Wróć do katalogu

Rozdział 1 - Odzyskany zmysł

Rodział pierwszy horroru, który chyba jednak nie powstanie. Bynajmniej nie w tej formie, w jakiej miał powstać w początkowym założeniu. Za jakiś czas będzie to chyba minipowieść. A póki co potraktujcie to jak opowiadanie. Mile widziane komentarze.

Szejnis, opublikowano , 16 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1

Linterwein czuł się okropnie. Głowa pękała mu z bólu, a spierzchnięte usta pokrywała biała skorupa zaschniętej śliny. Chciało mu się wymiotować, i wiedział, że za chwilę to zrobi. Gdyby nie miał pełnej świadomości, że jest abstynentem, pomyślałby o wyjątkowo trapiącym kacu, bo jeśli dobrze się orientował, to właśnie takie mogą być objawy zbyt intensywnego przepicia. Jednak to, co wydarzyło się Linterweinowi wcale nie miało nic wspólnego z alkoholem. Ale nie dało się ukryć, że to zdarzenie niezwykłe i raczej nie dające się wytłumaczyć w racjonalny sposób, tak, żeby ktoś uwierzył bez żadnych wątpliwości. Linterwein nie miał pojęcia, co się dzieje. Wiedział tylko, że na pewno nie jest teraz we własnym domu, lecz w jakimś nietypowym miejscu, w którym zapach wilgoci chłoszcze jego rozedrgane z nerwów lub może lęku nozdrza. Zwymiotował – tak jak się domyślał – a w gardło palił go dziwny smak goryczy. Pamiętał wszystko, co mógł zapamiętać z dzisiejszego dnia, choć nie był w stanie zapisać żadnego obrazu, żadnego widoku, choćby najkrótszej chwili, która by przypominała klatkę filmową, wyrwaną z taśmy. W jego życiu bowiem działały jedynie oczy wyobraźni.

2

Tego ranka Linterwein obudził się wcześnie i jak zwykle towarzyszyła mu ciemność. To była chyba jedyna rzecz, która czekała na niego codziennie, kiedy w mieście wstawał świt. Inni mieli żony, przynoszące do pokoju tacę ze śniadaniem i filiżanką gorącej kawy, albo chociaż psa, witającego wesołym merdaniem ogona czy rybki w akwarium albo morską świnkę lub chomika. A on miał tą ciemność. Tą wieczną noc... Usłyszał ciche i rytmiczne stukanie o zewnętrzny parapet, więc domyślił się że pada deszcz. Właśnie taki był listopad; mokry, szary i smutny. W Milla City nieraz było inaczej. Rzadko, ale jednak... A tutaj – w Averstone – nigdy nic nie było dobrze. Bynajmniej dla niego. Zaczął się kolejny dzień, lecz Linterwein nie zauważył żadnych zmian. Nie wyczuł ciepłego oddechu psa, na żadnej półce nie stało akwarium z rybkami ani świnką morską, nikt też nie podał mu śniadania do łóżka. Wszystko po staremu. Wszystko jak... Ktoś zapukał do drzwi. Linterwein nie zareagował. Po chwili znowu rozległo się pukanie. Najpierw było ciche, a potem stawało się coraz głośniejsze, aż w końcu przerodziło się w donośne łomotanie. Kiedy Linterwein całkiem zręcznie założył na siebie czarny t-shirt i brązowe sztruksy, ruszył w kierunku, z którego słychać było stukanie. Mapa domu, którą stworzył w swojej własnej głowie spisywała się znakomicie. Linterwein znał każdy, nawet najdrobniejszy szczegół i nic nie było w stanie przeszkodzić mu w bezproblemowym przemieszczaniu się po jednopiętrowym domku, który nie był jednak przeznaczony dla osób podobnych do NIEGO. Ale mimo to, przeszkody, takie jak wysokie progi, dziura w podłodze czy obluzowana deska, nie stanowiły dla Linterweina żadnego kłopotu. Omijał je z możliwie największą gracją i spokojem. Linterwein właśnie zmierzał w kierunku drzwi typowym i nietypowym zarazem dla siebie krokiem, a stukanie z każdym centymetrem podłogi, który pokonywały jego stopy, stawało się wyraźniejsze dla tych wyczulonych na wszelkie dźwięki uszu. - Już idę. Chwileczkę... – powiedział, by uspokoić nieco czekającą za drzwiami osobę, choć zupełnie nie spodziewał się, kto może pukać do jego domu, i to o tak wczesnej porze. Znajomi nie odwiedzali go od kilku długich lat, więc w zasadzie już ich nie miał, a rodzina także o nim zapomniała. Choć wprawdzie to najpierw on zapomniał o nich... - Kto tam? – zapytał, bo nigdy nie otwierał drzwi zanim nie zadał tego krótkiego pytania. - Dobry gość – odpowiedział mu opanowany głos, dochodzący z drugiej strony. – Niech pan otworzy, panie Linterwein. Musimy poważnie porozmawiać. Któż to może być? Któż... O czym? I kim pan w ogóle jest? – Linterwein był pewien, że ten niski ton głosu należy do mężczyzn. Zaraz wszystkiego się pan dowie. Tylko niech pan... - ...otworzy drzwi – dokończył Linterwein, chwytając okrągłą klamkę i przez moment zaciskając na niej mocno palce, a po niedługiej chwili zamyślenia przekręcając ją w lewą stronę. Nie lubił ufać ludziom. Ale teraz jednak postanowił to zrobić. - Witam – powiedział mężczyzna, ściskając dłoń Linterweina, a jego głos przestał już być stłumiony, stał się wyraźny jak dźwięk w najlepszym systemie stereo. - Może wejdzie pan do środka i usiądziemy? – zapytał Linterwein, zaczynając się powoli zastanawiać, czy dobrze postąpił otwierając drzwi. - Jeśli to panu nie przeszkadza, to chętnie usiądę na chwilę w pańskim salonie. Usiądzie na chwilę. Dlaczego tylko na chwilę, skoro mają porozmawiać poważnie. A poważne rozmowy nigdy nie trwają zbyt krótko. Przynajmniej Linterwein nie pamiętał, by kiedykolwiek brał udział w takiej, która trwałaby krócej niż kwadrans. Może raz. Tak, dokładnie raz. Wtedy, gdy życie przestało mieć dla niego sens. Ale zastanawiając się nad tym dłużej: to nie była rozmowa. Kate – jego dziewczyna - po prostu powiedziała mu, że go zostawia, bo ma innego mężczyznę, po czym odwróciła się i odeszła. A Weiland wyraźnie przed chwilą wspominał o rozmowie. O poważnej rozmowie. - Salon jest tam, korytarzem prosto – oznajmił Linterwein. - Och, wiem, wiem – zapewnił go Weiland, już zmierzając do salonu. - Wie pan? – zapytał Linterwein, nie starając się ukryć ani odrobiny swojego ogromnego zaskoczenia. - Mmm... To znaczy domyślam się – odparł Weiland, ale nie zabrzmiało to przekonująco i Linterwein nie uwierzył mu, choć dalej starał się ufać. - Pójdę zrobić dla nas herbatę – mruknął i zniknął za białą ścianą kuchni, gdzie rozpoczął zaciętą walkę z własnymi myślami. Herbatę zaparzył w ciągu jakichś pięciu minut, ale siedział na krześle jeszcze przez następne dziesięć, żałując że wpuścił tajemniczego Weilanda do swojego domu, choć nie miał ku temu konkretnych powodów. W końcu jednak wstał z krzesła, chwycił tacę, na której wcześniej trzęsącymi się rękoma położył dwie filiżanki z herbatą, i wyszedł na korytarz. Może to wcale nie były obawy. Może zwyczajnie nie miał ochoty na niczyje wizyty w swoim domu. A już tym bardziej na poważne rozmowy. - A więc o czym musimy porozmawiać? – zapytał, odkładając tacę na lakierowany stół w salonie. - Miałem to rozegrać inaczej, ale cóż... - Słucham?! - Idziesz ze mną, Linterwein! – zagrzmiał Weiland. Linterwein dałby wiele, żeby zobaczyć twarz stojącego przed nim człowieka. Nie miał zamiaru nigdzie z nim iść. Nie mógł przecież. A może i mógł, tylko się bał? Bo bał się rzeczywiście. Działo się to rzadko, a teraz naprawdę odczuwał paniczny strach. Po co otwierał te przeklęte drzwi? Napięcie rosło w nim tak szybko, że nie potrafił zapanować nad tym nawet choćby w małym stopniu. Wiedział, że będzie musiał się bronić. - O co tu chodzi? – spytał niepewny już niczego, zaczynając coraz mocniej żałować, że w momencie, w którym usłyszał tubalny głos nieznajomego mężczyzny, nacisnął na klamkę. Najchętniej obciąłby sobie rękę, którą to zrobił. Miał świadomość, że obrona będzie wysoce trudniejszym zadaniem od przemierzania krętych pomieszczeń domu, którego wyuczył się podczas długich i monotonnych miesięcy w nim spędzonych. Uderzył na wprost, lecz nie poczuł niczyjego ciała, a jedynie przecinane pięścią powietrze. Uderzył ponownie, tym razem w inną stronę. I znowu. Gdzie on jest? Przecież stał tutaj. Nie mógł zniknąć. Odezwij się. Odezwij... - Jesteś kiepskim bokserem – rzekł Weiland jakby na życzenie Linterweina, ale on już przestawał go słyszeć. Upadł na kolana, podpierając się dłońmi o podłogę, pokrytą cienką, zieloną wykładziną. Ból zaczynał się robić nie do wytrzymania. Linterwein był przekonany, że za chwilę straci przytomność. W uszach szumiało mu, jak gdyby właśnie spędzał czas nad morzem i... ...kolejny potężny cios padł na jego głowę. Nie zdołał utrzymać się na kolanach.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych