Wróć do katalogu

REHABILITACJA: seria pierwsza - Rehabilitacja

rozdziały od 4 do 6 pierwszej części trylogii zdrowotnej: wyprawa młodej pacjentki ze złamanym sercem do przychodni na fizjoterapię, zakończona niecodzienną przygodą w gabinecie masażu

AgnieszkaQ, opublikowano , 57 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{c:navy}{font:courier}{u}seria pierwsza {b}REHABILITACJA{/b} - kontynuacja{/u}

{u}rozdział 4{/u} chińskie czary - mary

Piątek. Źle spałam w nocy, a raczej prawie w ogóle nie spałam, myśląc na przemian to o moim masażyście, to o Panu P. Tak, gdy już miałam wrażenie, że zaczynam się uwalniać ze swojego prywatnego mentalnego więzienia, myśli o nim wróciły do mnie, by znów trochę przydusić do gleby moje samopoczucie. Byłam trochę skołowana, niewyspana i nawet nie chciało mi się wychodzić z łóżka. Nie miałam ochoty w ogóle wychodzić z domu, a zwłaszcza znaleźć się sam na sam z kobietą od laserów i jej kolejnymi rewelacjami. Nie spieszyło mi się również do gabinetu masażu. Znałam siebie na tyle, a dokładniej moją „silną” wolę. Najbezpieczniej dla mnie byłoby urwać kontakt z miejsca i nie narażać się na rozwój sytuacji, nawet nie tyle w rzeczywistości, ile w mojej własnej głowie. „Boję się sama siebie… Czy to normalne?”, zastanawiałam się. Niestety, uwzględniwszy bóle pleców i szyi, troska o zdrowie zwyciężyła, i w okolicach południa znalazłam się w kolejce do laseru. - Witam! – odezwałam się, wchodząc do pomieszczenia zabiegowego. - Dzień dobry! – odpowiedziała mi radośnie, wręczając mi kosmiczne okularki. – Już po masażach? - Jeszcze – jęknęłam, starając się brzmieć obojętnie, choć czułam się, jakby przygrzmociła mi z całej siły w łeb. – Najpierw chciałam odrobić się tutaj, żeby zdążyć przed zamknięciem. - A od razu potem na masaże? – drążyła uparcie. - Tak – wywróciłam oczami, myśląc sobie: ”odczep że się już w końcu od tych masażów, kobieto!” – A potem od razu do pracy. - A gdzie pani pracuje? - zainteresowała się. - W szkole językowej – odrzekłam ożywionym tonem i postanowiłam podchwycić temat rozmowy. – Akurat fajnie się w czasie złożyło z tymi zabiegami, bo w tym tygodniu mam same zastępstwa i siedzę w pracy bardzo długo. Kocham swoją pracę, nie wyobrażam sobie robić czegokolwiek innego… „Ocalona!”, odetchnęłam z ulgą. Nie dałam jej szansy się wtrącić, trajkotałam jak najęta, a pozytywne myśli i opowieści o moich uczniach natychmiast poprawiły mi humor. Nabrałam pewności siebie i na dzień dzisiejszy ochroniłam się przed rozmowami o moim masażyście. Było dobrze do momentu, gdy zabieg dobiegł końca i nastał czas na następny… Do gabinetu masażu szłam trochę niepewnie. Nie byłam w stanie przewidzieć, jak zareaguję dzisiaj na tego chłopaka. Zauważyłam, że z każdym krokiem, przybliżającym mnie do drzwi jego gabinetu, serce wali mi coraz mocniej. „Nie, nie rób mi tego…”, pomyślałam przestraszona. „Nie wolno ci, dopiero co ryczałaś po nocach przez jednego faceta, chyba nie chcesz mieć powtórki z rozrywki przez następnego…” - Hej! – przywitałam się, wchodząc do pomieszczenia pachnącego oliwką. - Dzień dobry! – odpowiedział, uśmiechając się. – Jest pani gotowa? - Oczywiście! – odrzekłam i po kilku chwilach już leżałam na brzuchu. „Jak dobrze, że dziś piątek”, pomyślałam. „Jak przez weekend cię nie będę widzieć, to szybko mi się odwidzisz.” Jutro Pan P. miał mieć imieniny, tak więc była to dla mnie okazja, żeby mu się przypomnieć i ponownie skoncentrować wszystkie swoje myśli na nim. „Czyżby mógł znów stać się moim lekarstwem? Historia się powtórzy…? Czy już do reszty mnie powaliło, że w ogóle o czymś takim myślę…?”, snułam swoje rozważania. Dreszcze mnie przeszły przy rozpinaniu stanika. Założyłam akurat jedyny z mikrofibry, jaki miałam w domu. Czerwony, bez żadnych usztywnień, czy gąbek. Ot, zwykły kawałek materiału. I znów te ciepłe ręce na moich plecach… I ten zapach oliwki… Odpłynęłam i zaczęłam mruczeć. - Prawdziwa fanka kotów – zadrwił sobie. - No, co… – odmruknęłam półświadoma swoich czynów, słów i myśli. – Dobrze mi tak… - No, właśnie widzę – skomentował rozbawiony. - Będziemy się musieli zastanowić nad przyszłym tygodniem, jak będziemy się widywać, spotykać… Nie, to nie jest dobre słowo – zaczął się plątać. – Może raczej jak będziemy się masować… Nie, to też nie jest dobre, bo tylko ja masuję panią… - Może jak będziemy widywać swoje plecy – wyjęczałam, zachodząc w głowę, dlaczego ciągle mówi mi na „pani”. Przecież osoba obdarzona takim talentem przełamywania wszelkich barier w relacjach międzyludzkich jak ja, jeszcze nigdy nie spotkała się z takim opanowaniem ze strony faceta. „Czemu nie mówisz mi na ‘ty’…?”, mimo wszystko nie mogłam przeboleć tego dystansu. Zaczęłam nawet podejrzewać, że tracę swój niecodzienny talent… - To też nie jest dobre – przerwał moje rozmyślania – gdyż znów to tylko ja widzę pani plecy, a pani moich nie. - Jak zwał, tak zwał – skwitowałam trochę poirytowana. „Nie możesz znaleźć odpowiednich słów na to, co się tu odbywa, a walisz mi na ‘pani’. Po cholerę stwarzasz taki dystans?” Nie chcąc jednak dać po sobie poznać, że błądzę myślami w zupełnie innych rejonach, zaproponowałam – Możemy się umówić na popołudnie, lasery są do pierwszej. - A dało by radę za dwadzieścia druga? – spytał zaczepnie. - Musiałabym czekać czterdzieści minut… - zaoponowałam, starając się odgrzebać w sobie resztki trzeźwego myślenia. - Wcześniej i tak nie dam rady, przykro mi – postawił sprawę dość jasno. - OK., w takim razie facet ze sklepiku na dole będzie miał okazję sobie na mnie zarobić – odrzekłam z udawanym fochem. - Tylko trzeba zwracać uwagę na datę ważności sprzedawanych przez niego produktów – ostrzegł mnie, śmiejąc się. - Będę uważać – obiecałam, lekko poirytowana perspektywą przyszłego tygodnia. - Myślałem, że nosi pani wszystko w tym plecaku – zagadnął. – Wydawało mi się, że obiady też. - Obiady i kolacje – sprostowałam, jeszcze trochę się bocząc. – jeśli od razu stąd jadę do pracy. Kończę dość późno, a muszę mieć siłę, żeby stać tych kilka godzin. I, oczywiście, żeby mieć siłę na starcia z szefem – dodałam. – Wydaje mu się, że jest niewiadomo jakim bossem, bo wybrał się ostatnio na kurs dla właścicieli szkół językowych. I, oczywiście, nie omieszkał pochwalić się naszej ekipie lektorów, że pierwsze, czego go nauczyli, to jak zatrudniać i zwalniać pracowników. Śmiałam się i zgrywałam debila, ale po prostu już wiem, że mogę się po nim spodziewać wszystkiego. - Szefowie – podsumował z takim miłym prychnięciem. - Eh, szkoda gadać – ucięłam temat. - Będzie dobrze. Oh, teraz mi dobrze… - wymruczałam, bo poczułam, jak jego palce przesuwają się szybko wzdłuż mojego kręgosłupa w taki przyjemny sposób… - A wie pani, że masaż jako taki wywodzi się z Chin? – zagaił. Nie trzeba było długo czekać, aż mój mózg wyszuka odpowiednie ścieżki skojarzeń… - Z Chin? – spytałam półprzytomnie i nagle moim ciałem wstrząsnął nieopanowany atak śmiechu. - Co jest? – zdziwił się, zdezorientowany. Widząc, jak się trzęsę, musiał przerwać masaż. – Nie no, nie mogę pracować w takich warunkach – sam zaczął się śmiać, najwyraźniej nie wiedząc, jak ma podejść do właśnie zaistniałej sytuacji. – Co się dzieje… - Bo ja… - wykrztusiłam z siebie w końcu, rozbawiona. – Bo ja… - nie mogłam się uspokoić, lecz w końcu zdobyłam się na moją rozbrajającą szczerość. – Bo ja w horoskopie chińskim jestem… ŚWINIĄ! - No ładnie! – też zaczął się pokładać ze śmiechu. Szybko też dorzucił swoje trzy grosze. – Ja nie wiem, czym ja jestem, ale skoro jestem o rok młodszy, to chyba Szczurem. - O rok młodszy? – szybko podchwyciłam, ze łzami w oczach, wciąż trzęsąc się jak galareta. – Tego nie wiedziałam. - Zaglądałem w kartę – wyznał, chyba nieświadom konsekwencji tych kilku słów. – Jest tam data urodzenia. - Aha – tylko na taki komentarz było mnie stać. Zaglądał w moją kartę… Moje motyle w brzuchu znów się roztrzepotały i ogarnęła mnie fala niekontrolowanej radości. „Ale czy to coś znaczy, czy to po prostu zwykła procedura, jak wszędzie w przychodni?”, zastanowiło mnie nagle. Żeby o tym nie myśleć za dużo, i przy okazji nie spłoszyć motyli, szybko wróciłam do tematu horoskopów. - Rzeczywiście, horoskop chiński bazuje na roku urodzenia, ale nie znam tych wszystkich znaków po kolei. Ale za to pocieszam się tym – dodałam, wciąż wręcz kwicząc ze śmiechu – że w indiańskim jestem Sokołem… - Ta – nabijał się. - No tak, naprawdę – upierałam się, obserwując kątem oka jego reakcje na moją gruntowną wiedzę z zakresu horoskopów świata. – Normalnie jestem Baranem, a odpowiednik Barana to Sokół. - Niezła rekompensata – podsumował, sam też już popłakany ze śmiechu i zabrał się z powrotem do swojej pracy. – A czym są Strzelce? - Strzelce to Sowy – odrzekłam bez namysłu, już się tylko uśmiechając. Wiedziałam to przecież doskonale. – To jakoś teraz wypadają urodzinki? - Były we wtorek – odrzekł, ocierając rękawem oczy. - To stąd te cukierki! – powiedziałam w nadziei, że doceni moją „zdolność dedukcji” i ciągnęłam – To dlatego tak dobrze się dogadujemy… Bo Barany świetnie dogadują się ze Strzelcami, Wodnikami i Lwami. – „Kobieto, co ty najlepszego wyrabiasz!? Zdurniała do reszty…”, beształam się w myślach, coraz bardziej się uspokajając. - Interesujące – przyznał, wyczuwając najwyraźniej, do czego zaczęła zmierzać nasza rozmowa. – Swego czasu interesowałem się też imionami. Poczytałem trochę na temat swojego imienia i nawet parę rzeczy się zgadzało. - Coś w tym jest – wtrąciłam, wiedząc już, co będę robić dzisiejszego wieczoru. – Podobno osoby o moim imieniu są świetnymi nauczycielami… - „I, nie chwaląc się…” – odwzajemnił się swoim wtrąceniem, które zabrzmiało raczej jak przedrzeźnianie – „…ja jestem świetną nauczycielką!” - No bo jestem! – stwierdziłam stanowczo. – Uczniowie mnie lubią! Bardzo lubię swoich dorosłych, zawsze jest wesoło. - Z dorosłymi wesoło? – zdziwił się. Z zaskoczeniem przyznałam przed samą sobą, że jakoś specjalnie nie przeszkadzało mi to, że nasza konwersacja trochę zmieniła swoją tematykę; w końcu trzeba zacząć używać i mózgu. - Zależy z którymi, ale zdecydowana większość jest luzacka – wyjaśniłam i naszła mnie ochota, by znów podzielić się jednym z ostatnich zabawnych wydarzeń. – Miałam niedawno zajęcia z jedną z moich grup dorosłych. Robiliśmy reading i jeden student, bo nazywamy ich studentami – wyjaśniłam - miał problem ze słówkiem „these” . Przeczytał „dis”. Ja na to, że nie „dis”, tylko „these”. On: „wis”. Ja, że nie „wis”, bo to taki pistolet, tylko „these”. I tak jeszcze kilka razy, aż w końcu się poirytował i spytał: „No to gdzie mam ten język wsadzić?” – znów zaczęłam się trząść ze śmiechu, przypominając sobie całą sytuację - A ja mu na to: „No, między zęby.” Spojrzał na mnie w taki sposób, takie oczy zrobił… - wydusiłam z siebie, gestykulując w miarę możliwości – to dodałam: „…ale własne!” Zrobił się taki czerwony! Cała grupa parsknęła śmiechem. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak czerwonego faceta! – wyznałam, nie mogąc przestać się śmiać. - Za każdym razem, jak sobie to przypominam, nie mogę się opanować i turlam się ze śmiechu – wyjęczałam, ocierając łzy radości, cieknące mi po policzku. - W to akurat nie wątpię – przyznał, również się śmiejąc. Najwyraźniej uśpiwszy na moment własną czujność, wypowiedział słowa, które rozbudziły moją wyobraźnię na nowo. – Nawet w tej chwili na to patrzę. Jeśli tak wyglądają każde zajęcia, to mają na pewno z tobą mnóstwo śmiechu. - Niezaprzeczalna prawda – przyznałam, z tryumfalnym uśmiechem. „Tak! Nareszcie! Koniec z tymi zbędnymi formalizmami!”, cieszyłam się w duchu jak dziecko. Pod skórą przepłynęła mi fala takiego przyjemnego dreszczyku…! Nie chcąc jednak dać tego po sobie poznać, zagadnęłam – Ok., no to co z tymi Chinami? - Z Chinami… - zajęło mu chwilę, by zebrać myśli. I zrobił to dość skutecznie. – Chińczycy znają wiele ciekawych punktów na ciele człowieka. Mam taką fajną książkę do refleksoterapii, bo tak to się fachowo nazywa. Wie pani, masaż punktowy i te sprawy. Mogę pożyczyć, jeśli jest pani zainteresowana. - Ok. Zetknęłam się już wcześniej z tą nazwą – przyznałam. „Było już tak fajnie, i znowu ta ‘pani’…”, jęknęłam w myślach z żalem, bo poczułam się jak świeżo ustrzelona kaczka, która właśnie zaryła o glebę. – To musi być ciekawe. - I jest – potwierdził. – Znam na przykład sposób, by ocucić mdlejącą osobę za pomocą uciskania małego palca. Nawet już raz mi się zdarzyło to zastosować. Jak byłem w kościele, zemdlała nam jedna staruszka. I pomogło. - Poważnie? - zainteresowałam się. Miałam nieodparte wrażenie, że chłopak lubi chwalić się swoją wiedzą i pławić się w sygnałach od otoczenia, jak bardzo się go podziwia. Byłam ciekawa, czy pasowałaby mu fanka pod postacią chińskiej Świnki… – A mogę prosić o prezentację? - Może następnym razem – wykręcił się, przez co troszkę posmutniałam. – Na dzisiaj mam już naprawdę dosyć, a poza tym, to raczej nieprzyjemne. - Ok., niech będzie następnym razem – zgodziłam się. Uznałam ostatecznie, że postaram nie zachowywać się jak dziecko. – Ale trzymam za słowo. Poczułam na swoich plecach papierowy ręczniczek, czyli zabawa właśnie dobiegła końca. „Szkoda, że tak szybko”, westchnęłam sama do siebie. - Ten stanik zapina się na pierwszy ząbek, czyli najciaśniej – powiedziało mi się – bo to taka szmata. – Zdałam sobie sprawę, że chyba palnęłam jakąś głupotę. – Szmatka – poprawiłam. – W znaczeniu, że kawałek materiału... - chyba się zamotałam… - Eh, prawdziwa specjalistka od języka – stwierdził, zapinając mi stanik tak, jak miało być. A jednak pamiętał moje genialne wystąpienie pierwszego dnia… – Wy, angliści, poloniści, germaniści itd. jesteście czasami przewrażliwieni. Nic nie odpowiedziałam. Zlazłam z leżanki i szybko się ubrałam, gdy on mył ręce z oliwki. Na odchodnym życzyliśmy sobie jeszcze tylko miłego weekendu. Byłam niesamowicie pobudzona emocjonalnie i w sumie chciałam też zmyć się stamtąd jak najszybciej, byle tylko tego nie zauważył. W perspektywie miałam ciężki weekend, na który miała składać się głównie praca i spotkania towarzyskie. Po powrocie do domu, pierwszą moją czynnością było jednak włączenie komputera i wejście na Internet. Wyszukałam kilka stron poświęconych imionom; nie mogłam się powstrzymać, ciekawość okazała się silniejsza. Dowiedziałam się, że facet o jego imieniu: „… posiada twórczy umysł, jest dobrym organizatorem, a także zdobywa wielki autorytet. Ponadto jest oddany rodzinie, kocha żonę, dobrze wychowuje dzieci...” bla, bla, bla… wymamrotałam pod nosem i prychnęłam , brutalnie sprowadzona na ziemię. Westchnęłam i wróciłam do lektury: „Jest skromny, lubi spokój, przebywa wiele na łonie natury, posiada skromną osobowość, charakter ułożony, może za bardzo zamknięty w sobie, a także udziela rad i pomocy materialnej innym…” Hmmm, rzeczywiście, część by się zgadzała, choć co do tej skromności to bym się poważnie zastanowiła. Ale z drugiej strony, co ja tam mogę wiedzieć, w końcu widziałam go zaledwie cztery razy w życiu, i to tylko po pół godziny. Fanie było, to fakt. Ale praca pracą, a prywatnie może być zupełnie inny. Poza tym, tłumaczyłam sobie, że w sumie to tylko imię, a na charakter człowieka tak naprawdę ma wpływ cały ogrom przeróżnych czynników. Nie widziałam sensu, by czytać i analizować po raz chyba pięćdziesiąty tych kilka zdań, tak więc wyszłam z tej strony. Postanowiłam natomiast zajrzeć do swojej skrzynki mailowej. Miałam w niej wiadomość zwrotną od mojej siostry.

{i}„Re: TEGO KWIATU JEST PÓŁ ŚWIATU… No no no widze ze siostrzyczka rozkwita przy jesieni :) i bardzo dobrze :) no smieszna ta twoja historia z kumpelą i tym zabkiem ciekawe cos ty robila hehe :) nie wspominalas mi ze chodzisz na masaze sama bym sie z checia wybrala do jakiegos przystojniaka na masaz :) och fajnie by bylo sie pomasowac w milym towarzystwie moj maz mnie nie chce masowac wykreca się ze i tak sie przepracowuje a pozatym to nie to samo :) odebrałam wreszcie moje papiery z roboty ale oczywiscie nie wyplacili mi calej kasiorki za urlop i jak nie urok to sraczka ale coz zrobic mam tam interweniowac w poniedzialek rano !!! takze w poniedzialek bedzie nasz sądny dzien bo sie dowiem o co kaman z tym socjalem juz do konca moze mi oddadza urlop i moj się dowie czy się dostal do pracy nowej legalnej tym razem ;) bo byl na rozmowie ale nie zrozumial kobiety do konca ale wydawalo mu sie ze ma przyjsc podpisac umowe w poniedzialek mam nadzieje ze tak bedzie :) martwi mie tylko to ze codzien widze go z piwskiem :( weekendzik planuje przewegetowac w domku :) moze za tydzien poszaleje :) Buziole siostra :*”{/i}

Wyszłam ze skrzynki i zaczęłam przygotowywać się na swoje sobotnie korki, by nie zajmować myśli moim masażystą. Już dawno nie czułam się tak emocjonalnie przeładowana! Za dużo tego było… Ten chłopak działał na mnie niesamowicie. Włączyłam radio, by umilić sobie czas. I nagle bezlitośnie oberwałam z drugiej strony frontu; w radiu puścili piosenkę, która jednoznacznie kojarzyła mi się z Panem P. ... Ani się obejrzałam, a już wylądowałam w stanie, który określałam jako emocjonalny out. Muzyka przechowuje wspomnienia. Wystarczyło kilka dźwięków, by moje myśli znów zaczęły błądzić i zapuszczać się na melancholijne ścieżki. Poczułam, jak cała nagromadzona we mnie energia po prosu gdzieś znika, jakby ktoś spuszczał ze mnie powietrze. Musiałam się jakoś ratować, więc zmusiłam się, by zmienić stację na taką, na której nie było szans usłyszeć „naszych” piosenek. Byłam jeszcze zbyt rozkojarzona, by skoncentrować się na przygotowaniach do korków, więc, z braku lepszych pomysłów, postanowiłam sprawdzić stan mojego konta na naszej-klasie, na które od wieków nie zaglądałam… Weszłam na swój profil i moim oczom ukazała się cała masa nowych komentarzy, pozdrowień i tekstów typu „musimy koniecznie się spotkać w najbliższym czasie”. Westchnęłam, rozumiejąc doskonale, że szanse na jakiekolwiek spotkanie z większością z tych osób są bliskie zeru. Jednakże moją szczególną uwagę przykuła rubryczka zatytułowana: „O sobie”. Widniał w niej następujący cytat:

{b}ALWAYS LOOK ON THE BRIGHT SIDE OF LIFE ];->{/b}

Przed oczami stanęły mi nagle okoliczności pisania tych słów; byłam już jakiś czas po zerwaniu z ex – niewypałem, wolna i szczęśliwa. Obiecywałam sobie wtedy, że już nigdy przez żadnego faceta nie będę płakać, że cokolwiek by się nie działo, nie dam się przydołować... „I co się z tobą stało?”, spytałam sama siebie, kręcąc głową z niedowierzania. „Jak to możliwe, że zamiast cieszyć się życiem i kochać siebie, tak jak wtedy, nie sypiam po nocach, zadręczając się myślami o kimś takim? I to tyle czasu? Jak mogłam pozwolić, żeby facet jednak odebrał mi moje pozytywne myślenie, moją radość życia?” Nie mogłam się sama sobie nadziwić. Dlaczego kobiety mają tendencję do podporządkowywania swojego samopoczucia pod facetów? „Jakież to chore!”, nagle mnie olśniło. „Jaka ja byłam głupia… Dość tego dobrego, nie będę się zadręczać i wracam w końcu do świata żywych. Najwyższa pora odzyskać siebie.” Postanowiłam jednak napisać do Pana P. jeszcze tylko jutro maila z okazji imienin. Mimo wszystko byłam ciekawa, co u drania słychać… Wyszłam z konta na naszej–klasie, uśmiechnęłam się sama do siebie i, już dużo spokojniejsza, wróciłam do przygotowywania się na sobotnie korki. Och, jak łatwo i miło jest sobie postanowić, że nic mi nie zepsuje dobrego nastroju. W końcu zbliżał się weekend! Próbując zasnąć, układałam w głowie treść maila imieninowego dla Pana P. Musiałam dokładnie przemyśleć, co mam mu napisać. Nie chciałam, by wyglądało to tak, jakbym za nim latała, a jednocześnie chciałam delikatnie dać mu do zrozumienia, że wciąż o nim pamiętam. Wkrótce jednak znużenie przejęło nade mną kontrolę i zapadłam w kojący sen.

{u}rozdział 5{/u} … a tak się pobudza kobietę

Z weekendem wiązałam duże nadzieje. Raz, miałam załatać dziurę budżetową przy pomocy ogromnej ilości korepetycji. Dwa, miałam się odezwać do Pana P., składając mu życzenia imieninowe, co miało skutkować mailem zwrotnym z informacjami, co u niego słychać. Trzy, miałam imprezować przez resztę czasu z moimi znajomymi. Cztery, punkt dwa miał za zadanie odciągnąć moje myśli od mojego masażysty, a punkt trzy od Pana P. Ale nadzieje nadziejami, a życie i tak toczy się po swojemu. Z moich planów udało mi się zrealizować w całości tylko punkt numer jeden oraz częściowo punkt numer cztery. Pracując w sobotę od dziesiątej rano do wpół do dziesiątej wieczorem, rzeczywiście nakarmiłam swój głodny portfelik. Wykończona natomiast po całym dniu korków, napisałam tylko jeszcze wieczorem maila imieninowego Panu P. i poszłam spać. Cała reszta okazała się kompletnym niewypałem: Pan P. nie odpisał mi nawet złamanego „dzięki za pamięć”, a znajomi odwołali spotkanie, wykręcając się przeziębieniem. Miałam zatem całą niedzielę na rozmyślania samotnie wśród moich czterech ścian… Beznadzieja. Już zdążyłam zapomnieć, jak to jest, gdy ma się tyle wolnego czasu tylko dla siebie. Nie wiedziałam, co mam ze sobą począć, gdzie się podziać. Poczułam się taka zagubiona w gąszczu myśli, z którymi wcale nie miałam ochoty się konfrontować. W dużej mierze zaczątki pracoholizmu w połączeniu z imprezoholizmem w pełnym rozkwicie były przecież moim środkiem ochronnym przed myśleniem w nadmiernych ilościach o rzeczach powodujących spadek samopoczucia. W porywie desperacji zaczęłam nawet przeglądać swoją kolekcję filmów. Żaden z nich jednak nie zwrócił mojej uwagi, więc położyłam się na sofie i oddałam rozmyślaniom. A im dłużej myślałam, tym gorzej się czułam. Wieczorem skomponowałam maila do mojej siostry. Koniecznie potrzebowałam kontaktu z kimkolwiek. Poza tym wiedziałam, że na pewno ucieszy się, widząc wiadomość ode mnie tak szybko. Mail brzmiał następująco:

{i}„Twist of Fate… Hej, Piękna :-)

Zacznę od tematu ‘masażyk’ Nic nie wspominałam wcześniej, bo wcześniej na masaże nie chodziłam po prostu. Po raz pierwszy byłam w ten wtorek dopiero. Ehhh, taki fajny chłopak, szkoda, że… już żonaty… W dodatku podobno spodziewa się dziecka :( Trudno, nikt nie powiedział, że łatwo będzie poznać kogoś fajnego i zarazem wolnego. Mimo tego drobnego szczegółu, masaże to wciąż najprzyjemniejszy aspekt mojego dnia :D Tak mi się dobrze z nim rozmawia, że zapominam o bożym świecie i pół godzinki leci jakby w pięć minut…

Będę trzymać kciuki za Twoją robotę, oraz za robotę Twojego męża. Pozdrów go ode mnie!!! Mam nadzieję, że wszystko się ułoży po Waszej myśli! I, rzeczywiście, że jego romans z piwem nie przekształci się w poważny związek :/ Pilnuj go i nie pozwól mu robić głupot!

Wiesz, wysłałam życzenia imieninowe Panu P., ale jeszcze mi nie odpisał. Może to dlatego, że po prostu imprezkę robił i jeszcze nie doszedł po niej do siebie? Sama nie wiem, co mam myśleć…

Kończę na dzisiaj, bo tak naprawdę myślami jestem cały czas gdzieś daleko stąd… Dobra, ściskam Cię mocno, ślę buziaki i pozdrawiam cieplutko!”{/i}

Wysłałam wiadomość i władowałam się pod kołdrę. Przez pół nocy nie mogłam zasnąć, zachodząc w głowę, dlaczego Pan P. zignorował mnie na całej linii. Poczułam się jak skończona kretynka. „I po jaką cholerę wciąż o nim myślisz?”, karciłam się w swojej głowie. „Przecież w końcu coś sobie obiecałaś. Sama sobie teraz strzelasz samobója. To, że będziesz o nim myśleć nie znaczy, że ci odpisze. Albo tym bardziej, że wróci”, tłumaczyłam sobie. „Poza tym, czy naprawdę chcesz, żeby wrócił? Co ci po miłości, która sprawia tylko ból? Czy już do końca życia masz zamiar fundować sobie taką gehennę? Pogódź że się z obecną sytuacją i daj sobie w końcu spokój. Miej nad sobą choć trochę litości.” Cóż, olewanie ze strony ważnej osoby zawsze bardzo boli. Zabolało i tym razem. Obiecałam sobie, że już po raz ostatni. Pozwoliłam mojemu kotu wgramolić się pod kołdrę. Usadowił się u mojego boku i zaczął mruczeć mi swoją kocią kołysankę, dzięki której w końcu usnęłam. Poniedziałkowy poranek przywitał mnie słońcem. Mimo to, mój nastrój pozostawiał wiele do życzenia. Raczej niechętnie i znów automatycznie zebrałam się z domu. Zatopiona w swoich myślach, skierowałam się na swój pierwszy przewidziany na ten dzień zabieg, czyli na laser. - Dzień dobry! – przywitałam się i prewencyjnie zagadnęłam – Widzę, że dzisiaj mniej pacjentów niż w zeszłym tygodniu. - A skąd! – odparła z wyrzutem. – Najwięcej ich przychodzi tak do dziesiątej, bo każdy chce się jak najszybciej odrobić i stąd wydostać. Zawsze też napływają falami, tak jak tramwaje przyjeżdżają. - A jak weekend minął? – kontynuowałam swoją prewencję. Nie miałam zamiaru pozwolić jej na pokierowanie rozmową po jej myśli – Spokojnie? - Tak, głównie siedzieliśmy z mężem przed telewizorem – odrzekła uprzejmie. – No bo co tu robić innego… - Ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałam telewizję – przyznałam. – Szkoda mi na to życia. I zdrowia. Rozmowa przybrała niezwykle korzystny kierunek; o telewizji można rozmawiać w nieskończoność, tak więc pozwoliłam jej się porozwodzić na ten temat dość obszernie. Kiedy przestała mnie maltretować tematem mojego masażysty, wydała mi się nagle dużo sympatyczniejsza. Pomyślałam sobie, że dam jej szansę i spróbuję ją polubić. - Króciutkie te zabiegi – skomentowałam po skończonym laserze. - No, nie wolno za długo – odparła troskliwie. – W końcu to nie zabawka. - Dokładnie – zgodziłam się z nią. – Dziękuję i w takim razie do zobaczenia jutro. O tej samej porze! Do widzenia! - Do widzenia! – pożegnała się ze mną i poprosiła kolejnego pacjenta. Miałam prawie godzinę tylko dla siebie. Z jednej strony szkoda mi było czasu, a z drugiej miałam niepowtarzalną okazję, by przyjżeć się z bliska kolejnej oryginalnej osobistości tej przychodni – sklepikarzowi. Skierowałam się więc w stronę sklepiku. Przy okazji miałam możliwość posilić się i nabrać sił przed czekającym mnie jeszcze dziś masażem. - Dzień dobry! – przywitałam się ze sklepikarzem, starszawym panem w ogromnych okularach i z aparatem słuchowym w lewym uchu. - Dzień dobry! – odpowiedział uprzejmie. – Co podać? - Jakiś soczek i jogurt – poprosiłam. – Jakikolwiek. - Może pomidorowy?- zaproponował. - O, nie! – zaprotestowałam dość gwałtownie. – Nie znoszę pomidorowego. Cokolwiek owocowego, ale żadnych pomidorów. - No to grejpfrut – zasugerował z nadzieją w głosie. - Może być? - Może, grejpfruty są pyszne – przyznałam i nagle podejmowanie wszelkich decyzji przyszło mi z niewiarygodną wręcz łatwością – A jogurt duży wiśniowy, i kiwi. - Proszę bardzo – podał mi mój „obiad”. Zapłaciłam i upewniłam się, że mogę się ulokować przy stoliku. Czas wlókł mi się niesamowicie. Sklepikarz co chwila próbował mnie zagadywać, ale wygrzebałam z plecaka książkę i zaczęłam udawać, że przygotowuję się na zajęcia. W końcu dał za wygraną. Nadszedł w końcu czas na poweekendową konfrontację z moim masażystą. Odczuwałam we wnętrzu ten charakterystyczny niepokój, występujący przed spotkaniem z kimś po jakimś czasie niewidzenia. Słyszałam bicie swojego serca. Zaczęłam koncentrować się na oddychaniu, chcąc oczyścić umysł. „OK., cokolwiek będzie, będzie dobrze”, pomyślałam sobie. „Jest dla mnie miły, bo jestem pacjentką. Jedną z bardzo wielu. I to nic nie znaczy. Dobra, podoba mi się…”, przyznałam ostatecznie sama przed sobą, lecz szybko ustawiłam się do pionu: „ … ale ja jemu nie mogę się podobać, bo już z kimś jest, i to na poważnie.” Wtem zdałam sobie sprawę, jak to dobrze, że ciągle mówi mi na „pani”. Gdyby nie trzymał tego dystansu, mogłoby być ze mną naprawdę bardzo źle… Jedynym plusem tego, że mi się tak podobał było chyba tylko to, że choć na te pół godzinki nie myślałam o Panu P. Paranoja. Czy to normalne, że leczę się jednym facetem z innego faceta? Choć w tym przypadku to raczej jeden stanowi lekarstwo na drugiego i vice versa. Grrrrr… - Witam po weekendzie – chłopak rzucił mi radosny uśmiech. - A, witam, witam – odpowiedziałam, starając się zachowywać spokojnie. - Leżanka już czeka – powiedział, wpuszczając mnie do salki. Był dziś wręcz w genialnym humorze; nie to, co ja... - Już się przygotowuję – odparłam trochę smutno. Wyszedł, pozostawiając mi trochę prywatności, bym mogła przygotować się w spokoju. Chciałam być opanowana. Rozebrałam się w miarę szybko. Wrócił, gdy już zajęłam swoje miejsce na leżance. – Dzisiaj poproszę ostro, może nawet boleć – zażyczyłam sobie, sama nie wiedząc, dlaczego. - A skąd te zapędy? – zaciekawił się, zaintrygowany. - Ból fizyczny to dobre lekarstwo na cierpienie duszy – odrzekłam bez zastanowienia i wróciłam do zakopywania się w swoich czarnych myślach. Nie ruszyło mnie nawet rozpinanie stanika i rozprowadzanie oliwki… - Niedobrze, widzę wysypkę – zmartwił się. - Wysypkę? – odparłam szczerze zdziwiona. – Jakim cudem?…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych