Puste szkiełko
Dominic w czarnym punkcie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czym kierują się ludzie, dobierając tak absurdalny wystrój balkonu?
Może roślinność kojarząca się nieodmiennie z azjatycką dżunglą, wypełnioną bandą hinduskich kretynów, była dobrana przypadkowo. A może gospodyni w szlafroku, sprzątająca teraz kurze z suszarki powstałe w ciągu ostatniego tygodnia, myślała w sklepie o hinduizmie, rzeźbiąc wyposażenie domu według tych właśnie dźwięków?
Widok jaśniejszych od migdałowego kremu włosów właścicielki brylantowo smukłych nóg, przechodzących przez Rue de Cascades, sprawił, że Dominic mimowolnie skierował swoje myśli ze strony balkonu gospodyni w szlafroku na Isabelle Puhasse, swą koleżankę z wydziału filozofii, prawdopodobnie opalającą się teraz na holenderskiej plaży.
Wypluł to z siebie szybciej niż morski potwór, zupełnie nie angażując do tego świadomej części swego mózgu, zajętej w tym czasie degustacją zbliżającego się momentu. W jego automatycznie działającej psychice zapalił się uliczny neon, nakazujący natychmiastowe zatrzymanie tych myśli bez najmniejszych znaków ostrzegawczych. Zanim jednak zdążył wykonać dojście do flanelowej, łaskoczącej go często po plecach klatki schodowej, myśli odbiły się od lustrzanych drzwi i ponownie, podmiejską drogą, trafiły do jego głowy, robiąc w niej o wiele większe zamieszanie niż zawartość prawej skarpetki.
W jego logarytmicznym biegu po schodach w kierunku ostatnich pięter przeszkadzał niezmiernie łoskoczący w wyobraźni rechot zielonej poręczy. Rechot, który wbrew swej wyjątkowości oznaczał naturalną nieuchronność biologicznego zegara. Zresztą martwe przedmioty dość często zdawały się przekazywać jakieś wiadomości, nieraz nawet nasuwał mu się przerażający wniosek, że większość ludzkości nigdy nie będzie bardziej rozwinięta od nocnych lamp, najnowszych szamponów, zdjęć siostry Alexa w bieliźnie oraz pilota od telewizora.
Coraz bardziej drżącymi rękami wyjął klucz z kieszeni spodni i szybkim ruchem wsadził go do zamka, co również jakimś diabelskim, narkotycznym sposobem skojarzyło mu się z Isabelle. Z marzeniami, których nigdy nie udało mu się urzeczywistnić, marzeniami skazańca o następnym wschodzie słońca.
Sprowadzony na ziemię zupełnie nieracjonalnymi, a jednak związanymi lukrowanym sznurem ciągami aluzji, wszedł do swojego mieszkania, zdjął prastare buciory, rzucając je niedbale w kąt i udał się w prawą stronę, tam, gdzie wieczorami układał się do snu, przewracając się długimi godzinami wśród bezsennych przemyśleń. Do pokoju wypełnionego przez tandetne maskotki, używane do obrzucania koleżanek, odwiedzających dawniej jego królestwo. Zwłaszcza maleńki niedźwiadek, którym na początku się zachwycały oraz uszyty przez Madame Framboise krokodyl z czerwonym grzbietem, stosowany przez nie jako tarcza.
Dominic usadowił się na łóżku nie ścielonym od ostatniej pełni księżyca, po czym sięgnął do prawej skarpetki i wyciągnął powoli cztery gramy marihuany. Wulgarne, plastikowe opakowanie skrywało roślinną zawartość o sakralnym wymiarze, opłatek dopłucny dla kilkunastu tysięcy paryskich studentów. Obejrzał z przyzwyczajenia na wszystkie strony kuszącą przesyłkę, oceniając automatycznie wielkość porcji wydzielonych przez Monsieur Ferrero, po czym na kilka sekund przymknął powieki, wyobrażając sobie porcelanową filiżankę.
Jedna z najjaśniejszych minut w jego monotonnym rozkładzie dnia zbliżała się nieuchronnie, napełniając niecierpliwym cykaniem zegara kolejne kolorowe skrzaty. Szczere, choć nietrwałe zadowolenie objęło w panowanie, wabiąc do ich jaskini wizualne smakołyki.
Kiedy drugi punkt standardowego programu - wyciągnięcie szklanej fifki i przygotowanie jej do użytku – był w trakcie realizacji, Dominic nieświadomym ruchem wsunął prawą nogę pod hebanowe oparcie krzesła, podnosząc je kilkakrotnie ruchem kopulujących królików. Widmo wejścia na sam szczyt sprawiało, że wielu czynności nie był już pewien. Podobnie musiała się czuć Madame Framboise, gdy poród na śródziemnomorskiej prowincji dobiegał już końca, a widmo przerwania obezwładniającego bólu zaglądało jej w oczy, grzechocząc swym szkieletem.
Nabijanie armaty powiodła się bezbłędnie, rewolucjoniści pod jego wodzą szykowali się już do odpalania. Generał ponownie rozsiadł się na łóżku, opierając plecy o pomalowaną na fioletowo ścianę. Kłębowisko goniących się wzajemnie pragnieńi uspokoiło się na jakiś czas, przyczajone w oczekiwaniu na posłodzenie gorzkiej herbaty. Teraz...
W pokoju dało się słyszeć lekki, łaskoczące metalowe urządzenia trzask, połączony od wieków z powstawaniem iskry, a parę sekund później od wszystkich szesnastu ścian zaczął leniwie odbijać się charakterystyczny zapach, który dla Dominica był milszy nawet od zapachu kobiety, od tej subtelnej mieszanki luksusowych perfum i delikatnego ciała. Zapach, który sprawiał, że nagle cała rzeczywistość stawała się niezwykle odległym środowiskiem, połączona ze światem zewnętrznym jedynie poprzez barwy i dźwięki.
Była to jedyna marmurowa okazja, kiedy jej wpływ był mocniejszy od nagłego odjazdu nocnego tramwaju. Po kosmosie krążą plotki, że im częściej te śmieszne ziemskie stworki palą marihuanę, tym mocniej oddala je od monotonnej codzienności. Jest to bzdura, zupełna bzdura, której głoszenie należałoby karać śmiercią na kwadratowym rydwanie. Tylko na początku, kiedy palił raz na jakiś czas, kiedy robił to tylko na nielicznych imprezach gloryfikujących kolejnych kilkaset dni od chwili wyjścia z macicy, faktycznie zauważał taką rosnącą funkcję, której wykres podobny był do funkcji kwadratowej.
Ale nie w czasach przypominających postzimową trawę. Dziś, kiedy najbardziej zezwierzęceni narkomani na rynku byli pod wrażeniem ilości, jakie przechodziły przez jego mięśnie, kiedy Monsieur Ferrero, wędrujący wieczorem po paryskim oceanie ulic z bombardującą zmysły zawartością, od niego właśnie zaczynał podawanie swojego zmieniającego się ciągle numeru telefonu, Dominic mógł śmiało powiedzieć, że nigdy nie jest na całkowicie dotykalnym, legendarnym wśród narkotykowych dziewic haju, który miesza ludzkie zmysły i krystalizuje zwierzęce myśli. Poza tą jedną poranną chwilą, jedną chwilą lwicy łapiącej za kark gazelę.
Dym wpadający mu do gardła przewędrował stopniowo przez cały jego organizm krokami kolejarza, udającego się po następne wiadro węgla. Czuł, jak dotyka każdej jego komórki, jak każda żyła zostaje orzeźwiona tą straszną mocą, której Aztekowie kłaniali się na kolanach. Tabliczka w jego głowie, odpowiedzialna za zapisywanie myśli, przestawiła się w prawo, pulsując w rytmie bijącego szybciej serca.
Przez chwilę Dominic trzymał powietrze w płucach tak kurczowo, jak gdyby ktoś próbował wyrwać mu z ręki utracone złoto gestapowskich dostojników. Niektóre czynności wchodzą w nawyk tak głęboko, że czynimy je nieświadomie. Kiedy doszedł w końcu do odkrywczego wniosku, że pobycie się dwutlenku węgla jest jak najbardziej wskazane, napełnił dymem pół pokoju, a sam rozłożył się wygodnie na łóżku i czuł doskonale, lepiej niż kiedykolwiek w życiu, jak magiczne prądy przepływają po jego nogach, a następnie wraz z krwią przedostają się z powrotem do płuc.
Nie zatrzymują się tam jednak, ale wykonując ostry zakręt wirują po głowie i z całej siły tłuką jego zwinięte w kłębek myśli, rozbijając zbitą kulę na setki części, niczym Andersenowskie lustro wabiące dzieci do pałacu Królowej Śniegu.
Od dawna nie poczuł tak silnego uderzenia w głowę, przypominającego kopnięcie konia, zdenerwowanego na niezdarnego kowala. Odłamki lustra poszybowały w niewłaściwa stronę i z potworną mocą wbiły mu się w serce, rozkrajając je na strzępy, drąc je na minimalne pióra i pastwiąc się nad nim z rozkoszą.
W mgnieniu oka dotarła do niego informacja, że na łóżku, które w chwili obecnej wspaniale ułatwiało leżenie, niegdyś Isabelle wyginała swoje ciało, trzymając się drewnianych żaluzji i śpiewając hebrajską pieśń o losach dzielnej pasterki. Tak, Isabelle uczyła się przecież hebrajskiego, zawsze była przepełniona duchowością i Dominic poczuł, że nie ma najmniejszych szans na obronę przed jej dziedzictwem, co oznaczało, że następna godzina będzie pełna posmutniałych wspomnień, pełna myśli o wiszącym wciąż na firance patyczku od truskawkowego loda, którego wtedy jedli.
Walka z niezwyciężonym wrogiem pozbawiona jest najmniejszego sensu, wywiesił więc białą flagę, masochistycznie rozdzierając sobie psychikę o kolana Isabelle, jak to zresztą robił praktycznie codziennie, natchniony uprzednio przez niezawodnego Monsieur Ferrero.
Smukłe, rzeźbione w perfekcyjny sposób nogi...
Najbardziej wykwintne słowa specjalnie wytworzonego w tym celu języka nie były w stanie wyrazić treści, które symbolizowały jej posągowe nogi, skradzione Afrodycie. Rozbić na czynniki pierwsze archetypu kobiecości ukrytego w dwóch nienaturalnie długich kończynach dolnych. Wyginających się niemal bezwiednie, gdy się zamyśli, naprężające się, a następnei dopuszczajace do rozluźnienia mięśni.
Chyba nikt inny takich nie widział, a już na pewno nikt takich nie mógł dotykać. Bo Isabelle później nie miała już nikogo, kto sprawdzałby nosem ich smak. Widać to było w jej pozbawionym motywacji siadaniu na krześle i w tym, jak poprawiała sobie włosy. Przede wszystkim jednak widać to było w sposobie, w jaki kierowała w jego stronę swe smutne rzęsy.
Nawet niepełnosprawnemu dziecku udałoby się wyczytać z jej gamy spojrzeń jawny wyrzut, na pewno zdementowany w razie oficjalnego pytania, ale Dominique doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności. Wyrzut, że musi samotnie wracać przez gdaczący rynek i że właśnie on spowodował to swym nieodpowiedzialnym zachowaniem szczeniaka goniącego za uciekającym kotem. Choć to nieprawda, gorzki kielich rozstania został nalany właśnie przez nią, lecz wyglądała, jakby to on był głównym winowajcą. Nieraz miał nieodparte wrażenie, że ona by wróciła, gdyby tylko zadzwonił z przeprosinami i złożył obietnicę, że rozstanie się z tropikalną destrukcją swych płuc, gdyby jakkolwiek się do niej odezwał i powiedział, że zależy mu jeszcze na brylantowych udach, tak samo mocno jak tego wieczoru, gdy...
Ale to było poza jego zasięgiem, zresztą nie potrafił utrzymać z nią nawet kontaktu wzrokowego, ponieważ ten niemy wyrzut budził niegdyś w jego snach największy lęk, jaki kiedykolwiek odczuwał. To był jedyna droga, z której wyskakiwały aluzje zawodu, ponieważ ona również bała się do niego odzywać. Wyczuwał w niej pewną nieśmiałość względem niego, wynikającą ze zrozumienia swej roli w jego upadku.
Tak, upadku, użycie tego słowa było koniecznością. Bo choć, nie będąc na połowie wykładów, ukończył filozofię z indeksem, za który dostał od babci zegarek, choć niedostępne innym baśniowe światy codziennie zapraszały go do swoich drzwiczek, a jadąc metrem zawsze widział, jak cały wagon tańczy, to czuł doskonale, że spada w jakąś otchłań, a jej dno coraz bardziej się obniża. Czuł doskonale, a jednak nie miał najmniejszej szansy na jakąkolwiek próbę obrony. Czerpanie przyjemności z życia było dla niego abstrakcją, to raczej nieczerpanie nieprzyjemności. Całe dni przeleżane na łóżku urozmaicały jedynie dźwięki włączonego telewizora nastawionego od paru miesięcy na prezentacje mody, bo ruszenie się po pilota było niemożliwe. Właściwie to było możliwe, ale po rozważeniu wszystkich plusów i minusów zawsze uznawał, że aktualna sytuacja go zadowala.
Również psychikę chronił starannie przed niepotrzebnym wysiłkiem. Prowadzenie inteligentnej rozmowy było czynnością nadmiernie męczącą, dlatego starannie omijał wszelkie miejsca, gdzie mógł na taką natrafić. Ze wszystkich ludzi, których potrzeby intelektualne przekraczały potrzeby ich organizmów, tylko z Alexem utrzymywał kontakt. Ale nawet z nim nie rozmawiał jak dawniej, nie poruszali ambitniejszych tematów, nie zachwycali się nawet muzyką, poprzestając na biernym słuchaniu. Poza typowymi rozmowami o niczym, potrafili tylko wspominać stare czasy i godzinami rozprawiać o marihuanie, chwaląc jej błyszczące pieszczoty. Było to jedyne morze, w którym obaj pływali.
I choć Alex opowiadał mu także cały wachlarz innych rzeczy, to Dominic nawet nie udawał przed samym sobą, że próbuje tego słuchać. Otwierał na oścież wszystkie okna w swojej głowie, pozwalając na swobodny i obustronny przepływ informacji, przez co wpadały one tam i wypadały, a po godzinie takiego monologu nie umiał powtórzyć ani słowa.
Wkrótce potem Alex to zrozumiał, zawsze chwytał wszystko tak szybko, po czym przestał zadręczać go zbędnymi bzdurami. Zachował swe opowieści dla chudej Charlotte, noszącej kolczyk w pępku oraz kochającej się od tyłu, i nie kłócili się już zrozumiałym tylko dla siebie językiem o kolor włosów dziewczyny w utworze z charakterystycznym instrumentem, który im obu skojarzył się kiedyś w jednym momencie z zawodzeniem perskiej niewolnicy.
Przychodził o wiele rzadziej, ale nadal jego wizyty były drugim ważnym elementem egzystencji Dominica. Możliwe nawet, że najważniejszym, ale nikomu by się do tego nie przyznał. Wszyscy sąsiedzi by go wyśmiali, zresztą oni nigdy nie lubili Alexa za różnorodność i za wyśmiewanie ich jednakowości. Dominic czekał na te wizyty z dwóch powodów. Miło było rozmawiać z kimś nie traktującym go z pobłażliwością i wstrętem, a jednocześnie wypełnionym szczęściem. Tak, szczęście promieniało z jego oczu, jak tylko wyłaniał się zza rogu Rue de Cascades, trzymając w ręce wiecznie pełną reklamówkę z butelkami imbirowego piwa, a potem z każdego zdania, które wychodziło z jego ust. To był zawsze ogromny szok, bo nikt inny tak nie mówił. Oni tylko ciągle narzekali na wszystko poza sobą. Zwłaszcza Audi.
Tak, Audi był chodzącym niezadowoleniem i gdyby nie to, że pił kilkanaście butelek imbirowego piwa dziennie, szukając następnie zaczepki z wysmarowanymi żelem studentami, przypominającymi mu kochanka rudowłosej Francinette, można by go posądzać o pokrewieństwo ze starymi przekupkami wciskającymi przechodniom jabłka w najbrudniejszych zakamarkach Paryża.
Każda przemowa Audi zawierała w sobie narzekanie na brak libacji w okolicy Rue de Cascades, aresztowanie kolejnego dealera roznoszącego substytuty zbawienia, na brak łatwych do zarobienia pieniędzy i żurnalowej modelki gotowej do oralnego seksu, a wszystko to przeplatane było bez przerwy przymiotnikami utworzonymi od nazw męskich narządów płciowych. Dominic nie umiał wyjaśnić, co wywołało w nim sympatię dla tego marabuta (marabut, co za dziwne określenie, to chyba jakiś ptak). Może za to, że włóczył się z nim po knajpach w haszyszowych nutach absyntu, a może dlatego, że Audic go podziwiał? Zwykłe ludzkie uczucie.
Oba powody nie zadowalały go zupełnie, wmawiał sobie, że lubi go za coś innego. Że ma on w sobie coś nieprawdopodobnie romantycznego, ten jego cały bunt wobec przytłaczającego go świata podobny muszkieterom. Ale to bzdura, Audi nie umiałby umiejscowić romantyzmu na przestrzeni dziejów, a nazywanie odreagowaniem nieszczęśliwej miłości zwykłego napadania na przypadkowych ludzi jest głupsze niż ballada dziewicy o seksie.
Drugim powodem, dla którego Dominic nadal lubił Alexa (nie wiedział, dlaczego nagle w środek myśli wszedł mu Audi), drugim z tych powodów (a może to był pierwszy, zresztą czy to ważne?) był łączący ich nieskończony zachwyt marihuaną. Nie mieli w zwyczaju robić Tego, a potem udawać, że nic się nie stało, jak stare małżeństwo w łóżku lub przydworcowi bezdomni wdychający amfetaminę, ale rozprawiali o tym godzinami językiem dwóch koneserów. Każdy niuansik, każda ciekawostka miała nazwę w ich własnym leksykonie. Przez parę minut potrafili dyskutować o szczególnie dziwnym ułożeniu pozostałości na ścianach fifki, spierać się o ułożenie materiału podczas kręcenia jointa, a zwłaszcza konwersować o smaku tej rośliny. Tak, to był temat, na który mówili, aż robiło się ciemno, po każdym buchu zachwalali bądź krytykowali dym przepływający kolejno przez usta, gardło, tchawicę i dochodzący do płuc w ostatnim stadium swego podróżowania. Gdyby ta rozmowa zamiast narkotyku dotyczyła religii, to jej poziom byłby wyższy od dyskusji Buddy z Chrystusem. Jednak w tym wypadku niejedna dziewczyna wychodziła z zajmowanego przez nich pomieszczenia, przerażona towarzystwem, w jakim się przypadkowo znalazła. Dominic pamiętał, jak jakaś niska pielęgniarka (jak ona miała na imię?), która siedziała z nimi przy kawiarnianym stoliku, nazwała ich narkomanami, a Alex wygłosił wtedy kilkuminutową przemowę przeplataną rzekomymi teoriami Nietschego, która obnażyła jej wszystkie niedostatki intelektualne. Potem przez całą noc patrzyła na niego ze wzrokiem, w którym mieszała się odrobina niesmaku, sporo podziwu i olbrzymia fascynacja. Skończyli całując się na podłodze pod tym stolikiem, a następnie ona zapisała mu swój numer domowy na kawałku pudełka od mentolowych papierosów. Na tym samym pudełku, z którego Alex bezczelnie zrobił filtr do kolejnego jointa, częstując nim kelnerkę Beatrisse przynoszącą na tacy sałatkę z tuńczyka.
Tak, Alex zupełnie się nimi nie przejmował. Poczet jego przyjaciółek był bardziej zasobny niż lista mężczyzn, która piła z nim absynt, ale nigdy nie uganiał się za nimi, nie wydzwaniał i nie ślinił się do każdej nowopoznanej. Był też prawdziwym przyjacielem.
Dominic w niczym nie przypominał ślepego kreta, nieświadomego wydarzeń dziejących się dookoła niego. Widział bardzo wyraźnie, że Isabelle niezwłocznie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Idsele
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…