Różana Ulica
pojedynek pisarski, Tobias vs Fraa
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tradycyjnie prosimy o komentarze do obu tekstów i wytypowanie zwycięzcy, miłej lektury!
Różana Ulica
Naturalnie nie każdy chłopiec chce być strażakiem, a nie każda dziewczynka księżniczką. Tym niemniej zawsze musi istnieć pewna zbiorowość, która tworzy podwaliny do funkcjonowania danego stereotypu. Ula należała właśnie do takiej grupy. Może to kwestia rodziców, którzy zawsze powtarzali, że ich córeczka jest piękna jak królewna. Dziewczątko od najmłodszych lat ufało, że rzeczywiście – opalona na płomienną czerwień, pulchna twarz w połączeniu z kędziorkami w kolorze świński blond tworzą wizerunek idealnej księżniczki z bajek. Czas mijał.
Zastajemy Urszulę, kiedy ma sześćdziesiąt trzy lata. Śnieżnobiałe loki przykrywa słomkowy kapelusz, a – niegdyś czarne, obecnie brunatno-szare – pantofle zapadają się obcasami w błocie. Kobieta stanowczymi ruchami różowych dłoni wyrywa chwasty ze swojego ogródka o powierzchni dziewięciu metrów kwadratowych. Wzdłuż ogrodzenia rosną w równym szeregu krzewy róż. Kiedy Urszula upora się z krwawnikiem i skrzypem, najprawdopodobniej – swoim zwyczajem – wygładzi ciemnoniebieską sukienkę z welur-szyfonu i przystąpi do przycinania kwiatów, których gałązki już zaczęły wyciągać się przez płot w stronę ulicy. Tymczasem jednak trzeba porzucić kobietę przy jej zajęciu i cofnąć się o kilkanaście godzin i metrów – do domu mieszkającego nieopodal pisarza, autora licznych harlequinów, wśród których najnowszym bestsellerem było „Spojrzenie namiętności”.
Maciek – bo tak miał na imię ów artysta – przeciągnął się leniwie, odrzucił kołdrę i poszukał stopami kapci. Po chwili podreptał do okna, rozsunął zasłony, aż wreszcie udał się do łazienki, rozpinając po drodze guziki błękitnej bluzki od piżamy. Pierwszą rzeczą nie na miejscu był ręcznik. Pisarz dałby sobie głowę uciąć, że wieczorem prostokątny fragment tkaniny frotte nie leżał na podłodze, w dodatku umazany tłuczonym czosnkiem. Kolejnym niepasującym elementem okazał się pokaźnych gabarytów patison nadziany na prysznic. Zastanawiając się, dlaczego ktoś w nocy usiłował przyrządzić sobie sałatkę w jego łazience, Maciek podniósł ręcznik i wyjrzał na klatkę schodową w poszukiwaniu narzędzi, jakich użyto, żeby włamać się do mieszkania. Drzwi zatrzasnęły się.
- Co się, do cholery, dzieje?! - zawołał rozwścieczony pisarz, kiedy wreszcie odzyskał świadomość. Otaczała go milcząca, nieprzenikniona ciemność. Gdzieś musiało być okno, bo dawał się wyczuć delikatny przeciąg. Maciek siedział na zimnej, kamiennej podłodze i wyraźnie czuł zbliżające się z każdą minutą przeziębienie nerek, od której to przypadłości nie mogła uchronić cienka piżama. Ciasno skrępowane sznurkiem nadgarstki zaczynały coraz dotkliwiej boleć. Mężczyzna nie wiedział, ile czasu spędził w ten sposób. W którymś momencie zaczął wprawdzie liczyć sekundy, ale wkrótce doszedł do wniosku, że to naprawdę bez sensu. Kiedy tak siedział otumaniony, za jedyny kontakt z rzeczywistością mając ręcznik cuchnący czosnkiem, rozległo się skrzypienie drzwi. - Tu go macie - wychrypiał ktoś w mroku, po czym Maćka podniosły do pionu dwie pary potężnych rąk. - Co jest, kurwa?! Czego ode mnie chcecie?! - darł się wniebogłosy więzień, szamocząc się w żelaznym uścisku napastników. - Pan się nie denerwuje, tak? - odparła tajemnicza postać łagodnym tonem. – Zaraz zabierzemy pana do Babki i wszystkiego się pan dowiesz, tak? - Co ty pier... - zaczął Maciek, ale w tym momencie jego usta zostały zaklejone kilkunastocentymetrowym kawałkiem taśmy pakowej. - Nerwowi się zrobili ostatnio. - mruknął do siebie człowiek w ciemności i wszyscy opuścili pomieszczenie.
Korytarz zdawał się nie mieć końca. Przez wąskie, wysokie okna wpadały do środka promienie słoneczne i kładły się jaskrawymi refleksami na czerwonym dywanie. Parkiet skrzypiał żałośnie pod stopami. Boazeria zerkała na maszerujących mężczyzn krągłością sęków. Gdzieniegdzie ze ściany dumnie sterczało poroże biednego jelenia, który nie zdołał umknąć śmiertelnej kuli. Między rozcapierzonymi gałęziami kości wysiały ponure portrety starych kobiet, oprawione w ciężkie, mosiężne ramy. Srogie spojrzenia śledziły spod przymrużonych powiek życie korytarza. Maćka prowadziło dwóch umięśnionych jegomościów o szyjach grubszych niż jego udo. Na przedzie szedł mężczyzna w białym garniturze i nasadzonym na głowę cylindrze. W końcu dotarli do potężnych, dwuskrzydłowych wrót, które bezszelestnie się uchyliły, by wpuścić przybyszów.
Nie było ogromnej komnaty, kryształowej podłogi ani marmurowych filarów. Pokój wyglądał przeciętnie – dwa regały, jedna duża szafa, na środku prosty stół otoczony czterema krzesłami, okno zasłonięte ciemnobrązową kotarą. Stara, zasuszona kobieta ze zniecierpliwieniem stukała paznokciami w blat. Jej długie, siwe włosy sięgały niemal do samych drzwi. Na czubku podbródka drgał wielki pieprzyk. Starucha miała na sobie czarną garsonkę krojem zbliżoną do późnych lat siedemdziesiątych.
- To to? - zwróciła się kobieta do mężczyzny w garniturze. - Mhm - mruknął tamten w odpowiedzi. - Dajcie go tu - zakomenderowała stara, wskazując kościstym palcem na jedno z krzeseł. – Ty jesteś Maciek, tak? - spytała jeńca, gdy został już posadzony. - „Spojrzenie namiętności”? To ty? Pisarz kiwnął niepewnie głową. - Byłeś komikiem, prawda? Ponowne skinienie. - Opowiedz mi dowcip. Mężczyzna zmieszał się nieco, poskubał niepewnie rękaw piżamy, ale wreszcie przełknął głośno ślinę i wymamrotał: - Spotykają się dwa psy. Zapadła chwila niezręcznego milczenia. - To już? Koniec? - zapytała starucha z naganą w głosie. - Nie, nie! - zaprotestował przerażony Maciek, po czym podjął, czując na plecach zimne krople potu: – I jeden pies mówi do drugiego: „Szczekałem”. A drugi na to: „To straszne. Ja szczę moczem.” - Jeniec czuł, jak jego serce zamarło w oczekiwaniu. Kobieta skrzywiła się z niesmakiem i machnęła ręką w geście przypominającym odganianie natrętnej muchy. - Nieważne. Pewnie zastanawiasz się, czego od ciebie chcemy, młody człowieku? Maciek skinął głową. - Chcę... No, nie przesadzajmy z tą chęcią. Jestem poniekąd zmuszona prosić cię o wyświadczenie mi małej przysługi. Widzisz, masz sąsiadkę. Miłą staruszkę, wszyscy są zawsze ujęci jej uśmiechem. Nie wiem czemu, zęby ma bardziej przeżarte próchnicą, niż ja... Ale nie o tym. Jest twoją wierną czytelniczką, mój drogi. Czyta te twoje bzdury i beczy nad nimi jak dziecko, oczekując na swojego księcia z romansu. - Starucha przeszyła Maćka takim spojrzeniem, że nawet gdyby pisarz poczuł się przez chwilę mile połechtany po ambicji, szybko by mu to minęło. – Hoduje zielsko - oznajmiła podniesionym głosem, jak gdyby chcąc sprowadzić artystę na ziemię. – Między innymi róże. Herbaciane róże. Wielbi je i hołubi. Pod ich krzakiem zakopała skrzynkę. Masz mi przynieść tę skrzynkę, zrozumiano? W przeciwnym razie cię zabiję. - Ale... - zaczął niepewnie Maciek. – Ale nie możesz... Nie możesz wysłać...? - mężczyzna nie dokończył zdania, zamiast tego skinął głową w stronę obstawy stojącej pod drzwiami. - Młody człowieku, nie chodzi o to, żeby jej wyrwać to siłą. Urszula musi ci zaufać. Wpuścić do swojego ogrodu. A nikogo do niego nie wpuszcza. Nie możemy z nią walczyć, jest za silna. Spróbuj jakichś sztuczek, a zdechniesz w bólach. - Kobieta skinęła do mężczyzny w garniturze, na co ten wskazał swoim ludziom jeńca ledwo dostrzegalnym ruchem podbródka. Ci ostatni chwycili Maćka za ramiona i wyprowadzili z pokoju. Drzwi się zamknęły.
Pisarz spacerował po ulicy. W jego umyśle powstawały setki planów, jak wydostać się z absurdalnej sytuacji, w której się znalazł. W jednej chwili chciał po prostu wezwać policję, a w następnej zamierzał uwieść staruszkę i słodkimi słówkami wydobyć od niej skrzynkę. Sam nie wiedział, który pomysł napawał go większym strachem. Maciek nigdy nie miał skłonności do starszych pań. I na pewno nigdy nie chciał zadzierać z kimś, kto ma na swoich usługach ludzi gabarytów średniego hipopotama. Wreszcie artysta ujrzał przed sobą obrośnięty bluszczem płot. Tuż nad ziemią czerwieniły się między sztachetami lwie paszcze. Mężczyzna zerwał jedną z nich i chciał ruszyć dalej, kiedy przy furtce ujrzał tęgą kobietę w podeszłym wieku, wpatrującą się w niego badawczo. Podszedł do niej, skłonił się szarmancko i wyciągnął dłoń z kwiatkiem. - Jeśli wolno, proszę pani. Dzień bez pani uśmiechu byłby ciemniejszy, niż gdyby niebo zasnuły gradowe chmury - zaczął, usiłując być czarującym. Staruszka łypnęła podejrzliwie, wyrwała mu z ręki lwią paszczę i prychnęła: - Ty bezczelny zboczeńcu, jak śmiesz zrywać moje kwiaty? Idź mi stąd, zanim wezwę policję! Maciek poczuł, jak jego policzki oblewają się purpurą. Przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę, spuścił wzrok i przeszedł na drugą stronę ulicy, jak uczniak przyłapany na podglądaniu dziewczynek w damskiej przebieralni.
To nie był dobry początek znajomości. Pisarz usiadł na krawężniku nieopodal i zastanawiał się, po co właściwie zerwał tego cholernego kwiatka. Trzeba było trzymać ręce przy sobie. A tak? Wszystko stracone. Zjawi się kafar starej wiedźmy i – w najlepszym razie – strzeli Maćkowi w tył głowy. - No dobrze, czego ode mnie chcesz, chłopcze? - rozległ się nagle głos nad pisarzem. Ten ostatni podniósł wzrok i odburknął niechętnie: - Niczego. - Ale po chwili się zreflektował, wstał, otrzepał spodnie i uśmiechnął się. – Proszę mi wybaczyć ten niefortunny wypadek z pani ogrodem. Naprawdę, jest mi szalenie przykro. - Tjaa. Nie wątpię. Ewa cię nasłała? - Słucham? - Ewa. Moja siostra. Na pewno. Jesteś dwunasty. Chodź, tu mogą nas śledzić. - Urszula poprowadziła młodego pisarza do swojego domu, posadziła go w wygodnym fotelu i kontynuowała z kuchni, zalewając herbatę wrzątkiem: – Ma obsesję. Nierówno pod sufitem, jeśli wiesz, co mam na myśli. - Czyli nikogo nie zabija? - zapytał Maciek z nadzieją. - A nie, zabija. Oczywiście, że zabija. Jedenastu chłopa zabiła. - Staruszka postawiła filiżankę z herbatą na stoliku przed gościem. Namalowane drobne, niebieskie kwiatki błyszczały wśród bieli porcelany. – Ma o mnie bardzo złe zdanie, jeśli jej się zdaje, że niczego jeszcze nie zauważyłam. - No to... Pani pewnie też wie, po co pani siostra ich przysyła? - Hmm. - Urszula podreptała do drugiego fotela i usiadła z westchnieniem ulgi. – Raczej się domyślam. Nigdy żaden nie zdążył mi jasno powiedzieć, o co chodzi. Przypuszczam, że to była klątwa. Jak zaczynali mówić prawdę, to zamieniali się w fasolkę szparagową. Masz może żółte znamię w okolicy lewej łopatki? - Nie, nic mi o tym nie wiadomo - odparł ze śmiechem Maciek i, jakby sam chciał siebie o tym przekonać, sięgnął do tego trudno dostępnego miejsca na własnych plecach. – Nie, nic... - w tym momencie mężczyzna przestał się śmiać. Poczuł pod palcami szorstki trójkąt. – Może mi pani podać lusterko? Urszula podała żądany przedmiot. Pisarz, po kilkunastu sekundach ekwilibrystycznych popisów, zdołał wreszcie zobaczyć żółty trójkąt na lewej łopatce. - Co to znaczy? - zapytał artysta, kładąc zwierciadełko na stole. - To ta klątwa. Nie mów mi, po co tu jesteś. Nie chcę wiedzieć. Masz telefon? - Nie przy sobie. - Maciek wymownie spojrzał na spodnie od piżamy. - No tak... - Staruszka rozejrzała się po saloniku i podeszła do wieszaka przy szafie, na którym wisiała czarna kopertówka ozdobiona cekinami. - Proszę pani... - zaczął niepewnie pisarz. - Tak? - Urszula dłubała we wnętrzu torby. - Czy ja mogę zadać pytanie? - Właśnie to zrobiłeś. - Nie no. Inne pytanie. - O co chodzi? - Kobieta wydobyła wreszcie telefon i usiadła w fotelu naprzeciwko Maćka - Rano, kiedy się obudziłem, poszedłem do łazienki. - Chwali ci się. - Rzecz w tym, że mój ręcznik... Mój ręcznik był w czosnku. A na prysznicu tkwił taki... Okrągły i z wypustkami... - Pisarz zaczął obficie gestykulować, rozpaczliwie usiłując zwizualizować wygląd warzywa. - Z wypustkami? Kalarepa? - Nie, takie coś jak dynia w kształcie kwiatka trochę. - Ach, patison! Głowa. - Słucham? - Maciek wytrzeszczył oczy. Staruszka machnęła z pobłażaniem ręką i wyjaśniła, szukając w telefonie numeru: - Ewa jest Warzywną Wiedźmą. Tak naprawdę jedyne co potrafi, to tworzyć jarzyny. - Ale musiała je tak no... - zaczął artysta, coraz mniej rozumiejąc. - Iluzja jest dostępna dla wszystkich czarowników. Żeby mieć z czego zrobić iluzję, trzeba dysponować czymś rzeczywistym. Jedyne, co ona może posiąść rzeczywistego na zawołanie, to warzywa. Z czosnku wychodzi świetna iluzja krwi. Z patisonów zazwyczaj głowy. Przyznaj, że zrobiłoby na tobie to wrażenie: ręcznik w posoce i walająca się odcięta głowa. - Właściwie nabita na prysznic. - Może być i tak. Najwidoczniej zaspałeś i iluzja, niestety, minęła. - Urszula uśmiechnęła się porozumiewawczo do pisarza, po czym podniosła telefon do ucha.
„Warzywną Wiedźmą.” - myślał Maciek, przygryzając dolną wargę i skubiąc lewy rękaw piżamy - „Najpierw mnie porywają, a później stara wariatka mi mówi, że jej siostra jest Warzywną Wiedźmą. Pięknie!” Pisarz rozejrzał się po pomieszczeniu – było urządzone nawet ładnie. Na brązowym dywaniku stał okrągły stół przykryty zielonym obrusem, otoczony trzema fotelami. Pod ścianą, między wysokim lustrem i drewnianym, stojącym wieszakiem, tkwiła solidna, trzydrzwiowa szafa. Na drugim krańcu pokoju, obok przeszklonych drzwi do kuchni, błyskał porcelanową zastawą kredens, o który opierała się skromna biblioteczka. Okno przesłaniały doniczki z kwiatami, poustawiane gęsto na parapecie. Maciek dotknął trójkąta na lewej łopatce. Ten drobiazg zasiał w artyście ziarnko niepokoju. - Tak. Urszula Blumenprinzessin. Tak. Przez „z”. Dwa „s”. - Chwila ciszy, podczas której rozlegał się tylko niewyraźny, chrzęszczący głos mężczyzny po drugiej stronie słuchawki, po czym kobieta kontynuowała: – Ulica Różana. Przepraszam. Zamenhofa. Trzynaście. Dziękuję. Pisarz utkwił w staruszce pytające spojrzenie. - Naprawdę uważam, że powinni zmienić nazwę! - żachnęła się staruszka dobrze wiedząc, że nie o miano ulicy chciał się dowiedzieć jej gość.
Tymczasem oddalmy się nieco od domu Urszuli, bo paręset metrów dalej zaparkował czarny jeep i wysiadło z niego dwóch mężczyzn, jeden o szyi grubości uda drugiego. Człowiek w białym garniturze wydał swojemu masywnemu towarzyszowi polecenie przyciszonym głosem i przeszedł parę kroków, rozglądając się bacznie na boki. Tęgi podwładny wyjął z bagażnika pokaźną kuszę i łopatę, po czym świńskim truchtem dogonił przełożonego, który tymczasem wygładził poły marynarki i ruszył zdecydowanym krokiem w stronę ogrodu starej kobiety.
- Scelesti! Zbrodniarze! Bandyci! - zawołała przenikliwie Urszula, kiedy kątem oka zobaczyła, jak za oknem przelatują grudki ziemi, a wśród nich od czasu do czasu przemyka szczątek jakiejś nieszczęsnej rośliny. Staruszka wybiegła z salonu. Maciek podążył za nią, po trosze z ciekawości, a po trosze liczył na to, że może w jakiś sposób będzie potrafił pomóc zwariowanej gospodyni. Kiedy jednak przekroczył próg domu, jego oczom ukazali się dwaj mężczyźni, których spotkał u „Warzywnej Wiedźmy”. W tej chwili właśnie wyrywali krzewy róż i przekopywali cały teren ogródka. Urszula zaczęła słabnąć i mdleć. Pisarz wycofał się czym prędzej do przedpokoju, wciągając za sobą lokatorkę, i zamknął drzwi. - To oni! To oni! Oni mnie porwali...! - zaczął krzyczeć, ale w tym momencie poczuł silne ukłucie w lewej łopatce. Ból rozszedł się po całym ciele i powoli stawał się nie do zniesienia. Urszula w tym samym czasie gorączkowo szukała w torebce kropli walerianowych. Kiedy już je znalazła i zażyła, dostrzegła, że z gościem dzieje się coś złego. Trudno powiedzieć, czy wywnioskowała to z jego spazmatycznego wyrazu zaczerwienionej twarzy, czy może oceniła na podstawie tego, że mężczyzna wił się na podłodze marszcząc puszysty, seledynowy dywanik. Tego było za wiele. Urszula zakasała suknię, przeszła nad pisarzem i z głośnym trzaśnięciem otworzyła drzwi wejściowe. - Wynocha! - krzyknęła i groźnie uniosła palec wskazujący. – Albo zamienię was obu w pieczarki i będziecie po wszystkie czasy rosnąć na kocich odchodach! Mężczyzna w garniturze kiwnął głową temu drugiemu, który wycelował kuszę. Urszula zacisnęła usta i tupnęła nogą. Obcas pantofla stuknął na kamiennym schodku. W tej samej chwili intruzi poczuli, jak karleją, głowy puchną im na kształt szerokiego, krągłego kapelusza, a nogi powoli przeobrażają się w grzybnię. Staruszka podniosła dwie pieczarki i wyniosła za ogrodzenie, po czym – niemal troskliwie – wetknęła w bliżej nieokreślone ekskrementy.
Paręnaście minut później, zupełnie już uspokojona Urszula na powrót sadziła krzewy róż w ich pierwotnych miejscach. Rośliny, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, odżywały, wypuszczały nowe pędy i rozwijały drobne, jasnozielone listki. - Powinnaś założyć jakiś strój roboczy - rozległ się drwiący głos. - Nie mam czasu, sama widzisz. Muszę je ratować. To był już gruby nietakt, naprawdę - odparła Urszula i odwróciła się do rozmówczyni. Była nią Warzywna Wiedźma. Stała teraz za płotem, spowita w czerń, osłaniając się przed promieniami słońca wielkim, czarnym parasolem. Uśmiechała się nieco sarkastycznie. - Takie było ustalenie: wszystkie chwyty dozwolone - odpowiedziała dobitnie. - Ale moje róże! Poza tym to było głupie. Znowu jakiś biedny chłopaczyna. Uprzedzałam, żeby mi o niczym nie mówił, to on mi zaczął opowiadać o tym, jak został porwany. - Urszula pokręciła głową. – Chyba nie przypuszczałaś, że to się w końcu uda? Jestem za stara na księcia i dobrze o tym wiem. I nie powinnaś była wpuszczać swoich ludzi na mój teren. Wiesz o tym. - Tak. Myślałam, że on odwróci uwagę i przemkną. Nie wiesz kto to był? - Młody człowiek w przepoconej piżamie. - Ech! - Ewa machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. – To był pisarz, ten od tych twoich romansideł. „Spojrzenie namiętności”, „Miłość w Zaczarowanym Hotelu” i te rzeczy. - Oj... Szkoda. Miał talent - uznała ze smutkiem Urszula. - Wierzę na słowo. Myślałam, że ich nie zauważysz. - Na twarzy Warzywnej Wiedźmy wykwitł grymas, który przy kiepskim oświetleniu i brudnych okularach obserwatora mógłby być uznany za uśmiech. - W swoim ogródku wszystko widzę. Tu mi go nie wykradniesz. Musisz wybrać inną metodę. - Wymyślę coś. - Wiem, w końcu płynie w nas ta sama krew. - Urszula rozpogodziła się. – No a teraz muszę wracać do pracy. Chciałabym skończyć przed zachodem słońca. - A więc bywaj. Do następnego spotkania. - Bywaj. Oby lepiej ci poszło. Aha! Przyślesz mi kogoś po chłopaka? - Za parę minut będzie tu mój człowiek. Uprzedzę go, żeby był dla ciebie miły i dbał o twoje kwiatki. - Warzywna Wiedźma zastukała paznokciami
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil klub_IKAR_
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…