Remedium
Opowiadanie nie ma nic wspólnego z powieścią SF o tym samym tytule, autorstwa Stefana Wula
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Chata wyglądała, jak wszystkie inne dokoła. Stromy, pokryty słomą dach, małe, zabrudzone okienka, wciśnięte w glinianą ścianę oraz głęboka wnęka drzwi ze stojącą naprzeciw ławą, ocienioną wydatnym okapem. Jedynie komin był jakby solidniejszy i uchodził z niego gęsty, żółtoszary dym, co bystre oczy O'Dillena zauważyły natychmiast. Nie zwlekając więc dłużej wędrowiec zbliżył się do wejścia i zapukał. - A kto tam? - zabrzmiał stłumiony głos z wnętrza domu. - Pokój z wami! Podróżny o gościnę proszący! - zawołał O'Dillen starając się nadać swej mowie jak najłagodniejszy ton. Po chwili skrzypnęły zawiasy i w drzwiach ukazała się barczysta sylwetka mężczyzny w płóciennej koszuli. Chłop rzucił nieufne spojrzenie na przybysza, skrywającego twarz w cieniu ogromnego kaptura. - Pokój z wami, gospodarzu - zaczął znowu O'Dillen - Nie znajdzie się u was miejsca? Zapłacę... Chłop westchnął. - Srebro przychodzi, szczęście wychodzi...wejdźta panie, dostaniecie strawy, a chcecie, to zanocujcie - zapraszającym gestem wskazał wnętrze izby. O'Dillen pochylił głowę pod niską belką otworu wejściowego i wszedł do środka. W pomieszczeniu panował półmrok, ale oczy O'Dillena szybko przyzwyczaiły się do ciemności i wkrótce mógł rozejrzeć się wokoło. Niewiele jednak rzeczy zatrzymało na dłużej jego wzrok. Ubogie urządzenie chaty stanowił centralnie położony stół z ławami ustawionymi po obu stronach. Nieopodal stały dwie beczki, wypełnione do połowy zbożem, drążona kłoda na kapustę, obok której znajdowała się "sypialnia" - klepisko pokryte słomą i płachtami ze skóry. - Wichna! - zawołał gospodarz w stronę, skąd dobiegał smakowity zapach smażonych skwarków - A dajże jeszcze jedno nakrycie, dyć gość w nasze progi wstąpili! - po czym zwrócił się do O'Dillena - Siadajcie z nami, zjecie, co jest. - Bóg zapłać. W chwilę później zjawiła się gospodyni, niosąc dymiącą miskę kaszy i łyżki. - Pojedajcie na zdrowie, zaraz przyniosę mleka - rzekła. - Ino chyżo! - wtrącił chłop, zniecierpliwiony opieszałością żony, która stanęła nad stołem, przypatrując się gościowi - Bierzcie się ano za łyżkę - powiedział do O'Dillena. - Wybaczcie, że ja tak... - O'Dillen wskazał na swój kaptur - Ale moja reguła zabrania noszenia odkrytej głowy. Jestem wędrownym remediarem, nazywam się O'Dillen, ale handel mi też nie obcy, kupuję, sprzedaję, albo wymieniam. Może wam co potrzeba, gospodarzu? - Mówcie mi Roch. Oj, juści że potrzeba, dyć całej wsi potrzeba, ino nie tego, co przedać byście mogli. - Cóż to takiego? - spytał O'Dillen, lecz nie usłyszał odpowiedzi. Tymczasem przyszła Wichna z dwoma dzbanami zsiadłego mleka, które położyła przed jedzącymi. - A skąd to Bóg prowadzi? - zagadnęła nieśmiało. - Ho, ho, z daleka, zza morza - odrzekł O'Dillen i chcąc ożywić atmosferę, rozpoczął barwną opowieść dotyczącą jego wędrówek po krańcach świata. Roch jadł powoli, godnie, przysłuchując się uważnie, Wichna krzątała się wokół stołu z przesadną gorliwością, łowiąc uchem słowa O'Dillena, a z kąta wychyliły się nieznacznie dwie zaciekawione dziecięce twarzyczki. - ...Złoto, marmury, diamenty... - opowiadał O'Dillen między jednym kęsem, a drugim - Samej służby pałacowej setki... a jakie militaria! O, popatrzcie... - rzekłszy to sięgnął do tobołka, który miał ze sobą, i wyjął sztylet z posrebrzaną rękojeścią. Podał go Rochowi. - Galantny - mruknął gospodarz, oglądając go z podziwem, po czym wyciągnął rękę, chcąc oddać nóż. O'Dillen spojrzał na smutne oczy Rocha. - Weźcie to, gospodarzu - powiedział - To... prezent ode mnie. Przyda się wam. - Nie może to być! - Bierzcie. Będziecie jednym z niewielu, którym opłaciło się ze mną zadawać - uśmiechnął się O'Dillen. Roch w końcu przyjął podarek ze zmieszaną miną. O'Dillen, widząc jego zakłopotanie, sięgnął ponownie do tobołka i wyjął skórzany bukłak. - Mam tu jeszcze coś, czego wy nie macie - stęknął, schylając się jeszcze raz i postawił na stole dwa miedziene kufelki - Teraz ja zajmę się poczęstunkiem - powiedział i zaczął napełniać naczynia. - Wasze zdrowie, gospodarzu! Roch podejrzliwie powąchał płyn, a potem pociągnął spory łyk. - Uch! - zakasłał - Mocne, kiej okowitka! - Bo takie ma być! - zaśmiał się O'Dillen i czym prędzej nalał napój do opróżnionych kufelków. Z czasem oblicze gospodarza rozjaśniło się, a oczy rozbłysły. O'Dillen nadal prawił o zamorskich dziwach, które widział, lub o których słyszał, lub o których zmyślał na poczekaniu. Gdy rzecz zeszła na smoki i inne potwory, Roch zaklął siarczyście. - Ale takiej juchy, jak u nas, to nikaj, psiachmać! - O? - O'Dillen podniósł brwi. - A tak! Już dwa roki, kiej się gadzina paskudna rozbuchała! - Gdzie? - Tamuj - Roch pokazał ręką na ledwie widoczny przez mętną szybę zarys stromej góry, stojącej samotnie wśród pól - Wszytkie dobra od nas zamkowe chapają, coby ją ułagodzić. - Jak to? A nie znalazł się taki, który by poszedł na gada? - A juści, byli, chłopy kiej dęby, zamkowe, recerze, że ino ślepia im ze zbroi świeciły, czarowniki... a dyć niewiele z nich ostało, ino la nas utrapienie. Co mięsiąc zawżdy dziesięcinę musim oddawać, bodajby się rozpękła potwora zatracona! - Uszom nie wierzę! Własny dobytek smokowi pod nos podkładacie?! - A co nam robić? Zamkowe i my pod grotę jedziem i wszytko tamuj zwozim. Krowy, świniaki, kury. I zamkowe świecidła znoszą. Kiej się bestyja ukuntentuje, to i w pokoju wieś ostawi. - Jaka ona jest? - A bo tom widział? Strach stojać długo wedle groty... - Roch spuścił głowę. Zapadła cisza. O'Dillen w milczeniu dopił do końca swoją porcję i odłożył kubek. Roch zawiesił ponury wzrok na oknie. Naraz drzwi otwarły się z hukiem i do pokoju wpadł zdyszany podrostek. - Zamkowe Macieja obdzierają! Pospieszajcie! - wysapał. - Kaj? - Adyć, przy Kubowej zagrodzie! Spieszta się! Roch zerwał się gwałtownie, potrzącając stół i wywracając naczynia. Obaj wybiegli z izby, gospodarz nie zdążył nawet zamknąć drzwi. - Laboga, kaj go licho niesie! - załamała ręce Wichna, wychodząc przed dom. O'Dillen spokojnie pozbierał kufelki, włożył je do tobołka i wyszedł na zewnątrz. Obawy, że straci Rocha z oczu, okazały się płonne. W całej wsi wrzało. Kto żyw, tak jak stał, z łopatą, z kosą, w samej koszuli, albo i bez - podążał w kierunku domostwa, stojącego na skraju wioski, skąd dobiegał jarmarczny gwar. O'Dillen skierował się tam, wyprzedzany przez tych, co właśnie z pola wracali, często też migały obok kolorowe spódnice młodych dziewek, albo fartuchy chłopek. Po chwili O'Dillen ujrzał zarzewie zbiegowiska. Blisko biegnącej przez wieś drogi stał wóz, wypełniony po brzegi niesamowicie poupychanymi gratami, zaprzężony w wychudłą i zmizerniałą szkapinę. Wóz spełniał dość dziwną rolę - rolę fortecy, której obrońcą okazał się krewki mężczyzna, wygrażający widłami w kierunku agresorów - knechtów z zamku. - Wara! - krzyczał chłop - Wara! Ino tkniecie, a zakatrupie! - Cosik zostawić musisz! Pierzchasz jak zając, ale on choćby łajno po sobie zostawia! - odpowiedział jeden z pachołków. - Miarkuj, co byś sam portków nie ostawił, kiej ci ziobra zmacam! - odezwał się głos z tłumu, który kołem otoczył niecodzienne widowisko. Milczący dotąd dowódca żołnierzy zwrócił się do zdesperowanego woźnicy: - Macieju, ty mądry człek. Ty wiesz, coś winien. Chcesz jechać, a jedź, nikt ci wstrętu nie czyni. Ale podatek dać musisz. Ty ujedziesz, nas mniej, a smokowi tyle samo pod jamę złożyć trzeba. Ty ujeżdżasz, my zostajem, oddaj, coś winien, a ujedziesz. - Nie dam! Wara, psiekrwie! Co trzeba dałem, kiej wszytkie dawali! - Ty ujeżdżasz. Więcej dać musisz. - A tyla ci dam, co się nogami nakryjesz, cyganie zatracony! - Chciałem po dobroci... - zaznaczył dziesiętnik i skinął na pachołków. W mgnieniu oka dwóch doskoczyło do Macieja i rozbroiło go bez trudu, podczas gdy pozostali zaczęli ściągać z wozu dobytek. Wśród zgromadzonego chłopstwa zagotowało się. - Byście szczezli, parchy zapowietrzone, żeby tak obdzierać, tfu, paskudniki! - Nie obdzieramy, jeno sprawiedliwości dochodzimy! - Jak wezmę kija, to wama dam sprawiedliwość! - Laboga, ludzie, ratujta! Kaj nam jechać, kiej grosza nie stanie?! Na żebrę ino nam iść! - krzyczała Maciejowa - Wy wywłoki, lakudry!!! - wycharczała i zaczęła się szarpać z najbliższym knechtem, rabującym worki z żytem. - Poszła won! - fuknął na nią żołnierz. - Ma prawo, o swoje się upomina! - wrzeszczeli coraz głośniej chłopi, zacieśniając okrąg wokół wozu. - Głupiście, każden równo musi dać, i on, i wy, i my. - Równo, ino wam się złoto na kaftanie świeci! - W ślepiach ci się ckni, pijaku jeden z drugim! Harmider potężniał. Maciejowej zabrakło już głosu i sił, tak że chrypiała tylko przekleństwami i groźbami, aż jeden z knechtów nie wytrzymał i chwycił ją za włosy. - Abo przestaniesz jazgotać, abo ci ten jęzor w gardło wbiję! W tym momencie złość przemogła strach przed żołnierską kolczugą i paru rosłych wieśniaków wysunęło sie z czym każdy miał ręku. Knechci rzucili wszystko i chwycili za miecze. - Spróbujcie ino! - Scierwa! Już mieli się zetrzeć, gdy nagle huknął potężny głos - "stójta" - osadzając zarówno jednych, jak i drugich w miejscu. Obejrzeli się i ujrzeli występującego z tłumu gapiów Rocha, który minął ich bez słowa i podszedł do dziesiętnika. Wyciągnął rękę, zabłysnął srebrny sztylet, podarunek O'Dillena. Żołnierz odruchowo złapał za rękojeść kordu. Roch uśmiechnął się pogardliwie. - Bierzta - powiedział - A Macieja ostawta w pokoju! Uczyniło się cicho. Pachołkowie na znak dowódcy odstąpili od wozu i poszli do pozostawionych po drugiej stronie drogi wierzchowców. Maciej, dzięki pomocy sąsiadów, szybko pozbierał porozrzucane części swojego mienia i załadował na wóz. Nie oglądając się czym prędzej wskoczył na zydel. - Wio, maluśka... - wyszeptał. Koła zaskrzypiały i odprowadzany wzrokiem całej wsi wóz wkrótce skrył się za pagórkami. Z przeciwnej strony zadudniła ziemia i jedenastu jeźdźców ruszyło galopem w kierunku zamku, obok którego rysował się złowieszczy stożek smoczej góry. - A żebyś szczezł na wieki za krzywdę naszą!... żeby cię robaki roztoczyły!... - zabrzmiał nagle rozpaczliwy, kobiecy głos - Laboga!... jak te woły harujem!.. i dnie!... i noce!... za parobków!... i la kogo to?!... la kogo?!... ino pod jamę przeklętą!... Boże, jak długo jeszcze?!... jak długo?! - Już nie długo - warknął O'Dillen, ale nikt go nie dosłyszał.
* * *
- "Już nie długo", he, he, he - śmiał się król Scanoux - Toś widzę krotochwilą ubawić nas przyszedł. Mów zatem, jak onego potwora zgładzić zamierzasz, boć po twej posturze cherlawej tuszę, że barwniej prawić będziesz, niż nasz Bold - to mówiąc poklepał po dzwoniącej, trójrożnej czapce siedzącego poniżej błazna, który zachęcony w ten sposób podszedł do O'Dillena. Obszedł go naokoło i obejrzał tak, jakby oglądał bydło wystawiane na sprzedaż na targu. - Uuu... - skrzywił się z niesmakiem - Ale... do sprawy wróciwszy - jakimże to fortelem umyśliłeś, chuchraku, bestię ubić? - zajrzał w oczy O'Dillenowi - Może chcesz ułapić ci ją w ręce i dzierżyć w powietrzu, aż z sił opadnie, jako Beerteld ułapił Uncheza? Król zarechotał, a za jego przykładem poszli pospiesznie zgromadzeni wokół dostojnicy, jedynie królewska córka, Fediana, zachowała powagę. Trefniś ciągnął dalej. - A może wykoncypowałeś zdzielić ją pięścią między oczy, o tak - potrząsnął delikatnie swą błazeńską laską, ująwszy ją w dwa palce, co wywołało kolejny wybuch wesołości - Jak Zorian, gdy drogę zastąpił mu Irrac? A wiesz-li ty chłystku, kto to był Zorian? Beerteld? A wiesz-li ty chamie, że zaraz służba weźmie cię za mordę i zedrze twój plugawy kaptur, bo o przytomności króla zakrywać głowy się nie godzi? O'Dillen, nie spojrzawszy na błazna, zwrócił się do monarchy. - Królu! Źle i pochopnie jest wydawać sądy na podstawie powierzchownych wrażeń. Z reguły są one fałszywe... - Mówi się "Wasza wysokość", mędrkozofie! - wciął się Bold. - Ja na przykład - mówił dalej O'Dillen - Odniosłem złudne wrażenie, że jesteś mądrym i sprawiedliwym władcą... - Zuchwalcze! - zakrzyknął błazen - Trzymaj język za zębami, jeśli postradać go nie chcesz! - Pyszałek! - rozsierdził się Scanoux - Straż! Respektu nauczyć przybłędę! - Tato... - przestraszona Fediana spojrzała na ojca, ale już dwóch halabardzistów biegło w kierunku O'Dillena. Rozległo się kilka stłumionych dudnięć i w moment później obaj leżeli na posadzce, jęcząc z bólu. Po sali przeleciał pomruk. Błazen pochylił się nad leżącymi, po czym pokiwał z uznaniem głową. - Dobra robota. Dobra sztuczka! A po co? - podszedł do O'Dillena i pokiwał mu przed nosem swoim kijem, zaopatrzonym w dzwonki - Właśnie - wrażenie! Żeby wywołać wrażenie! Omam! Ułudę! Bluff! - Bold zaczął tańczyć wokół niego. - Wrażenie! Wrażenie! Wrażenie! - zbliżył się znowu - A jakie jest wrażenie? Ha - złudne! Wasze słowo! Takiś jest krzepki? Próżno się chełpisz, są tacy, co cię zmogą. Starczy w ręcę klasnąć, ale - tu odwrócił się do Scanoux - mimo to nasz król wspaniałomyślnie wysłucha do końca twych bredni. Pobici strażnicy zaczęli gramolić się z ziemi. Scanoux niecierpliwie machnął na nich ręką, aby odeszli. - Zawiodłem się - poszedł za ciosem O'Dillen - Tam gdzie smutek i troska panować winny, żarty widzę i igraszki! A może to dobrze, że nieledwie trzy wiorsty stąd sroży się potwór i gnębi ludzi? Pewnie tak, bo byłem gościem w wielu królestwach świata tego i wszędzie spotykałem się z widoczną opieką nad poddanymi, a tutaj... - Gorze! Nadużywasz królewskiej łaski, nieznajomku! - przerwał Bold. Król uciszył go i sam, odetchnąwszy głęboko, zabrał głos. - Harda twa mowa, przybyszu, i nierad jej słucham. Obcy twój strój, obyczaje obce, po obcemu prawisz, widno prawdziwie z zagranicznych dworów przybywasz. Nie tobie przeto dochodzić sprawiedliwości na włościach moich! - podniósł głos - Cóżeś ty widział, aby sądy mi tu odprawować, do diaska?! - Wrażenie! - odezwał się Bold - Złudne! Fałszywe! Scanoux szerokim gestem powiódł po sali audiencyjnej, w której wszyscy przebywali. - Patrzaj jeno. Ubóstwo wszędzie. Ni złota, ni srebra, ni zbytków wszelakich, które na wszytkich dworach majętność i statek królestwa okazują. Nieledwie w łachmanach chodzim, bo zdajem przed jamą bogactwa - mówił i pokazywał raz to na salę, raz to na wszystkich w niej zgromadzonych, a O'Dillen podążał za nim wzrokiem, aż jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Fediany. - Zali mniemasz, że bestię położysz? - kontynuował Scanoux - A jak nie? Tobie dwie piędzi ziemi nad głową usypiem, jeśli z ciebie coś ostanie, a smok się rozsierdzi. I co będzie? I będzie nam jeszcze więcej wozów pod górę ciągnąć, okrutny płacz i złożeczenia powstaną, chłopi buntować się poczną, ot i tyle pożytku powstanie z twojego ze smokami wojowania. Wielu już było tęższych od ciebie śmiałków, i żaden nie podołał. A widno mi, że ty skapiejesz od samego dechu potwora, zanim za oręż chwycisz. Takoż - król uroczyście podniósł głos - tobie, obcy przybyszu, na rozprawę ze smokiem pozwoleństwa ani wspomożenia nie daję! Lepiej dla cię i dla nas będzie, jak opuścisz to smutne królestwo, bo nam skądinąd pomocy wyglądać - przy ostatnich słowach władca wzniósł oczy do góry, a jego twarz przybrała wyraz nabożnego skupienia. O'Dillen zasmiał się cicho pod nosem. - Tam, gdzie ja, mimo wszystko, o pomoc się zwrócę, czekanie na cud nie przychodzi tak łatwo... i wygodnie! - dodał zjadliwie. - Nie... - Fediana chciała coś powiedzieć, ale Bold wyprzedził ją. Dzwoniąc i hałasując podbiegł do O'Dillena i zatrzymał się tuż przed nim. - A idźże! - machnął swoją laską błazna, wskazując wrota sali - Kiedy taka twa wola! - zrobił salto w tył i w ten sposób fikając wrócił do stóp tronowego podwyższenia - A kiedy już smoka zwyciężysz, zedrzyj z niego skórę, i nim sławą się okryjesz, tą skórą chwacko się okryj, to ci dziury w płaszczu osłoni, a i wyglądać będziesz jak Reangall po rozprawie z lwem Frothodem, o czemeś zapewne nigdy nie słyszał! Słowa Bolda wzbudziły powszechną wesołość, ale Scanoux szybko spochmurniał, uciszył towarzystwo i zawołał groźnie do O'Dillena: - Na co jeszcze czekasz?! Audiencja skończona, dość tych błazeństw! - Czekałem na rozsądek i dobrą wolę, ale widzę, że na próżno. A więc - do widzenia - odrzekł O'Dillen i skierował się ku wielkim, drewniany drzwiom. - Mówię "do widzenia" - odwrócił się, stojąc już przy otwierających wrota wartownikach - bo nie wątpie, że się jeszcze zobaczymy. - Pewnikiem! - odpowiedział Bold - my cię obaczym, jeno tobie nas obaczyć będzie trudno, boć jedno twe ślepie od drugiego na wiorstę smok z innymi trzewiami po polach rozwłóczy! Do obaczenia! O'Dillen zniknął za drzwiami w asyście śmiechu i drwin, które towarzyszyły mu aż do bramy wjazdowej w zamku. Gdy przechodził przez zwodzony most, posłyszał głosy żołnierzy, pełniących wartę na wieży strażniczej. - Patrzaj, to ten, co na smoka leźć chce. - Piechotą? Ej! - drugi strażnik wychylił się - A gdzież to wasz wierzchowiec?! O'Dillen szedł dalej, milcząc. - Nie ma ci nawet konia, a wyprawę gotuje, widno pomylony. - Aż śmieszno. Bo jak ci wczoraj z wieczora ciemnica nastała, to byle kmieć, co by zamożnego miarkować, nogami tupał, a że się zdało słyszeć jakoby tętent kopyt.
* * *
Coś, jakby tętent kopyt galopującego konia, dobiegło do uszu O'Dillena, który wytężył słuch i obrócił głowę. Odgłos dochodził z tyłu i wyraźnie narastał. Mógł to być jedynie ktoś z zamku, bo droga prowadziła prosto spod pałacowej bramy, bez żadnych rozwidleń i skrzyżowań, a od opuszczenia grodu nie minęła więcej, niż godzina. O'Dillen sprężył się w sobie, ale nie zszedł z traktu. Słońce było już bardzo nisko i zanim nieznany konny zbliżył się, O'Dillen mógł śledzić jego ruchy, obserwując poprzedzający go, długi cień. Nie było powodu do niepokoju, sposób siedzenia na siodle zdradził jeźdźca, nim on sam zeskoczył z konia i podszedł do O'Dillena, skrywając się w obszernej pelerynie z kapturem jeszcze większym od O'Dillenowego. I choć spełniał on dobrze swoje zadanie, O'Dillen wiedział, czyje skrywa oblicze. - Czemu zawdzięczam to spotkanie? - Sza... - nieznajomy szarpnął za uzdę konia, dając jednocześnie znak O'Dillenowi, aby poszedł za nim. Obaj zeszli z drogi w kierunku pobliskiego lasu. - Nikt nas nie może widzieć, ani słyszeć - zabrzmiał kobiecy szept. - Ho, ho, brzmi to całkiem zachęcająco... - mruknął O'Dillen. - Nie wiesz, co mówisz - zganiła go tajemnicza postać - Czyż do wioski nie podążałeś? - Może... - Dzięki Bogu, że zdążyłam. Czem prędzej zawracaj z drogi, szaleńcze! - A co, jego wysokość król się rozmyślił? Nieznajoma zatrzymała się gwałtownie. - Szydzisz, a król wysłał drogą okrężną heroldów, aby kmieciów uprzedzić. Od kiedy przez zapał rycerzy zwabionych przygodą przyszło jeno coraz sroższymi ciężarami płacić, lud znienawidził każdego, kto z zamiarem walki się nosi. Wracając do jakiejże wsi, śmierć niechybnie na się ściągniesz! - Skąd ci to wiadomo i jakie twe imię, pani, jeśli ci mam wierzyć. - Jam jest Fediana, córka króla Scanoux, pana tej ziemi - królewna zrzuciła z głowy kaptur. - Zatem wiele ryzykujesz, rozmawiając tu ze mną. Mogłaś kogoś posłać. - Wiem o tym aż nazbyt dobrze. - Więc dlaczego... - Nie pytaj już więcej! - Fediana odwróciła się i uszła parę kroków dalej - Bo... - zaczęła, spuszczając głowę i patrząc gdzieś na bok - Kiedym cię ujrzała, to... pojąć trudno... - Czy mam sam odpowiedzieć sobie na to pytanie? - O'Dillen przybliżył się do niej. - Ach! - Fediana nagle rzuciła mu się w ramiona i objęła go, po czym równie gwałtownie odskoczyła przestraszona - Przeklęte królestwo i jam przeklęta! Uciekaj, jeśli ci żywot miły, bo ty jeszcze uczynić to możesz. O dwa stajania stąd na północ się kierując szałas znajdziesz, tam noc spędzisz, a skoro świt nastanie, bieżaj przez knieję!... Pora już na mnie - królewna chwyciła za siodło i podskoczyła, ale bezskutecznie. Za drugim razem również zsunęła się bezradnie z siodła, widocznie nie nawykła do konnej jazdy, aż podszedł O'Dillen i chwyciwszy ją wpół podniósł do góry i posadził po damsku na bahmacie. Poczuł jej gorącą rękę, która ścisnęła jego dłoń. - Żegnaj! - szepnęła Fediana. Koń ruszył powoli i wkrótce zniknął z oczu, lawirując wśród pni czarnego boru. Zanim umilkł całkowicie odgłos uderzających o ziemię kopyt, echo powtórzyło dalekie wołanie: - Pamiętaj! Nie idź do chłopów! Zginiesz tak czyniąc!
* * *
- Zginiesz tak czyniąc! - warknął do siebie O'Dillen, gdy strzała utkwiła tuż przy krawędzi zaimprowizowanej tarczy, wiszącej na drzewie. Ponownie napiął łuk i wycelował. Swisnęło powietrze, ale teraz cała tarcza pozostała nienaruszona. - Do diabła! - zaklął, chociaż mógł bez trudu umieścić grot w samym środku koncentrycznych kółek. Sięgnął po następną strzałę i powoli naciągnął cięciwę. - A może tym razem będzie bez pudła? - mówiąc to zakręcił się na pięcie i wymierzył w rosnące obok krzaki. Naraz poczuł, jak naprężenie żyłki maleje, i choć rozciągnął maksymalnie ręce, cięciwa zaczęła wydłużać się, aż zawisła bezwładnie między końcem łuku a dłonią O'Dillena. - Nie celuje się w nieznajomych! - przemówił ktoś zza krzaka. - Nie szpieguje się nieznajomych! - odparował O'Dillen i odrzucił bezużyteczną broń - Sowizdrzalskie sztuczki - burknał. - Ale my się znamy - ukryty rozmówca wyszedł przed krzewy i O'Dillen rozpoznał królewskiego błazna, który podniósł obie ręce do góry. - Ja też jestem bezbronny. - Masz mnie za głupca? - O'Dillen wskazał na leżący łuk - Sprawiasz tylko wrażenie bezbronnego - dostrzegł jednak, że łuk znowu wyglądał na nienaruszony. - Zaraz, zaraz, już to gdzieś słyczałem. - Owszem. - Jednak nie po to tu przyszedłem. - Domyślam się - mruknął O'Dillen i podszedł do ogniska, palącego się przed wejściem do szałasu, a potem usiadł i wskazał na miejsce po przeciwnej stronie - Proszę, siadaj! Mimo wszystko podejmę cię, jak gościa. - Chyba nie przywiązujesz wagi do wczorajszego przedstawienia? - odrzekł Bold, sadowiąc się na ziemi - Dworski teatr masek, wiesz... - mrugnął okiem. O'Dillen wszedł do szałasu i wyciągnął dwa kawały suszonego mięsa. Jeden z nich podał błaznowi. - Lepsze to będzie zajęcie dla języka, niż strzępienie go na próbach przekonania mnie, jaki to smok straszny - powiedział z przekąsem, nadział swoją porcję na zaostrzony patyk i włożył w płomienie. Bold, nie oglądając się za kijem, wrzucił swój kawałek do ogniska. Mięso, zamiast spaść, zawisło nad ogniem, podtrzymywane niewidzialną siłą, sterowaną ruchami ręki błazna. - Znowu sztuczki - pokręcił głową O'Dillen. - Przyzwyczajenie jest drugą naturą, także u magów. Twarz O'Dillena mimowolnie ściągnęła się. - Przygotowania, widzę, w pełni - błazen powiódł wzrokiem po rozrzuconych wokoło częściach bojowego ekwipunku: strzałach, tarczach, włóczni opartej o dach szałasu - Upór i ambicja zwyciężyła rozsądek! - Zaraz, zaraz, już to gdzieś słyszałem - wycedził O'Dillen. - I usłyszysz jeszcze nie raz. Dobrze, posłuchaj - Bold zmienił ton - Może byłem zbyt szorstki i nieprzyjemny, ale musiałem. Myślisz, że bycie błaznem, to ciągłe dowcipy i beztroska? Oby nigdy nie było ci dane poznać, co to znaczy utrzymać się w kole władzy. Ale wróćmy do sprawy. Rozumiem cię doskonale, sam bym poszedł z dzidą na potwora, gdybym go wcześniej nie widział. Poza tym Fediana istotnie potrafi zawrócić w głowie. Znam ten ból, który cię drąży, ale naprawdę nie warto. Chcesz być wielki i podziwiany - kto by nie chciał!…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Boguc
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…