Wróć do katalogu

REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia

rozdział dwunasty ostatniej części losów młodej pacjentki w gabinecie masażu

AgnieszkaQ, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u}

{u}rozdział dwunasty{/u} dobry trójkąt nie jest zły

Wróciwszy po pierwszym przebalowanym wieczorze do domku, udało mi się odespać poprzednią noc do sobotniego popołudnia. Wstałam z łóżka z bólem głowy; zawsze tak miałam, kiedy wybijałam się z mojego rytmu dobowego. Powolutku naszykowałam posiłek sobie i mojemu kotu, po czym, w ciszy, wzięłam prysznic i, na ile było to możliwe, doprowadziłam się do jako takiego stanu używalności. Na ekipie sprzed tygodnia nie zawiodłam się: byli wszyscy, którym się podobałam. W dodatku wciąż dawali mi tego dowody. „Rozwijam się jak kwiat…”, pomyślałam sobie z zadowoleniem. Nie czułam się jednak jeszcze na tyle wykurowana po moich dotychczasowych doświadczeniach, by któremukolwiek z nich dać się gdzieś zaprosić. Leniwie i bez pośpiechu włączyłam w tle muzyczkę i uruchomiłam komputer. Na gadu nie było żadnych wiadomości. „Jaka ulga… Oby tak dalej…”, odetchnęłam, lecz w chwilę później mi się przypomniało, że mój uczeń nie korzysta w domu z gg. Żeby nie koncentrować swoich myśli na nim, zajrzałam na skrzynkę mailową. Nie spodziewałam się, że moja siostra odpisze mi tak szybko!

{i}{b}„Re: Głaskanie, rozcieranie, ugniatanie… :D {/b} hej Co do twojego masazysty i wyzalenia sie mu to mysle ze to glupi pomysl co bedziesz chlopaka dolowac swoim przezyciami z ck i cala reszta a pozatym wydaje mi sie ze polowy twojego losu sie domysla ze nie bylo ci super znimi i ze masz jeszcze opor co do facetow przez nich wszystkich! No bo przeciesz ktos kogo oby nic zlego nie spotkalo to by sie tak gupio nie zachowywal!!! A u mnie nawet ok ide dzis z ekipa z pracy na dyskoteke poszalec mam nadzieje ze nie najebie sie i wstydu nie zrobie :) bo mi pozniej bedzie wstyd za moje zachowanie :) ale i tak naszczescie ide od poniedziałku do innei firmy wiec jak cos glupiego powiem to do nastepnego tygodnia zdarza zapomniec hehe Dobra koncze to pisanie bo mnie cos glowa boli masakra wogole bylam dzis na chinskim zarciu i jakos dziwnie sie potym czuje sama dokladnie nie wiem czy ja jadlam kurczaka czy psa bleeee jedno wiem nigdy wiencej fuuuu” {/i}

No, wychodzi na to, że to rodzinne tak szaleć w weekendy. Obie najwyraźniej tego potrzebowałyśmy. Różnica między nami polegała jednak na tym, że ja, jako singiel, mogłam szaleć bez ograniczeń, natomiast moja siostra, jako mężatka, niekoniecznie. Znając doskonale jej możliwości, postanowiłam z miejsca odpisać na maila. Miałam nadzieję, że moją wiadomość odczyta jeszcze przed wyjściem na dyskotekę…

{i}{b}„Liebe Ist Fur Alle Da{/b} Hej, Siostrzyczko!

A co Cię tak wzięło na chińskie żarcie? Ja nigdy nie jadłam takiego oryginalnego z chińskiej restauracji, ale sama robię takie jedno danie podobno po chińsku i jest zawsze zajebiście pyszne… Może po prostu trafiłaś na rzeźników, a nie na kucharzy?

Fajna teoria dyskotekowa :) Jak szaleć, to szaleć, tylko głupot jakich nie narób! Pamiętaj, że teraz masz niezłe wzięcie :P A tego, co się raz zrobi, cofnąć się niestety nie da! Tak więc baw się, ale bezpiecznie!!!

A teraz znowu temat przychodni, bo jeszcze o czymś ważnym Ci nie napisałam :) Ale Cię wymęczę :) W poniedziałek i wtorek będę miała niezły ubaw :) Moja ukochana rehabilitantka wraca z urlopu dopiero w środę, kierowniczka była wczoraj ostatni raz, więc przez te dwa dni salę będzie prowadził nie kto inny, tylko… kolega z fizykoterapii! … Który to ostatnim razem, czyli w kwietniu, miał ze mną pięć zabiegów w ramach zastępstwa za MM, a które to zabiegi były dla niego przeżyciem dość niecodziennym :D Ale Ci się przyznam, że się po części też nie mogę doczekać, bo może być wesoło! He he, jak zobaczy mnie na sali, to chyba zwątpi, że Bóg istnieje :D

No, a co do MM, postanowiłam nie wchodzić w szczegóły. Jeśli bardzo będzie chciał, to mu mogę coś poopowiadać, ale na razie widzę, że ma takie podejście, że jak sama nic nie powiem, to on nie będzie pytał, więc raczej temat mogę uznać za zamknięty :) Chociaż te trzy tygodnie dały mi dużo do myślenia. Skoro już sobie zdaję sprawę, w czym tkwi problem, to może spróbuję zaryzykować, przełamać strach, i dać komuś szansę, jeśli będę widzieć, że to dobry człowiek, krzywdy by mi nie zrobił i nie przejawia podobnych skłonności, co CK, Pan P., czy ex-niewypał... Tylko, cholera, jak to zrobić, skoro moje mechanizmy obronne zawsze działają bez zarzutu?

Nic, kończę i idę eksperymentować na tej ekipie, którą poznałam tydzień temu. Z wczoraj na dzisiaj było super, byliśmy na karaoke i wyśpiewałam się za wszystkie czasy :) Szkoda, że Cię tu nie ma, bo miałabym na kim ćwiczyć swoje świeżo poznane techniki masażu :) Na razie ćwiczę na kocie… :D No, to może być moja motywacja do poszukania sobie kogoś :) W końcu od czegoś trzeba zacząć.

Buźki w takim razie, trzymaj się mocno i pamiętaj o swojej siostrze i niezbędnej dozie zdrowego rozsądku na dyskotece! :* BUZIOLE!!!” {/i}

Wysłałam wiadomość, pokręciłam się trochę po domu i zaczęła roznosić mnie energia. Spojrzawszy na zegarek, zdałam sobie sprawę, że już niedługo muszę wychodzić z domu, jeśli nie chcę się spóźnić na umówione spotkanie. Wyszykowałam się więc i, z jeszcze nie do końca wyeliminowaną karuzelą poalkoholową w głowie, wyszłam stawić czoła mojej najnowszej ekipie. Mój niedzielny „poranek” wyglądał podobnie, jak ten sobotni. Musiałam przyznać, że im więcej przebywam z tymi ludźmi, tym bardziej się do nich przekonuję. Do przyszłego weekendu jednak nie było szans się z nimi widzieć. Z braku innych perspektyw na spędzenie dzisiejszego popołudnia, postanowiłam w końcu obejrzeć film, który dostałam od mojego masażysty. Dobra komedia jest na miarę złota! Poniedziałek rano. Udało mi się dojść do siebie po weekendowych szaleństwach. Jednakże nie chciało mi się wstawać z łóżka; perspektywa spotkania kolegi z fizykoterapii wywołała w mojej głowie dość dziwny stan, który można streścić w słowach: „chciałabym, ale się boję…” Miałam co do tego chłopaka dość mieszane uczucia. Z jednej strony nieźle zalazł mi za skórę, kiedy się poznaliśmy, po czym doszłam do wniosku że jednak jest w porządku, by znów na koniec wszystko schrzanił, a potem, za każdym razem, gdy odwiedzałam przychodnię, traktował mnie jak powietrze. Nie miałam pojęcia, jakie przywitanie zgotuje mi dziś i rozstrajało mnie to trochę. Nie lubiłam takich stanów niepewności. „Dobra, miejmy to już za sobą…”, przemogłam się w końcu i wyszłam z łóżka. Standardowo jeszcze z samego rana musiałam sprawdzić stan wiadomości przychodzących. Włączyłam więc komputer i weszłam na gadu. Wywróciłam oczami; kolejna przesyłka specjalna od mojego ucznia… Potraktowałam ją tak samo, jak poprzednie. Sprawdziłam jeszcze pocztę i Facebook’a – nic, co by mnie interesowało. Nie mając już więcej wymówek, by zacząć zbierać się do przychodni, rozpoczęłam wszelkie inne czynności poranne. Poczułam, że potrzebuję zrzucić trochę napięcia, które z każdą chwilą narastało w moim wnętrzu. Rammstein już mi nie wystarczał, potrzebowałam odmiany od tak mocnych dźwięków. Poza tym, ileż można torturować sąsiadów ich ukochanym niemieckim? Postanowiłam więc wrócić do korzeni. Przekopałam półkę z płytami i wpadła mi w ręce dyskografia mojego pierwotnego lekarstwa na całe zło świata – Beatlesi. Na sam widok okładek ich płyt przepłynęła przeze mnie fala pozytywnego pobudzenia. Przypomniała mi się pierwsza seria moich odwiedzin w przychodni i aż pociągnęłam nosem ze wzruszenia. Kiedy słuchałam tych nagrań, życie wydawało się takie nieskomplikowane! Do przychodni dotarłam później niż zwykle. Pomimo pochmurnego, deszczowego i zimnego dnia, miałam świetny humor, a uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Muzykoterapia to potężna siła! Nie przejęłam się nawet brakiem zainteresowania moją osobą ze strony kolegi z fizyko podczas wejścia na salę gimnastyczną. Rzuciłam tylko pośpieszne: „Hej!”, okraszone ślicznym pomachaniem łapką, i poszłam się przebrać. Wyszedłszy już w stroju do ćwiczeń, postanowiłam przygotować się do treningu tak, jak zwykle, starając się jednocześnie ignorować obecność chłopaka. Z udawanym spokojem zdjęłam więc jeden dwukilowy ciężarek z jednego z wyciągów, a także dwa jednokilowe na rzepy, i zaczęłam tworzyć z nich drugi dwukilowy do pary. Chłopak przyglądał mi się z nieskrywanym zainteresowaniem. W końcu nie wytrzymał. - Czyli sobie poradzisz? – spytał zmęczonym głosem. Zdziwiło mnie wprawdzie, że i on bez zbędnych rytuałów przeszedł do mówienia mi na „ty”, ale bardzo szybko zdecydowałam, że podoba mi się to pominięcie całej oficjalnej szopki. - Jasne! – uśmiecham się tak promiennie, jak tylko potrafiłam. – Ja bym sobie miała nie poradzić? - No, tak, rzeczywiście – odparł. Nie wyglądał najlepiej. W ogóle nie wyglądał na kogoś, kto właśnie wrócił z urlopu; raczej z ciężkich robót. Ćwiczyłam sobie jednak spokojnie. On usiadł sobie na leżance, na której w tej serii odbywały się moje masaże, i miał oko na wszystkich pacjentów. Kiedy odrobiłam się z ciężarkami i z kijem i zaczęłam zestaw na samą tylko szyję, usłyszałam od niego. - Ale nie odchylaj tak do tyłu tej głowy – pouczył mnie. – Tylko do przodu i wracasz do punktu wyjścia. - Tego nie wiedziałam – przyznałam. Uśmiechnęłam się niewinnie i zaczepiłam jedną z pacjentek; rozmawiałyśmy o wakacjach. Bo o czym innym by tu rozmawiać pod koniec sierpnia? W międzyczasie przyszły jeszcze dwie dodatkowe pacjentki na materace. Ciągle też, mimo wszystko, zastanawiało mnie, dlaczego człowiek, który podobno dopiero co wrócił z wakacji, wygląda jak z krzyża zdjęty. - Skąd się wzięła ta smutna mina? – spytałam go więc. - Nic, po prostu spałem w nocy dwie godziny, zmęczony jestem – odpowiedział, przecierając oczy. Zachęcona tą w miarę przyjazną odpowiedzią, postanowiłam sama też być życzliwa. - A wiesz, że jednak mam alergię? – zagadnęłam go. Wiedziałam doskonale, że każdy człowiek ma mniej lub bardziej rozwiniętą potrzebę uznania ze strony otoczenia, a dowodem mojego zaufania dla jego wiedzy było zastosowanie się do jego rad. Zamrugał, zdezorientowany. - Poważnie? – zdziwił się. – Byłaś się przebadać? - A byłam – przytaknęłam z dumą. Poczułam, że to dobry moment, by ostatecznie wyjaśnić wszelkie dziwne niedomówienia, które nie dawały mi spokoju, odkąd go poznałam. Miałam w końcu szansę wyklarować jakoś tą naszą dziwaczną znajomość. – Zdziwiony? - Tak – odparł, przyglądając mi się badawczo. – Niemożliwe, ktoś mnie posłuchał. A na co ta alergia? - Tego nie wiem – przyznałam szczerze. Nie chcąc jednak zrujnować tak ładnie rozpoczętego dialogu, dodałam. – I nie chcę wiedzieć. Nagle by się okazało, że tego mi nie wolno, tamtego nie wolno, że w ogóle nic mi nie wolno. - Pięknie – uśmiechnął się i pokręcił głową. Musiałam jakoś podtrzymać rozmowę. - Robię też inne postępy – pochwaliłam się, a tym samym też i jego. – Nie noszę już plecaka, tylko torebkę. Książki zaczęłam zostawiać w szkole i przyjeżdżać wcześniej, żeby się przygotować do zajęć. - Rzeczywiście, postęp. Pamiętam ten twój cały wypchany plecak – roześmiał się i spytał. – Skąd ta zmiana? - Jak ktoś mi daje dobrą radę to się staram jej słuchać – wyjaśniłam z satysfakcją kogoś, kto właśnie podjął słuszną decyzję. Skończyłam też w tym momencie ćwiczenia na stojąco. Przyzwyczajona do samowolki, założyłam klapki mojej rehabilitantki i wzięłam kluczyk. - Nie za duże te klapki? – spytał, widząc, co wyrabiam. - To butki waszej Pięknej na urlopie – odpowiedziałam z uśmiechem. – Mam tu pełną swobodę ruchów. - Właśnie widzę – skomentował, jeszcze trochę osłupiały. Minęłam go z tryumfalnym uśmiechem i poszłam do kibelka. Gdy wróciłam, odstawiłam klapki na miejsce i poszłam na ostatni wolny materac, tuż obok pacjentki, która zwykle dostawała lajtowe ćwiczonka. - Miała już pani ćwiczenia z kijem? – spytał ją. Ona spojrzała i nie wiedziała, co powiedzieć. - Miała – odpowiedziałam za nią. – Ale nie wszystkie. - Gondolka też była? – spytał. - Była – uśmiechnęłam się. – Wiem lepiej od was, co robią wasi pacjenci. - To proszę zacząć od gondolki – poinstruował ją. Posłuchała polecenia. Dłuższy czas ćwiczyłam sobie, nie odzywając się prawie wcale; nie chciałam pogubić się w liczeniu powtórzeń. W końcu przyszedł czas na moje ćwiczenia na nóżki. Przewróciłam się więc na boczek i zaczęłam ćwiczyć. I nagle cała sala usłyszała dziwny dźwięk. - Co to tak strzela? – zainteresował się kolega z fizyko. - To moje ramiączko od stanika – wyjaśniłam. – Ale normalnie, poza tym, jest świetnie dopasowany i bardzo wygodny. - Pojęcia nie mam o takich rzeczach, nie noszę staników – zaśmiał się, tak samo jak i reszta obecnych pacjentów. - Ale pewnie dziewczyna nosi – zagaiłam. Coś mnie podkusiło, by sprawdzić, czy doniesienia reszty ekipy na ten temat są prawdziwe. - Ale jej nic nie strzela – odparował. „Czyli jednak…”, westchnęłam w myślach. - Odkupiłam ten egzemplarz od waszej kierowniczki za połowę ceny – musiałam powiedzieć cokolwiek. - To pewnie dlatego był za połowę ceny – zaśmiała się pacjentka z materaca obok, a ja do niej dołączyłam. Poczułam falę nadchodzącej głupawki. - Tego śmiechu nie da się pomylić z niczym innym – chłopak stwierdził, rozbawiony. – Zawsze wiem, kiedy jesteś na sali, bo niesie echem do mojego gabinetu na drugim końcu korytarza. - No wiesz, śmiech to zdrowie – stwierdziłam, jeszcze wciąż się chichrając. - Tak, przychodzę na salę, bo też chcę się z wami pośmiać, a tu nagle wszyscy poważnieją – zagaił. „Czyli co? Źle cię odbierałam za każdym razem, kiedy cię tu widziałam?”, spytałam się w myślach. Najwyraźniej musieliśmy się znowu źle zrozumieć… - Hmmm – zamyśliłam się. Nie mogłam stracić takiej okazji, by to wyprostować. – To trzeba od drzwi machać i wołać, że też chcesz się pośmiać. Skąd mamy wiedzieć, jaki jest cel twojej wizyty? - Następnym razem tak zrobię – odrzekł i się uśmiechnął. O ileż lepiej się poczułam! Nadszedł w końcu czas, gdy na salę wszedł mój masażysta ze swoim pacjentem. Spytał zaczepnie kolegi po fachu: - I jak ją znosisz? Wytrzymujesz jakoś psychicznie? - Tak, da się przeżyć – chłopak się zaśmiał. - A ty gdzie masz kuzyna? – spytał mnie mój masażysta. - W robocie, już nie będzie przychodził – odparłam krótko. – A co, tak za nim tęsknisz? - Nie no, wesoło było – przyznał i zwrócił się do kolegi. - Tylko nie pozwalaj jej się za bardzo przemęczać. Kobiety w ciąży mogą źle znosić nadmierny wysiłek fizyczny. - W ciąży!? Jesteś w ciąży!? – o mało się nie zakrztusił. - Ja!? Jeszcze tego by mi tylko brakowało! – prychnęłam. - Nie pochwalisz się koledze przygodą w tramwaju? – mój masażysta mnie podjudzał. - Jakoś tak nie mam ochoty – odparłam, kręcąc głową z niedowierzaniem. Mój masażysta zajął się swoim pacjentem za zasłonką, a chłopak z fizyko wydawał polecenia pacjentkom. - A gdzie koleżanka? – spytała mnie nagle pacjentka z materaca obok. – Nie wytrzymała tempa? - U niej wszystko ok., nawet nie ma zakwasów – odparłam i wyjaśniłam. – Była tu tylko raz, żebym miała się na kim uczyć. - Jesteś na fizjoterapii? – spytała, zachwycona. - Nie – roześmiałam się, a ona spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Jestem anglistką. Tylko spędzam tu tyle czasu, że znam te ćwiczenia na pamięć. I czuję się tu, jak w domu. Pacjentki wkrótce skończyły swoje ćwiczenia i poszły do domu. Mój masażysta też zdążył skończyć zabieg i dorwać się do swojej kanapki. Jego kolega po fachu położył się na plecach na wolnej leżance. Musiał być naprawdę zmęczony. - Patrz, mam nowy materiał do ćwiczeń – zażartowałam, zwracając się do masażysty. – Nawet…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych