Przydrożna kapliczka
Opowiadanie zainspirowane przydrożna kapliczką gdzieś daleko
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. Stanęła na rozstaju dróg, przed małą rozsypującą się ze starości kapliczką przydrożną. Uklękła i złożyła swoje przemarznięte dłonie do modlitwy. Ujrzała uschnięte kwiatki, jeszcze z lata, które tam wstawiła sama, rdzewiejący stary krzyż, na którym Chrystus jakby patrzył na nią swoim cierpieniem, chcąc dać jej więcej otuchy. Jakby wiedział, że tego właśnie pragnęła w tej jednej wyjątkowej chwili. Tego lata dwóch małych chłopców znów utopiło się w tym bajorku. Zupełnie niepotrzebnie, jakby nie wiedzieli że w nim się nie pływa, że w nim są złe duchy, które ściągają na dno. Tyle razy dorośli o tym mówili, że nie wolno, że nawet krowy nie idą pić. Że to zła woda. Zgniła. Zatruta. Nikt we wsi nie wiedział dlaczego tam poszli. Chęć orzeźwienia była chyba większa, niż strach, czy rozsądek. Matka Borkowa rozpaczała. Na pogrzebie trzymała się ich trumien, jakby chciała ich zawrócić z tej ostatniej drogi. Proboszcz na nią huczał swoim tubalnym głosem, że tak nie wolno, że teraz trzeba się modlić za ich dusze, które idą do Miłosiernego Boga A kto się teraz nad biedną samotną matką zlituje? Czy Bóg przypilnuje stada krów? Wydoi? Nakarmi? Staremu Jasionowi tez pilno do Niego. Noga przemarznięta robiła się coraz to brzydsza i śmierdząca. Nie chciał doktora, choć ksiądz i na niego huczał. Ale co ksiądz może wiedzieć, kiedy to na doktora brak pieniędzy. A czym innym zapłacić się nie da. Do miasta zresztą daleko. Jak go przywieźć? Jak potem odwieźć? Zima mroźna. Groźna. Zawieje, zamiecie. Droga nieprzejezdna. Ale jaka tam droga? Od wsi do wsi jeszcze saniami przejdziesz, ale tak? Tylko przy piecu się grzać, groch łuskać, śpiewać przy kominie. Chłopy. Prawie sami starzy. Niewielu wróciło. I tak klęcząc na śniegu, na mrozie żaliła się ta dwudziestokilkuletnia młoda kobieta tej rdzewiejącej postaci Chrystusa. Spowiadała się ze wszystkiego, opowiadała, co komu, dlaczego i za co. Przeżegnała się, skinęła głową. Z trudem wstała, ale udało się jej i wróciła wolnym krokiem, uważając, by się nie przewrócić na śliskich koleinach, do swojego domu. Niedaleko stał od drogi, tylko tyle, że przy lesie. Samotny dom, oddalony od reszty tym skrzyżowaniem dróg i tą kapliczką przydrożną. Ona miała szczęście, jej mąż wrócił. Okaleczony, ale wrócił. I za to też Chrystusowi przydrożnemu dziękowała. Inni poginęli lub zabrali ich, wywieźli daleko. Może jeszcze kiedyś wrócą.
2. Nie rozmawiali o tym, co się wydarzyło. Nie chciała, a i on nie chciał roztrząsać tego. Jakby chciał zapomnieć koszmar tamtych dni. Na pewno nie było im łatwo, ani walczyć z wrogiem, ani widzieć jak umierają jego przyjaciele. Widziała, że pamięć o tym siedzi w nim, tkwi głęboko i tylko w nocy czasem krzyczał głośno przez sen. Wtedy się bała. Kładła obie dłonie na jego głowie, chcąc odegnać te jego koszmary. Czasem pomagało i jego sen uspokajał się nagle, jego twarz łagodniała. Chciała wierzyć, że zamiast walk widzi zieloną łąkę i piękne słoneczne niebo. A może ją? Czasem nie spała długo w noc. Prawie do samego rana. Patrzyła na niego, przyglądała się mu, zastanawiając się, co widzi. Chciała czasem zobaczyć to samo, co on. Ale z drugiej strony bała się tej prawdy i zamykała taką możliwość przed sobą. Dotykała czasem swojego dużego już brzucha, przysłuchiwała się tej małej istotce, która też czasem mocno jej dokuczała. Cieszyła się, że będzie matką, choć wiele zmartwień przychodziło samo. On też się cieszył, wiedziała o tym. Chociaż nie okazywał jej tego. Twardy był. Ale potrafił czasem dotknąć delikatnie jej policzka, jakby bał się, że może ją skrzywdzić swoimi szorstkimi dłońmi. I brzucha też dotykał, jakby nie wierzył, że ta istotka w środku jest jego dziełem. „Chciałbym być dobrym, mądrym ojcem” – powiedział jej kiedyś. „ Przecież będziesz, bo jesteś mądry i dobry” – zarażała go swoją pewnością, której po powrocie mu brakowało. Wielu rzeczy mu brakowało. Wiary w Boga też. Czasem siadywał na pieńku pod lasem i dumał o tym, czym jest Bóg i gdzie był, kiedy go najbardziej potrzebował. Ksiądz próbował z nim rozmawiać, ale on zbywał go. Do spowiedzi nie poszedł. Odczuwa lęk i strach przed wyznaniem swoich grzechów i win. Ale ksiądz, to mądry człowiek, powiedział mu, że będzie na niego czekał. Przyjdzie właściwa pora i czas, to przyjdzie do niego i wyspowiada się. Do kościoła tez przestał chodzić. Jego wiara potrzebuje czasu a nie klepania byle jak pacierzy i bezsensownego stania w kościele tylko dla stania. Ksiądz to rozumiał. Latem zaczął strugać figurki. Najpierw nieporadnie, a później coraz śmielej. Jej postać też wyrzeźbił. Schował, chcąc ofiarować jej w prezencie urodzinowym. Był dumny z siebie. Po raz pierwszy od bardzo dawna był z siebie dumny. I cieszył się jak dziecko. Teraz w zimie większość drewna przyniósł do domu. Ale ona nie miała mu tego za złe, bo co jest do roboty o tej porze. Siadywali razem przy kominku, ona haftowała jakieś serwetki a on strugał te swoje figurki. Mówił, że dla dziecka. I dobrze, dziecku też jakaś zabawa się należy. A z zabawkami tutaj trudno przecież. Siedzieli sobie pewnego wieczoru przy kominie, zjadłszy późną kolację, on strugał kolejną figurkę, a ona właściwie siedziała i nie miała na nic ochoty. Dokuczał jej dzisiaj mocno brzuch. Nagle usłyszeli mocne stukanie do drzwi. Poszedł otworzyć. Do pokoju weszła matka Borkowa. - Marianno, dobry wieczór, do ciebie przyszłam – zaniosła się płaczem. – Ledwom żem tu doszła. Ale doszłam. Pomóż mi, tylko ty mi możesz pomóc. Marianna uniosła się delikatnie z krzesła i wskazała kobiecie miejsce na krześle. - Siadajcie matko Borkowa obok mnie i opowiadajcie. Jak będę umieć, to pomogę. – uśmiechnęła się do niej. Matka Borkowa złożyła ręce jakby do modlitwy. - Przecież wszyscy wiedzą, że wy macie te…- nie wiedziała jakiego słowa użyć - … gorące ręce, że widzicie więcej, niż inni. I czasem nawet do ciebie przychodzą stamtąd i rozmawiasz z nimi. Pomóż mi, proszę cię, pomóż mi porozmawiać z moimi synami – rozpłakała się już na dobre. Maurycy przyniósł jej kieliszek nalewki. - Masz, wypij to, dobrze ci zrobi – powiedział oschle. Matka Borkowa jego oschłością nie przejęła się. Wszyscy wiedzieli, że to tylko taki sposób bycia. Chwyciła w dwie dłonie sporej wielkości kieliszek i szybko, jednym haustem wypiła. Do dna. - Po co ci rozmawiać z nimi matko Borkowa. Oni przecież odeszli? – zapytała. - Przychodzą do mnie co noc, płaczą, żalą się, proszą o coś, ale ja nie wiem o co, bo zawsze się budzę, w tym samym momencie. – matka Borkowa miała wielkie czarne oczy, ale nie ze strachu, ale z nadziei na pomoc. Na jej twarzy wciąż były ślady płaczu, łez, które przed chwilą upadły na podłogę. Marianna zamyśliła się. - I jak widzisz moją pomoc? - Marianno, tylko ty możesz z nimi porozmawiać i zapytać się ich, czego potrzebują – znów złożyła ręce jakby do modlitwy, błagając siedzącą obok niej kobietę o to, by się nad nią ulitowała. - Przecież wiesz, że ksiądz nie pochwala takich praktyk? – Maurycy wtrącił się do rozmowy. - Eetam ksiądz, ksiądz zawsze będzie przeciwny, a co ma zrobić? Zresztą przecież i tak wszyscy wiedzą. – skierowała się do siedzącego nieopodal mężczyzny. Ten tylko kiwnął głową. Marianna siedziała z rękami na kolanach. Zamyśliła się nad tym jak może tej kobiecie pomóc. Popatrzyła na jej twarz zaoraną bruzdami od wiatru, słońca, mrozu. Miała może z 45 lat ale wyglądała na starszą. Tutaj wszystkie kobiety tak wyglądały. Ciężka praca nie oszczędzała ich urody. Marianna też tak będzie wyglądać za te dwadzieścia a może piętnaście lat. Będzie mieć twarz przeoraną, z ciężkimi bruzdami i zmarszczkami wokół oczu. Ale teraz, teraz chciała raczej się skupić na tym, co za chwilę będzie ją czekać. Macierzyństwo to nie łatwa rzecz. Chciała wychować swoje dziecko na dobrego człowieka. - Czy chcesz ziół na uspokojenie? – zapytała. - Marianno, dziękuję, ja jestem spokojna. Cóż ja mogę zrobić, że moi synkowie odeszli tak wcześnie? Moja żałoba, łzy i rozpacz nie pomoże mi w niczym. Żeby to jeszcze Józwa wrócił byłoby łatwiej, ale wszyscy wiedzą, że jak nie wrócił do tej pory, to już go nie będzie. Pochować go tylko, choćby tylko tak. Ale choćby ciało oddali. Ale kto odda? Ech, ciężka jest nasza dola. Dobrze, że chociaż ty wróciłeś, Maurycy – znów skierowała się do siedzącego nieopodal mężczyzny. - At, co tu gadać. – fuknął tylko. Kobiety zamilkły. Każda myśląc o czym innym. - Matko Borkowa, przynieście mi jakąś ich rzecz, zostało przecież u was coś z ich ubrań, będą mi potrzebne. – powiedziała, chwytając jej rękę. – Albo najlepiej jutro, z samego rana sama przyjdę do was. To pomyślimy, co dalej. Dobrze? – uśmiechnęła się do zrozpaczonej kobiety, której uśmiech rozjaśnił nagle twarz. – A teraz idźcie do domu. Maurycy was odprowadzi do krzyża, żebyście same nie szły w taką pogodę. – Matka Borkowa uścisnęła jej dłoń. - Dziękuję, Marianno. Wiedziałam, że nie zostawisz mnie z tym samą. Dziękuję. – jeszcze mocniej uścisnęła jej dłoń. Maurycy wstał i wrzucił na siebie grubą kurtę, podszytą baranim futrem. - Z Bogiem matko Borkowa, z Bogiem. – odpowiedziała tylko matce Borkowej. - I wy zostańcie z Bogiem – odrzekła i razem z Maurycym wyszła z domu. Marianna wróciła do przerwanej robótki. Zanuciła starą melodię.
3. Wiatr hulał na dobre, kiedy Marianna szła swoją dróżką do przydrożnej kapliczki. Stanęła na chwilę przy niej. Nieopodal drzewa szumiały uginane lekko przez hulający dzisiaj wiatr. Nigdy nie bała się lasu, może dlatego, że ychowana w jego bliskości znała każda gałązkę? Przeszła obok kapliczki. Przeżegnała się, ale nie zatrzymywała się na dłużej. Jak będzie wracać, to pogada sobie z zardzewiałym Chrystusem. Opowie mu wszystko. Jak zwykle. Wysokie zaspy spowalniały jej drogę, ale czuła się dzisiaj dobrze. Dzieciaczek nie dokuczał, jakby spał uspokojony delikatnym kołysaniem jej marszu. Tylko przejmujące zimno dokuczało jej, ale gruba kurta, podobna do Maurycego kurty, zatrzymywała przy niej to ciepło. Przy kapliczce skręciła w lewo, udając się do wsi. Jeszcze tylko kilka minut drogi i będzie na miejscu. Ogrzeje się przy ciepłym, rozpalonym piecu u matki Borkowej. Weszła do wsi. Chata przy chacie, z kominów ulatywał…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alex2511
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…