REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia
rozdział trzeci ostatniej części losów młodej pacjentki w gabinecie masażu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u}
{u}rozdział trzeci{/u} prins of perversja
Sobotni poranek był szary i pochmurny. Tak samo zresztą, jak mój nastrój. Byłam totalnie rozbita. Najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z łóżka, gdyby nie to, że miała do mnie przyjść kumpela, z którą od czasu do czasu robiłam sobie tak zwany „dzień gotowania”. Na liście naszych osiągnięć były już pierogi a la Metallica i pleśniak a la Guns’n’Roses i szpinak a la Elvis. Naszym dzisiejszym osiągnięciem miała być pizza a la Rammstein. Fenomen naszych sukcesów polegał właśnie na tym, że do każdej z potraw słuchałyśmy jakiegoś innego wykonawcy – zawsze działało. Zobaczywszy mnie w stanie, do jakiego tylko ja potrafiłam się doprowadzić, kumpela załamała ręce. Opowiedziałam jej więc ze szczegółami o moich wszystkich zmartwieniach; wygadanie się komuś życzliwemu zawsze bardzo pomaga i daje możliwość zdystansowania się od zmartwień. Nieznacznie uspokojona rozmową, powyjmowałam potrzebne produkty i włączyłam muzykę. - Zaczniemy sobie od ciasta – powiedziałam. – Trzy szklanki mąki wsypujemy do naczynia, dodajemy trochę soli, robimy dołek, do dołka wkruszamy pięćdziesiąt gram drożdży, dodajemy łyżeczkę cukru i zalewamy letnią wodą, pół szklanki wystarczy, i odstawiamy na dwadzieścia minut. W międzyczasie posiekajmy te papryczki, szyneczki, czy co tam jeszcze mamy z dodatków, i zetrzyjmy żółty ser. - Jesteś pewna, że ciasto wyjdzie? – była nieufna. – Nie robiłam nigdy ciasta drożdżowego w taki sposób. - Wyjdzie, wyjdzie – uspokoiłam ją i zabrałyśmy się do roboty. – To sprawdzony sposób. A ty ciągle chodzisz na siłownię? - Teraz mam romans z jogą i pilatesem – odparła. – Fajne i przyjemne. Ale taka joga to trochę kosztuje. W sumie to poszłabym sobie na salę. - Ja teraz chodzę na salę – ożywiłam się. – I jeszcze w międzyczasie żebrzę o masaże. Jak dobrze pójdzie, to już w tym tygodniu wrócę na leżankę w charakterze pacjentki. Hmmm, to znaczy wiesz, w sumie mam już masaże, ale z kobietą. Jest tak jakoś inaczej, niż z facetem. Nie mówię, że lepiej, czy gorzej, po prostu inaczej… - Masaże… – rozmarzyła się. Ona miała przygodę z fizjoterapią w poprzednie wakacje, czyli zanim jeszcze mnie dane było odkryć to miejsce. – A pracuje tam jeszcze ten chłopak, do którego chodziłam ja? - Z tego, co wiem, jest teraz na wakacjach – odparłam. Kiedy ostatnim razem opisałam jej mojego masażystę, stwierdziła, że to nie ten. Jednak bardzo szybko odkryłam, że jej dobrodziejem był właśnie ten chłopak, z którym miałam kilka zabiegów w poprzedniej serii na zastępstwie. Charakterystyka podana przez kumpelę się zgadzała. Jednak stwierdzenie, które postawiło kropkę nad „i” brzmiało: – Zawsze mi tak fajnie tyłek wymasował… - To na pewno on! – roześmiałam się. Tak, akcja: „spodnie”, ujęcie pierwsze, drugie i każde kolejne, na zawsze wprasowało się w moją pamięć… – Teraz siedzi na fizykoterapii. Miałam z nim też kilka zabiegów jakiś czas temu podczas zastępstwa za mojego masażystę. Ale dziwnie układała mi się z nim współpraca. Odniosłam na początku wrażenie, że mnie nie znosił. - No coś ty, przecież to fantastyczny chłopak! – zdziwiła się. Spojrzałam na nią podejrzliwie. Ona wyznała – Bardzo mi się podobał. Gdyby nie to, że byłam już w związku z moim, brałabym się za niego bez mrugnięcia okiem. - Pociesz się, ma dziewczynę – uśmiechnęłam się przewrotnie. Znała doskonale mój pogląd na te sprawy. – Wróćmy jednak do naszego ciasta. Teraz dolewamy jeszcze pół szklanki ciepłej wody i rozrabiamy do momentu, aż ciasto przestanie się kleić – poinstruowałam. – Ja to zrobię. Ty w tym czasie zrób sos. Posiekaj cebulę i czosnek w drobną kostkę, dodaj trochę oliwy i wymieszaj z koncentratem pomidorowym. - Robi się – przystąpiłyśmy do dzieła. - Eh, jak go zobaczysz, wiesz, tego mojego masażystę, to pozdrów go ode mnie – poprosiła. – Jak powiesz, że to od tej, która przyjeżdżała na czerwonym składaku, to będzie wiedział, o kogo chodzi. Ale nie rozumiem, czemu go nie lubisz? - Jeśli spotkam, to pozdrowię – zgodziłam się. – I nie to, że go nie lubię. W końcu się do niego przekonałam, nawet zastosowałam się do jego porad. Miałam po prostu dziwne przeświadczenie, że to on mnie nie lubił. Ale to może dlatego, że byłam wtedy ciut przewrażliwiona, a on jest dosyć specyficzny? – zastanowiłam się na głos. – Na końcu doszłam nawet do wniosku, że, tylko się nie śmiej, że mi się trochę podoba. - To na co czekasz? – zdziwiła się. - Przecież mnie znasz… - westchnęłam. – Pamiętasz mojego pierwszego chłopaka? - Pamiętam – spoważniała. – Zdradził cię, więc go zostawiłaś. - Drugi to prawdziwy gentleman w porównaniu z nim – prychnęłam. - No, pamiętam, pamiętam – pokręciła głową. – Ten cię zostawił. - Nie wspominając już o trzecim – wywróciłam oczami. - Tak, tak – pokiwała porozumiewawczo głową i skwitowała – chorobliwie zaborczy psychopata. - Dlatego też jestem tak wyczulona – dokończyłam. – Po przygodzie z pierwszym temat zdrady jest dla mnie dość drażliwy. Nie życzę tego żadnej innej kobiecie. I nie wyobrażam sobie, żeby to z mojego powodu spotkało to kogoś innego – zaczęłam się zapuszczać na przykre ścieżki. Odgoniłam od siebie te wspomnienia i szybko wróciłam na ziemię - Ok., skoro ciasto przestało się kleić, robimy z niego kulę, smarujemy z wierzchu tłuszczem i odstawiamy do naczynia na kolejne dwadzieścia minut, żeby wyrosło. Przykrywamy czystym ręcznikiem. Mówisz, że fajnie ci masował ten tyłek? - I to za każdym razem – uśmiechnęła się z zadowoleniem. Przez krótki czas wymieniałyśmy się wrażeniami z naszych masażów. Poczułam, że zaczynam odzyskiwać dobry humor. A już wkrótce udało mi się nawet wrzucić na luz. - Dobra, to teraz rozwałkuję nasze ciasto – powiedziałam. – A ty weź i wysmaruj formę tłuszczem. Gdy będzie gotowe, ułożymy ciasto w formie, posmarujemy naszym sosem, posypiemy serem, położymy dodatki i jeszcze raz posypiemy serem. - No, to będzie pizza – gigant – ucieszyła się kumpela. - Będzie co pałaszować – uśmiechnęłam się. – Rozgrzewamy piekarnik do dwustu stopni, włączamy termoobieg i pieczemy dwanaście do piętnastu minut. I gotowe! Nie ma to jak niezawodna kumpela i nieprzyzwoita wyżerka. Posiedziała u mnie do późnej nocy, nie chcąc zostawiać mnie samej na pastwę ponurych myśli. Zasypiając, nie rozważałam już czarnych scenariuszy mojej przyszłości; myślałam raczej, jak mogę to wszystko obrócić na swoją korzyść. Cóż, nawet jeśli by się okazało, że jestem w ciąży, to przecież świat się nie kończy. To nie średniowiecze, tylko dwudziesty pierwszy wiek – za bycie samotną matką nie pali się dziś nikogo na stosie. A poza tym, może MWM miło by mnie zaskoczył i stanął na wysokości zadania… Obudził mnie dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek: 9:26. Niedziela. W mig oprzytomniałam. Pod drzwiami stał mój uczeń! „Cholera, na śmierć zapomniałam, że byłam z nim umówiona!”, piszczałam w panice w myślach. - Daj mi jakąś godzinę! – krzyknęłam przez drzwi. – Zaspałam! - To żart!? – odkrzyknął. - Nie… - zaskrzypiałam jak stara nienaoliwiona szafa. – Poczekaj w aucie, muszę się umyć, ubrać i coś zjeść… - Daj spokój, u mnie się wykąpiesz i coś zjesz – nalegał. - Dopiero co wyszłam z łóżka i wyglądam koszmarnie – jęczałam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek oglądał mnie w takim stanie! Po chwili coś jednak do mnie dotarło: czupiradło może być niezłym środkiem odstraszającym… - Albo wiesz, co? Masz rację, po co tracić czas. Wezmę świeże ciuchy i zrobię koło siebie u ciebie. Ucharakteryzowawszy się na jeszcze większą koszmarę, otworzyłam drzwi. Na mój widok nawet się nie skrzywił. Wręcz przeciwnie – był wniebowzięty… - Wyglądasz tak naturalnie – uśmiechnął się. - Dziękuję – pobladłam. – To co, jedziemy? Gdy już byliśmy na miejscu, pozwoliłam się oprowadzić po jego mieszkanku. Pierwszym szczegółem, na który zwróciłam szczególną uwagę, były drzwi od łazienki; musiałam wiedzieć, czy są zamykane na kluczyk. Nie były… Przełknęłam ślinę. - To wiesz, co? – spytałam nieśmiało. – Zrób mi jakieś śniadanie, a ja się wykąpię. Przetestuję ten twój sławny prysznic. - Czuj się jak u siebie – rozpromienił się. Chyba nigdy wcześniej nie brałam prysznica w tempie tak ekspresowym. Serduszko biło mi jak wściekłe… Byłam wyczulona na najdrobniejszy odgłos zza drzwi. Nic nieoczekiwanego się jednak nie stało. Ubrałam się i wyszłam. Śniadanie już czekało! - Chcesz kawkę, herbatkę? – spytał opiekuńczo. - Wodę mineralną? – odparłam nieśmiało. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że miałabym z tym chłopakiem raj na ziemi. Wystarczyłoby tylko jedno moje słowo… Poniedziałek. Senne przygody w mojej głowie powoli rozwiewało miałczenie mojego kota. Dziwnie się czułam. Trochę bolał mnie brzuch. W chwilę później wyskoczyłam z łóżka jak rażona piorunem… Wszędzie była krew… W moim wnętrzu biły się ze sobą różne dziwne uczucia. Dostałam okres! „Co za ulga…!”, powtarzałam sobie w myślach. Tego ranka nic nie byłoby w stanie zmazać uśmiechu szaleńca z mojej twarzy! Nawet cały kosz pościeli do uprania! Obolała, ale przeszczęśliwa! Nawet perspektywa bliskiego spotkania z miedniczką nie sprowadziła mnie na ziemię. Wyszykowałam się, podśpiewując sobie pod nosem, i jeszcze przed wyjściem do przychodni zajrzałam na gadu. Miałam świeżą wiadomość od mojego ucznia… Uskrzydlona do granic możliwości, postanowiłam odpisać mu bezzwłocznie. my student: mam nadzieje że spotkanie ze mną nie było takie straszne jak by można było się spodziewać. pogoda jak dla mnie teraz fajniejsza bo chłodniej mimo iż uwielbiam upały ale nie tu i nie jak jestem w pracy. spokojnego dnia i miłej wylinki :):):) I: co do strasznego spotkania, to specjalnie tak piszesz, żebym zaprzeczyła. :P tak swoją drogą, mam nadzieję, że Cię nie zanudziły moje "elaboraty" ;P a tak serio, bardzo fajnie było, lubię Twoje towarzystwo. A pogoda rzeczywiście chłodniejsza do pracy nadaje się dużo bardziej niż upalna. Wychodzę z domciu na salę niedługo. Miłego dnia, pa!! my student: masz racje z tym co do zaprzeczenia ale czasem lubię jak Ktoś mi powie coś miłego pochwali przytuli może to mało męskie ale czasem tego mi brakuje, a co do Twego elaboratu to powiem jedno miło się słucha jak Ktoś wie o czym mówi i mówi w taki sposób że z zaciekawieniem się slucha spokojnego dnia i do miłego I: :* może być?? my student: <tak> a wiesz co mi się bardzo podobało w Twym zachowaniu pełna swoboda, zero udawania I: ja nawet ściągać na testach nie potrafiłam :D my student: takich ludzi lubię bo pokazują i zachowują sie naturalne I: a co dopiero coś udawać z kantami jest jeden problem trzeba pamiętać jak i kogo się okantowało my student: to fakt I: a mnie się nie chce zaśmiecać pamięci takimi pierdołami szkoda na to czasu i zdrowia ;] my student: ale czasem trzeba klamać w dobrej sprawie czym pachnialaś bo bardzo interesujący zapach miałaś na sobie I: moja tajemnica :] oki, zwijam się sprzed monitora, muszę lecieć na salę!! Pa!! my student: papa!! Dziś mój kuzyn nie mógł podwieźć mnie do przychodni; jednak pokonały go zakwasy... Cóż, nie przeszkadzało mi to wcale! Żadne tramwaje nie były już dla mnie wyzwaniem! Dotarłam na salę z ogromnym uśmiechem na ustach. I silnym postanowieniem ćwiczeń do upadłego. Jakże mi się nagle zachciało żyć! - Dzisiaj widzę, że kwitnąco! – uśmiechnęła się na powitanie moja rehabilitantka. - Kwitnąco, kwitnąco! – przytaknęłam. – Eh, mówiłam ci, że już po tygodniu będę nie do poznania. - Czyli co, wyleczyłaś się już z tego synka z wakacji? – była ciekawa. - Wiesz, jeszcze mi trochę szkoda, bo mogłoby być fajnie, ale przynajmniej udało mi się rozwiązać część moich problemów – przyznałam i poszłam się przebrać. Miałam jeszcze na dziś umówioną wizytę u lekarza. Jednak, mimo okresu, nie miałam zamiaru z niej rezygnować; musiałam mieć sto procent pewności, że mam się z czego cieszyć. - To choć tyle dobrze – zgodziła się. - Ale wiesz, spotkałam się wczoraj z jednym z moich uczniów – wyznałam, wychodząc z przebieralni. – Bałam się trochę, ale miło było. - Coś jest na rzeczy? – uśmiechnęła się porozumiewawczo. - Nic nie ma na rzeczy, on jest żonaty – zastrzegłam od razu i zabrałam się do ćwiczeń. - Przecież mówiłaś, że nie umawiasz się z żonatymi – zdziwiła się. - Nic nie robiliśmy, tylko siedzieliśmy i rozmawialiśmy – wyjaśniłam. – Wprawdzie się bałam, bo bardzo chciał mi robić masaż, ale, śmiej się, nie odważyłam się na to, za bardzo się bałam, że może zgłupieć i w sumie na samej rozmowie się skończyło. Strzeliłam mu wykład na temat współczesnej literatury brytyjskiej. Nawet słuchał! - Poważnie? – była w szoku. – I wy tak nic, a nic? - Nic, a nic – potwierdziłam z dumą. – On szanuje naszą znajomość. Wiem, że chciałby czegoś więcej, ale oboje mamy zasady. - Dobrze wiedzieć, że są jeszcze na świecie porządni faceci – przyznała. W tym momencie na salę weszła pacjentka po operacji kolana. Ucieszyła się, widząc nas w komplecie. - Mam dla ciebie oregano – oznajmiła, wręczając mi reklamówkę z zieloną zawartością. - Dzięki wielkie! – ucieszyłam się. – Następną pizzę przyprawię właśnie tym oregano i będzie jeszcze bardziej bombowa niż ta, którą jadłam w sobotę. - Gotowa na nasz masaż? – odezwała się do mnie kierowniczka sali. - Na masaż z tobą zawsze – odparłam radośnie i zniknęłam za zasłonką. Po weekendzie czułam swój kręgosłup o wiele bardziej niż przed weekendem. Różnego typu „ojć!”, „ajć!” i „dżizys krajst!” dało się słyszeć z moich ust. - No, nie jęcz że już tak – śmiała się rehabilitantka. - Ale boli…- żaliłam się. Tak, bolało. Choć czasami miałam wrażenie, że akurat taki rodzaj bólu może być całkiem przyjemny… „Dobrze, że na sali jest tylu pacjentów…”, myślałam sobie nawet w niektórych momentach. Dreszcz mnie przeszedł, kiedy rozmasowywała mi szyję. I znowu ta piekielna gęsia skórka… Eh, dziwnie urządzony jest ten świat! Po masażu rzuciłam się na wolny materac. Miałam tyle energii, że potrzebowałam ją rozładować w trybie natychmiastowym. - A gdzie nasz pacjent z wyciągu? – spytałam mojej rehabilitantki. - On już nie będzie przychodził – odpowiedziała. – A co? - Nic, tak tyko pytam – odrzekłam z uśmiechem. Na salę przyszedł pacjent po urazie stóp i dał się zapiąć w urządzenie. Dziś także nie zwracał na siebie niczyjej uwagi. Najwyraźniej zbierał siły, by zabłysnąć już niebawem. W czasie, gdy pacjentka po operacji kolana wyśliznęła się na swój masaż, moja rehabilitantka zaprosiła mnie na krzesełko. Szło mi ciężej, niż przed weekendem. - To dlatego, że ćwiczysz już jakiś czas – pocieszała mnie. - Nie, moja Piękna – wiedziałam lepiej. – Po prostu jestem trochę osłabiona. Mam nadzieję, że z prysznica nadal mogę korzystać? - Jasne, Dzióbie – odpowiedziała. - To ja już tam pójdę – stwierdziłam, cała upocona. – Chcę
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil AgnieszkaQ
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…