Wróć do katalogu

Rara Avis- Spotkanie

Trzeci rozdział drugiego tomu.

Dr.Agon, opublikowano , 21 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Spotkanie

-Posłuchaj mnie teraz uważnie, młody człowieku. To że jesteś dorosły, nie znaczy, że możesz pakować się w kłopoty, bez mojej wiedzy. Wystarczy mi to, co musiałam przeżyć, jak trzy lata temu zniknąłeś na bite cztery miesiące. Do puli twoich występków mogę jeszcze dodać twój lot prywatnym samolotem tego, jak mu tam... -Bakera. -O właśnie. Na dodatek poleciałeś bez mojej wiedzy do Australii. DO AUSTRALII! Cudem nie wysadziłeś w powietrze opery w Sydney, a na dokładkę z twojej szaleńczej wyprawy do Rosji wróciłeś ledwo żywy. Więc nie mów mi, że tym razem będzie inaczej, bo ja dobrze wiem jak będzie, młody człowieku. Jak zwykle będą jakieś wybuchy, pościgi, pułapki i strzelaniny. Jak w jakimś filmie sensacyjnym. W tym wieku powinieneś być na studiach, szukać pracy. A ty dalej ganiasz po świecie, i to jeszcze bez mojej wiedzy. Czy masz coś na swoje usprawiedliwienie, Albercie Vits? -Herbaty?- zaproponował Charles. -Dziękuję... Charles, nawet ty? -Niech pani zrozumie, pani Vits. To jest bardzo poważna sprawa. Jeśli się z nią... nie uporamy, wszystkie nasze dotychczasowe... przedsięwzięcia pójdą na marne.- próbował tłumaczyć Wędrowiec. -Nie obchodzi mnie to. -Ale mnie tak, mamo. Poza tym, chyba jestem na tyle dorosły, by samemu decydować, co będę robił.- odparł Albert. Victoria Vits westchnęła. -Wybacz. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że masz już dwadzieścia lat.- kobieta pociągnęła łyk z filiżanki. Można było wychwycić w jej ruchach nutkę rygorystycznej szkoły dobrych manier. Jej rude włosy tworzyły swoisty kontrast dla jej jasnej cery. Tak samo jak pełne, czerwone usta. Cienkie brwi nad jej zielonymi oczami dodawały jej uroki i odmładzały. Matka Alberta starała się robić wszystko, by wyglądać jak najmłodziej. Często ubierała się w typowe dla młodych dziewczyn ubrania, jednak najchętniej nosiła ciemny żakiet, śnieżnobiałą koszulę i spódnicę. Była kobietą z klasą, inteligentną i zaradną, chociaż czasami nadopiekuńczą. Tak jak teraz. –A co, jeśli i tym razem... no wiesz, ktoś ucierpi?- Hope zamknęła oczy. Podobnie jak Albert, bała się tego typu pytań. Sama starała się ich nie zadawać. Nie były to tematy tabu, ale należały, według niej do wąskiej grupy pytań sytuacyjnych, czyli takich, które nie powinny paść w danej sytuacji. -Nikomu nic się nie stanie. Obiecuję.- odpowiedział Albert i uśmiechnął się do matki. Kobieta najwyraźniej poczuła ulgę, gdyż odwzajemniła uśmiech. -To dobrze. Wychodzę na chwilę. Chcesz coś z miasta?- zapytała Victoria. Albert pokręcił głową. Kobieta wyszła, zamykając za sobą drzwi. Albert wypuścił powietrze z płuc, gwiżdżąc przy tym cicho. -Czemu nie powiedziałeś, że ona tu jest?- zwrócił się do Charlesa. -Proszę mi wybaczyć, sam nie zauważyłem jak wchodzi do domu. -Dobra, nieważne. Teraz wszystko jest jasne, mamy wolną drogę. Potrzebujemy teraz planu.- odparł Wędrowiec. -Przeanalizujmy sytuację. Baker ma plan drogi przez Punkt oraz mapę.- Hope zawsze miała zapędy strategiczne. To ona obmyślała każdy plan.- Najbliższy termin, w którym będziemy mogli go widzieć, to otwarcie szkoły dla uzdolnionych dzieci w Warszawie, w Polsce. Innej możliwości nie ma, chyba, że jesteśmy na tyle głupi, by włamywać się do jego posiadłości, lub do budynku jego firmy. -Odpada. Przyjmijmy, że spróbujemy go dorwać w Warszawie. Co wtedy. -To zależy od planu otwarcia tej szkoły. Lepiej go dorwać po uroczystości. Po wszystkim będzie bardziej pewny siebie, i mniej ostrożny.- Stwierdził Albert. -Plan ograny, ale jedyny jaki mamy. Pozostaje problem, jak my to przeprowadzimy. I co potem? Złapiemy go, a on może nie mieć planów przy sobie.- Wędrowiec uśmiechnął się pod nosem. -O to się nie martwmy. Jeśli zostawi mapę w siedzibie swojej firmy, przyniesie nam ją czy tego chce, czy nie. -Przecież jest niewierzący. Nie możesz go kontrolować.- zauważył Albert. -Zobaczysz w swoim czasie.

***

Gdy Albert został w domu sam, był nad wyraz zmęczony. Te całe obmyślania, i przywrócenie starego trybu życia trochę go wyczerpały. Zamknął na klucz gabinet i idąc korytarzem skierował się do swojego pokoju. Zawsze uważał, że lepiej mieć oddzielny pokój na życie, a oddzielny na spanie. Dzięki temu, może spać bez dziwnego uczucia, że musi coś jeszcze zrobić. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymał się przy portrecie swojego ojca. Po lewej stronie wisiał również obraz przedstawiający dziadka Alberta, Vincent Vitsa. To on, jako pierwszy znalazł prawdopodobną lokalizacje Bursztynowej Komnaty. Jednak nikt się o niej nie dowiedział. Charles Vits zmarł, a tą tajemnicę zabrał ze sobą do grobu. Albert sądził, że tym miejscem odkrytym przez jego dziadka był właśnie Krasnoburg. Młodzieniec rzucił okiem na portret swojego ojca. Obraz przedstawiał mężczyznę o spokojnym, pełnym inteligencji spojrzeniu ukrytym za parą okularów. Ubrany w czarny garnitur, z drewnianą, dębową laską u boku na której podpierał się z powodu chorej lewej nogi. Nie widział go już dobre pięć lat. Poleciał i nie wrócił. Nie miał zamiaru odchodzić od rodziny. Kochał ich wszystkich, Alberta i jego matkę. Wtedy chłopak tak myślał. Myślał że to jego wina. Albert przeczesał włosy i ziewną. Uśmiechnął się do obrazu i poszedł do pokoju. Rozebrał się, wziął prysznic i położył się do lóżka. Przed zaśnięciem wsłuchiwał się w szelest liści na oknem. Ostatnią rzeczą jaka zobaczył przed zaśnięciem, była tarcza zegarka, który wskazywał godzinę trzecią w nocy.

***

-Witaj Albercie... -Tata? -Skoro ciągle mnie tak nazywasz... -Gdzie jesteś? Nie widzę cię. -Jestem tuż obok. Spokojnie, synu. Musisz mnie teraz uważnie posłuchać. -Wiesz ile musiałem przeżyć, by cię znaleźć? Wiesz ile mama przecierpiała? -Wiem. I czuję się odpowiedzialny, ale... -Jakie ale? Poleciałeś samolotem i już nie wróciłeś. -Albercie... Posłuchaj... -Jak mogę słuchać, skoro nie widziałem cię ponad pięć lat. -ALBERCIE! -Wędrowiec? Co ty tu... -Posłuchaj... -Hope? -Uratuj mnie... -Serena?

***

Albert otworzył oczy. Cały był zlany potem, głowa bolała go niemiłosiernie. Rozejrzał się po pokoju. Pierwsze promyki porannego słońca wpadały do pokoju, jednak nie było zbyt jasno. Kwadrans przed szóstą. Suchość w ustach. Albert założył kapcie i skierował się do kuchni, po szklankę wody. Gdy wyszedł na korytarz, usłyszał szmer. Przystaną na chwilę, jednak dźwięk się nie powtórzył. Młody mężczyzna wzruszył ramionami i ponowił swoją „wędrówkę”. Zszedł schodami, skręcił w lewo. Zimna woda mineralna ugasiła jego pragnienie, i Albert mógł wrócić do pokoju. Ledwo postawił krok za drzwiami kuchni, coś go zaniepokoiło. Tym uczuciem przejął się bardziej niż dźwiękiem na górze. Zawsze to mogła być mysz. Przeczucia nie można ignorować nigdy, jakby to powiedział Sir Frowl. Mężczyzna rozejrzał się po hallu, jednak nikogo nie zauważył. Gdy postawił drugi krok, poczuł jak coś dotyka tyłu jego szyi. Coś zimnego. -Ani słowa.- zimny, beznamiętny głos. Albert mógł albo zaatakować, obrócić się i uderzyć wysokim kopnięciem, jednak w sekundę jak o tym pomyślał, z góry, po schodach zeszła inna postać. Smukła, wysoka, każdy jej ruch wyglądał na zaplanowany i przemyślany. Była to kobieta. Albert początkowo myślał, że to jego matka, gdyż poruszała się z podobną gracją. Jednak po chwili zauważył, że daleko jej do lekkości ruchów jego matki. -Dobra robota Martini. Teraz mój drogi przejdziemy się spokojnie do naszego szefa.- Miała milszy głos niż „Martini”. Milszy, co nie znaczy, że chciałoby się jej słuchać cały czas. Albert rozglądał się gorączkowo. Słyszał o nich, przynajmniej o ty, Martini. Tylko gdzie? No jasne! Uciekając przed policją, Baker dzwonił do niego przez komórkę, by przygotował samolot. -Idziemy.- mężczyzna za nim pchnął go w kierunku frontowych drzwi. -Mogę przynajmniej się ubrać?- przystanęli. Kobieta spojrzała na niego, potem na swojego kolegę. -Pilnuj go, zaraz przyjdę.- rzuciła przez ramię idąc schodami. Albert stał spokojnie, próbując nie dygotać z zimna. Nagle o czymś pomyślał. -Aż tacy jesteście pewni siebie? -Cicho.- odparł Martini. Ale po chwili odpowiedział.- Co masz na myśli? -Gadacie ze sobą normalnie, chodzicie jak gdyby nigdy nic. -Środek usypiający potrafi zdziałać cuda.- odpowiedział Martini.- A teraz nie kombinuj i ubieraj się.- Albert zabrał spodnie i koszulę od kobiety. Gdy się ubrał, cyngle Bakera spokojnie zaprowadzili go do samochodu. Martini otworzył drzwi. Przez cały czas trzymał się za Albertem, teraz młodzieniec mógł mu się przyjrzeć. Martini miał twarde rysy twarzy, trochę tępe, jak u boksera wagi średniej. Ubrany był jednak w gustowny smoking, lecz ostatni guzik przy koszuli był rozpięty, a krawat rozluźniony. Martini był niewiele wyższy od Alberta, przez co młody Vits mógł spojrzeć gangsterowi prosto w oczy. Jak u Bakera, spojrzenie pełne zimna, inteligentnego zimna. Mężczyzna wepchnął Alberta do samochodu i zatrzasnął drzwi. Albert poczuł dziwną słodkawą woń. Wnętrze samochodu powoli się rozmazywało, traciło kolor. Środek usypiający, pomyślał Albert i przewrócił się na bok nieprzytomny.

***

Albert nie wiedział ile spał. Na pewno kilka godzin. Martini i jego wspólniczka prowadzili młodego Vitsa długim, ciemnoczerwonym korytarzem. Albert zrozumiał gdzie jest. Takich korytarzy się nie zapomina. Takie korytarze, ma tylko Mycroft Baker. Młodzieniec przypominał sobie, jak żartował z tego dziwnego planu piętra. Oczywiście robił to w czasach, gdy on i Baker byli jeszcze... Kolegami. Partnerami. Mieli kiedyś wspólny cel. I do czego doszło? Baker przysyła po niego zbirów, którzy usypiają jego matkę i lokaja, a jego samego pod wpływem usypiacza przewożą do siedziby filantropa. Filantropa, dobre sobie, pomyślał Albert. Najbogatszy człowiek na ziemi, a nie mógł sam znaleźć Komnaty. Ważna lekcja na dziś, mimo że masz kasę, możesz mieć problemy z dojściem do celu. Korytarz kończył się wielkimi, dębowymi drzwiami, z wyrytymi zaklęciami i inkantacjami w nieznanym Albertowi języku. Był podobny do języka Traszek, ale miał w sobie więcej „syczących” głosek. Martini i kobieta zatrzymali się. Albert również przystanął. Nie zdziwił się jak ludzie Bakera odwrócili się i odeszli z powrotem

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych