Pstrąg na fali (long cut)
Rozwinięcie wcześniejszej opowieści pod tym samym tytułem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog
Jegomość
Pewnie mnie kojarzycie, choć się nie znamy. Teraz pewnie jestem bohaterem kilku piosenek, wieczornych wiadomości i codziennych plotek. Zdaje się, że wszyscy znają tę historię lepiej ode mnie. Jednak chciałem ją wam opowiedzieć. Niestety palec tak mi się złożył do spustu, że naciskając go popchnął kulę, która utkwiła mi we łbie. Wiem, co powiecie: wielka szkoda. I macie rację. Strasznie szkoda, gdyż naprawdę chciałem przekazać wszystkim całkiem ciekawą historię a mianowicie MOJĄ HISTORIĘ. Jednakże wszystko szlag trafił. Już się nie dowiecie jak to było; że zaczęło się od dzieciństwa, ale jakoś nic ciekawego się wtedy nie działo; The Beatles się rozpadli, Presley umarł. Potem Bóg za sprawą niejakiego Chapmana zaprosił do siebie również Lennona, ten na to przystał i przez następne kilka lat nie było, czego słuchać. O mojej rodzinie też trudno rzec coś, co mogłoby was zainteresować. Mój stary walczył w Wietnamie i aż do śmierci mu się nie polepszyło. Mówił, iż matka zmarła przy moim poczęciu, ale ile w tym było prawdy? W latach sześćdziesiątych służył w armii, gdzie na ochotnika testowali na nim gazy bojowe tak, więc trudno było zweryfikować wszystko, co gadał. Rodzeństwa nie mam i nie miałem. Gdy inni chłopcy wychodzili wieczorami nad rzeczkę łapać żaby, gdy bawili się w policjantów i złodziei, puszczali latawce, szarpali dziewczyny za włosy i podglądali je w szatniach, ja w tym czasie siedziałem w domu i przez brunatny pryzmat Johnny Walkera patrzyłem na ojca, i słuchałem jego opowieści z Wietnamu. Jak to komuchy zabili mu najlepszego przyjaciela albo on przez pomyłkę wysadził w powietrze cały swój oddział. Wtedy wrócił, dostał rentę i nie rozstawał się już z Panem Walkerem. Nie o tym jednak mówiłaby ta opowieść. Gdybym już mógł wam coś przekazać to byłoby to coś naprawdę niesamowitego. Chciałbym przedstawić pokrótce ostatnie wydarzenia.
Rozdział I
Pewnego zimowego dnia, na skraju wiosny, siedziałem sobie łowiąc ryby, nikomu z grubsza nie wadząc. Nagle poczułem jak coś bierze. Po kilku minutach siłowania się ze zdobyczą wyciągnąłem ją z wody. Szarpała się nieziemsko. Wyciągnąłem ją prosto na talerz (głodny byłem niesłychanie). Wtem ryba przemówiła:
- Nie zabijaj mnie dobry człowieku – rzekła mocno roztrzęsiona. Łuski miała ciemno szare, lekko posrebrzane. Oczy głębokie. Jakby latynoskie. – Niedawno znalazłem sens życia i jestem właśnie w drodze. Nazwijcie mnie konserwatystą, ale z reguły nie wierzę w gadające ryby, przemierzające świat. Tak już mam, ale w tym przypadku musiałem zredefiniować swoje spojrzenie na pewne rzeczy. - Tak? – spytałem. Mimo obniżonego poziomu sceptycyzmu mówiąca ryba od razu wzbudza pewne podejrzenia. Nie żebym odbierał komukolwiek prawo do wypowiedzi, ale jednak. Coś było nie tak. Ryba wyglądała na bardzo zmęczoną. Po dłuższej pauzie poszedłem tym tropem – A dokąd się wybierasz? - Mów mi Henryk – zwróciła się do mnie ryba. – Wybieram się do Nowego Jorku. - Dlaczego akurat tam? – byłem bardzo dociekliwy. - Gdyż Dublin opatrzył mi się jakiś czas temu. - Mhm – odparłem poprawiając sobie kapelusz. – Słuchaj, jeśli chcesz mogę cię podrzucić do Nowego Jorku. Mam w miarę po drodze. - Byłoby wspaniale - odparł Henryk. – Tylko wezmę plecak – i przełożył go przez płetwę.
Tak oto, zarzuciwszy Henryka na ramię, ruszyliśmy do miasta, które nigdy nie śpi. Był rok 1989, ale gdy ten zrozumiał, że nie załapie się na lata 90-te po prostu odszedł.
- Musisz być nieźle podekscytowany Henryk. Zobaczysz świat. – zagadałem. - …a na zewnątrz jest Ameryka. Ameryka! – krzyknął triumfalnie – Na sam dźwięk tego słowa, na samą myśl o niej robi mi się mokro pod płetwą. Ale Ameryka, którą mieliśmy ujrzeć to nie była ta Ameryka równo ściętych trawników, czerwonych kabrioletów, futbolistów uganiających się za cheerleaderkami. Co to, to nie. Ameryka, która ukazała się wtedy naszym oczom to była Ameryka brudnych ulic, alfonsów, pajęczyn w oknach. Wyjęta żywcem z życiorysu Bukowskiego. Wyłożona cementem gnijących słów. Ale Henryk miał trochę racji. Wzbudzała pewne uczucie ciepła, przywołanie dawno zapomnianego szczęścia. Chcieliśmy odkryć choćby jego cząstkę.
Prolog
Henryk
Doskonale wiem, co ciśnie się wam na usta: „gadająca ryba, niemożliwe”! Możliwe czy nie fakt jest faktem. Niezbadane są boskie wyroki i ścieżki, którymi staruszek do nich dochodzi. Odkąd opuściłem rodzinną sadzawkę wiedziałem, a raczej czułem się inny. Czułem się starym dzieckiem, dzieckiem, które nie potrafi się bawić i śmiać, niewinnie, i czysto jak inne dzieci. Miałem wrażenie jak gdyby wymyślił mnie Calvino lub jakiś inny czort. Gdy przemierzałem górskie potoki nie interesował mnie świat młodych. Wolałem przebywać z dorosłymi. Z ich planami uniknięcia drapieżników, planowania najbezpieczniejszych tras. Ale, gdy dorosłem i mianowali mnie dowódcą „Pstrągowego Oddziału Planowania i Logistyki” (w skrócie POPIL) zrozumiałem, że to także nie jest fucha dla mnie. To nie moje życie. Właśnie wtedy mając okazję zwiedzić nabrzeża i przystanie pojąłem, co jest moim przeznaczeniem. Byli to ludzie, ich okrutny świat polowania, łowienia i śmiesznego bełkotu, który zwali mową. W każdej wolnej chwili wpływałem do najbliższego portu. Przysłuchiwałem się, podglądałem i przyswajałem wszystko, co było ludzkie. Po kilku miesiącach nauczyłem się mówić (z początku trochę sepleniłem) i oddychać powietrzem. Pewnego zimowego dnia zaszyłem się w spokojnej, mało uczęszczanej zatoczce (jako gadająca ryba nie mogłem tak po prostu wyskoczyć po środku przystani). Przyczaiłem się, a gdy zobaczyłem haczyk nie wahałem się ani minuty. Poszarpałem się trochę, a Jegomość z dziurą w głowie pociągnął przedstawiając mnie światu. Tak zaczęła się ta niesamowita historia. Ale nic więcej nie mówię, podobno on bardzo chciał ją opowiedzieć. Także oddaję mu głos.
Rozdział II
Podróżując bez mapy trafiliśmy do mieściny o nazwie „Tiny Valley”. Henryka strasznie bolały płetwy i postanowiliśmy sprawić mu jakieś porządne buty. W lokalnym sklepie z obuwiem szefował (według identyfikatora na koszuli) niejaki Al Peters. W chwili, kiedy nas ujrzał oniemiał. Facet z dziurą w głowie i chodząca ryba, która w dodatku chwilę później miała przemówić ludzkim głosem, to może nie „Bonnie i Clyde” rabujący sklepy z butami, lecz bądź, co bądź niezła heca.
- Dzień dobry Szanownemu Panu – Henryk ukłonił się w pas – Zapewne zastanawia się Pan, co tacy dwaj niewydarzeni goście chcą kupić w tak zacnym sklepie? Spojrzał na nas, po czym splunął przeżutym tytoniem. - Nazywam się Al. I gówno mnie obchodzi skąd jesteście, komu wieczorami dają wasze siostry i czy matka was za mocno przytulała. Za mało mi płacą, żeby cokolwiek chodziło mi to koło nosa. To nie jest Macy’s tylko nędzny sklep z nędznymi butami po nędznych cenach. Więc słucham – założył na twarz sztuczny, firmowy uśmiech i spytał – czego Panowie sobie życzą? Najchętniej poszukałbym innego sklepu, ale było to bardziej niż oczywiste, iż to jedyny w tym mieście. Henryk uśmiechnął się najpiękniej jak potrafił. - Poproszę kowbojki – rzekł ze wzrokiem pełnym niespełnionych marzeń. - Zawsze takie chciałem. Praktycznie od dziecka. Al wybuchnął śmiechem. - A na cholerę ci kowbojki?! Chcesz ujeżdżać myszy?! – zataczał się ze śmiechu. Musiałem interweniować. - Panie Peters, Al. To jest Ameryka – czułem się jak prezydent w noworocznym orędziu – i każdy ma prawo kupić sobie buty kowbojskie, kiedy tylko mu się zamarzy. Nawet, jeśli nie ma on szans na zwycięstwo na rodeo. Sprzedawca spoważniał. - Ech.! No pewnie macie rację – machnął ręką, po czym poszedł na zaplecze i przyniósł kowbojki w dziecięcym rozmiarze. Po wymianie kilku podejrzliwych spojrzeń zapłaciliśmy, a Al wrócił do żucia tytoniu. Henryk miał buty i mogliśmy ruszać przed siebie. Gdy dotarliśmy do „Middletown” byliśmy spragnieni i zmarznięci po kilometrach bezdroży, więc postanowiliśmy wstąpić do baru na jednego, by rozgrzać trochę zastygłą krew.
Rozdział III
Bar zwał się „Pussy Catz”. Tak naprawdę do dzisiaj nie wiem, czy był to bar, czy kosmiczny burdel? Od razu po wejściu przywitała nas młoda dziewczyna w dziwnym stroju, wyjętym z serialu science- fiction z lat 50-tych. Całkiem ładna blondynka z piegami zbiegającymi się u nasady nosa, z kusząco pełnymi i kształtnymi wargami, które ukrywały braki w uzębieniu. Kleiła się do nas jak mucha do pajęczej sieci. Spódniczkę miała tak krótką, że nie było nawet sensu wydawać tych kilku dolców. Wszystko było na wierchu. Mimo tego w oczach Henryka ujrzałem tę niebezpieczną iskrę. Nigdy nie rozumiałem, co mężczyźni widzą w kobietach. Osobiście nie spotkałem żadnej, która przykułaby moją uwagę na dłużej niż nowy komiks „Sin City”. - Zostaw tych miłych dżentelmenów – odezwał się facet przy barze – nie potrzebują twoich tanich wdzięków. Proszę Panowie, spocznijcie – odszedł od baru i zaprosił nas do stolika. Miał rude włosy i irlandzkie rysy twarzy. Jednodniowy rudy zarost, który zawsze wzbudza u mnie ciarki gęstą szczeciną pokrywał jego smutne oblicze. W lewym uchu miał tani kolczyk, a na ramionach jeszcze tańszy garnitur. Wyglądał dość dziwacznie, ale w naszej sytuacji nie mieliśmy prawa nikogo osądzać. Rozsiedliśmy się wygodnie i zamówiliśmy piwo. Gdy barmanka je przyniosła facet nalegał, by to on pokrył koszty i napiwek. Jako, że nie mieliśmy z Henrykiem zbyt zasobnych funduszy nie zgłaszaliśmy sprzeciwu. Zaprotestowaliśmy jak to nakazywały dobre obyczaje, po czym pozwoliliśmy mu uregulować rachunek. - Przy okazji. Mówcie mi Steve. Steve Collins. – przedstawił się. Henryk…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ewan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…