Wróć do katalogu

Rakowiecka 37

Zostajesz aresztowany i postawiony w trudnej sytuacji. Co robisz?

hic_est, opublikowano , 41 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Było zimno, kiedy wracałem. Wiał wiatr i padał deszcz. Nie był, co prawda gęsty, ale w połączeniu z wiatrem dawał mi się mocno we znaki. Nie miałem czapki. Postawiłem jedynie kołnierz skórzanej kurtki i szedłem na tyle szybko, by nie zacząć biec. Skręciłem w swoją ulicę. Lubię ją, między innymi, przez drzewa gęsto tu rosnące. Zdawały się tworzyć coś na kształt barokowego korytarza z wysokim łukowatym sklepieniem. Wszedłem do klatki. Moje kroki słychać było bardzo wyraźnie. Dźwięki odbijały się od ścian, kiedy wchodziłem po schodach na drugie piętro. Nie lubię, kiedy tak wyraźnie mnie słychać. Zostało mi to, chyba, po wojnie. Otworzyłem cicho drzwi by nie obudzić żony i dziecka. Starając się robić jak najmniej hałasu zdjąłem kurtkę, powiesiłem ją w przedpokoju i wszedłem do kuchni. Wsypywałem właśnie herbatę do szklanki, kiedy usłyszałem za sobą dźwięk skrzypiącego parkietu. Odwróciłem się i zobaczyłem Zosię, moją żonę.

- Czemu wróciłeś tak późno? Nie mogłam zasnąć. Powiedziała przyciszonym głosem. - Znaczy, że jeszcze się o mnie martwisz. Uśmiechnąłem się. - Tak. Wyobraź sobie, że się martwię. Zadowolony? - Co za pytanie? Oczywiście. Gotowy jestem częściej się spóźniać, jeśli będzie to dowodziło tego, że nadal nie jestem obojętny dla swojej żony. - Tak. Żartuj sobie. Nabawię się nerwicy i będziesz dopiero miał kłopot. - Do tego postaram się nie dopuścić. Podszedłem do niej i objąłem ją w pasie. Była ciepła od snu. - Nie mogłaś usnąć? Twoje cudownie niebieskie oczy mówią mi co innego. To nie koniec. – Tu schyliłem się by powąchać jej ramię. – Czuje tu wyraźny zapach snu. Masz coś na swoje usprawiedliwienie? - Nie, nie mam. - Odpowiedziała z udawanym nieśmiałym uśmiechem. – Usnęłam, ale za to śniłam o tobie. Biegłeś ciemnymi ulicami do swojej ukochanej żony. Zaśmialiśmy się jednocześnie. - Co za kobieta. Nie pomyliłaś się nic a nic. - Jesteś mokry. Doprowadź się do porządku. Jeśli będziesz miał szczęście, jeszcze nie będę spała, kiedy skończysz - Więc pędzę, pędzę. Uśmiechnęła się i weszła cicho do pokoju.

Wszedłem do łazienki, umyłem twarz i zęby. Spojrzałem na lustro wiszące nad zlewem i uśmiechnąłem się do swojego odbicia.Kiedy wychodziłem z łazienki zauważyłem, że Zosia jest w pokoju dziecka. Pochylała się nad kołyską a ja stałem w progu i patrzyłem, po prosty patrzyłem. Niesiony wiatrem deszcz uderzał w szyby. Drzewa falowały. W ciemnym pokoju koszula nocna żony łagodnie odbijała światło i cicho szeleściła. Patrzyłem na jej zgrabne dłonie, na włosy opadające na policzki. Szeptała do naszego syna.

Stanąłem obok niej. Spojrzała na mnie. Jej oczy lśniły jakimś blaskiem. Miała łzy w oczach a może to, po prostu, gra świateł. Nie wiem. Odwróciła wzrok do dziecka. - Może teraz mi powiesz, gdzie byłeś? – Wyszeptała. - Wychodząc mówiłem ci. Nic się nie zmieniło. Byłem u Romka. Musieliśmy dopracować projekt. - Jak postępy? - Niemalże wszystko jest już skończone. Zostały szczegóły. - Cieszę się. – Znów spojrzała mi w oczy. – Chodź, mój zapracowany mężczyzno. - Idź sama. Zaraz przyjdę.

Zbliżyłem się do kołyski i spojrzałem na Michała, mojego syna. Nie mogłem pozbyć się uczucia zdumienia zawsze, kiedy na niego patrzyłem. Spał bardzo spokojnie. Miał dopiero rok. Trudno opisać swoje uczucia w takiej chwili. Ja czułem wielką dumę i odpowiedzialność. Mam syna. Uświadamiałem to sobie za każdym razem patrząc na niego lub myśląc o nim i za każdym razem było to dla mnie nowością, jakbym nie mógł się do tego przyzwyczaić. Dotknąłem jego dłoni. Była tak mała, miękka i ciepła. Złapał mnie za palec wskazujący. Stałem więc i patrzyłem się na niego nie mogąc się poruszyć. Co za scena. Facet stoi nad kołyską, jego palec trzyma roczne dziecko a on nie może wykonać ruchu.

Nie wiem ile czasu tak spędziłem. Otrząsnąłem się i wróciłem do rzeczywistości. Deszcz zasiekł w szybę, cykał zegar. Odszedłem od kołyski i przeszedłem do sypialni. Rozebrałem się i położyłem obok Zosi. - Ot i jestem. Czekałaś? - Nie. – Wyszeptała uśmiechając się z zamkniętymi oczami.

Odwróciła się do mnie i przytuliła. Leżeliśmy nie odzywając się do siebie. Nie było potrzeby. Cieszyliśmy się naszą bliskością. Jej włosy pachniały wspaniale. Nie wiem jak to nazwać. Z resztą, tego nazywać nie trzeba. Jej bliskość sprawiała, że byłem szczęśliwy. - O czym myślisz? – Zapytała. - O poziomkach. - I o czym jeszcze? - O kwiatkach - Kwiatkach? - Tak, tych na twojej koszuli nocnej. - To z ciebie prawdziwy przyrodnik. - Kiedy jesteś przy mnie, nie wiedzieć czemu, często zdarza mi się myśleć o naturze. - Nie wiedzieć czemu? Myślę, że gdybyś chciał, mógłbyś wygłosić mi na ten temat ciekawy wykład. - Kochanie. – Powiedziałem przechylając się w jej kierunku i patrząc w jej oczy. – Teraz wolę nie mówić.

Nachyliłem się i pocałowałem ją w usta. Zamknęła oczy podobnie jak ja. Czułem jej język, jej słodkie usta. Usłyszałem jak oddycha przez nos. Dłonią dotknąłem jej biodra, dalej brzucha i piersi. Była wspaniała i była ze mną. Jej bliskość, ciepło i piękno upajało mnie. Ściągnęła ze mnie koszulkę. Ja całując jej twarz dotykałem jej łydek. Dłonią wodziłem po nodze. Wyżej, do kolana, do uda, do pośladków. Koszula nocna była długa i zdecydowanie nam przeszkadzała. Zosia próbowała odpiąć guziki za szyją, pomagałem jej w tym. Sutkiem czego przewracaliśmy się i śmialiśmy. Ściągnęła ją przez głowę. Zaśmiała się i wczepiła palce w moje włosy. Leżąc na niej poczułem narastające podniecenie. Jej oczy lśniły. Na ustach czaił się uśmiech. Spojrzała mi w oczy. Była piękna, piękna i ze mną…

Obudziły mnie odgłosy samochodu zajeżdżającego pod kamienicę. Usłyszałem troki kilku osób. Przez głowę przeleciała mi zła myśl. Wstałem z łóżka. - Co się stało? – Zapytała zaspana Zosia. - Mam nadzieję, że nic poważnego. Ktoś przyjechał pod kamienice. Spojrzała na mnie i musiała wyczytać coś z mojej twarzy. Była zaniepokojona. Włożyłem spodnie i wyszedłem na przedpokój. Słyszałem kroki na schodach. Minęli pierwsze piętro. Idą wyżej. Weszli na drugie. Jakieś głosy. - To tu. Walenie w drzwi. Usłyszałem jak Zosia zerwała się z łóżka i pośpiesznie ubierała. Założyłem koszule i spodnie, wziąłem głębszy wdech i spytałem wyglądając jednocześnie przez wizjer. Nic nie było widać. Ciemno albo zasłaniają. - Kto tam? - Milicja. Sławomir Ziębicki? - Tak. To ja. - Otwierać. Mamy nakaz. - Nakaz czego? - Zobaczysz jak otworzysz. - Chcę zobaczyć wasze legitymacje. - To otwórz pan. - Przyłóżcie je do judasza. - Światła nie ma. - Dziś jeszcze było, włącznik po lewej stronie na wysokości klamki. Rozmowa i szmer. Nie usłyszałem przełącznika. Jeden z mężczyzn ubrany po cywilu zdjął dłoń z wizjera. - No jest. Teraz otwieraj pan. - Legitymację proszę zbliżyć do judasza.

Mówiłem spokojnie, ale serce waliło mi jak młotem. Ten, który zasłaniał wizjer skinął na jednego z mężczyzn. Tamten wyjął legitymację i przystawił. - Proszę odsunąć, nic nie widać. - Dobrze, teraz reszta. - Panie, nie pierdol pan bo wyważymy drzwi. - Chcę zobaczyć jeszcze legitymację pana po lewo. - Kurwa… - zaklął jeden z nich. - W porządku. Jak chce to mu ją pokaże.

Przystawił legitymację do wizjera. Zdążyłem przeczytać, że jest z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Zabrał nim spojrzałem na nazwisko. - Nie przeczytałem nazwiska. - Grabisz pan sobie. - Chcę zobaczyć nazwisko. - Dobra. – Przyłożył.

Przeczytałem i ogarnął mnie jeszcze większy niepokój. Jak Zabytkowski Odwróciłem głowę, w przedpokoju stała Zosia. Była już ubrana. Miała łzy w oczach. - Zosiu. – powiedziałem cicho. – Idź do Michała. Ja będę musiał…przyszli mnie aresztować.

Rzuciła mi się na szyję. Coś ciężkiego zwaliło mi się na dno żołądka. Fizycznie czułem jak ściska mi się serce. Poczułem ciepłe łzy Zosi na twarzy. Z bólem odsunąłem ją od siebie. Dłonią sięgnąłem do jej twarzy i otarłem jej łzy. - Kochanie. Wrócę. Zgłoś się do Romka. On będzie wiedział co robić. Musisz być dzielna. Nie martw się o mnie. Dam sobie radę. Kocham cię.

Nie mogłem przestać patrzeć w jej oczy. Otworzyłem drzwi. Do przedpokoju weszło trzech mężczyzn. Otoczyli mnie i złapali pod ręce. - Puszczać! O co tu chodzi? Nastała szamotanina. Wszedł oficer i powiedział: - Puśćcie go. - Czego panowie chcecie? - Został wydany na pana nakaz aresztowania. - Proszę pokazać. Mężczyzna nazwiskiem Zabytkowski uśmiechnął się, zbliżył do mnie i cicho powiedział - Struchlej bo wywleczemy cię stąd jak psa, przy rodzinie. Mimowolnie spojrzałem na drzwi pokoju, w którym była moja żona z dzieckiem. - Gdzie mnie wieziecie? - Na Mokotów. - Chcę się zobaczyć z żoną nim wyjdę. Spojrzał na mnie z rozbawieniem. - Chcesz wyjść spokojnie to idziemy teraz. - Proszę pana, moja żona ma prawo wiedzieć gdzie mnie wieziecie. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Uśmiechnął się lekko, ale nie był to uśmiech przyjazny. - Dobra. Przepuścić go i pilnować. Otworzyłem drzwi. Przy kołysce stała Zosia. Trzymała na rękach syna. Podszedłem do niej. Przytuliłem ją razem z synem. - Zosiu, kochanie. Przyjechali mnie aresztować. Muszę z nimi iść. Zabierają mnie na Mokotów. Nic mi nie będzie. Pamiętaj co ci mówiłem. Milczała. Pocałowałem ją. - Wystarczy. Idziemy. – Powiedział Zabytkowski. Dotknąłem jej policzka. Pocałowałem dziecko. - Idziemy. – Głośniej i stanowczo powtórzył. Michał obudził się i zaczął płakać. Zosia stała i nadal się nie odzywała. Patrzyła tylko na mnie a mi krajało się serce. Niech coś powie. Odłożyła dziecko do kołyski, podeszła do mnie i powiedziała coś co mocno wryło mi się w pamięć. - Będę czekała. Dbaj o siebie. Kocham cię. Podeszli do mnie. Nie mogłem dłużej czekać. Założyłem buty, ale nie zasznurowałem ich. Nie było jak. Skuli mnie kajdankami. Dziecko płakało. Prowadzili mnie po schodach. Zosia wybiegła za mną. - Sławek. – Płacz dziecka wzmógł się bardziej. Niech zamknie drzwi. Niech je zamknie! Któryś z prowadzącym mnie milicjantów nadepnął mi z tyłu na but, tak że ten prawie spadł. Chciałem się nachylić, ale popchnęli mnie. Idący obok milicjanci wzięli mnie pod ręce. Starałem się nie zgubić buta.

Wsiadłem do samochodu, starego podniszczonego mercedesa. Jechaliśmy w milczeniu. Siedziałem z tyłu a po moich bokach siedzieli milicjanci. Patrzyłem na uliczne światła odbijające się od mokrej jezdni i myślałem. Myślałem o żonie i dziecku. Pytałem siebie czy da radę. Czy przyjaciele i rodzina jej pomogą. Tak minęła mi podróż.

Zajechaliśmy na Rakowiecką. Wyszliśmy z samochodu. Było zimno a ja miałem na sobie jedynie koszule, spodnie i buty. Wiejący wiatr wrócił mi jasność umysłu. Pomyślałem, że nie zastanawiałem się jeszcze nad sobą. Nad tym co mnie czeka. Spojrzałem na gmach więzienia. Miał kilka pięter. Ponad nim, na niebie wiatr przegonił chmury pozwalając dostrzec gwiazdy. Przypomniała mi się stara kołysanka „O gwiazdeczko co świeciłaś gdym ja ujrzał świat…” Zupełnie nie wiem czemu teraz pomyślałem o tej melodii.

Po przeszukaniu zaprowadzono mnie do piwnicy. Było w niej ciemno, zimno i wilgotno. Jeden strażnik szedł z przodu, drugi z tyłu. Zamknięto mnie w celi nr 12. Nie było w niej okien. Pod ścianą stało łóżko. Nie rozkuto mnie.

Szczęknął zamek, wsłuchiwałem się w oddalające się kroki do czasu, kiedy wszystko ucichło. Spojrzałem na kajdanki, rozejrzałem się po celi. Była pomalowana na żółty kolor. Odrapane ściany, brudny materac na łóżku. Oglądając to uświadomiłem sobie w jakim znalazłem się położeniu. Wiele słyszałem o aresztowaniach żołnierzach AK i sposobach ich przesłuchiwania. Mówiono o tym w całej Warszawie. Siedziało wielu moich kolegów z czasów wojny, z którymi służyłem w partyzantce. Nie słyszałem by kogoś wypuszczono.

Nie mogłem położyć się i usnąć. Zbyt wiele myśli plątało mi się po głowie. Chodziłem więc od ściany do ściany. Tak minęło około dwóch godzin. Nie jestem tego dokładnie pewien. Zabrano mi zegarek. Usłyszałem kroki na korytarzu. Ktoś zatrzymał się przed moją celą i stukając kluczem otworzył drzwi. - Nie śpi. – powiedział pierwszy ze strażników. - Jeszcze mu się zachce. – Obaj się zaśmiali. Nie odzywałem się. - Idziemy.

Prowadzono mnie słabo oświetlonymi korytarzami, dalej schodami na górę. Minęliśmy cele by w końcu stanąć przed metalowymi drzwiami. Otworzono je i wprowadzono mnie. Od razu zwróciłem uwagę na okno znajdujące się wysoko, pod samym sufitem, przez które dało się zobaczyć niebo. Może to brak okna w celi, w której siedziałem to spowodował. W pokoju pod ścianą stało biurko a za nim dwa krzesła. Po drugiej stronie jedno krzesło. Kolor ścian był taki sam jak w celi. Na biurku stała lampka. Strażnicy zostawili mnie samego i zamknęli drzwi. Dało mi to czas na przygotowanie się do przesłuchania, bo nic innego mnie teraz nie czekało. Po kilku minutach usłyszałem dźwięki, drzwi się otworzyły i do pokoju weszło dwóch mężczyzn.

Przypatrywali mi się chwilę jakbym był jakimś niezwykłym okazem. Jeden z nich usiadł za biurkiem, drugi chodził za mną, od ściany do ściany. - No i mamy pana, panie Ziębicki. – Powiedział ten zza biurka. Nie zareagowałem. - Tak. Mamy i szybko nie wypuścimy. - O co jestem oskarżony? - Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Nie bądź taki niecierpliwy. My mamy cierpliwość. Mamy. Ale – tu wstrzymał teatralnie głos – nie radzę jej sprawdzać. Nie radzę. - Proszę mi pokazać nakaz aresztowania. - Nie ma nakazu. Właściwie to nie jesteś nawet wpisany do rejestru. Ciebie tu nie ma. Rozumiesz? Nie ma cię tu. - Odmawiam wszelkich zeznań. - Odmawiasz? Ha. A to czemu? – spytał. - Nie będę odpowiadał na pytania póki jestem w kajdankach, nic nie wiem o powodzie uwięzienia. - Czy nie będziesz odpowiadał to się dopiero okaże. To się dopiero okaże. Teraz dostaniesz przytulną celę i będziesz miał czas na przemyślenia. No, ale nim to nastąpi jeszcze sobie porozmawiamy. Wiesz czemu cię zamknęliśmy? - Nie wiem. Nic mi o tym nie powiedziano. - Nie powiedziano? – Udał zdziwienie. – To trzeba będzie naprawić. Tak nie może być. Ja panu powiem za co pana zamknęliśmy. Zamknęliśmy pana za działanie mające na celu sabotowanie Polski Ludowej. Za działanie na rzecz kapitalistycznych państw, których celem jest osłabienie naszej siły. – Przypatrywał mi się z ciekawością. Widząc, że nie reaguje spytał. – Nic pan na to nie odpowie? - Nie będę mówił póki jestem skuty. - A, skuty. – Skinął na mężczyznę za mną. Ten wyszedł z pokoju. Wrócił po chwili trzymając w dłoni klucz. Spojrzał jeszcze raz na mężczyznę za biurkiem i widząc jego przyzwolenie, zdjął mi kajdanki. - No dobrze. Teraz możemy porozmawiać. Więc, co pan powie na moje oskarżenia? - Nigdy nie działałem na rzecz obcego państwa. W czasie wojny walczyłem z Niemcami. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Uważam, że to co robiłem było właściwe i gdybym miał zrobić to jeszcze raz, nie wahałbym się.

Zwalisty mężczyzna pokiwał głową i uśmiechnął się. - Widzę, że nasza współpraca będzie owocna. Lubię ludzi pewnych swego. No dobrze. Teraz zostanie pan odprowadzony do celi.

Nacisnął guzik na ścianie i do pokoju celi weszło dwóch strażników. – Odprowadzić. - Wstałem by mnie nie szarpano. Zaprowadzono mnie do tej samej celi, w której byłem poprzednio. Zamknięto drzwi. Stałem do nich plecami i słyszałem za sobą rozchodzące się dźwięki kroków strażników.

Światło w celi było wyłączone. Nie widziałem nic przed sobą. Całkowita ciemność. Nie miałem chęci widzenia czegoś poza nią. Nie miałem, z resztą, innej możliwości, przełącznik był na korytarzu. Przyszło mi do głowy, że przede mną nie ma wcale ściany pomalowanej żółtą farbą, nie ma też łóżka z brudnym śmierdzącym materacem i chwyciłem się tej myśli. Wytężałem wzrok. Próbowałem przeniknąć smolistą pustkę przed sobą. Na nic to się zdało. Żadnym rezultatów. Spróbowałem jeszcze raz. Wytężyłem wszystkie zmysły i skierowałem je w nieokreślone miejsce przed sobą. Otwarte szeroko oczy z całych sił starały się pochwycić choćby najmniejszy dostrzegalny sygnał, promień świetlny. Nic. Całkowita ciemność. Wilgoć i chłód dodatkowo wzmocniły uczucie pustki. Nie dochodziły mnie żadne dźwięki poza moim własnym oddechem. Potarłem ręce bo dostałem gęsiej skórki. Cichy szmer dłoni pocierającej skórę. Zamknąłem oczy i poczułem ulgę. Spojówki musiały wyschnąć od zbytniego wpatrywania się bez mrugnięcia. Otworzyłem oczy. Żadnej różnicy. Ponownie je zamknąłem. Znów otworzyłem. Ciemność otoczyła mnie a ja wpadłem w dziwny stan. Straciłem poczucie orientacji. Wiedziałem, co prawda, że stoję, ale nie wiedziałem w którą stronę jestem zwrócony. Nogi jakby wryły mi się w podłoże. Wiedziałem, że mogę się ruszyć, ale nie chciałem tracić uczucia otaczającej mnie nicości.

Wyobraziłem sobie, że jestem bogiem. Oto świat nie został jeszcze stworzony. Brak materii, brak czasu, brak energii. Jest tylko przestrzeń a może jej też nie ma? Cieszyłem się na myśl swojej boskości. Oto mam wokół siebie NIC. Istnieje tylko świadomość. Czysta świadomość i gotowość tworzenia. Kreacji. Myśl ta była jak kamyk zrzucony z wysokiej góry. Naraz przed oczami poczęły mi przebiegać obrazy. Zaczęła się tworzyć energia. Energia przebiegała mi przed oczyma, mieniła się i przeistaczała. Trwało to tylko chwilę. Zaraz powstała materia. Ta skakała, mieniła się zachowaniem przypominając ruchy Browna. Dalej ujrzałem tworzące się wszechświaty, galaktyki. Te wirowały, zmieniały kształty. Ramiona galaktyk wirowały a one same oddalały się od siebie…

Nie wiem jak długo to trwało. Zamrugałem oczami. Dotknąłem twarzy. Bolała mnie głowa. Byłem zmęczony. Otwierając powoli oczy usiadłem na łóżku. Schowałem twarz w dłoniach. Łokcie oparłem na kolanach. Ból głowy nie zmniejszał się. Położyłem się na boku. Zamknąłem oczy. Przebiegały mi przed mini białe plamy. Zmęczenie szybko dało o sobie znać. Przewróciłem się na brzuch i po chwili zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, pierwszym wrażeniem, które poczułem, był ból głowy. Z każdym uderzeniem serca puls na skroniach sprawiał mi ból, szum dodatkowo wzmagał to uczucie. Powodował, że nie mogłem jasno myśleć. Chwilę później uzmysłowiłem sobie, że jest mi zimno. Kładąc się nie pomyślałem nawet by się przykryć. Teraz trzęsłem się z zimna. To nie jest normalne. Byłem chory. Czułem, że mam gorączkę. Musiałem przeziębić się, kiedy wracałem do domu ostatniej nocy. Ostatniej? Która była właściwie godzina? Kurwa. Leżę na śmierdzącym materacu przykryty kocem. Trzęsę się z zimna i nie wiem nawet która jest godzina. Zły na siebie oddychałem głęboko.

Przestań się nad sobą użalać! Uspokoiłem się. Nie mogłem tracić panowania nad sobą. Przykryłem się kocem. Nie mogłem tu długo leżeć. Rano powinni mi przynieść śniadanie, więc pewnie jest jeszcze wcześnie. Uległem zmęczeniu, zamknąłem oczy i po chwili zapadłem w niespokojny gorączkowy sen.

Obudził mnie trzask otwieranego zamka i po chwili włączono światło. Otworzyłem oczy i usiadłem na łóżku. Tymczasem strażnik postawił mi na podłodze miskę z zupą i kawę. Bez słowa zamknął drzwi i odszedł. – Dobre wychowanie nie jest twoją mocną stroną, mea amicis. – mruknąłem. Wziąłem zupę, metalowa miska była ciepła. Nie wyglądała apetycznie, ale byłem głodny. Nie jadłem od popołudnia poprzedniego dnia, kiedy poczęstował mnie obiadem Romek. Zupa była rzadka. Pływało w niej kilka warzyw. Nie zauważyłem śladów mięsa. - Cóż. Smacznego. - Powiedziałem do siebie. Wziąłem łyżkę i zacząłem jeść. Kiedy człowiek jest głodny wiele rzeczy mu smakuje. To zdecydowanie mi nie smakowało. Wmusiłem w siebie całość i powoli wypiłem kawę. Ta smakowała mi zdecydowanie lepiej. Była mocna i niedługo po jej wypiciu poczułem się lepiej. Dłonie zrobiły się cieplejsze a myśli jaśniejsze. Ból głowy zelżał. Po posiłku przechadzając się po celi rozmyślałem. Chodzenie czasami w tym pomaga. Przez głowę przelatywały mi różne myśli. Przez dłuższą chwilę zatrzymałem się przy niej, kiedy usłyszałem kroki. Nie zauważyłem by oznaczały one coś innego poza odwiedzeniem mojej celi, spodziewałem się więc, że i tym razem będzie tak samo. Nie pomyliłem się.

Celę otworzył strażnik i powiedział. – Idziemy na przesłuchanie. – zbliżył się do mnie z kajdankami, wyciągnąłem przed siebie ręce i skutego doprowadzono mnie do znanego mi już pokoju przesłuchań.

Na miejscu czekał już na mnie jakiś człowiek. Kiedy wchodziłem patrzył na mnie spode łba. Nie robił dobrego wrażenia. Krótkie ciemne włosy, orli nos, niskie czoło i krzaczaste brwi sprawiały wrażenie, że to człowiek do którego nie można mieć zaufania. - Siadać. – warknął. Nadal stałem. Podniósł na mnie wzrok znad kartek papieru leżących na biurku. – Powiedziałem, kurwa, siadać. Już! – Spojrzałem mu w oczy i spokojnie powiedziałem. - Nie usiądę i nie pozwolę by zwracano się do mnie w ten sposób. - Co…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych