych. Ale jedno jest pewnie i to jej prawo, które zmienić się nigdy nie zmieni – choćby wszystko się zmieniało, gwiazdy przeistaczały w powietrze – ono będzie miało to jedno prawo. Więc jakie to? …gdy przemykałem oczami i na ciebie patrzyłem, widziałam cię, oczami rozbierałem, aż do naga, do samej skóry, a czasem i nawet skórę z ciebie zdzierałem; i gdy cię tak widziałem, ona coraz szybciej, tak jakby mnie zranić chciała. I chciałem wyrwać, rozszarpać palcami własnymi, jednak uprzytomniałem sobie, że musi być powód, dla którego tak rani, tak krzyczy sobą. Jak matka po głowie trzepnie, jak zapomniałeś w zimę czapki założyć – choć z tym zapominaniem to też nie do końca prawda, ręka jej rani, lecz rani z dobroci, uczy dostrzegać. I jak wtedy, jak tak zabolało, próbowałem coś dostrzec, lecz nic poza tobą. Próbowałem raz, drugi i trzeci nawet, lecz wciąż nic. I gdy zająłem się sprawą, dlaczego rani, to ranić przestało, więc ja przestałem zajmować się tą sprawą i znowu na ciebie. A ono znowu swoje. To było jej prawem. I wtedy już byłem pewny, już wiedziałem, że pięść to matka moja, co trzepie po głowie. Ale przed czym mnie próbuje ostrzec, wciąż nie wiedziałem. Więc pogodziłem się już z tym i dobrze i było, że raniło, tylko trochę za głośno czasem, za mocno, aż odpocząć musiałem. I wtedy właśnie to było jak na ciebie patrzyłem. - Na mnie pan patrzy? – spytało dziewczę niewinne. I wtedy znowu dudniło, a w oczach jej świat nowy widziałem, nowe możliwości. I cóż jej miałem odpowiedzieć? Że na nią! Że na nic innego od lat już nie patrzę, że na nią od dawna, że tylko na nią. A ona takie głupie pytanie zadaje, nierozsądne, jakby nie zauważyła, że na nią, choć wokół nikogo nie było. Lecz z tym też mogłem się mylić, bo czasem dopadały mnie kroki i rozmowy osób trzecich, ale nie widziałem ich, nie mogłem, gdy na nią patrzyłem. Dudu, dudu! - Spoglądam tylko… - zakończyłem nieśmiało, wierząc, że jako kobieta przerwać mi będzie chciała. Lecz ona milczała i tym mnie uwiodła jeszcze bardziej. Milczeniem mnie swoim uwiodła. Dość, że oczy takie, że i wszechświat w nich się mieści to i milczenie, takie kobiece, że aż do kobiety niepodobne przecież! A że nie dokańczałem już długo, a cisza ciągnęła się między nami, to i krępacja nastąpiła i nawet już przestałem na nią patrzeć. Tylko kącikiem oka ją widziałem, bo bałem się, że jakbym przestał na nią całkiem patrzeć, to pięść by ucichła. I wzdychała co chwilę, bo próbowała wydusić z siebie najprostsze słowa, lecz jak okazało się, tych najprostszych już nie było. Wszystkie jakieś takie zagmatwane, skomplikowane aż nadto. - Czy jest jakiś powód pańskiego spoglądania? – brew jej lewa lekko się uniosła i dudu, dudu! Byłem wręcz przekonany, że nawet jeśliby się nie uniosła, to i tak: dudu, dudu! Lecz pytała o powód, więc muszę odpowiedzieć. Trzeba to powiedzieć tak, żeby tej oto nie urazić, bo to przecież skomplikowane jest, a analitycy najrozsądniejsi tego nie pojmą. - Powodów jest kilka – zacząłem. I sam już nie wiedziałem, czy pięść ucichła, że nie zdążę powiedzieć niczego już, czy przyspieszyła na tyle, że jakby jej słychać nie było. – Jestem koneserem sztuki, doceniam co piękne, obrazy, kościoły, ot! To wszystko, co piękne, to wzrokiem wchłonąć w siebie, zapamiętać na zawsze… - Pan nie mówi na temat – przerwała mi, nieco rozgoryczona. Przerwała mi! Dudu, dudu! A to, że przerwała mi w sposób tak arogancki, było jeszcze bardziej kobiece, kuszące niż jej milczenie. - Ależ na temat, na temat! - Jak na temat? O sztuce pan mówi, o pięknej sztuce! Co ze mną wspólnego ma piękna sztuka, co wzrokiem podziwiać można? - Bo pani nią jest i można tak panią podziwiać – wyrzuciłem z siebie, nieco z gniewem. I otwarła wtedy lekko usta, jakby pojąć coś chciała, coś, czego pojąć się nie dało. A to przecież tak proste! Idiota by te same wnioski z tego wyciągnął – że ona piękna, że jak sztuka, jak kościół najdroższy. Nie rozumiejąc więc jej zdziwienia, chciałem ciągnąć dalej, ale twarzyczka jej taka zdumiona była, że tylko patrzeć na nią mogłem. I w pewnym momencie wystraszyłem się, że całe moje życie przeżyję na tym patrzeniu – choć była to jedna z cudowniejszych czynności w moim życiu – patrzeć musiałem przestać, zacząłem więc mówić. – I jak patrzę na panią to mnie boli, tak… - Boli pana? - Tak, boli. Szarpie jakby… - Szarpie? Tak mocno? Obawiałem się, że skończyć mi nie da, że jakby w trans przerywania mi wpadła. I mnie ani trochę, nawet ciut to nie przeszkadzało. Chciałem jednak, by ona wiedziała, by wiedziała to wszystko, co chciałem jej powiedzieć. Dlatego musiałem to na jednym tchu powiedzieć, w jednym zdaniu. - Szarpie mocno, że aż boli, ale boli bardziej, gdy patrzę. - Jak to? - A tak, że boli, bo pani nie patrzy. Znów popadła w zdumienie i nie wiedział, co ze sobą zrobić. I wtedy na mnie spojrzała, tak mocno, głęboko we mnie, że aż czułem w płucu jej wzrok! Tak w prawym płucu, jak przeszywał jak mieczem czy innym ostrym narzędziem. Zdziwiło mnie to, bo wzrok jej był subtelny i delikatny i gdy tak patrzyła na mnie, to ja na nią też patrzyłem. I zatraciliśmy się po troszku w tym patrzeniu. Lecz tylko trochę, bo zaraz wiercić się zaczęła. Jej wzrok gdzieś zniknął i odnaleźć go już nie mogłem, choć próbowałem i oczami ją wołałem. Tymczasem ona podniosła rękę na taką wysokość, żebym przegapić nie mógł na co patrzy. A patrzyła na zegarek, który mocno ściskał jej lewy nadgarstek; na wskazówki, które przemykały po tarczy. Chrząknęła, kaszlnęła, nie tracąc ani trochę na swojej urodzie. - Przeproszę pana, ale muszę odejść. Czekają już na mnie, denerwują się pewnie, opiekuńczy to ludzie. I nie wiedziałem, co powiedzieć, gdyż przywykłem jedynie do jej patrzenia, a kiedy człowiek patrzy tylko i potem ma przemówić to jakby zapomniał, nie umiał już. Więc nic nie mówiłem, milczałem łagodnie, choć nigdzie jej puścić nie chciałem. Lecz idź, idź. - Pójdę zatem, bo czas goni jak szalony. Pójdę już. - A czy spotkamy się jeszcze? – wyparowałem, jakbym wrzątkiem polany został. Odeszła ode mnie i po krótkim dystansie odwróciła się – kobieco, namiętnie, tak że dudu, dudu! Lecz co zamierzała? Zastygała w bezruchu jak posąg nimfy, kuszącej, wydzierającej ludzkość z ciała. Lecz co zamierzała? Obserwowałem ją dokładnie, lecz żaden mięsień jej twarzy, nic nie drgnęła. Była opanowana i nie wiem, czy byłem tego świadom – zabije mnie. Bo już tęsknota mnie zabijała, już smutniej mi dudu, dudu! Choć był też moment szczęścia, gdy w końcu jej pełne usta rozciągnęły się na powierzchnię jej twarzy. To był uśmiech ot! A jak piękny, soczysty, że aż spijać z niego to szczęście. I odwróciła się ode mnie, zostawiając mnie zrozpaczonego, bo sam nie wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze ją w życiu spotkam. Bo ileż o niej wiedziałem. Tylko to, że była piękna.

***

Szczęście (czy pech) chciał, że spotkałem ją znów, gdzieś na łące podczas spacerowania. I znów zauważyłem zgrabność każdego jej kroku, aż ośmieliłem się podejrzewać, że jest królową. I niewątpliwie nią była – królową moich snów. Och, kłamię, kłamię. Królową życia mego była. Tak, moją queen była. I więziła mnie w swoich spojrzeniach. Podeszła wtedy do mnie, nie wahałem się, lecz pięść owszem – dudu, dudu! Zbliżyłem się, a ona coraz bardziej – dudu, dudu! Głowę swą schyliłem w celu „dżentelmeńskiego” przywitania. Nie doceniła jednak tego wcale, wzgardliwie uśmiechnęła się, jak te stare kobiety, gdy odpowiadają, czy są zadowolone ze swojego życia. Tak też ona się do mnie uśmiechnęła, choć nie miało to logicznej całości – po co zatem do mnie podchodziła, po co witać się chciała. I najwidoczniej zatraciłem się cały w tym myśleniu, bo lekko pochwyciła dłoń moją. Dudu, dudu! - Zamyślił się pan o czymś? Możemy wspólnie o tym pomówić. Chciałabym… I nie zdziwiło mnie to, że chciała pomówić. Ani to, że ze mną. Lecz to jej zakłopotanie na tej malutkiej twarzyczce, która nawet nie potrafi w sobie pomieścić tyle zakłopotania. I wtedy pięść szaleć zaczęła, wyrywać z ucisku skóry. I bałem się wtedy, że umrę tam, na miejscu, przed nią – co uczyniłoby moją śmierć nieco bardziej bohaterską, jako że dla niej umarłem. I z czasem wziąłem to pod uwagę, bo pragnieniem moim było być jej bohaterem. - Cóż chciałabyś powiedzieć, miła? - Dużo do mówienia… Problemów dużo. I troska mnie wtedy ogarnęła, uchwyciła wszystkie moje mięśnie. I miałem szansę być jej bohaterem. - Problemy? O miła. Wymień je wszystkie, a sprawię, że znikną. Wsparła buziunię swoją dłonią, która nie tylko wyglądem, ale także zapachem swoim, bo pachniała niczym pole zbóż, tuż po poranku, subtelność wyrażała. - Ach, szkoda gadać – i wtedy zrozumiałem, że jakaś taka cicha jest, nadzwyczaj spokojna, co o niej świadczyć mogło tylko tyle, że problemy jej straszne były. – Pieniądze mnie martwią. Te same, co kiedyś na lewo i prawo rzucałam. - A co się z nimi stało? – zapytałem, by zauważyła, że słucham dokładnie. - Nie ma. Przepadły. Tak to jest z tymi rzeczami – są, są i nagle ich nie ma. I cóż teraz mam począć? Co zrobić z żywotem mym nędznym? Nikt bez pieniędzy mnie nie pokocha i ja sama pewnie bez nich kochać nie potrafię. Posagu nie mam żadnego. Och, życie moje przeklęte. To koniec! - To żaden problem. Niech pani miła się nie przejmuje. To problem łatwy do rozwiązania. - Więc jakby go pan, panie drogi, rozwiązał? Niech mi pan powie… - Zabiorę panią. - Mnie pan zabierze? - Dokładnie. Panią zabiorę. - I co pan zrobi z tym całym „zabieraniem”? - Jak to co? Będę się panią opiekował. Zapewnię pani należytą opiekę. - I jest pan w stanie do dla mnie zrobić? – dudu, dudu! Kpiła sobie ze mnie tak kobieta, czy ja w stanie jestem. Ja dla niej wszystko bym oddał. Ja oddałbym jej nie jedną, a dwie, całe nerki. Och, wszystko bym dla niej oddał. - To żaden problem dla mnie, a nawet przyjemność. - Co pan też opowiada? To niemożliwe, żeby to przyjemność była! - Ale to bardzo możliwe, żebym przyjemność czerpał z pani obecności. Jej oczy zrobiły się szkliste, jakby zaraz miała się rozpłakać. Strach było ją dotknąć, bo łzy, jako odruch ludzki, naturalny, spłynęłyby zaraz po policzkach, tych gładkich, co różowość swoją posiadają. Więc stałem i stałem, bo nic zrobić nie mogłem (a właściwie nie umiałem). Więc stałem, lecz tym staniem chciałem jej dać do zrozumienia, że ja tak zawsze już stać będę, że nigdy, ale to nigdy jej nie opuszczę. I chciałem, żeby ona to tak rozumiała. I jestem przekonany, że tak się stało, bo chwilę potem zarzuciła swoje delikatnie dłonie – te co tylko do noszenia diamentów mogłyby służyć – na moją ciepłą szyję.. I poczułem to zimno, ten chłód, co przeważnie – podkreślam przeważnie! – odpycha. Bo mnie nie, mnie nie odepchnął, nie śmiałby nawet. Póki to będą jej ręce, póki to będzie ona, nic mnie nie będzie odpychało – żadne zimno, chłód, mróz – nic. Póki to jej chłód, póki z jej ciała pochodzi, nie będzie mnie odpychać. I tym mogła mi wierzyć, to było jej credo. I ja, ja wtedy, od tamtej chwili, od momentu, gdy tylko się niemo zgodziła, ja też wtedy byłem jej. Marzliśmy tak razem, choć tylko ona miała zimne ręce, ale póki ona w tym zimnie trwała, to ja trwałem z nią. Matka kiedyś mnie uczyła, że kobietom trzeba wszystko wybaczać, bo one nie wiedzą. Bo mogłaby ona wtedy pójść, skoro widziała, że tylko stałem. I musiałbym jej to wtedy wybaczyć, bo ona nie wiedziała, pojęcia zielonego nie miała, dlatego odeszłaby. Matka też mówiła, że kobiety lubią takie chwile, wykorzystują je do ostatniego oddechu, do ostatniego powietrza w płucach, tak głęboko. A gdy spytałem się matki, dlaczego – ona nie wiedziała. Nie wiedziała, rozumiesz, choć sama była kobietą. Stałem zatem znów, pozwalając jej wykorzystać tę chwilę, to powietrze w płucach pozwalałem jej wykorzystać do końca. I ona sama nawet pokazywała, że tak jej tego brak było, tak mocno tego potrzebowała, tego powietrza z płuc upuścić trochę, jakby za dużo się go tam nagromadziło przez te wszystkie lata samotności, choć pewien nie byłem, czy samotność ją przetrzymywała, czy zgorzkniałość duszy, duma kobieca. Ale potrzebowała tego i ja jej mogłem to dać, co czyniło mnie niezmiernie szczęśliwy. Wiem, że dla niej to była chwila, lecz dla mnie to wieczność była. Tak jakbym zdążył umrzeć i przeżyć to raz jeszcze. Uczyniła mnie na ten krótki moment bogiem. Tę scenę zapamiętam do końca życia – a nawet dłużej. Będę to pamiętać, póki starość nie zniszczy mojego mózgu i wspomnień w nich zapisanych. Bo w pewnej chwili uwolniła mnie z uścisku, choć nie wiem, czy „uwolnić” to tutaj dobre słowo. Uwalnia się złodzieja z więzienia, stłamszone powietrze z płuc, głos z gardła. To wszystko się uwalnia, by dać komuś wolność. Mnie natomiast to powietrze, bryza wolności – cała ta wolność nie była potrzebna, bo już ją miałem. Tak, miałem ją i trzymałem ją w ramionach. I to ona się uwolniła. O tak, Wolności moja – Ty nią byłaś. A potem mnie pocałowała, tak po prostu, bez powodu. Pocałowała mnie na chwilę, jakby się śpieszyła, jakby nie chciała, by ktoś ją zobaczył. - Lecz czy pomieścimy się w twoim mieszkanku? – spytała, zdrabniając specjalnie, bo mieszkanie moje ma dwa pokoju, dwa małe pokoje. Moje mieszkanko. - Zmieścimy, kochana. Będziemy siebie trzymać blisko, w ramionach. Odsunęła się ode mnie gwałtownie, jakbym ją czymś – wrzątkiem – poparzył. I słowa swoje w myślach raz jeszcze przewertowałem, lecz nie – wszystko wydawało się być w porządku. - Trzeba kupić nowe.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych